- Opowiadanie: Samuel Zey - Twarz Bogini

Twarz Bogini

Dwoje wysłanników magicznego Kolegium przybywa do odciętego od świata księstwa, gdzie od lat narasta konflikt polityczny i religijny. Szybko znajdą się w jego centrum, a od ich wyborów zależeć będzie coś więcej niż powodzenie dyplomatycznej misji.

Na tle surowych krajobrazów i posępnych twierdz rozgrywa się opowieść o oddaniu, magii i władzy. Nie wszystko jednak okazuje się takie, jakim się wydaje, a przeszłość i wiara odgrywają na Pograniczu znacznie większą rolę, niż bohaterowie początkowo przypuszczali.

Chciałbym gorąco podziękować czytelnikom betującym za poświęcony czas i uwagi: Bolly, Marszawa.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy III, Marszawa

Oceny

Twarz Bogini

Rozdział 1

Wrota wielkiej komnaty zamku Voshalen otworzyły się przed nimi ze zgrzytem.

– Magister Daryn Vey i pani Maelyn Velthra, ambasadorowie Wysokiej Wieży! – obwieścił donośnie herold, gdy przekraczali próg sali.

Mężczyzna szedł pierwszy, stąpając lekko po wyścielanej pachnącymi ziołami posadzce. Był jeszcze bardzo młody, lecz chłopięcą sylwetkę częściowo maskował obszerny, wełniany dublet spięty z przodu srebrnymi klamrami w kształcie liści dębu. Kobieta szła dwa kroki za nim, z oczami opuszczonymi skromnie ku podłodze, ubrana w długą błękitną suknię przepasaną paskiem z miękkiej, cielęcej skóry. Przekroczywszy trzydziestkę, była sporo starsza od swego towarzysza.

Tego dnia niebo było pochmurne, a przez okna wpadało niewiele światła, więc wzdłuż wewnętrznej ściany ustawiono rząd kandelabrów, na których płonęły woskowe świece. Mimo tych starań komnata tonęła w półmroku i Daryn z trudem rozpoznawał wzory wyszyte na ściennych tkaninach. Na ile mógł dostrzec, przedstawiały sceny bitew i polowań, lecz jedna postać obecna była na każdej – brodaty mężczyzna dzierżący topór z dwoma ostrzami.

„Thurrak” – pomyślał, przypominając sobie słowa Maelyn, gdy ta opowiadała mu o bóstwach Pogranicza. – „Żelazny Ojciec. Ten, Który Stoi Samotnie”.

Minęli masywny kominek, w którym żarzyły się jeszcze niedogasłe po nocy węgle i wkrótce znaleźli się u stóp podwyższenia. W tej samej chwili rozległ się dźwięk dzwonu. Daryn zatrzymał się. Pochylił głowę, a jego towarzyszka dygnęła dwornie, szeleszcząc fałdami aksamitnej sukni.

Na szczycie drewnianego podium, niedbale rozparty na rzeźbionym tronie, siedział barczysty mężczyzna. Poorana zmarszczkami twarz władcy była surowa, a spod gęstej czupryny siwiejących włosów połyskiwała srebrna wstęga diademu, znak jego książęcej godności. Patrzył na gości nieruchomo, z jedną ręką spoczywającą na pochwie miecza, otoczony wąskim kręgiem doradców.

Na widok cudzoziemców mężczyźni zaszemrali gniewnie, lecz ich pan milczał, a jego twarz pozostała niewzruszona niczym wykuta w kamieniu.

– Jego Książęca Mość Therne Voshal, pan Cienistej Doliny, syn Thurraka, obrońca wschodnich marchii! – zagrzmiał ponownie głos herolda, gdzieś zza pleców Daryna.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. W końcu naprzód wystąpił siwobrody starzec.

– Szanowni goście – odezwał się, a szepty natychmiast umilkły – jestem Alvarin Crumm, doradca naszego umiłowanego pana oraz skromny sługa Żelaznego Ojca. Chciałbym powitać was serdecznie w Voshalen oraz zapewnić o szczerej przyjaźni, jaką wszyscy żywimy wobec szacownego Kolegium.

Na te słowa Daryn skłonił się ponownie.

– Wasza Książęca Mość, szlachetni panowie – wyrecytował. – Przynoszę pozdrowienia od Wysokiej Rady oraz pragnę złożyć…

Urwał w pół słowa i spojrzał w bok.

Wąsaty mężczyzna, stojący dotąd po prawicy księcia, wystąpił niespodziewanie naprzód, a twarz miał poczerwieniałą ze złości.

– Czy naprawdę musimy znosić w milczeniu tę zniewagę?! – ryknął, a jego głos poniósł się echem po komnacie. – Czy tak Kolegium odpowiada na nasz wspaniałomyślny gest? Przysyłając tu tego młokosa i kobietę?! – Wskazał oskarżycielsko w stronę gości.

Daryn poczuł nagły ucisk w brzuchu. Kątem oka zerknął na towarzyszkę, ale twarz Maelyn pozostała obojętna, jakby obraźliwe słowa w ogóle jej nie dotyczyły.

„To coś, z czym muszę zmierzyć się sam” – zdał sobie sprawę.

Utkwił wzrok w twarzy wąsatego szlachcica.

– Panie? – spytał.

– Helrun Taak – warknął tamten w odpowiedzi, krzyżując ramiona na piersi.

– Książę jest przyjacielem Kolegium, panie Taak i dlatego dziś ci wybaczę – stwierdził lodowato młody mężczyzna – ale tylko dziś.

Zapadła cisza. Herlun wpatrywał się przez chwilę tępo przed siebie, jakby nie dowierzając własnym uszom, zanim rzucił się naprzód. Błyskawicznie skrócił dystans i zatrzymał się ledwie dwa kroki od Daryna. Dyszał ciężko, zaciskając sękate pięści, a jego twarz wykrzywił okrutny grymas. Był pół głowy wyższy i blisko dwa razy szerszy od młodszego mężczyzny, ale ten ani drgnął. Przez chwilę obaj mierzyli się wzrokiem.

– Dość tego! – zabrzmiał twardo głos księcia. – Śmiesz obrażać moich gości? Wynoś się stąd, zanim każę cię zakuć w dyby!

Skarcony Herlun natychmiast okręcił się na pięcie. Bez słowa ukłonił się przed tronem, a następnie, rzuciwszy ostatnie nienawistne spojrzenie w kierunku Daryna, wymaszerował z komnaty.

– Pożałowania godny incydent. Wierzę, że nie zatruje naszej przyjaźni – stwierdził książę beznamiętnie. Wstał i dał znak dłonią. – Wznieśmy wspólnie toast za pomyślną przyszłość.

Zszedł po kamiennych stopniach i skierował się w stronę ustawionego pod ścianą stołu, a Daryn ruszył mu na spotkanie, próbując uspokoić gwałtowne bicie serca. Maelyn sunęła za nim jak cień.

Na przykrytym haftowaną tkaniną blacie ustawiono dwa żelazne kielichy, a obok dzban pełen wina. Daryn chwycił naczynie, czując chłód metalu na spoconej skórze i uniósł dłoń. Po drugiej stronie stołu książę uczynił to samo.

„Chyba nie liczy, że napełnię mu kielich” – pomyślał Daryn, rozglądając się niepewnie w poszukiwaniu służby.

Maelyn zrozumiała jednak natychmiast. Błękitny aksamit jej sukni zaszeleścił łagodnie, gdy postąpiła dwa kroki naprzód i uniosła ciężki dzban.

– Panie? – zapytała, a książę łaskawie skinął głową.

Kobieta zręcznie napełniła oba kielichy, po czym skłoniła się nisko i wycofała za plecy towarzysza. Książę z satysfakcją przytknął naczynie do ust.

„Napitek pasuje idealnie do tego posępnego zamczyska” – pomyślał Daryn ponuro, przełykając łyk cierpkiego trunku.

Odłożył kielich na blat i otworzył usta, chcąc jeszcze powiedzieć kilka uprzejmych słów, ale książę już wspinał się na stopnie podium. Zabrzmiał dźwięk dzwonu. Audiencja była skończona.

 

***

 

Byli w przedsionku wielkiej sali, kiedy zaczepił ich jasnowłosy młodzieniec.

– Magistrze Vey, pani. – Skłonił się uprzejmie. – Nazywam się Malken i mam zaszczyt być rycerzem w służbie księcia Voshala. Jest wolą mojego pana, abym zaprowadził was do kwatery – dodał z przyjaznym uśmiechem.

Malken nie mógł być wiele starszy od Daryna i nie miał w sobie nic z posępnej niechęci doradców księcia. Choć całe dotychczasowe życie spędził na Pograniczu, szybko okazało się, że bardzo interesowały go odległe krainy i przez całą drogę mrocznymi korytarzami zamku zasypywał gości szczegółowymi pytaniami o ich podróże. Zwracał się wyłącznie do Daryna, lecz widocznie nie mógł całkowicie opanować ciekawości, bo jego oczy raz po raz wędrowały w kierunku idącej obok kobiety.

Gdy zatrzymali się przed drzwiami komnaty gościnnej, wreszcie zdobył się na odwagę.

– Magistrze Vey… czy nie będzie nieuprzejmością, jeśli zapytam… – zagadnął niezręcznie. – Czy pani Velthra jest twoją konkubiną?

Daryn uśmiechnął się szelmowsko i zerknął z ukosa na swoją towarzyszkę.

– Coś w tym rodzaju, nieprawdaż, Maelyn? – zapytał.

– Oczywiście, panie – odpowiedziała kobieta z nieprzeniknioną miną i ukłoniła się sztywno.

Pożegnali uprzejmie zakłopotanego przewodnika i weszli do komnaty, zamykając starannie za sobą drzwi.

Pomieszczenie było przestronne, z podłogą wysypaną świeżymi ziołami i malowanymi tkaninami na ścianach. Przez wąskie okna wpadało niewiele światła, ale ktoś przezornie ustawił na dębowym stole całe rzędy woskowych świec. Kiedy Maelyn podniosła dłoń ponad nakrapianym woskiem blatem, wszystkie zapłonęły jasno.

– Nareszcie koniec tej szopki – westchnął Daryn i odwiesił beret na hak.

Maelyn podeszła do łóżka i usiadła na posłaniu.

– Dobrze się spisałeś, ale przez chwilę myślałam, że pobijesz się z tym prostakiem. W Kolegium mieliby niezły ubaw – zachichotała.

Założyła nogę na nogę, a Daryn ukląkł obok i zręcznie rozsupłał rzemienie jej prawego buta.

– Jeśli tak traktuje się tu gości, to nie wiem, co robią z wrogami – poskarżył się.

Zsunął cholewę, a Maelyn opuściła bosą stopę i uniosła drugą nogę.

– Ten Helrun nigdy by się na to nie odważył bez pozwolenia księcia – zauważyła. – Wystawiali cię na próbę. I nie tylko ciebie…

Daryn postawił drugi trzewik obok pierwszego i wsparł się plecami o ramę łóżka. Oparł policzek o biodro towarzyszki.

– Po co w ogóle prosili o ambasadorów, jeśli tak nas nienawidzą? – burknął. – Przez dziesięciolecia zupełnie nas ignorowali.

Maelyn milczała przez chwilę, w zadumie gładząc jego jasne włosy, aż Daryn poczuł, jak nagromadzone w ciągu dnia napięcie powoli opada.

– Myślę, że nigdy by tego nie zrobili, gdyby mieli inne wyjście – szepnęła w końcu. – Wydarzyło się tu coś, z czym sami nie potrafią sobie poradzić.

Jej towarzysz podniósł głowę i spojrzał pytająco, ale zanim zdążył wypowiedzieć choć słowo, Maelyn dotknęła delikatnie jego ust opuszką palca.

– Cśś, niespodzianka. Myślę, że to jeszcze nie koniec przygód na dziś – powiedziała i z westchnieniem opadła na posłanie.

 

***

 

Niebo za oknem było już prawie całkowicie czarne, kiedy wreszcie usłyszeli pukanie do drzwi. Siedząca za stołem Maelyn podniosła wzrok znad pożółkłego pergaminu i starannie odłożyła pióro do kałamarza. Skinęła głową i na ten znak Daryn uchylił ciężkie drzwi.

Pierwszy do pomieszczenia wszedł Alvarin Crumm, gładząc nerwowo sięgającą do pasa brodę, a tuż za nim…

– Wasza Książęca Mość, jesteśmy zaszczyceni – powitała gości Maelyn.

Potężny mężczyzna rzucił ukradkowe spojrzenie w stronę Daryna, ale ten nie rzekł ani słowa.

„Jeśli liczy na dalszy ciąg przedstawienia, to czeka go zawód” – pomyślał młody mężczyzna z rozbawieniem. – „Mae potrafi być mściwa”.

– Cała przyjemność po naszej stronie, magister Velthra – powiedział sztywno Alvarin, przerywając wreszcie niezręczną ciszę. – Książę postanowił złożyć wam wizytę, aby zasięgnąć rady w pewnej wyjątkowej sprawie. Kwestia ta wymaga delikatności oraz… dyskrecji

Zawiesił głos wyczekująco.

– Ależ oczywiście, szanowny Alvarinie. Kolegium zawsze znajdzie czas, by służyć radą swoim przyjaciołom – zapewniła uprzejmie.

Mężczyźni usiedli naprzeciwko Maelyn, a książę wbił posępne spojrzenie w stół. Jego twarz była zacięta.

„Nie może się nawet zdobyć, żeby na nią spojrzeć” – uświadomił sobie Daryn z niedowierzaniem, stając tuż za prawym ramieniem towarzyszki. – „To coś więcej niż zwykła niechęć”.

Alvarin odchrząknął i wydobył z kieszeni pomięty zwój. Bez słowa rozprostował go i popchnął w kierunku siedzącej naprzeciwko kobiety. Ta podniosła pergamin w obu dłoniach, najpierw przypatrując się uważnie złamanej pieczęci, a następnie studiując z uwagą treść listu. Daryn nachylił się i mrużąc oczy w migotliwym blasku świec, odczytał:

Wasza Książęca Mość,

Niech błogosławieństwo Ukrytej Królowej, Tej, Która Oczekuje na Progu, najświętszej i jedynej Virey, spocznie na Tobie i Twoim domostwie.

W odpowiedzi na Twój list, wiedziony gorącą miłością do Ciebie i naszego szlachetnego rodu, ośmielam się zwrócić z radą i pokorną prośbą.

Zaklinam Cię, drogi przyjacielu, porzuć fałszywe drogi, którymi prowadzą Cię ku zatraceniu po trzykroć przeklęci kapłani Żelaznego Kundla. Wyzwól nasz udręczony lud, oddając go w czułą opiekę Matki Karności i Przysiąg.

Błagam, zaprzestań prześladowań jej wybrańców, pozwól na głoszenie zbawiennych nauk i otwórz szeroko swe serce.

Każdego poranka modlę się, abyś wszystko to uczynił, unikając bratobójczej walki, której ja, Twój pokorny sługa i krewniak, wcale nie szukam, pragnąc gorąco pozostać w przyjaźni Twojej.

Zostając z najwyższym oddaniem,

wierny poddany Waszej Książęcej Mości,

hrabia Draven Korvel.

Spisano piętnastego dnia miesiąca Kwitnienia, roku trzeciego od powrotu naszej Matki.

Maelyn zwinęła starannie pergamin i odłożyła go z powrotem na blat.

– To pismo dostarczono ledwie kilka dni temu od jednego z panów Pogranicza. Posłaniec gnije już w lochu za szerzenie podobnych bluźnierstw – oznajmił ponuro Alvarin.

Schował zwój, po czym spojrzał wyczekująco na cudzoziemców. Mięśnie pod ogorzałą skórą jego twarzy drgały wyraźnie i Daryn nagle zdał sobie sprawę, jak wiele kosztuje mężczyznę ten udawany spokój.

– Opowiedz mi o Virey – powiedziała w końcu Maelyn.

Na dźwięk tego imienia książę wzdrygnął się z obrzydzeniem i obróciwszy wreszcie twarz w ich stronę, wykrzywił usta w gniewnym grymasie.

– To wiedźma! Fałszywa bogini przywleczona zza wschodniej granicy przez słabeuszy i degeneratów – rzucił. – Wschodni wiatr nie przynosi nigdy niczego dobrego.

Zamilkł i zapatrzył się w ciemniejące niebo za oknem, jakby próbował dostrzec w oddali to nienawistne miejsce, skąd nagła plaga spadła na jego księstwo.

– Wszystko zaczęło się kilka lat temu – podjął Alvarin spokojniejszym głosem. – Na początku przybywały tylko małe grupki wyznawców, a jej prorocy i kapłanki krążyli swobodnie po krainie, głosząc swe kłamstwa. Nasz lud jednak pozostał wierny Żelaznemu Ojcu, dlatego niewiele osiągnęli. Nikt nie pragnął przyjąć ich wiary.

„Sądząc po waszych skwaszonych minach, niektórzy w końcu zapragnęli” – zakpił w myślach Daryn.

Tymczasem Alvarin umilkł na chwilę, jakby pogrążony w przykrych wspomnieniach. Pokiwał ze smutkiem głową.

– Wtedy zaczęła działać podstępna magia tej wiedźmy – powiedział w końcu. – Dobrzy ludzie zostali zwiedzeni kuszącymi wizjami i złudnymi obietnicami. Powstały waśnie i spory. Kiedy nasz dobry książę próbował przywrócić pokój, kapłanki Virey podburzyły swych wyznawców do buntu. Polała się krew. Przykre… doprawdy przykre i niefortunne zdarzenia.

Zapadła cisza. Gdzieś w oddali dało się słyszeć rżenie koni i stłumione męskie głosy.

„Czyżby oddział wyruszał na wojnę?” – zastanowił się Daryn.

– Dobry Alvarinie, jaką pewność mamy, że nie jest to prawdziwa wiara? Kolegium nie pragnie rozgniewać bogów – odezwała się w końcu Maelyn.

Książę parsknął i z całej siły huknął pięścią w stół, rozpryskując wokół krople gorącego wosku. Płomienie świec ugięły się i zatańczyły chwiejnie.

– Bzdura! To czarna magia i kłamstwa! Draven był prawym człowiekiem. A teraz ten list, te groźby… Musiała rzucić na niego urok! – warknął.

Alvarin położył uspokajająco dłoń na ramieniu swego pana. Spojrzał na Maelyn i uśmiechnął się chytrze.

– Ależ magister Velthro – zaczął pojednawczym tonem – pragniemy tylko, aby Kolegium stwierdziło, czy magia została użyta. Czy zdemaskowanie oszusta nie rozraduje bogów? Nie mówiąc już o zwierzchnikach z Wysokiej Wieży.

Maelyn pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Przekonałeś mnie, drogi przyjacielu. Przeprowadzimy śledztwo z najwyższą starannością. A teraz, za pozwoleniem Waszej Książęcej Mości, udamy się na spoczynek. Darynie, odprowadź proszę naszych gości do drzwi.

 

***

 

Leżeli już przykryci grubą warstwą futer, kiedy Daryn w końcu zdobył się na odwagę.

– Mae, może dziś? – zapytał nieśmiało, kładąc dłoń na jej ciepłym ramieniu.

Kobieta poruszyła się sennie.

– Pytasz o to swoją konkubinę? – odpowiedziała chłodno, nie odwracając głowy.

Wzdrygnął się i cofnął rękę jak oparzony.

– Chyba nie masz mi za złe… To przecież był tylko teatr – wyjąkał przepraszająco.

Maelyn przysunęła się nagle bliżej, przyciskając mocno plecy do jego nagiej piersi. Fala gorąca zalała go znienacka, a ciałem wstrząsnął dreszcz. Objął kobietę ramieniem i przełknął ślinę.

– Teatr był w sali tronowej. To później to tylko zwykła bezczelność – mruknęła sennie.

Westchnął pokonany i pocałował gładką skórę na jej szyi.

– Dobranoc, Mae. Kocham cię – wyszeptał cicho i zamknął oczy.

– Ja też cię kocham – odpowiedź przyszła po chwili, jak ledwie słyszalne westchnienie z pogranicza jawy i snu.

 

Rozdział 2

Okute żelazem drzwi zaskrzypiały cicho, a skulona w kącie postać natychmiast podniosła głowę, mrużąc porażone nagłym blaskiem oczy. Daryn wszedł pierwszy, pochylając głowę pod niskim nadprożem, a Maelyn wślizgnęła się do celi tuż za nim, zatrzymując się za plecami towarzysza, niedaleko spękanej i pokrytej zaciekami ściany. Mężczyzna kucnął i położył lampę na wyściełanej słomą posadzce. Przyjrzał się uważnie więźniowi.

Posłaniec z Pogranicza był jeszcze chłopcem – młodszy nawet od Daryna, nie mógł mieć więcej niż kilkanaście lat. Kasztanowe włosy opadały mu prawie do ramion, a na gładkiej twarzy czerniał podłużny siniak, zapewne bolesna pamiątka po spotkaniu ze zbrojnymi Voshala. Nosił podróżne ubranie, ale nogi miał bose, okutane tylko szmatami i brudne.

„Nie wygląda na niebezpiecznego” – pomyślał Daryn, czując ukłucie współczucia na widok ciężkich łańcuchów.

Położył dłoń na ramieniu chłopca i potrząsnął nim delikatnie.

– Słyszysz mnie? Możesz mówić? – powiedział łagodnym tonem.

Więzień potarł kciukami opuchnięte powieki.

– Czy to ona was przysłała? Czy to już czas? – wychrypiał z trudem.

Daryn obrócił głowę w kierunku towarzyszki i spojrzał pytająco.

– Opowiedz nam o niej – głos kobiety zabrzmiał władczo, odbijając się echem od kamiennych ścian.

Ciało Daryna przeszedł dreszcz. Mężczyzna zacisnął zęby, rozpoznając urok.

– Ona… – Głos chłopca był teraz mocniejszy. – Ona jest naszą królową. Jest z nami w naszych cierpieniach, a każdy, kto się jej oddaje, znajduje pocieszenie.

Uniósł się z trudem, pobrzękując ciężkimi łańcuchami i nachylił się w kierunku Daryna. Drżącą ręką dotknął rękawa jego dubletu.

– Ona przyszła do mnie, gdy słudzy Żelaznego Kundla zamordowali moją rodzinę. A kiedy dotknęła mej dłoni… – Przymknął przekrwione oczy. – Myślałem, że umrę z rozkoszy…

Ostatnie słowa były ledwie słyszalnym szeptem, ginącym wśród chrapliwego oddechu.

– Co wiesz o hrabim Dravenie i księciu Voshalu? – głos Maelyn ponownie przeciął ciszę, pełen tej samej mocy.

– Hrabia ukląkł przed Ukrytą Królową i ozdobił mury zamku głowami żelaznych szczeniąt – Chłopiec mówił teraz szybko, a jego twarz wykrzywił grymas pełen upiornej uciechy. – Widziałem je. Ich puste twarze patrzyły na wschód, aż kruki wydziobały im oczy. Voshal będzie następny. Jego czas nadejdzie.

Zachichotał i chciwie wyciągnął ramiona, jakby próbował pochwycić znienawidzonego przeciwnika.

Daryn poderwał się z miejsca, zasłaniając Maelyn własnym ciałem.

„Jest szalony” – pomyślał ze zgrozą, szykując się do walki.

Lecz chłopca opuściły już siły. Z metalicznym brzękiem upadł na kolana, pochylając się nisko pod nieznośnym ciężarem łańcuchów, tak że czołem niemal dotykał wysypanej brudną słomą posadzki. Jego wychudzone palce zacisnęły się na zimnych kamieniach, paznokcie zgrzytnęły o twardą powierzchnię, a potem znieruchomiały.

Maelyn położyła dłoń na ramieniu towarzysza i bezgłośnie skinęła głową. Daryn podniósł lampę i oboje opuścili pomieszczenie, pozostawiając za sobą klęczącego więźnia. Cienie zatańczyły na ścianach, zaskrzypiały zawiasy i gęsty mrok ponownie wtargnął do wnętrza celi, zatapiając ją w nieprzeniknionej czerni.

 

***

 

Daryn podniósł żelazny kielich do ust i pociągnął krótki haust wina, czując, jak cierpki trunek pali go w gardle. Wokół rozbrzmiewał chór męskich głosów, a brodate twarze kiwały się i skłaniały ku sobie, pogrążone w pijackich dyskusjach. Uczta trwała już od kilku godzin, więc mało kto nadal pozostawał trzeźwy – nawet Darynowi kręciło się lekko w głowie, choć sięgał po kielich tylko przy książęcych toastach.

Rozejrzał się wokół. Stoły w wielkiej sali porozsuwano, robiąc miejsce dla blisko setki gości, a gdzieś z podium po drugiej stronie pomieszczenia przygrywała żwawa muzyka. Ogień w masywnym, rzeźbionym kominku huczał wściekle, hojnie podsycany suchymi polanami, wielkimi jak udo dorosłego mężczyzny.

Oderwał wzrok od biesiadników i zerknął na przycupniętą z tyłu towarzyszkę. Maelyn posadzono na niewielkim zydlu za plecami Daryna, celowo tak daleko od stołu, by nie mogła sięgnąć potraw bez podnoszenia się z miejsca. Choć wedle tutejszych zwyczajów nie miała prawa uczestniczyć w uczcie, książę wspaniałomyślnie zgodził się zrobić dla niej wyjątek. Szybko okazało się, że była to jedynie kolejna zniewaga. Rola sproszonych na biesiadę żon i kochanek ograniczała się w Voshalen wyłącznie do usługiwania mężczyznom.

„Nie daje tego po sobie poznać, ale jest wściekła” – pomyślał ponuro. – „Książę może jeszcze tego pożałować…”.

Potarł spocone czoło; w sali było gorąco jak w piecu. W tej samej chwili dostrzegł, że siedzący po prawej stronie Alvarin pochyla głowę w jego kierunku.

– Co sądzisz o naszym więźniu, magistrze Vey? – zapytał kapłan podniesionym głosem, próbując przekrzyczeć panujący na sali harmider. – Doszły mnie słuchy, że złożyliście mu wizytę.

Daryn zerknął z ukosa na rozmówcę. Wiedział, że mężczyzna pije powściągliwie. Lepiej było uważać na słowa.

– Nie znajduje się pod magicznym przymusem, tego możemy być pewni – odparł.

– Po coż miałaby go zaklinać? – Alvarin parsknął lekceważąco. – Jest całkowicie szalony. Wiedźma już dawno zmąciła mu umysł.

Kilka kroków dalej Voshal ryknął gromkim śmiechem, a ułamek sekundy później otaczający go dworzanie zawtórowali mu z entuzjazmem. Książę był cały purpurowy na twarzy, a kielich z winem chwiał mu się w dłoni, tak mocno, że czerwone krople spływały po ściankach i skapywały na haftowany obrus.

Daryn zanurzył chustkę w ustawionej na stole misie z wodą i przetarł rozpalone czoło.

– Istnieją też fanatyczni wyznawcy prawdziwych bóstw – odrzekł oględnie. – To o niczym nie przesądza.

Alvarin zmarszczył czoło i pogładził długą brodę.

„Nie jest zbyt zadowolony z naszej pomocy” – pomyślał Daryn, wtykając palec między ciasny kołnierz dubletu a mokrą od potu szyję.

– Naprawdę nie wiem, dlaczego nie chcecie przyjąć do wiadomości oczywistych faktów. Nie ma wątpliwości, że… – rozpoczął myśl starzec, lecz urwał niespodziewanie, wytrzeszczając załzawione od dymu oczy.

Zaskoczony Daryn podążył za jego wzrokiem. Ledwie kilkanaście kroków od nich, niedaleko buchającego żarem paleniska, stała teraz jakaś postać. Ubrana w brudną tunikę, z bosymi stopami sterczącymi spod obszarpanych nogawek, przypominałaby jednego ze służących, gdyby nie ciężkie łańcuchy zwisające z nadgarstków, zerwane zaledwie o stopę od wychudzonego ciała.

– Co do diabła… – szepnął Daryn.

Głosy powoli cichły, w miarę jak kolejne twarze obracały się w kierunku rozjaśnionej drżącym blaskiem sylwetki. Książę Voshal wstał chwiejnie, nagle blady jak trup, wciąż ściskając kurczowo kielich w prawej dłoni. Jakby na ten znak tajemnicza postać zwróciła ku niemu posiniaczoną twarz i posłaniec hrabiego Dravena ruszył powoli naprzód, zgrzytając ciągniętym po posadzce żelazem.

– Straż, do mnie! Schwytać go! – wychrypiał książę. Pusty kielich wypadł mu z dłoni i potoczył się z brzękiem po blacie stołu.

Naokoło gorączkowo szurały krzesła, oszołomieni dworzanie zrywali się z miejsc, macając w poszukiwaniu broni i klnąc wściekle. Gdzieś z boku krzyknęła piskliwie kobieta, a takty skocznej muzyki splątały się i zgasły.

Daryn dostrzegł kątem oka, jak ktoś przeskakuje szeroki blat stołu i staje między księciem a zbliżającym się napastnikiem. Rozpoznał wąsatą twarz Helruna, kiedy barczysty mężczyzna ruszył naprzód i pochwycił zbiegłego więźnia za ramiona. Darynowi krew zadudniła w skroniach.

– Nie… – jęknął cicho, ale było już za późno.

Żar paleniska eksplodował burzą płomieni, a strumień dzikiego ognia trysnął naprzód i ogarnął splecione postacie. Helrun ryknął jak raniony byk, zatoczył się i upadł bezwładnie na posadzkę. Spowity płomieniami napastnik wyminął jego dymiące ciało i podjął przerwany marsz, śląc wokół fale nieznośnej spiekoty.

Daryn cofnął się przerażony, instynktownie osłaniając twarz przed żarem. Z boku mignęła mu wyprostowana postać, zdawało się jedyna nieruchoma pośród potwornego chaosu. W ogłuszającym ryku płomieni nie słyszał słów zaklęcia, lecz kiedy Maelyn wzniosła dłoń ku górze, zgromadzona w żelaznych misach woda trysnęła wartko naprzód, jak kurtyna gigantycznego wodospadu. Strumienie uderzyły w rozpaloną sylwetkę i natychmiast buchnęła chmura pary, kotłując się i sycząc ogłuszająco.

Wkrótce gęsta mgła zasnuła całą salę i Daryn stracił z oczu księcia wraz z jego świtą. Stłumione głosy również cichły z wolna, aż pozostali w pomieszczeniu tylko we dwoje, zastygli w zupełnej ciszy, otoczeni ze wszystkich stron srebrzystym obłokiem. Dopiero wtedy Maelyn ruszyła naprzód, a Daryn posłusznie podążył jej śladem.

Chłopiec leżał na plecach pośrodku osmalonego kręgu posadzki, zupełnie nagi, z jedną sczerniałą od żaru dłonią złożoną tuż poniżej obojczyka. Obok niego spoczywała kupka mokrych popiołów.

„Tylko tyle zostało po tym nędzniku Helrunie” – pomyślał Daryn, czując jak ogarnia go fala mdłości.

Mimo potwornych oparzeń ranny żył jeszcze; jego wychudzona pierś unosiła się w rytmie chrapliwego oddechu, a popękane wargi drżały, zasysając z trudem powietrze. Na ten widok Daryn ostrożnie ukląkł obok spętanego łańcuchem ramienia.

– Słyszysz mnie? – spytał łagodnie.

Chłopiec powiódł dookoła niewidzącymi oczyma.

– Matko… dopomóż… – jęknął drżącym z bólu głosem.

Daryn dobył sztyletu i obejrzał się pytająco przez ramię. Stojąca za nim Maelyn przez moment wpatrywała się w zniszczone ogniem ciało, zanim ledwie dostrzegalnie skinęła głową.

 

***

 

Drzwi pokoju gościnnego otworzyły się z cichym skrzypieniem i Daryn wszedł ostrożnie do środka, starając się nie robić hałasu. Był późny ranek i przez zwrócone na wschód okno wpadały jeszcze ostatnie promienie słońca, a niesione wiatrem powietrze było wilgotne i rześkie.

Maelyn leżała na przykrytym stertą futer posłaniu. Jej otoczona wieńcem ciemnych włosów twarz była spokojna, a przymknięte powieki drgały delikatnie. Daryn zrobił kilka kroków naprzód i klękając obok krawędzi łóżka, ucałował wierzch jej dłoni.

– Śpisz, Mae? Jak się czujesz? – spytał cicho.

Kobieta jęknęła i otworzyła oczy.

– Jakbym wczoraj wypiła więcej niż ten wieprz Voshal – poskarżyła się. – Rozmawiałeś z nimi?

Daryn usiadł na miękkim posłaniu i ostrożnie ułożył jej dłoń na swoich kolanach.

– Są wściekli, jakby ktoś kopnął gniazdo szerszeni. Książę stanowczo domaga się interwencji – stwierdził z uśmiechem.

– Domaga się? – prychnęła Maelyn i natychmiast skrzywiła się z bólu.

Zapadła cisza. Daryn obserwował przesuwające się za oknem chmury, czule gładząc dłoń czarodziejki.

– Nie spodziewaj się wdzięczności – rzekł po krótkiej przerwie. – Książę jest jeszcze gorszy niż przedtem. Nie może znieść, że zawdzięcza ci życie.

– Kolejny powód, żeby jak najszybciej się stąd wynieść. – Skrzywiła się z niechęcią. – Jutro wyruszamy na Pogranicze. Poprosisz o przewodnika. Ten młody rycerz, Malken, byłby idealny.

– Czemu akurat on? – spytał zaskoczony.

– Mówił, że pochodzi stamtąd. Odniosłam wrażenie, że go polubiłeś. Boisz się, że uwiedzie twoją konkubinę? Jest młody i przystojny, więc kto wie… – stwierdziła Maelyn, posyłając mu prowokujące spojrzenie.

– Daj spokój, Mae. Jeszcze się gniewasz? – wymamrotał Daryn, nagle bardzo zainteresowany czubkami swoich trzewików.

Kobieta wyciągnęła ramię i czule pogładziła go po policzku.

– Tylko się z tobą droczę. To człowiek godny zaufania, sprawdziłam. Na miejscu możemy go bardzo potrzebować – wyjaśniła.

Daryn zerknął na jej nieprzeniknioną twarz i zadał wreszcie pytanie, które dręczyło go, odkąd ujrzał buchające z paleniska płomienie.

– Kto oprócz mistrzów Kolegium włada tak potężną magią? – wypalił jednym tchem.

Kobieta długo milczała, wpatrzona w sufit i pogrążona w głębokiej zadumie.

– Idź już – szepnęła w końcu.

Daryn ułożył jej dłoń z powrotem na posłaniu i wstał ostrożnie. Podszedł do drzwi.

– Tylko zdrowiej szybko, bo nie zamierzam cię dźwigać jak ostatnim razem – zaśmiał się i opuścił pokój.

 

Rozdział 3

Ponurą bryłę twierdzy Voshalen wciąż spowijał półmrok, gdy trójka podróżnych zebrała się na dziedzińcu, aby poczynić ostatnie przygotowania do drogi. Daryn i Maelyn z ulgą porzucili niewygodne, dworskie stroje i założyli proste ubrania podróżne: lekkie buty do jazdy konnej, bryczesy oraz wełniane tuniki. Mężczyzna zachował jednak swój wełniany beret – poranek był w końcu bardzo chłodny.

Malken odróżniał się od nich wyraźnie. Barczysty i postawny, zakuty w ciężką kolczugę, z szerokim pasem rycerskim na biodrach, górował wzrostem nad obojgiem towarzyszy.

„Maelyn miała rację, rzeczywiście jest bardzo przystojny” – pomyślał Daryn, czując ukłucie zazdrości.

Mimo wcześniejszego wesołego usposobienia młody rycerz miał teraz ponurą minę i odzywał się rzadko. Marszczył czoło, posępnie wpatrując się w otaczające ich mury, jakby trapiony przez jakieś ukryte zmartwienia.

„Co go gryzie? Czyżby przeraziła go opowieść o tym, co wydarzyło się podczas uczty?” – zastanowił się Daryn.

Mimo surowych zakazów nie udało się utrzymać w tajemnicy wydarzeń tamtej nocy; świadków było zbyt wielu, a opowieść o magicznym pojedynku budziła zbyt wielką sensację. Nie minęło więc dużo czasu, nim domownicy księcia zaczęli spoglądać na dwoje cudzoziemców z zabobonnym lękiem. Daryn szczerze podejrzewał, że ich sława dotrze na Pogranicze przed nimi.

Mężczyzna poczuł nagle podmuch lodowatego wiatru i szczelniej owinął się płaszczem, zerkając z troską na nieruchomą postać Maelyn. Jej twarz była, jak zwykle, nieodgadniona, ale Daryn wiedział, że nie odzyskała jeszcze pełni sił.

„Na kogo do diabła czekamy?” – pomyślał zirytowany.

Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Boczne drzwi cytadeli otworzyły się niespodziewanie i jakaś okutana płaszczem postać ruszyła w ich stronę, rozchlapując buciorami błoto dziedzińca. Wkrótce była już obok, a zaskoczony Daryn dojrzał w cieniu kaptura chytre oczy książęcego doradcy.

– Przyjmij błogosławieństwo Żelaznego Ojca! – zwrócił się starzec do Malkena, wydobywając zza pasa srebrny nożyk.

Rycerz wyciągnął ramię, a Alvarin wprawnym ruchem przeciął skórę na jego dłoni i zebrał ostrzem szkarłatne krople. Następnie sypnął popiołem na metal, mieszając go z krwią, po czym wzniósł oczy ku stalowemu niebu.

– Niech roztrzaskają się włócznie twych wrogów – zaintonował. – Niech Ten, Kto Czuwa Samotnie, ześle ci siłę i mądrość!

Dotknął ostrza opuszką palca, a następnie musnął czoło Malkena, pozostawiając na nim ciemnoczerwoną smugę.

– Niech tak się stanie – odpowiedział rycerz uroczyście. – Chwała i cześć Żelaznemu Ojcu za jego dary.

Alvarin pokiwał głową z zadowoleniem.

– Pragnę przekazać ci kilka słów od naszego umiłowanego pana – rzekł. – Książę nakazuje ci, abyś z oddaniem chronił i prowadził naszych gości, nigdy nie zapominając o złożonych przysięgach. Potraktuj tę misję jako próbę. Dowiedź swej wierności i męstwa!

– Zapewnij naszego władcę, że go nie zawiodę – odparł z ponurą determinacją Malken.

Starzec zatarł zziębnięte dłonie i obrócił się wreszcie w stronę dwójki cudzoziemców.

– Mądrzy magistrowie – rzekł, lecz jego bystre spojrzenie musnęło tylko przelotnie postać Daryna i natychmiast spoczęło na jego towarzyszce.

– Wam również mój pan polecił przekazać wiadomość. – Odchrząknął i zmarszczył czoło, jakby to pożegnalne poselstwo nie przychodziło mu wcale łatwo. – Książę kazał wam rzec, że w sprawach takich jak ta, gdzie mamy do czynienia z ukrytymi i podstępnymi siłami, czasem mądrzej jest… ogień zwalczać ogniem.

Spojrzał znacząco na Maelyn i ukłonił się, a kobieta uczyniła to samo, nie wypowiadając jednak ani słowa.

„Co to miało znaczyć?” – zastanowił się Daryn, ale nie było już czasu na rozmyślania.

Alvarin dał znak dłonią, ktoś krzyknął donośnie i nagle rozległ się metaliczny zgrzyt. Napięte łańcuchy szarpnęły mocno i żelazna krata w bramie zaczęła się z wolna unosić.

Daryn wskoczył na siodło i poklepał po karku swojego przestraszonego wierzchowca. Popatrzył po raz ostatni na najeżone wieżami zamczysko, posępne i groźne na tle szarego nieba, po czym popędził zwierzę, spiesząc za znikającymi już w bramie towarzyszami.

 

***

 

Płaski kamień śmignął naprzód, lecz chybił celu i zniknął w gęstwinie liści dębu. Malken ryknął gromkim śmiechem, odprowadzając wzrokiem odlatujące ptaszysko.

– Znów pudło! Ale tym razem niewiele brakowało – wykrzyknął, klepiąc jadącego obok Daryna po ramieniu.

Ten popatrzył ponuro na pęk martwego ptactwa przytroczony do siodła towarzysza; sam tego dnia nic jeszcze nie upolował.

– Nie martw się – pocieszył go Malken. – Ja spędziłem całe dzieciństwo, uganiając się po tych lasach. Kwestia wprawy.

Jechali wąskim traktem, a ponad nimi grzbiety wzgórz wznosiły się ku niebu, okryte ciemnozielonym kobiercem lasów. Po obu stronach drogi gęstwina była równie dzika i nieprzenikniona; w Voshalen powiadano, że nawet miejscowi niechętnie oddalali się tutaj od utartych szlaków. Daryn z pewnością nie miał na to ochoty.

„Przynajmniej dziś nie pada” – spróbował się pocieszyć.

Rozprostował obolałe plecy, zerkając przy tym na towarzysza. Mimo ciężaru zbroi i męczącej, wielogodzinnej jazdy Malken nadal siedział w siodle wyprostowany jak struna; Daryn szczerze wątpił, że mężczyzna poskarżył się choć jednym słowem, odkąd wyruszyli ze stolicy. Niesamowita krzepa rycerza onieśmielała, lecz jednocześnie Daryn nie mógł nie lubić tego człowieka, który nigdy się nie wywyższał, a obu cudzoziemców traktował z niezmiennym szacunkiem i życzliwością.

– Powiedz mi – zagadnął znienacka – co wiesz o czcicielach Virey? Książę twierdził, że przybyli ze wschodu. Czy to prawda?

Malken zerknął na niego z ukosa i pogładził grzywę swojego rumaka.

– Nie wiem, co rzekł ci mój pan – odparł w końcu niechętnie – ale musiałeś go źle zrozumieć. Virey była czczona w tych stronach od zawsze.

– Jak to możliwe? – zapytał zdumiony Daryn.

Malken parsknął śmiechem na widok jego miny.

– Mój lud nie zawsze mieszkał w tej krainie. Dawno temu nasi przodkowie przekroczyli Szepczące Wzgórza i dzięki łasce Żelaznego Ojca zwyciężyli tutejsze plemiona. Virey była ich bóstwem – wyjaśnił.

Zbliżyli się teraz do zakrętu gościńca i młody rycerz zamilkł, kładąc dłoń na głowicy miecza, nagle czujnie wyprostowany.

– Pani Maelyn nie powinna podróżować na czele. To zbyt niebezpieczne – poskarżył się, setny raz, odkąd opuścili Voshalen.

„Jeśli niebezpieczne, to na pewno nie dla niej” – pomyślał Daryn, zerkając na majaczącą przed nimi sylwetkę. Nie powiedział jednak nic. Lepiej było nie przypominać rycerzowi o magii.

Kobieta jechała zwykle nie mniej niż dwadzieścia kroków przed nimi, pogrążona w medytacji czy może głębokiej zadumie. Ten nagły dystans niepokoił Daryna; mężczyzna wyczuwał, że pod maską obojętności kryją się jakieś troski, którymi nie chciała się z nim dzielić.

Minęli wreszcie zakręt i Malken odprężył się widocznie.

– Wielu z przybyszów wzięło sobie żony spośród pokonanych – podjął na nowo przerwany wątek – i teraz większość rodów ma mieszane pochodzenie. Kocham naszego Ojca całym sercem, ale z dala od zamkowych murów sprawy mają się często inaczej. Virey nadal ma oddanych wyznawców. Czczą ją kobiety i… – zawahał się na moment, spoglądając na towarzysza – niektórzy mężczyźni.

Jechali przez chwilę w milczeniu, wsłuchani w wieczorny świergot ptaków, a niebo nad ich głowami powoli ciemniało.

– Pani Maelyn jest naprawdę niezwykła – szepnął niespodziewanie Malken. – Kobieta w naszej krainie jest jak kwiat. Śliczny, lecz delikatny i kruchy; taki, który czeka, aż zerwie go mocna ręka. Ale ona… jest jakby nie z tego świata. Piękna i potężna. Mniej jak zwyczajna kobieta, bardziej jak… bogini.

Daryn wzdrygnął się, zadziwiony tym nagłym wyznaniem i spojrzał przenikliwie w oczy towarzysza. Nie rzekł jednak ani słowa.

Las wokół nich rzedniał z wolna, a trakt prowadził teraz lekko w dół, jakby opadając ku dolinie rzecznej.

– Wkrótce dotrzemy do osady zamieszkałej przez osadników z zachodu – odezwał się po dłuższej chwili Malken. – Spodziewaj się królewskiej gościny. Naczelnik jest dobrym przyjacielem mojego ojca.

Daryn podniósł się w siodle i tęsknie wytężył wzrok. Osady nie dostrzegł, lecz gdzieś przed nimi, wysoko ponad koronami drzew, unosił się jakby szary opar. Jego towarzysz również musiał go zauważyć, bo twarz stężała mu nagle. Rycerz dobył miecza i głośnym krzykiem popędził wierzchowca.

Wkrótce minęli kolejny zakręt i wyjechali na rozległą polanę. Ogromne kolisko palisady wyrastało na samym jej środku, a ponad nim słupy ciemnego dymu unosiły się ku niebu, spowijając osadę niczym żałobny całun.

Nigdzie nie było widać ludzi. Ruszyli więc naprzód i mijając roztrzaskaną bramę, wjechali między zwęglone chaty. Zapach spalenizny był tu niemal nie do zniesienia i Daryn potarł załzawione oczy, próbując dostrzec cokolwiek w gęstych kłębach dymu.

Wtem wiatr dmuchnął mocniej, szare słupy wygięły się i rozproszyły, a przed oczami wędrowców odsłonił się szeroki pas wolnej przestrzeni. Musiał to być kiedyś centralny plac, podobny do tych, które Daryn widywał w niezliczonych mijanych po drodze wioskach. Tak jak tam, na środku wysypanego żwirem terenu wznosił się niewielki kopiec, lecz ustawiona na nim niegdyś stela leżała teraz u stóp pagórka, obalona i roztrzaskana na drobne kawałki. Z tej odległości nie sposób było rozpoznać rzeźbień, ale Daryn widział już podobne kamienie w Voshalen, kiedy brodaci wojownicy składali Żelaznemu Ojcu ofiary z krwi i popiołu.

„Idzie wojna” – pomyślał, ogarnięty przeczuciem nadciągającego nieszczęścia.

 

***

 

Kilka dni później dotarli na Pogranicze, lecz gdy tylko wśród wzgórz zamajaczyła surowa bryła twierdzy Korvel, ich przewodnik zboczył z traktu.

– Nie możemy zatrzymać się w grodzie, to zbyt ryzykowne – wyjaśnił Malken, gdy przedzierali się zarośniętą ścieżką. – Ale mój krewniak mieszka w tych stronach. Na pewno udzieli nam gościny.

Okazało się, że tym razem się nie pomylił. Krępy mężczyzna, którego rycerz przedstawił jako swojego kuzyna, z ochotą udostępnił im opuszczone domostwo.

– Zostańcie, jak długo chcecie. Od dawna nikt tam nie mieszka. Wszyscy wyjechali na zachód – stwierdził ponuro, wręczając im klucze.

Kiedy Malken poszedł zająć się końmi, Daryn przetrząsnął dokładnie zakurzony budynek. Nie znalazłszy niczego godnego uwagi, udał się do izby na piętrze, którą Maelyn wybrała sobie jako sypialnię.

– Sprawdziłem dom. Wszystko jest w porządku – oznajmił, wchodząc do pomieszczenia i cicho zamykając za sobą drzwi.

Siedząca przy stole Maelyn przyciskała właśnie sygnet do plamy gorącego wosku.

– Nie spodziewałam się zabójców ukrytych w piwnicy, ale doceniam twoją troskę – powiedziała z przekąsem.

Daryn zajął miejsce po drugiej stronie.

– Do kogo piszesz? – zapytał.

– Do hrabiego Korvela, oczywiście. Przekażesz ten list Malkenowi. Niech z rana uda się z nim na zamek – poleciła.

– Malkenowi? – zapytał z niedowierzaniem. – A co, jeśli powieszą jego głowę na haku obok innych czcicieli Thurraka? Dlaczego ja nie mogę pójść?

Maelyn spojrzała na niego sceptycznie.

– Dostarczenie listu to nie jedyna misja, jaką mu zlecę. Do tej drugiej nie nadajesz się zbyt dobrze – powiedziała.

Wstała od stołu, podeszła do okna i wpatrzyła się intensywnie we wznoszącą się na wzgórzu twierdzę, jakby próbowała przeniknąć wzrokiem jej grube mury.

– Jest jeszcze jedna sprawa – zaczął Daryn niepewnie. – Podczas drogi Malken wspomniał, że wydajesz mu się podobna do bogini.

– Naprawdę? To może przynieść nam korzyść. Mniej ochoczo nas zdradzi, jeśli będzie się lękał mego boskiego gniewu – odparła rozbawiona Maelyn.

Mężczyzna zastukał palcami w drewniany blat i spróbował zebrać myśli.

– Posłuchaj. Ci ludzie prawie nie znają silnych kobiet, a nikt tutaj nie włada magią. Patrzą na ciebie i widzą, że nie jesteś zdobyczą, jak ich żony i córki. Kim zatem jesteś? – zapytał z namysłem. – Gdyby jakaś pozbawiona skrupułów czarodziejka przybyła w te strony…

Zapadła długa cisza, przerywana jedynie trzaskiem ognia w kominku.

– Zatem domyśliłeś się nareszcie – stwierdziła w końcu Maelyn, odwracając się w stronę stołu.

– Więc to prawda! Jak długo o tym wiesz? – zapytał oszołomiony.

– Nabrałam pewności, gdy Alvarin opowiedział nam tę swoją zakłamaną historię. Za to mistrzowie podejrzewali prawdę od początku. Dlatego tak chętnie wysłali poselstwo do tej zapadłej dziury – wyjaśniła.

– Kim ona jest? – zapytał Daryn drżącym głosem. – Musi być potężna, sądząc po tym, co zrobiła w Voshalen.

– Tak, jest groźna. Nie słyszałeś o niej. Odeszła na długo przed twoimi czasami. O tamtych wydarzeniach mówi się niechętnie. Ja też nic bym nie wiedziała, gdyby nie ta misja – przyznała Maelyn.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytał, próbując ukryć urazę. Kobieta nie dała się jednak oszukać.

– Nie dlatego, że ci nie ufałam. Takie otrzymałam polecenie. Powiedzieli, że nie musisz wiedzieć – oznajmiła bez cienia skruchy.

Olśnienie przyszło tak nagle, że Daryn aż westchnął.

– Oni wiedzą! – wykrzyknął. – Te wszystkie półsłówka i tajemnicze sugestie. Ogień trzeba zwalczać ogniem… To oczywiste! Alvarin wie, kim ona naprawdę jest. I chce, abyś ty…

– Pragnie, żebym zagrała rolę bogini i w ten sposób usunęła zagrożenie – przyznała niechętnie Maelyn.

– Zamierzasz to uczynić? – zapytał, choć bał się usłyszeć odpowiedź.

– Nie, jeśli znajdę inne wyjście. A teraz idź już. Jestem zmęczona po podróży i chcę trochę odpocząć. – Skinęła głową i znów zapatrzyła się w okno.

Odprawiony Daryn wstał z wahaniem i schował list za pazuchę. Otworzył usta, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale rozmyślił się i w milczeniu opuścił pokój. Zszedł do głównej izby. Malken siedział tam na długiej ławie i pracowicie strugał kawałek drewna. Na jego widok rycerz uniósł wzrok znad roboty.

– Co rzekła pani Maelyn? – zapytał zaciekawiony.

– Prosiła, żebyś doręczył to jutro hrabiemu – oznajmił Daryn, kładąc pismo na stole.

– Więc wysyła mnie prosto do jaskini smoka. Dobrze. Nie boję się tych kundli – mruknął rycerz.

– Nawet najlichsza sfora potrafi powalić lwa. Bądź ostrożny – ostrzegł towarzysz, siadając na ławie obok.

Malken zerknął z ukosa na jego zarumienioną twarz.

– Co się stało? Czy źle cię potraktowała? – spytał.

– Mieliśmy małe nieporozumienie – przyznał Daryn.

Nie był pewien, jak wiele może powiedzieć towarzyszowi, lecz Malken nie dociekał.

– Jesteś mężczyzną i nawet ktoś taki jak pani Maelyn musi traktować cię z szacunkiem. Bądź bardziej stanowczy – stwierdził, wracając do pracy.

Daryn zgarbił się na ławie i przez chwilę obserwował, jak wióry spadają na brudne klepisko.

– Ja ją kocham – wyznał po chwili słabym głosem.

Na te słowa Malken roześmiał się serdecznie.

– Wiem, przyjacielu – rzekł w końcu. – Z miłością nie wygrasz, więc nawet nie próbuj.

 

Rozdział 4

– To miejsce będzie idealne – oznajmiła Maelyn.

Znajdowali się w niewielkim zagłębieniu terenu, którego stoki opadały łagodnie ku tafli rybnego stawu, porośnięte bujnie trzciną i pędami tataraku. Od strony wioski ktoś wyciął w tej gęstwinie ścieżkę i nią właśnie podążyli ku brzegowi, dźwigając na ramionach ciężkie torby z prowiantem. Gdy byli już na miejscu, Daryn starannie rozłożył koc na trawie i usiedli wygodnie.

– Co teraz? – zapytał, spoglądając na zachmurzone niebo.

– Teraz czekamy – odparła.

Dzień był pochmurny i bardzo chłodny, więc otulili się szczelnie płaszczami, a Daryn naciągnął na uszy swój wełniany beret. Wokół nich delikatnie szumiał wiatr, gnąc kępy trzcin i marszcząc powierzchnię wody. Maelyn prędko pogrążyła się w medytacji, ale Daryn był niespokojny.

Gdy tylko zamykał oczy, wracał do niego obraz zastygłej w bezruchu postaci Malkena, który długo spoglądał w stronę spowitej mgłą twierdzy, nim wreszcie dosiadł wierzchowca i zniknął w gęstej puszczy. Co czuł w tamtej chwili? Strach przed czyhającymi na niego niebezpieczeństwami, czy może, jak Daryn przypuszczał, raczej gorącą żądzę zemsty? Jeśli tak, nie wróżyło to niczego dobrego.

Jaką misję powierzyła mu Maelyn? Nie miał okazji o to zapytać, a poza tym i tak wątpił, by związany obietnicą milczenia rycerz zdradził mu jakiekolwiek szczegóły. Zdołał jednak dostrzec na jego szyi srebrny wisior, którego, mógłby przysiąc, mężczyzna nigdy wcześniej nie nosił.

„Dobrze by choć raz wiedzieć, co ona planuje” – pomyślał z urazą. Czuł, że czarodziejka mu nie ufa, a to bolało go bardziej, niż był skłonny przyznać.

Czas mijał, a chmury leniwie sunęły nad ich głowami. Zbliżała się pora południowego posiłku, więc Daryn sięgnął po torbę z prowiantem, lecz Maelyn powstrzymała go gestem.

Coś dziwnego działo się na powierzchni stawu. Zielonkawa tafla zawirowała, po czym nagle wygładziła się. Odbijające się w niej dotąd chmury zniknęły, a w ich miejsce ukazał się, czysty jak w zwierciadle, zupełnie inny obraz. Zaskoczony Daryn pochylił się nad wodą i aż westchnął.

Zaglądał teraz do wnętrza zamkowej komnaty, podobnej do więziennej celi w lochach Voshalen, lecz w przeciwieństwie do niej rozświetlonej dziennym blaskiem. Malken siedział na drewnianej pryczy pod ścianą, z rękami złożonymi na kolanach i zamkniętymi oczami. Nie miał na sobie kolczugi, a pochwa przy jego pasie była pusta.

Wtem Maelyn szepnęła coś niskim głosem, tak cicho, że nie dało się rozróżnić słów. W tej samej chwili mężczyzna w komnacie wyprostował się czujnie i zerwał z miejsca. Zrobił krok do przodu i naparł na drzwi, lecz te ani drgnęły.

Daryn kątem oka dostrzegł, jak czarodziejka unosi dłoń, kopiując ruch Malkena i poczuł pulsowanie w skroniach. Choć wizja była bezgłośna, niemal usłyszał szczęk zamka, gdy drzwi komnaty uchyliły się lekko.

Nie tracąc ani sekundy Malken wybiegł na zewnątrz, a obraz podążył za nim. Mężczyzna przylgnął do ściany, rozejrzał się, po czym ruszył wzdłuż zamkowego korytarza. W miarę jak posuwał się naprzód, robiło się coraz jaśniej, aż w końcu znalazł się przy drzwiach prowadzących na wewnętrzny dziedziniec. Wyjrzał ostrożnie, lecz natychmiast cofnął się i wcisnął w kąt obok framugi.

„Musi się tam roić od straży” – domyślił się Daryn, choć obraz nie sięgał za drzwi.

Tym razem słowa zaklęcia rozbrzmiały mocno, z łatwością przebijając się przez szum wiatru i szelest gnących się łodyg. Sylwetka Malkena natychmiast zafalowała, jakby owiana gorącym powietrzem, po czym przybrała ciemnoszarą barwę, upodabniając się do powierzchni ściany.

Mężczyzna ostrożnie przekroczył próg i ruszył wzdłuż dziedzińca ku odległej o kilkadziesiąt metrów klatce schodowej. W mętnym świetle pozostawał niemal niewidoczny, przesuwając się naprzód z plecami przyciśniętymi do szarego muru.

Daryn oderwał wzrok od wodnej tafli i zerknął na czarodziejkę. Jej twarz była spięta, a usta drgały lekko, jakby od bezgłośnego szeptu.

„Jak długo zdoła podtrzymać zaklęcie z takiej odległości?” – zastanowił się.

Tymczasem Malken dotarł już do cytadeli. W tej części zamku było znacznie więcej służby, lecz w ciemnym wnętrzu zaklęcie ukrycia działało niezawodnie; wystarczyło, że mężczyzna przywarł nieruchomo do ściany, a korveńczycy mijali go zupełnie nieświadomi jego obecności.

W końcu znalazł się u celu wędrówki. Szeroki korytarz przecinał tutaj całe piętro twierdzy, a u jego końca, przed masywnymi, dębowymi drzwiami, czuwało dwóch uzbrojonych we włócznie strażników. Nawet z pomocą magii nie sposób było przemknąć niepostrzeżenie.

Malken nie wahał się ani sekundy. Skoczył naprzód i gwałtownym ruchem wyszarpnął sztylet zza pasa jednego z mężczyzn. Nim ten zdołał zorientować się, co zaszło, rycerz ciął go skradzioną bronią tuż nad obojczykiem i odskoczył zwinnie. Ranny złapał się za szyję, zatoczył, po czym z impetem wpadł na towarzysza. Nim obaj zdołali odzyskać równowagę, Malken był już ponownie przy nich. Zwinny jak pantera uniknął niezdarnego ciosu drzewcem włóczni i pchnął sztyletem nisko, celując w nieosłonięte kolczugą udo. Trysnęła krew, a trafiony strażnik runął ciężko na ziemię, wierzgając i młócąc ramionami kamienną posadzkę. Jego towarzysz rzucił się do panicznej ucieczki.

Rycerz przestąpił ciało powalonego przeciwnika. Sala, w której teraz się znalazł, była obszerna i bardzo wysoka, a na jej środku ustawiono majestatyczny, sięgający niemal sklepienia posąg. Przedstawiona na nim bogini miała na sobie powłóczystą szatę, a twarz skrywała pod długim welonem, spod którego na szczupłe ramiona spływała kaskada kręconych włosów. Po obu stronach rzeźby wznosiły się bliźniacze kolumny, tak kunsztownie pomalowane, że przypominały strzelające ku sufitowi słupy płomieni. Nie było wątpliwości, że mieli przed sobą podobiznę Ukrytej Królowej, nowego bóstwa opiekuńczego twierdzy.

Malken bez wahania zatrzasnął za sobą drzwi i przekręcił tkwiący w zamku klucz. Następnie, nie rozglądając się nawet, podbiegł do ustawionego przed posągiem kamiennego postumentu i podniósł z niego jakiś przedmiot. Pospiesznie wetknął zdobycz za pas i rozejrzał się wokół.

„Jest w pułapce” – zdał sobie sprawę Daryn.

Zerknął na towarzyszkę, lecz Maelyn wydawała się pogrążona w głębokim transie. Spod półprzymkniętych powiek wpatrywała się intensywnie w lustro wody, a jej twarz była trupio blada.

Tymczasem Malken opadł na kolana i spod warstw odzieży wydobył srebrny wisior. Ściskając go mocno w lewej ręce, prawą dłoń oparł o posadzkę komnaty i tak znieruchomiał. Zaklęcie ukrycia traciło już moc, więc Daryn mógł z łatwością dostrzec jego zlepione potem włosy i zarumienioną z wysiłku twarz.

Sekundy mijały i nic się nie działo. Nagle drzwi do kaplicy zadrżały od mocnego uderzenia. Potem, od drugiego. Trzeci cios przebił grube drewno, a Darynowi przez moment mignęło ostrze topora, sterczące z potrzaskanych desek.

Wtem Maelyn krzyknęła donośnie, a jej głos wzniósł się ponad szelest trzcin i odbił echem od powierzchni wody. Jakby w odpowiedzi wiatr wzmógł się, a tafla stawu zmarszczyła się i zafalowała. Daryn przycisnął dłoń do pulsującej bólem skroni, starając się dostrzec cokolwiek w rozchwianej toni. Nie widział już zamkowej kaplicy, lecz gdzieś w dole, wśród plątaniny wodorostów, zdawało mu się, że dostrzega niewyraźną sylwetkę.

Niewiele myśląc, rzucił się naprzód i zanurzył rękę głęboko w lodowatej wodzie. Jego dłoń rozgarnęła oślizgłe łodygi i natrafiła na czyjeś ramię. Chwycił je i szarpnął z całej siły.

Oblepiony mułem Malken wynurzył się z głębiny i kurczowo uchwycił rękę towarzysza. Wkrótce klęczał już na brzegu, kaszląc i łapczywie chwytając powietrze. Drżał cały, lecz gdy podniósł ku nim twarz, widniał na niej grymas dzikiego triumfu. Zsiniałą dłonią wyciągnął zza pasa ozdobny sztylet i podał go Maelyn.

Kobieta ujęła broń za rękojeść i ostrożnie wysunęła ostrze z pochwy. Na jasnej stali wygrawerowano wzór tańczących płomieni, wznoszący się od ozdobionego rubinem jelca ku ostremu szpicowi. Daryn nigdy jeszcze nie widział równie pięknego oręża.

– Doskonale – oznajmiła z satysfakcją czarodziejka. – Teraz możemy rozpocząć rokowania.

 

***

 

Daryn siedział na ławie przy palenisku, wsłuchany w jednostajny szmer deszczu. Na zewnątrz nawałnica przybierała na sile: wicher z furią grzmocił drewniane ściany, trzaskał okiennicami, wciskał się do wnętrza przez najmniejszą szczelinę. Wtem, gdzieś w oddali, rozległ się grzmot.

„Bogini gniewa się na nas” – pomyślał.

Jednak siedzący obok Malken nie wyglądał na zmartwionego. Kończył swoją robotę, a kawałek drewna, nad którym pracował, powoli nabierał ludzkich kształtów. Daryn nie musiał pytać, kogo przedstawia.

„Thurrak” – pomyślał ponuro. – „Bogowie są wszechobecni w tej krainie.”

Zerknął na twarz towarzysza. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zaszła na niej jakaś subtelna zmiana, jakby zrodzona podczas walki dzikość nie ustąpiła całkowicie.

„Czy to magia, czy może przelana krew…” – zastanowił się.

Nie chciał o tym myśleć. Ujął pogrzebacz i poruszył drwa w palenisku, a płomienie buchnęły w górę, rzucając cienie po izbie.

– Jak sądzisz, co planuje pani Maelyn? – zagadnął nagle rycerz.

– Nie wiem więcej od ciebie – odparł zasępiony Daryn.

Była to prawda. Gdy tylko wrócili znad stawu, czarodziejka natychmiast zabrała Ostrze i zamknęła się w swojej izbie, tak że nie miał okazji zamienić z nią ani słowa.

– Sądzę, że zamierza dać wiedźmie prosty wybór: albo wyniesie się z księstwa, albo zostanie zniszczona. Dziś daliśmy jej przykład, czego może dokonać męstwo wsparte tajemną mocą. Przeciw takiej sile nic nie wskóra – oznajmił Malken.

Daryn nie był tego taki pewien, lecz nie miał ochoty się spierać.

– Zamek nie jest taki mocny, jak powiadają. Widziałem to na własne oczy. Wrota są stare, a murów nie naprawiano od lat. Obrońcy utracą ducha, gdy dowiedzą się, że skradziono Ostrze Bogini. Gdy nadciągnie książę z drużyną, zdobędziemy go z łatwością – ciągnął dalej rycerz.

– Co to za ostrze? – zapytał Daryn, rad ze zmiany tematu.

– Wedle legendy to święta broń Virey. Tylko kobieta, która nigdy nie urodziła dziecka, może nim władać. Kapłanki bogini czyniły za jej pomocą wielką magię. Po podboju słuch o niej zaginął i wszyscy myśleli, że została zniszczona. A teraz należy do nas! – stwierdził Malken z drapieżnym uśmiechem.

Odłożył ukończoną rzeźbę na stół. Bożek patrzył na nich drewnianymi oczami, a ostrze topora na jego piersi czerwieniło się w blasku płomieni. Daryn zwalczył chęć, by cisnąć figurkę do paleniska. Wstał z ławy.

– Idę na spoczynek. Jutro czeka nas wiele pracy – powiedział, wspinając się po schodach w stronę sypialni.

Za nim Malken uniósł dłonie w bezgłośnej modlitwie.

 

***

 

Trakt kluczył wśród drzew, pnąc się zakolami ku szczytowi wznoszącego się nad ich głowami wzgórza. Ulewa ustała wczesnym rankiem, lecz las nadal był przesiąknięty wilgocią, a spływające w poprzek drogi strumienie szumiały wartko na kamieniach.

Malken kroczył na przedzie, spięty i czujny. Utracony w Korven oręż zastąpił krótkim mieczem o szerokim jelcu, a na głowę nasadził spiczasty hełm z kolczym kołnierzem. Para cudzoziemców trzymała się nieco z tyłu, pogrążona w cichej rozmowie.

– Jesteś pewna, że przyjdzie na spotkanie? – zapytał Daryn.

– Bez wątpienia. Zwłaszcza po tym, co zdarzyło się wczoraj. Bądź czujny – odparła Maelyn.

– Myślisz, że spróbuje nas zgładzić? – zapytał z niepokojem.

– Nie zabija się tak po prostu emisariuszy Wysokiej Rady, zwłaszcza gdy mają twój największy skarb – stwierdziła.

– Skoro o tym mowa, gdzie jest Ostrze?

– Dobrze ukryte, bądź tego pewien. Lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedział, gdzie dokładnie. Jesteśmy prawie na miejscu, więc pozwól mi się przygotować.

Przez chwilę szli w milczeniu, wpatrując się w drgającą siatkę cieni na gościńcu. Wtem minęli zakręt i niespodziewanie znaleźli się na otwartej przestrzeni.

Szczyt wzgórza był pozbawiony drzew, a pośrodku porośniętej niską trawą polany jaśniał krąg białych kamieni. Kilkadziesiąt metrów dalej, niedaleko przeciwległej ściany lasu, roiło się od zbrojnych. Na widok przybyszy podniosły się ostre głosy, a mężczyźni chwycili za broń.

Daryn poczuł nagły ucisk w piersi i zerknął na towarzyszkę, lecz jej twarz była pozbawiona emocji. Czarodziejka skinęła tylko głową i ruszyli dalej. W tej samej chwili od grupy po drugiej stronie polany odłączyły się trzy postacie.

Mężczyzna na czele był bardzo wysoki, a jego pociągłą twarz zdobił opadający ku dołowi wąs. Kroczył dumnie wyprostowany, spoglądając na przybyszów surowo spod szczeciny krótko przyciętych siwych włosów.

– Dravel Korvel – syknął Malken przez zaciśnięte zęby.

Hrabiemu towarzyszył brodaty rycerz, wzrostem niemal dorównujący swemu panu, lecz dużo masywniejszy. Beczkowatą pierś mężczyzny chronił stalowy napierśnik, a u pasa zwisała pochwa długiego miecza.

Kobieta szła ostatnia, ledwie widoczna zza rosłych postaci, lecz to na niej skupiały się wszystkie spojrzenia. Twarz miała łagodną i nieco pulchną, a poprzetykane białymi nitkami włosy upięła z tyłu głowy w prosty kok. Darynowi trudno było określić jej wiek, mogła równie dobrze mieć czterdzieści, jak i pięćdziesiąt lat, lecz z pewnością nie przypominała wiedźmy-uwodzicielki z opowieści Alvarina.

Obie grupy zatrzymały się kilka kroków od siebie. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał.

– Maelyn Velthra – oznajmiła w końcu kobieta. – Wydoroślałaś. Prawie nie przypominasz już tamtej nieśmiałej dziewczyny. Nie doceniłam cię, choć przecież mówili, że daleko zajdziesz. Zaklęcie bramy… imponujące.

– Mistrzyni Ilyra, to dla mnie zaszczyt – odparła Maelyn uprzejmie.

– Ach, moja droga… Wiesz przecież doskonale, że odebrano mi wszystkie tytuły. Nie jestem już mistrzem Kolegium. Lepiej powiedz: co cię sprowadza na Pogranicze?

– Przybywam jako emisariusz Wysokiej Rady.

Ilyra uśmiechnęła się szeroko.

– Doprawdy? A więc Rada wreszcie uznała swój błąd i ponownie zaprasza mnie do swego grona? Jeśli tak, to muszę ich rozczarować. Znalazłam w tej krainie znacznie lepszych przyjaciół. Takich, w których żyłach płynie krew, nie zdrada.

Maelyn nie dała się zbić z tropu.

– Mistrzowie są zaniepokojeni twoimi działaniami w księstwie.

– A cóż ich tak niepokoi? – zapytała Ilyra. – To, że przynoszę wyzwolenie od tyranii? Że daję nadzieję tym, którzy dotąd znali tylko strach? Porozmawiaj z nimi. Sami powiedzą ci, czy tęsknią za jarzmem Żelaznego Ojca.

– Radę niepokoi raczej to, że podszywasz się pod boginię. Że używasz czarów, by zwodzić uczciwych ludzi.

Ilyra pokręciła ze smutkiem głową.

– Och, Maelyn, jakże przykro słyszeć z twoich ust te kłamstwa… Czy tak trudno ci uwierzyć, że Virey wybrała właśnie mnie, abym przemawiała jej głosem? Już dawno porzuciłam magię i teraz polegam wyłącznie na łasce Bogini.

– Po drodze tutaj widzieliśmy splądrowaną osadę. Czy tak wygląda ta łaska? – odparła Maelyn.

Na te słowa stojący za jej plecami Malken syknął gniewnie i uderzył dłonią rękojeść miecza. Ilyra spojrzała na niego i westchnęła głęboko.

– Zapewniam cię, że nikt na Pograniczu nie pragnie wojny. Voshal sprowadził tu tych nieszczęśników, by ściągali myto i prześladowali wyznawców. Daliśmy im szansę na opuszczenie hrabstwa, ale ich naczelnik wyśmiał nas… a potem kazał ściąć posłańca – wyjaśniła.

– Wy pozbawiliście życia równie wielu. Na murach zamku wiszą głowy pomordowanych. To też wina księcia? – odpowiedziała natychmiast Maelyn.

– Głowy kapłanów Thurraka, którzy głoszą, że mój lud ma żyć w ucisku i spiskują przeciw prawowitemu władcy. Ty potraktowałabyś ich inaczej? – odpowiedziała Ilyra, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiał ślad gniewu.

„Mój lud” – pomyślał Daryn.

– Dość już tej czczej gadaniny. Pytam ponownie: po co tu przybyłaś?

– Książę Voshal poprosił Kolegium o opiekę i Wysoka Rada zdecydowała się mu jej udzielić. Nie pozwolimy ci przejąć władzy w księstwie – odparła Maelyn stanowczo.

Ilyra pogładziła podbródek w zadumie.

– Więc w tym rzecz… Cóż ten nędznik mógł wam obiecać, że tak ochoczo przybiegłaś na jego wezwanie? To zresztą nieważne. Czemu nie mielibyśmy stracić was tu i teraz za zbrodnie, których dopuściliście się w Korven? Tego właśnie domaga się mój przyjaciel Dravel – zapytała twardo.

– Mogłabyś to zrobić – przyznała Maelyn – ale wtedy przybędą inni. Nie zaznasz tutaj spokoju. I nigdy nie odzyskasz Ostrza.

Na tę wzmiankę twarz Ilyry nagle stężała. Zamilkła na chwilę, a mężczyźni za jej plecami popatrzyli groźnie.

– Co zatem proponujesz? – zapytała w końcu lodowato.

– Układ. Zadowolisz się tym, co już masz. Wschodnie hrabstwa są twoje, możesz nawet działać za granicą, jeśli tego pragniesz. Ale ani kroku na zachód – powiedziała Maelyn.

Daryn usłyszał nagle ciche westchnienie i zaskoczony popatrzył w bok. Malken wpatrywał się w czarodziejkę szeroko otwartymi oczami, z wyrazem bezgranicznego zdumienia na twarzy.

– I wtedy Kolegium zostawi nas w spokoju? Czy znów wyślesz swojego zbira, aby mordował i kradł moje skarby? – zapytała Ilyra z przekąsem.

– Dobrze wiesz, że sztylet nie należy do ciebie. Zabrałaś go ze skarbca w Voshalen – odparowała Maelyn.

Ilyra parsknęła lekceważąco.

– A jak ostrze się tam znalazło? Może poprzedni właściciele złożyli je dobrowolnie na przechowanie? – zadrwiła. – Wszystko, co cenne w tym zamczysku, niegdyś należało do Bogini i do Bogini powróci.

Maelyn zrobiła pauzę, jakby wahając się przez moment.

– Jeśli dotrzymasz słowa, to po roku zwrócimy ci Ostrze wraz z innymi artefaktami ze skarbca księcia – powiedziała w końcu.

Jej słowa wywarły piorunujący efekt. Zdumiona Ilyra znieruchomiała na moment, a jej towarzysze popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

– Jesteś szalona, jeśli myślisz, że Voshal zgodzi się na te warunki – stwierdziła wreszcie, a w jej głosie dało się wyczuć napięcie.

Maelyn uśmiechnęła się złośliwie.

– Nie będzie miał wyjścia. Lepiej rządzić połową księstwa niż iść na wygnanie. Zostaw to mnie – zapewniła.

Zaniepokojony Daryn zerknął ponownie na towarzysza. Malken zaciskał kurczowo dłoń na rękojeści miecza, a jego usta drżały od gwałtownych emocji.

– Muszę przyznać, że twój plan jest kuszący. Chciałabym zobaczyć minę naszego ukochanego suwerena, kiedy o tym usłyszy – zachichotała Ilyra. – Dravelu, bądź łaskaw zaprosić magister Velthrę do zamku. Warto przedyskutować jej propozycję w bardziej komfortowych warunkach – oznajmiła, zwracając się w stronę hrabiego.

W tej samej chwili zazgrzytała dobywana broń i, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Malken skoczył naprzód. Ostrze jego miecza świsnęło w powietrzu, celując w szyję Ilyry, lecz kobieta w ostatniej chwili odchyliła się w bok. Stal musnęła tylko jej policzek.

Przez ułamek sekundy osłupiały Daryn wpatrywał się we wzbierającą szkarłatem ranę, zanim powietrze rozdarł przeraźliwy okrzyk.

– Do mnie! Zdrada! – ryknął hrabia, zasłaniając Ilyrę własnym ciałem.

Jednocześnie jego towarzysz rzucił się naprzód i natarł na Malkena. Zgrzytnął dobywany oręż, stal zabrzęczała o stal, ktoś stęknął z bólu. W oddali zbrojni zrywali się z miejsc, kilku mężczyzn już biegło w ich stronę. Daryn rozejrzał się rozpaczliwie. Hrabia był już daleko, na poły prowadząc, na poły niosąc ranną Ilyrę w kierunku obozowiska. Maelyn stała jak wrośnięta w ziemię, niepomna na toczącą się walkę, ze wzrokiem wbitym gdzieś w dal. Twarz miała bladą jak kreda.

„Nie wie, co robić” – zdał sobie nagle sprawę, i to przeraziło go najbardziej.

Chwycił czarodziejkę za rękę.

– Musimy uciekać! Chodź! – syknął nagląco.

Pomknęli w stronę lasu. Za ich plecami Malken cofał się pod gradem ciosów, a bok jego kaftana czerwienił się od krwi.

Wbiegli między drzewa i wrzawa przycichła, lecz Daryn wiedział, że pogoń nie była daleko. Błyskawicznie podjął decyzję i skręcili w gęstwinę, pozostawiając za sobą trakt.

Z trudem przedzierali się przez splątane poszycie, ślizgając się na mokrym mchu. Grube nitki pajęczyn kleiły się im do włosów, kolczaste krzewy szarpały odzienie. Nagle z tyłu ktoś krzyknął, a Daryn obejrzał się przez ramię. W gęstwinie drzew mignęła mu ludzka sylwetka. Przyspieszyli kroku.

Schodzili teraz w dół zbocza, czepiając się kurczowo oślizgłych gałęzi. Wtem Maelyn zahaczyła nogą o korzeń, straciła równowagę i runęła w dół. Stoczyła się kilka metrów i z trzaskiem uderzyła o zwalony pień. Spróbowała się podnieść, lecz jęknęła tylko i opadła znów na błotnistą ziemię. Daryn kucnął obok bez słowa. Zarzucił sobie jej rękę na ramię i wstali z trudem.

W końcu zdołali jakoś zejść ze stromizny i mężczyzna rozejrzał się niepewnie. Odgłosy pościgu odbijały się echem wokół. Wsparta na nim Maelyn dyszała ciężko, a jej twarz wykrzywiał grymas bólu. Zdał sobie sprawę, że w ten sposób nigdy nie zdołają uciec.

– Do diabła z tym wszystkim – wysapał z wysiłkiem.

Znalazł niewielkie zagłębienie terenu i delikatnie ułożył w nim towarzyszkę. Sam zajął miejsce obok, po czym nakrył ich oboje połą płaszcza.

Leżał tak przez chwilę, aż jego oddech uspokoił się, a dławiący ucisk w piersi nieco złagodniał. Następnie odetchnął głęboko, zamknął oczy i wypowiedział zaklęcie.

 

Rozdział 5

Daryn starannie ułożył ostatni patyk na kupce i spojrzał sceptycznie na prowizoryczne palenisko. Drewno było mokre i gęsto porośnięte mchem, ale mimo to uznał, że warto spróbować. Rozejrzał się odruchowo, po czym wymamrotał kilka słów. Syknęło, uniósł się ciemny dym, ogień zatlił się na moment i zgasł. Mężczyzna zaklął pod nosem. Zirytowany kopnął zwalony pień sosny, a spróchniałe drewno złamało się z trzaskiem.

Odetchnął głęboko i zatarł zmarznięte dłonie. Gdzieś ponad koronami drzew słońce chyliło się powoli ku zachodowi.

– Jeśli zamierzasz łamać prawo, to przynajmniej rób to porządnie. Zamarzam tutaj – poskarżyła się Maelyn spod fałd płaszcza.

– Masz jakieś zastrzeżenia co do rytuału ukrycia? – warknął szorstko.

Ze złością machnął dłonią nad paleniskiem, tym razem głośno wypowiadając zaklęcie, a wilgotne drewno natychmiast rozpaliło się jasno. Maelyn pokiwała głową z aprobatą. Wstała niezgrabnie i przysunęła się nieco bliżej ognia.

– Widzisz, potrzebujesz tylko odrobiny zachęty – oznajmiła, moszcząc się na miękkim mchu.

Daryn zakrzątał się w poszukiwaniu opału. W milczeniu zbierał kolejne patyki, czując, jak z każdą mijającą chwilą narasta w nim gniew. W końcu nie mógł już dłużej wytrzymać.

– Zamierzasz po prostu udawać, że nic się nie stało? – zapytał.

– A cóż mogę rzec? – odpowiedziała spokojnie.

Cisnął naręcze drewna do ognia i zwrócił się w stronę towarzyszki.

– Może chociaż to, że wszystko popsułaś! Czego się spodziewałaś? Że Malken będzie spokojnie patrzył, jak knujesz przeciw księciu i oddajesz połowę krainy zabójcom jego krewnych?

– Przyznaję, popełniłam błąd… – stwierdziła beznamiętnie.

– Błąd?! – Daryn nie posiadał się ze wściekłości. – Nie zadałaś sobie nawet trudu, żeby z nim pomówić! Ani ze mną, skoro o tym mowa. Naprawdę sądziłaś, że wszyscy będą tańczyć tak, jak im zagrasz?! To wiedz, że nie jesteś taka sprytna, jak ci się wydawało. Jedna marionetka zerwała się z uwięzi i zostałaś z niczym!

Wpatrzona w ogień Maelyn milczała i z jakiegoś powodu ta nagła potulność rozjuszyła go jeszcze bardziej.

– Nadal nic nie mówisz? – warknął. – Co jeszcze ukrywasz? Twoje tajemnice zabiły już Malkena, a ja nie zamierzam być ich następną ofiarą. Odpowiesz na moje pytania albo, przysięgam, porzucę cię w tym przeklętym lesie i niech szlag trafi Kolegium wraz z Wysoką Radą! Ilyra doskonale radzi sobie bez nich. Może ja też powinienem.

Dygotał cały, a policzki miał purpurowe ze wściekłości. Zapadła pełna napięcia cisza.

– Pytaj więc – powiedziała w końcu Maelyn.

Daryn zaniemówił z wrażenia. Mimo gniewu i zuchwałych słów nie spodziewał się takiej reakcji. Spróbował zebrać myśli.

– Czy Ilyra rzeczywiście podszywa się pod Virey? – wypalił.

– Otóż w tym tkwi sedno całej tej przykrej sprawy. Książę Voshal jest przekonany, że tak, a ty sam doszedłeś do podobnego wniosku. Ona zaś utrzymuje, że jest tylko prorokinią. Niewygodna prawda jest taka, że poza nią nikt tak naprawdę tego nie wie. Ja również nie mam pojęcia – przyznała.

– Czy w Voshalen mieliśmy do czynienia z magią czy z boską mocą?

Maelyn westchnęła ciężko.

– Kolejne trudne pytanie. Wiemy, że posłaniec nie był pod wpływem uroku. Wiemy też, że ktoś rzucił zaklęcie za jego pośrednictwem. Jednak jak to uczynił? Nie znaleziono przy nim żadnych magicznych kotwic podobnych do srebrnego naszyjnika, który dałam Malkenowi przed jego misją w Korven. Chłopiec z pewnością sam nie uczył się tajemnej sztuki. Według wszelkich znanych nam zasad to, co się stało, nie powinno być możliwe.

Daryn usiadł na miękkim mchu, ledwie o krok od towarzyszki. W jego umyśle złość powoli ustępowała miejsca rosnącej ciekawości.

– Może Ilyra odkryła tu jakiś sekret, nieznany w Kolegium? – zastanowił się.

– Tego właśnie się obawiam. Wiedza o kotwicach jest rozpowszechniona i istnieją sposoby, by je wykryć. Dlatego w Korven tak ważny był pośpiech. Na pograniczu mało kto zna się na magii i tylko dlatego Malkenowi nie odebrano od razu naszyjnika. Jednak Ilyra z pewnością naprawiłaby ten błąd, gdybyśmy tylko dali jej na to czas.

– Jeśli ona nie potrzebuje żadnych przedmiotów, aby przesyłać moc na odległość… – powiedział Daryn drżącym głosem.

– Wtedy każdy jest potencjalnym zagrożeniem. To całkowicie zmienia reguły gry. Jeśli taki sposób istnieje, Wysoka Rada musi poznać go za wszelką cenę. Jeśli zaś to tylko boska moc i gra toczy się o władzę w jednym peryferyjnym księstwie, wtedy cóż… opuścimy tę krainę, nie oglądając się ani razu za siebie. Mistrzowie nie dbają o to, co się tutaj wydarzy, i kto zwycięży w tej walce.

– Zatem po co były te rokowania?

– Pokój miał dać nam czas na przeprowadzenie śledztwa. Teraz już na to za późno. Wojna jest nieunikniona, a my mimowolnie staliśmy się jej częścią.

Daryn siedział zasępiony i patrzył w ogień. Mimo wszystkiego, czego się dowiedział, nie potrafił przestać myśleć o Malkenie. Prawie widział przed oczami postać rycerza: nasiąknięty krwią kaftan, twarz czerwoną z wysiłku, oczy błyszczące gorączką walki.

„Po prostu zostawiliśmy go tam” – pomyślał udręczony.

Z wysiłkiem odsunął od siebie uporczywe wspomnienia. Wiedział, że przyjdzie jeszcze czas na opłakiwanie towarzysza, lecz teraz musieli wydostać się z tej puszczy.

Nazbierał więcej opału i ułożył drewno obok paleniska. Potem starannie przygotował posłanie.

Nie mieli koca, więc jeden płaszcz zwinął jako poduszkę, a drugim owinęli się szczelnie, wtulając w siebie nawzajem. Ognisko nieco przygasło, a ponad nimi pierwsze gwiazdy błyskały na szafirowym niebie. Gdzieś w gęstwinie zahukała sowa.

– Nie miałeś racji – szepnęła nagle Maelyn.

– Z czym? – zapytał, nie rozumiejąc.

Przywarła mocniej do jego pleców.

– Nie zostałam z niczym. Mam jeszcze ciebie… jeśli zechcesz ze mną zostać – powiedziała nieswoim głosem.

Daryn roześmiał się mimo woli.

– Tak, zostałem ci ja i Ostrze. Jeśli tylko zdołamy je odzyskać – stwierdził.

Przez chwilę leżeli w ciszy, zasłuchani w szum wiatru w koronach drzew.

– Dziękuję ci, Darynie. Za uratowanie życia i za wszystko inne – powiedziała cichutko.

 

***

 

Przystanął i otarł pot z czoła wierzchem dłoni. Wysoko w koronach drzew słońce przygrzewało mocno, jednak w dole, między omszałymi pniami, było nadal ciemno i bardzo duszno. Jak dotąd szli cały czas w dół, mozolnie przedzierając się przez leśne poszycie, lecz Darynowi wydawało się, że zbocze nie było już tak strome, a gęstwina rzedniała nieco.

– Zmęczyłeś się? – wydyszała Maelyn, zatrzymując się obok.

Była blada i oddychała ciężko.

„Jak długo zdoła jeszcze iść?” – zastanowił się. Pytanie nie dawało mu spokoju, odkąd rankiem wyruszyli ze swojego prowizorycznego obozowiska. Maelyn nie skarżyła się, lecz było oczywiste, że bardzo cierpi.

Spróbował przypomnieć sobie, kiedy jedli ostatni posiłek. Nie mogła od tego czasu upłynąć więcej niż doba, lecz Daryn miał wrażenie, że głoduje od wieków.

– Widzę polanę przed nami. Chodź, to już niedaleko – zachęcił towarzyszkę.

Wkrótce przekonali się, że miał rację. Ledwie sto metrów dalej las urywał się gwałtownie, ustępując miejsca skąpanej w blasku południowego słońca przesiece. Po drugiej stronie polany wznosiła się kryta strzechą chata, a ponad nią wstęga szarego dymu pięła się leniwie ku bezchmurnemu niebu.

Wiedzieli, że muszą zaryzykować, więc ruszyli w stronę budynku brodząc po pas w wysokiej trawie. Przekroczyli strumień po przerzuconej w poprzek kłodzie i zatrzymali się przed wiklinowym płotem otaczającym obejście.

– Jest tam kto? – zawołał Daryn wyraźnym głosem.

Nikt nie odpowiedział, ale drzwi uchyliły się odrobinę, a z wnętrza domu wychyliła się posiwiała głowa. Staruszka przez moment przypatrywała się przybyszom badawczo, po czym gestem dłoni wskazała im, by się zbliżyli.

Weszli do ogrodu, a Daryn rozejrzał się ciekawie. Starannie wypielone grządki ciągnęły się aż ku ścianom domostwa, a w powietrzu unosił się silny ziołowy aromat. W pewnej odległości od wyłożonej kamieniami ścieżki, w cieniu rozłożystego orzecha z trawy wyrastały trzy ociosane głazy. Jeden z nich był omszały i brudny, lecz pozostałe dwa odcinały się świeżą bielą na tle zieleni.

Deski zaskrzypiały cicho, gdy wchodzili na ganek. Kobieta czekała tam na nich, wyprostowana mimo sędziwego wieku, wpatrzona uważnie w ich twarze.

– Niech spocznie na was łaska Bogini – powiedziała cicho. – Wejdźcie i bądźcie moimi gośćmi.

 

***

 

Daryn chciwie pochłonął ostatni łyk warzywnej zupy i z błogim westchnieniem odstawił miskę na blat. W przeciwległym końcu pomieszczenia Maelyn drzemała na drewnianym łóżku, kompletnie wyczerpana po trudach wędrówki.

„Jest z nią gorzej niż sądziłem. Nie ruszymy się dziś stąd ani o krok” – uświadomił sobie.

Rozejrzał się po izbie, a jego uwagę zwrócił niewielki ołtarzyk, ustawiony starannie na ozdobnej komodzie, tuż obok wychodzącego na ogród okna. Otoczona przez dwie woskowe świece stała tam rzeźbiona w białym kamieniu figurka i Darynowi natychmiast przyszła na myśl zamkowa kaplica. Spojrzał pytająco na siedzącą naprzeciwko staruszkę, a ta skinęła głową.

– To Ukryta Królowa, cudzoziemcze. To ona czuwa nad nami wszystkimi – oznajmiła.

Przyjrzał się uważniej rzeźbie. W miejscu, gdzie powinna znajdować się twarz kobiety, mleczny kamień był wygładzony i lśniący, a skronie bogini otaczał malutki wieniec, pieczołowicie spleciony ze świeżych gałązek wierzby.

– Wygląda inaczej niż posąg na zamku – zauważył.

– Każdy oddaje cześć Matce, jak podpowiada mu serce. Lecz właśnie tak mój lud rzeźbił ją przed wiekami, zanim Żelaźni Ludzie pobudowali swe twierdze na wzgórzach.

„Mój lud… Ilyra użyła tych samych słów” – uświadomił sobie Daryn, nerwowo przełykając ślinę.

– Jesteś kapłanką… Czy służysz pani na zamku? – zapytał.

– Czy jej służę? – Kobieta skrzywiła się na te słowa. – Służę tylko Virey, tak jak moja babka i matka przede mną. Daję ulgę cierpiącym, odbieram porody, uzdrawiam tych, których czas jeszcze nie nadszedł, pomagam dźwigać troski tego świata. Czy pani Ilyra robi wszystkie te rzeczy?

– Słyszałem, jak mówiła, że wyzwoliła lud z ucisku. Czy nie ma racji? – zapytał.

– Być może na krótką chwilę, lecz przed cierpieniem nie ma ucieczki, dopóki żyjemy na tym świecie. Nawet przed inwazją ludzie walczyli, chorowali i tracili to, co było im drogie. Prawdziwe pocieszenie pochodzi tylko od Bogini, a ten, kto toczy wojny, pomnaża jedynie niedole. Swoje i innych.

– Czy to właśnie robi Ilyra? – zapytał.

– Wielu tak twierdzi – odparła poważnie.

Daryn spojrzał przez okno na zalesione stoki. Wierzchołek wzgórza, na którym spotkali się z ludźmi hrabiego, nie mógł być daleko, lecz z doliny nie sposób było go dostrzec.

– Czy wiesz, kim jesteśmy? – zapytał wreszcie.

– Wiem, że zbrojni z Korven byli tutaj, szukając dwójki cudzoziemców. Rzekłam im, że nikogo nie widziałam, i to samo powiem, jeśli wrócą.

 

***

 

Daryn dźwignął garnek z pieca i zakaszlał, gdy z wrzącej cieczy buchnęła ostra woń. Poniósł ciężkie naczynie w stronę łóżka, a następnie ostrożnie ułożył je na drewnianej podłodze obok siedzącej na krześle kapłanki. Maelyn leżała na posłaniu, naga od pasa w górę, a na jej boku, tuż pod sterczącym wzgórkiem piersi, rozlewała się wielka sina plama. Czarodziejka z trudem łapała oddech, oczy miała przymknięte, a twarz białą jak kreda. Daryn z troską ujął jej dłoń.

– Jest rozpalona – powiedział drżącym głosem.

Staruszka skinęła głową w milczeniu i nachyliła się nad mętnym wywarem. Błysnęło ostrze noża, a na powierzchnię cieczy kapnęły szkarłatne krople. W tej samej chwili Daryn poczuł znajomy ucisk w skroniach.

„Czyżby magia krwi? Maelyn nie doceniła tych ludzi. Jakie jeszcze sekrety skrywa ta ziemia?” – zastanowił się.

Tymczasem kapłanka zanurzyła szmatkę w parującym naczyniu i przyłożyła tkaninę do boku chorej. Szepnęła coś bardzo cicho, a Maelyn w tej samej chwili westchnęła i mocniej ścisnęła dłoń towarzysza.

Czekali w milczeniu. Minuty mijały, oddech czarodziejki stopniowo się uspokajał, a pobladła twarz nabierała rumieńców. W końcu kobieta zapadła w głęboki sen i wtedy Daryn ostrożnie przykrył ją kocem.

– Dziękuję – wyszeptał z ulgą.

Obok niego staruszka podnosiła się chwiejnie z krzesła. Zaniepokojony ujął ją pod ramię i poprowadził ku ławie.

– Co się stało? Czy źle się czujesz? – zapytał, gdy usiedli przy stole.

– Przyjęłam na siebie część jej choroby. Wiedz, że ból przyjęty dobrowolnie ma wielką moc, a Bogini jest zawsze z nami, zwłaszcza w naszych cierpieniach. Twoja przyjaciółka wyzdrowieje – odparła ze słabym uśmiechem.

– Jest z nami w naszych cierpieniach – wyszeptał Daryn sam do siebie. Słyszał już podobne słowa, lecz nie mógł sobie przypomnieć kiedy.

W zadumie popatrzył przez okno. W promieniach zachodzącego słońca leśna polana złociła się niczym łan dojrzałej pszenicy.

– Czy opowiesz mi, jak było kiedyś? Zanim najeźdźcy przybyli do tej krainy. Kiedy słudzy Virey żyli w pokoju, a kapłanki czyniły wielką magię? – zapytał wreszcie.

Kobieta spojrzała na niego przenikliwie, a potem powoli skinęła głową.

 

Rozdział 6

Daryn zostawił za sobą ostatnie zabudowania osady i ruszył krętą drogą w górę zbocza, wspinając się ku spowitemu mgłą zamczysku. Czuł ciężar sztyletu przy pasie, a serce biło mu szybko; na próżno starał się je uspokoić. Wkrótce był już wysoko i tam pochłonęły go wilgotne opary, a osada u stóp wzgórza całkiem zniknęła mu z oczu.

Minął zakręt gościńca i w tej samej chwili ujrzał mur kurtynowy twierdzy, zawieszony nad pionową ścianą skalną niczym kamienna korona. Na końcu drogi, za przerzuconym nad przepaścią mostkiem, wznosiła się zwieńczona drewnianym zadaszeniem wieża, a u jej podnóża, pod rzędem wąskich strzelnic, dwuskrzydłowe wrota stały zamknięte na głucho.

„Malken miał rację, z bliska nie wygląda tak imponująco” – pomyślał, omiatając wzrokiem pokruszone mury i sterty zwalonych kamieni.

W zamku już go zauważono. Na murach ktoś krzyknął, potem zadudniły odsuwane rygle i brama otworzyła się z głośnym zgrzytem zawiasów. Wokół Daryna zaroiło się od zbrojnych.

– Kim jesteś? Czego tu chcesz? – warknął sierżant, niski mężczyzna, prawie całkowicie łysy.

– Nazywam się Daryn Vey. Przychodzę z poselstwem do pani Ilyry – odpowiedział.

Dowódca spojrzał na niego spode łba i skinął dłonią. Ktoś bezceremonialnie pchnął Daryna w stronę bramy i weszli do środka, a wrota zatrzasnęły się za nimi z głuchym łoskotem.

„Teraz nie ma już odwrotu” – uświadomił sobie, czując ucisk w żołądku.

Poprowadzono go do strażnicy bramnej i tam usiadł na ławie, pilnowany przez dwóch zbrojnych. Sierżant gdzieś zniknął.

„Po kogo poszedł? Mam nadzieję, że nie po kata” – pomyślał Daryn, starając się zachować spokój.

Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Wkrótce na zewnątrz zastukały ciężkie kroki i w drzwiach ukazała się barczysta sylwetka.

– Ty?! Masz czelność tutaj przychodzić?! – warknął brodaty rycerz, w którym Daryn natychmiast rozpoznał przybocznego hrabiego.

Mężczyzna podszedł bliżej i spojrzał wrogo na przybysza.

– Przeszukać go, byle dokładnie – rozkazał.

Darynowi odebrano sztylet, torbę podróżną, a z palca zdjęto srebrny pierścień. Na widok tego ostatniego przedmiotu brodacz uśmiechnął się złośliwie, lecz nic nie rzekł. Skinieniem dłoni odprawił wartowników, po czym poprowadził jeńca ku cytadeli, przecinając w poprzek zatłoczony dziedziniec. Mimo wczesnej pory zamek tętnił życiem: grupy mężczyzn czyściły broń, słudzy dźwigali ciężkie pakunki, a w kuźni młoty dzwoniły o kowadła.

„Przygotowują się do walki” – zdał sobie sprawę Daryn.

Wspięli się na wąskie schody, te same, którymi jeszcze niedawno skradał się Malken, po czym zagłębili się w kręte korytarze twierdzy. Raz po raz mijali uzbrojonych strażników.

Wkrótce stanęli przed wrotami prowadzącymi do zamkowej kaplicy. Brodaty rycerz skinął głową wartownikom, a ci rozstąpili się bez słowa.

Komnata wyglądała niemal identycznie jak wtedy, gdy Daryn widział ją w magicznym zwierciadle. Olbrzymi posąg bogini dominował w pomieszczeniu, otoczony przez bliźniacze kolumny malowane na podobieństwo pnących się ku sklepieniu płomieni. Rzeźbiony piedestał przed posągiem był jednak pusty, a przed nim, odwrócona do przybyszów plecami, siedziała ubrana w prostą suknię kobieta.

– Szlachetna pani, przyprowadziłem go, tak jak rozkazałaś – oznajmił brodaty rycerz.

– Dziękuję Garenie – odezwała się Ilyra przytłumionym głosem.

Powoli, jakby z trudem, uniosła się z ławy i odwróciła w stronę drzwi. Daryn spojrzał na jej twarz i zacisnął zęby. Na prawym policzku kapłanki, od nosa aż po krawędź szczęki, ciągnęła się zaskorupiała rana. Skóra wokół rozcięcia była zaczerwieniona i opuchnięta, a ze strupa sterczały pojedyncze włókna. Widać było, że ktoś próbował nieudolnie zszyć ranę konopną nicią.

– Oto owoc waszej zdrady – stwierdziła Ilyra, dostrzegając jego zakłopotanie. Mówiła dziwnie powoli, tak jakby każde wypowiedziane słowo sprawiało jej ból. – Niezbyt piękny to widok, lecz lepiej mieć szpetne oblicze, niż nosić ohydę w sercu.

Daryn ukłonił się, nie odrywając wzroku od okaleczonej twarzy.

– Pani… zapewniam, że rycerz, który cię zaatakował, działał z własnej inicjatywy. Nie było naszym zamiarem wyrządzić ci krzywdę – powiedział.

Na te słowa Garen parsknął ze złością.

– Pani, pozwól, żebym wymierzył temu kłamcy… – zaczął, lecz natychmiast umilkł, gdy Ilyra uniosła dłoń.

– Spokojnie, przyjacielu. Tak właśnie rzekła jego pani i nie winię go za to, że jej uwierzył. Oszustwo jest dla mistrzów drugą naturą, a Maelyn zawsze pilnie zgłębiała ich nauki. – Co znaleźliście przy nim? – zapytała.

Garen postąpił naprzód i położył sztylet wraz z pierścieniem na kamiennym postumencie. Ilyra czule pogładziła rękojeść broni, a następnie zmierzyła wzrokiem srebrną obrączkę.

– Jako gest dobrej woli pani Maelyn poleciła mi zwrócić Ostrze. Udzieliła mi również pełnomocnictwa, abym podjął w jej imieniu przerwane negocjacje – oznajmił Daryn.

Ilyra spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Czy ona ma mnie za głupca? – wybuchła nagle. – Przysyła cię tutaj, myśląc, że drugi raz damy się nabrać na ten sam podstęp? Czy ty w ogóle wiesz, czym jest ten pierścień? Zapewne nawet nie zadała sobie trudu, by ci to wyjaśnić.

– N-nie ma w nim nic szczególnego… – wyjąkał Daryn.

– Nie kłam, bo to ci nic nie pomoże! – rzuciła ze złością.

Zrobiła kilka kroków naprzód i zatrzymała się tuż przed Darynem. Z rany na jej twarzy sączyła się ku podbródkowi wąska strużka krwi.

– Wiemy, jaki gest dobrej woli szykowaliście. Nasi zwiadowcy już nam donieśli o wojsku, które wtargnęło na Pogranicze. Żelaźni Ludzie palą wsie i mordują każdego, kto wpadnie im w ręce. Zapewne taki plan uknuliście od samego początku: uśpić naszą czujność rokowaniami, a mnie skrycie zamordować, tak by Voshal zastał kraj nieprzygotowany do obrony. Ale Bogini zniweczyła wasze zamiary! Nie będzie żadnych negocjacji – stwierdziła stanowczo.

– Zatem wrócę, aby poinformować o tym panią Maelyn – odparł Daryn.

Garen parsknął śmiechem i położył dłoń na jego ramieniu.

– Na to nie możemy pozwolić – stwierdziła Ilyra chłodno.

 

***

 

– Do środka – warknął strażnik, popychając go naprzód.

Drzwi lochu zamknęły się z trzaskiem, zazgrzytał przekręcany w zamku klucz, a po chwili na korytarzu zadudniły oddalające się kroki. Daryn westchnął ciężko i rozejrzał się.

Cela była obszerna, a w zapleśniałej ścianie widniało tylko jedno zakratowane okienko, przez co pomieszczenie tonęło w półmroku. Mimo to od razu zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Ostrożnie zbliżył się do ustawionej pod ścianą pryczy i ukląkł na brudnej słomie.

Malken leżał tam, otulony szczelnie cienkim kocem, z twarzą posiniałą i skurczoną z bólu. Oddychał szybko i z trudem, a rozchylone wargi drżały mu niespokojnie. Daryn ostrożnie podniósł okrycie i skrzywił się, gdy uderzył go słodkawy odór. Bandaże na boku rycerza były niczym ciemna, zaschnięta skorupa.

Wtem ranny mężczyzna poruszył się, jakby wyczuwając czyjąś obecność. Powiódł niespokojnym wzrokiem po celi.

– Kto to? – wycharczał. – Kto tam jest?

Daryn delikatnie ujął jego dłoń i z przerażeniem zdał sobie sprawę, że jest lodowata. Bez słowa zdjął z pleców płaszcz i przykrył nim towarzysza.

– To ja, Daryn. Poznajesz mnie? – wyszeptał.

– D… Daryn? To niemożliwe… Mówili, że zniknęliście bez śladu. Myślałem, że pani Maelyn rzuciła na nich urok. Nie jesteś zjawą przysłaną, by mnie torturować? – Głos Malkena cichł powoli, jakby ta krótka przemowa wysysała z niego resztki sił.

– To naprawdę ja – zapewnił Daryn. – Leż spokojnie, proszę. Musisz się oszczędzać.

Z gardła rycerza wydobyło się ciche rzężenie, bardziej przypominające suchy kaszel niż śmiech.

– Cóż mi to teraz pomoże? – wyszeptał. – Nieraz czułem ten smród… dobrze wiem, co oznacza. To już długo nie potrwa…

Umilkł, wyczerpany, a Daryn nie pytał już o nic; siedział tylko obok posłania, z troską wpatrując się w twarz rannego. Wkrótce Malken zapadł w niespokojny sen. Minuty mijały powoli; gdzieś w oddali miarowo stukały młoty, rżały konie, rozlegały się nawoływania straży. Wszystkie te odgłosy dochodziły jednak stłumione, jakby cela była osobnym światem, odgrodzonym od reszty zamku i zapomnianym przez wszystkich.

– Pić, proszę… – wycharczał nagle Malken przez spierzchnięte wargi.

Daryn podniósł z posadzki gliniany dzban, lecz ten okazał się pusty. Zaklął pod nosem i bezradnie rozejrzał się po celi. Nigdzie nie było innego pojemnika. W końcu, z wahaniem, uniósł dłoń nad szyjką naczynia i starannie wypowiedział zaklęcie. Przez moment nic się nie działo, lecz wkrótce na wewnętrznych ściankach dzbana zaczęły perlić się drobne krople. Powoli pęczniały, łączyły się i w końcu spływały na dno. Trwało to długo, lecz w końcu zebrało się kilka łyków.

Daryn ostrożnie podniósł naczynie i przytknął je do ust Malkena. Rycerz pił chciwie, aż w końcu westchnął z wyraźną ulgą. Przez chwilę zbierał siły, zanim przemówił.

– Wy… wybacz mi. Wiem, że was zawiodłem. Musiałem to uczynić… Alvarin… on kazał mi przysiąc… powiedział, że to wola Boża. Że ona musi umrzeć… dla dobra księstwa… A kiedy usłyszałem, jak Maelyn… To była ostatnia szansa – szeptał gorączkowo, jakby bał się, że zabraknie mu czasu.

„Czy wszyscy jesteśmy tylko pionkami w grze potężniejszych od nas? Czy i mnie czeka podobny los?” – zastanowił się Daryn, jak nigdy wcześniej czując więź z tym odważnym mężczyzną, schwytanym, tak jak on, w sieć lojalności i oddania.

– To już nieważne. Wypełniłeś swój obowiązek – rzekł łagodnie.

Malken chwycił jego rękaw drżącymi palcami.

– Nie… ona nadal żyje! Błagam cię, zrób to, czego ja nie zdołałem. Zabij ją! Żelazny Ojciec gardzi słabością; jeśli przez mnie ona zwycięży, czeka mnie straszny los. Obiecaj mi… – Głos Malkena brzmiał nagląco, a w jego błękitnych oczach czaił się lęk.

Daryn wahał się ledwie przez moment.

– Przysięgam, że zrobię wszystko, by nigdy nie zawładnęła księstwem. Możesz odejść w pokoju.

 

***

 

Świtało już, gdy Malken wydał ostatnie tchnienie. Tuż przed śmiercią zapadł w głęboki sen i udręczony Daryn był wdzięczny za tę łaskę, choć nie wiedział, któremu z bogów powinien ją przypisać. W głębi jego umysłu kiełkowało ziarno buntu – niewzruszone przeświadczenie, że młody rycerz nie zasłużył na los, który go spotkał.

Spojrzał po raz ostatni na nieruchomą twarz i ostrożnie przykrył ciało kocem. Potem wstał, rozprostowując zdrętwiałe członki. Przez zakratowane okno sączyło się już blade światło poranka, a Daryn zdał sobie sprawę, że przez całą noc nie zmrużył oka. Jego umysł spowijała mgła; nie czuł już nic. Miał wrażenie, że wyczerpał całą miarę smutku.

Nagle w zamku zazgrzytał klucz i drzwi celi otworzyły się na oścież.

– Idziemy! Pani Ilyra cię wzywa – warknął klucznik, zaglądając do środka.

Daryn spojrzał na niego otępiałym wzrokiem.

Ruszył korytarzami cytadeli, eskortowany przez dwóch zbrojnych. Spodziewał się, że poprowadzą go ponownie do kaplicy, jednak zamiast tego skierowali się w stronę skrzydła mieszkalnego i zatrzymali przed jednym z pokojów.

Starszy ze strażników zapukał ostrożnie.

– Wejdźcie – odezwał się głos ze środka.

Ilyra siedziała na wyściełanym aksamitem krześle, bosa i ze stopami na ozdobnym kobiercu. Tuż obok niej w kominku trzaskał ogień, roztaczając wokół przyjemne ciepło.

Na ich widok skinęła dłonią, odprawiając eskortę.

– Ależ pani… czy to na pewno rozsądne? – zawahał się jeden ze strażników, zerkając podejrzliwie na Daryna.

– Bądź pewien, że nic mi nie grozi. Bogini czuwa nade mną – zapewniła.

„Bogini? Raczej twoje zaklęcia” – pomyślał Daryn, który ani na chwilę nie uwierzył, że czarodziejka naprawdę wyrzekła się swej mocy, tak jak utrzymywała.

– Usiądź, proszę – powiedziała uprzejmie, kiedy zostali już sami. Jej twarz była spokojna, a po wczorajszym wybuchu nie było ani śladu.

Daryn opadł sztywno na krzesło.

– Widzę w twoich oczach, że już umarł – westchnęła Ilyra. – Nie cieszy mnie jego zguba; był jedynie narzędziem, które porzucono, kiedy przestało być potrzebne. Obawiam się, że i ciebie spotka podobny los, jeśli w porę nie zejdziesz z błędnej ścieżki.

Zmierzyła Daryna badawczym spojrzeniem.

– Rozumiem cię, Darynie. I ja niegdyś wierzyłam, że mistrzowie są życzliwymi nauczycielami, którzy prowadzą nas wszystkich ku świetlanej przyszłości. Lecz prawda jest zupełnie inna… Chciwość, obłuda i żądza władzy, ukryte pod płaszczem pięknych słów, oto prawdziwe oblicze Kolegium. Teraz widzę, że Maelyn jest stracona, lecz ty masz jeszcze szansę. Nie musisz tutaj umierać.

– Co… co masz na myśli? – zapytał Daryn drżącym głosem.

– Bogini jest litościwa. Zapomnę o magicznej kotwicy, z którą w złej wierze tu przybyłeś. Pozostaniesz naszym gościem, dopóki nie rozbijemy armii Voshala. Potem podejmę decyzję. Jeśli okażesz się lojalny, będziesz mógł dołączyć do naszej sprawy. Jesteś jeszcze za młody na pierwsze wtajemniczenie i niewiele wiesz o magii, lecz musisz mieć potencjał, inaczej Maelyn nie zabrałby cię ze sobą. Jeśli zdobędziesz moje zaufanie, będę kontynuować twoją naukę. Kolegium nie jest całym światem. Co na to powiesz?

Daryn otarł spocone czoło.

– Dziękuję za tę łaskę. Maelyn miała cię za okrutnego tyrana, lecz teraz widzę, że to nieprawda – przyznał z ulgą.

Ilyra pokiwała głową, wyraźnie usatysfakcjonowana.

– Czeka cię jeszcze wiele podobnych niespodzianek. A teraz powiedz mi, jaki był prawdziwy cel waszej misji. Czego ona naprawdę chce? – zapytała.

„Jeśli wyczuje choćby cień kłamstwa, to koniec ze mną” – ostrzegł sam siebie, próbując zebrać myśli.

– Z początku mieliśmy tylko przeprowadzić śledztwo w sprawie twoich poczynań. Lecz Maelyn szybko nabrała podejrzeń. Twierdziła, że poznałaś jakiś sekret, o którym w Kolegium nikt nie wie – wyjaśnił.

Kapłanka w zamyśleniu pogładziła kciukiem opuchniętą skórę na policzku.

– Skąd jej to przyszło na myśl? – dociekała.

– Nie mogła zrozumieć, jak zdołałaś użyć magii w Voshalen – odparł Daryn.

Ilyra prychnęła lekceważąco.

– Nic dziwnego. Tacy jak ona są ślepi na siłę prawdziwego oddania. Potrafią tylko manipulować innymi – stwierdziła.

„W tym ma absolutną rację” – musiał przyznać z goryczą.

– Gdzie Maelyn jest teraz?

– Myślę, że już w obozie Voshala. Przy pożegnaniu zapewniła mnie, że jeśli moja misja się nie powiedzie, to połączą siły i odbiją mnie z zamku – powiedział po chwili zastanowienia.

Kobieta skrzywiła się z obrzydzeniem.

– Czyli od początku byli w zmowie. Muszę przyznać, że świetnie to odegrała. Ta jej udawana pogarda wobec księcia… Bardzo przekonujące.

– Już w Voshalen złożył jej prywatną wizytę. Ale nie wtajemniczała mnie we wszystkie swoje plany; chyba nie do końca mi ufała.

Ilyra roześmiała się szczerze.

– Nie bierz tego do siebie. Kolegium uczy nieufności: kręgi, wtajemniczenia, sekrety. Wiedza jest ich skarbem i zawzięcie jej strzegą. Przekonasz się jednak, że nie musi tak być.

Przez chwilę trwała w zadumie.

– Nie wyczuwam w tobie kłamstwa. Wierzę, że byłeś ze mną szczery. Nie wrócisz już do celi. Od dziś zamieszkasz w tej części zamku.

Pociągnęła za zwisający ze ściany sznur i po chwili drzwi otworzyły się, a do wnętrza zajrzał ubrany w dworski strój mężczyzna. Daryn ukłonił się i opuścił pokój, czując na plecach spojrzenie kapłanki.

Jego sypialnia znajdowała się na niższym piętrze. Gdy tylko tam dotarli, Daryn pożegnał się pospiesznie ze swoim przewodnikiem, po czym zamknął i zaryglował drzwi. Podszedł do wąskiego okienka, jedynego w pomieszczeniu i oparł dłoń na zimnym kamieniu. Popatrzył w dół. Na zewnątrz zamkowy mur opadał pionowo ku najeżonej skałami przepaści; gładki i porośnięty śliskim mchem nie dawał nadziei ucieczki.

Daryn podniósł wzrok i spojrzał przed siebie, prosto na majaczące w oddali wzgórza. Ich wierzchołki wznosiły się ku niebu ponad bezkresną zielenią lasów, z rzadka tylko złamaną płową łysiną samotnego pastwiska. Jeszcze niżej, w spowitych mgłą dolinach wiły się bystre strumienie, łyskając między gałęziami bielą spienionej wody. Osad ludzkich dostrzegał niewiele; była to dzika i uboga kraina.

Oczy zapiekły go i prawie natychmiast poczuł nieodpartą senność. Usiadł ciężko na posłaniu, zzuł buty i ułożył się na wznak. Zasnął, zanim zdążył otulić się kocem.

 

***

 

Obudziło go głośne łomotanie do drzwi. Przez chwilę leżał nieruchomo, tępo wpatrzony w kamienny sufit, zanim z wolna przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Walenie rozległo się ponownie i Daryn w końcu przezwyciężył senność. Niezgrabnie podniósł się z łóżka, a następnie odryglował drzwi. Na zewnątrz czekał sługa Ilyry, ten sam, który wcześniej zaprowadził go do komnaty.

– Pospiesz się, musimy iść. To rozkaz Pani – ponaglił go mężczyzna.

Daryn obejrzał się. Za oknem słońce wisiało już nisko nad szczytami wzgórz, a między nimi, w wielkiej dali, ku niebu wznosiły się jakby pióropusze czarnego dymu.

„Czyżby las płonął…” – przyszło mu do głowy, lecz wtem przypomniał sobie o wojsku Voshala. Książę musiał być bliżej, niż przewidywano.

Ruszyli w drogę i wkrótce stanęli przed wejściem do kaplicy. Dwaj wartownicy spojrzeli na cudzoziemca podejrzliwie, lecz na znak dany przez sługę rozstąpili się niechętnie. Daryn wszedł do środka, a drzwi zatrzasnęły się za jego plecami.

Obszerną komnatę oświetlało osiem płonących pochodni, umieszczonych po cztery na każdej z kolumn, tak że blask prawdziwych płomieni zdawał się ożywiać te przedstawione na malowidłach. Wrażenie było takie, jakby posąg bogini migotał w półmroku, groźny i majestatyczny, otoczony zewsząd żywym ogniem. Tuż przed rzeźbą, z dłonią na rękojeści spoczywającego na postumencie sztyletu, czekała Ilyra, ubrana teraz w długą szkarłatną suknię i przepasana purpurową szarfą. Kilka kroków od niej, zwróceni twarzami w stronę posągu, klęczeli czterej brodaci mężczyźni.

Daryn dyskretnie usunął się w bok i oparł plecami o ścianę. Był pewien, że żaden z klęczących wyznawców nawet nie zauważył jego obecności – zbyt byli pogrążeni w religijnym uniesieniu, lecz Ilyra skinęła mu głową z aprobatą. Przez chwilę trwali w milczeniu.

– Cierpienie jest służbą. Czy przyjmujecie je dobrowolnie? – zaintonowała wreszcie kapłanka, a jej słowa odbiły się echem od kamiennych ścian.

– Przyjmujemy – odpowiedzieli chórem mężczyźni, unosząc twarze ku posągowi.

Teraz Daryn mógł przyjrzeć się im dokładniej. Byli to bez wyjątku ludzie Pogranicza, twardzi, krzepcy i nawykli do trudów. Wiedział, że tacy jak oni znosili prześladowania w milczeniu, a cierpienia bez słowa skargi.

„Jej lud” – uświadomił sobie.

– Służba Bogini jest oddaniem. Czy miłujecie szczerze? – zapytała ponownie Ilyra.

– Miłujemy – rozległa się odpowiedź.

Kapłanka podniosła Ostrze Bogini i przycisnęła je do piersi, a klinga sztyletu błysnęła krwawą czerwienią w świetle pochodni.

– Oddanie przynosi moc. Czy pragniecie być jej naczyniem? – wyszeptała z pasją.

– Pragniemy – odpowiedzieli bez wahania.

Ilyra wskazała pierwszego z mężczyzn, a ten podźwignął się i postąpił krok naprzód. Był nagi od pasa w górę, a wśród ciemnej szczeciny na jego piersi perliły się krople potu.

Kapłanka przytknęła ostrze do jego boku i powolnym ruchem przesunęła je ku górze, w stronę mostka. Klinga sztyletu natychmiast rozbłysła, jakby dotyk żywego ciała rozniecił ukryty w niej ogień.

– W imieniu Matki przyjmuję twoją ofiarę – powiedziała uroczyście Ilyra, po czym cofnęła broń. Mężczyzna westchnął, jakby z bólu, lecz na jego skórze, zamiast krwawiącej rany, widniała jedynie różowa kreska, podobna do świeżo zagojonej blizny.

Kolejni wyznawcy podchodzili do Ilyry, a ona wypowiadała słowa i naznaczała ich ciała. I po każdym cięciu ostrze jaśniało coraz mocniej, aż w końcu nie sposób było na nie patrzeć. Pomieszczenie wypełniło się nieznośnym blaskiem, który drgał i migotał przy najmniejszym ruchu rozjarzonej klingi.

– Niechaj cierpienie złączy nas ku chwale Bogini – rozległ się nagle głos Ilyry.

Iluminacja natychmiast zgasła i kaplicę na powrót ogarnął półmrok, rozpraszany jedynie słabym blaskiem pochodni. Kontrast był tak wielki, że Daryn przez chwilę nic nie widział.

– Ruszajcie! Nie zwlekajcie ani chwili. Zuchwały wróg nadciąga i wkrótce stanie u bram zamku. Upokorzcie jego dumę! – zawołała donośnie Ilyra.

Jeden po drugim mężczyźni kłaniali się nisko i opuszczali kaplicę, aż wreszcie w pomieszczeniu została tylko ona i Daryn.

– Posyłasz ich, by zabili księcia – bardziej stwierdził niż zapytał.

– Nie tylko jego. Kapłanów, naczelników… wszystkich, którzy dowodzą tą krwiożerczą zgrają! Ilu tylko zdołają. Kiedy zginą przywódcy w wojsku zapanuje chaos i wtedy uderzymy, a wrogowie rozproszą się przed nami jak liście na wietrze! – zaśmiała się Ilyra.

Daryn widział teraz, że rytuał wywarł wpływ i na nią. Oczy kobiety błyskały dziko, a jej głos był twardy i nieznoszący sprzeciwu.

– Czy Maelyn też zamierzasz uśmiercić? – odważył się zapytać.

– Jeśli będzie na tyle głupia, by się wtrącać – oznajmiła chłodno kapłanka, patrząc na niego z ukosa. – Lepiej dla ciebie będzie, jeśli o niej zapomnisz. Teraz zostaw mnie, chcę się pomodlić.

Odwróciła się w stronę posągu i opadła na kolana przed boginią. Daryn przez moment patrzył na jej klęczącą postać, po czym bez słowa opuścił pomieszczenie i ruszył w stronę skrzydła mieszkalnego. Wokół zamek tętnił gorączkowym życiem, ale na niego nikt nie zwracał uwagi.

„Mógłbym wymknąć się niepostrzeżenie… Miną całe godziny, zanim zauważą moją nieobecność” – zdał sobie sprawę.

Zamiast tego wrócił do swojej sypialni i starannie zaryglował drzwi. Spojrzał przez okno. Noc zapadała szybko; słupów dymu nie było już widać, lecz hen daleko na zachodzie, w gęstniejącej ciemności błyskały pomarańczowe światełka ognisk.

Daryn podniósł leżący na stole kaganek i pstryknięciem palców zapalił knot. Następnie lewą ręką uniósł koszulę i zbliżywszy płomień do skóry, przyjrzał się jej uważnie. Na jego piersi wąska linia blizny biegła ukośnie od prawego obojczyka, przecinała mostek i znikała między dolnymi łukami żeber.

 

Rozdział 7

Długo leżał na posłaniu, nim w końcu zapadł w niespokojny sen.

Śniło mu się, że znów jest w wielkiej sali zamkowej w Voshalen, a wokół niego trwa huczna biesiada. Był tam książę, czerwony na twarzy i na wpół pijany, a także stary Alvarin z kwaśną miną i oczami załzawionymi od dymu. Daryn stał w kłębowisku służby, czując na twarzy żar płonącego paleniska, lecz nikt nie zwracał na niego uwagi.

„Muszę iść. Maelyn czeka na mnie” – uświadomił sobie nagle.

Postąpił krok naprzód i poczuł, że wlecze za sobą ciężkie łańcuchy. W tej samej chwili ktoś przeraźliwie krzyknął, a strwożeni goście poderwali się z krzeseł. Coś z głośnym brzękiem uderzyło o posadzkę. Książę wrzasnął i cofnął się, a z tłumu natychmiast wyłoniła się barczysta postać. Błysnęła dobywana stal.

„Helrun?” – przemknęło mu przez myśl, lecz napastnik był zakuty w zbroję i miał twarz Garena.

W tej samej chwili palenisko eksplodowało ogniem. Płomienie objęły ciało Daryna; czuł jak od ich żaru jego skóra skwierczy i pęka jak mięso pieczone na rożnie. Chciał krzyknąć, lecz powietrze paliło go w gardle, a z ust uleciała tylko strużka czarnego dymu. Wtem, gdzieś wśród pożogi, zamajaczyła mu twarz Ilyry. Kobieta śmiała się, a rana na jej policzku była niczym krwawa szczelina, przez którą połyskiwały bielą rzędy strzaskanych zębów. Nagle ponad ryk płomieni przebiły się słowa zaklęcia. Wiedząc, co go czeka, Daryn instynktownie zasłonił twarz dłońmi – i właśnie wtedy ocknął się nagle, bez tchu w piersi i cały zlany potem.

Nad Pograniczem wstawał mglisty i pochmurny poranek, a od strony okna wiało przenikliwym chłodem. Daryn otarł czoło, daremnie próbując uspokoić rozszalałe bicie serca. W końcu, nadal wstrząśnięty wyrazistym koszmarem, podniósł się z łoża i wyjrzał na zewnątrz, omiatając wzrokiem okolicę.

Oznak nadciągającej burzy nie dało się już przeoczyć: prowadzący do Voshalen trakt pełen był uciekających przed nadciągającą armią ludzi, a dymy na zachodzie były bliższe i czarniejsze niż wczoraj. Część uchodźców pchała przed sobą dwukołowe wózki, część szła pieszo, a jedynie najbogatsi wieźli swój dobytek na wozach zaprzężonych w konie. Cała ta ciżba ciągnęła powoli ku zamkowi, lecz Daryn wątpił, czy znajdą w nim schronienie. Twierdza już teraz była tak przepełniona, że nie sposób było wyżywić załogi w razie długiego oblężenia.

Zachodnia armia dotarła do Korven tuż po porze południowego posiłku. Pierwszy nadciągnął oddział konnych rycerzy, który, przetoczywszy się po trakcie jak burza, spędził z niego ostatnich maruderów. Wkrótce potem przymaszerowały równe szeregi włóczników, odzianych w sięgające kolan kolczugi i spiczaste hełmy. Pochód zamykała tylna straż – kolejny oddział konnych jadący pod sztandarem z podwójnym toporem na białym polu.

„Książęcy herb…” – pomyślał Daryn ponuro. Nie w takich okolicznościach pragnął ponownie spotkać pana Voshalen.

Pochód wrogiego wojska trwał jeszcze, gdy zjawił się sługa Ilyry i oznajmił, że kapłanka życzy sobie jego towarzystwa. Ruszyli więc pospiesznie, przemierzając razem opustoszałe korytarze, aż wyszli na zamkowy dziedziniec i poczęli przeciskać się ku bramie. Była to mozolna wędrówka, bo ścisk panował tu okropny, a stłoczeni na niewielkiej przestrzeni zbrojni niechętnie ustępowali im miejsca. Daryn patrzył na kolejne ponure oblicza i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że chmura niepokoju zaległa nad twierdzą; po gorączkowej krzątaninie poprzedniego dnia nie było już śladu.

„Nikt tu nie jest pewien, co się wydarzy” – zdał sobie sprawę.

Byli już niedaleko zamkowych wrót, gdy jego przewodnik skręcił w prawo, zmierzając w stronę stopni prowadzących na mury obronne. Wspięli się na nie, a potem pokonali krótki odcinek wzdłuż blanków i znaleźli się na szczycie wieży bramnej, skryci pod drewnianym zadaszeniem. Ilyra czekała tam na nich, a obok niej dwaj słudzy zajęci byli podsycaniem ognia w olbrzymiej koksownicy – szerokiej, lecz płytkiej misie, wspartej na żelaznym trójnogu.

Daryn zatrzymał się obok kapłanki i powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Daleko w dole, na rozległym karczowisku niedaleko osady, wznosił się już książęcy pawilon, otoczony dziesiątkami mniejszych namiotów należących do zachodnich rycerzy i wielmożów. Wojownicy Voshala rozproszyli się wśród nich niczym mrówki, zajęci rozkulbaczaniem koni, rozpalaniem obozowych ognisk i przygotowaniem strawy.

– Doskonale – powiedziała Ilyra, tak cicho, że tylko Daryn mógł ją usłyszeć. – Czas już nadszedł. Wkrótce ujrzysz moc, przy której bledną wszystkie żałosne sztuczki Kolegium.

Okrążyła żelazną misę tak, by ogień znalazł się między nią a widoczną w dole armią i uniosła ramiona. Mocnym głosem wymówiła inkantację.

Daryn natychmiast poczuł tętnienie w skroniach, silniejsze i bardziej bolesne niż kiedykolwiek przedtem. W tej samej chwili płomienie w koksownicy wystrzeliły ku górze, jakby jakaś niewidzialna ręka chlusnęła na nie olejem. Żar buchnął im w twarze, jednak Ilyra nawet się nie skrzywiła. Trwała niemal bez ruchu; tylko blizna na jej policzku drgała delikatnie, gdy bezgłośnie szeptała zaklęcia.

Zgromadzeni na dziedzińcu zbrojni szybko dostrzegli blask ognia i niebawem wszystkie twarze zwróciły się w stronę bramy. Głosy przycichły; wkrótce nie było już nic słychać poza cichym pobrzękiwaniem oręża i rżeniem koni.

Wtem ciszę rozdarł krzyk wartownika.

– Obóz Żelaznych w ogniu! Chwała Bogini!

Zaskoczony Daryn spojrzał w dół zbocza. Faktycznie, znad wrogiego obozu unosiły się kłęby czarnego dymu, a książęcy pawilon płonął jasno, rozsiewając wokół rozżarzone iskry.

Ilyra podniosła się z trudem, a twarz miała pobladłą z wysiłku. Wsparta na ramieniu sługi opuściła wieżę i stanęła na szczycie muru kurtynowego, rozkładając szeroko ramiona. Przez chwilę trwała w milczeniu, aż uwaga zgromadzonych na dziedzińcu skupiła się na niej.

– Nasi bracia wypełnili swoją misję. Parszywy pies Voshal nie żyje, a jego wojsko jest w rozsypce! Ruszajcie do boju i nie okazujcie litości. Niech żaden z najeźdźców nie ujdzie cało! – krzyknęła chrapliwie.

Natychmiast podniósł się nieznośny zgiełk: żołnierze sięgali po broń, rycerze dosiadali wierzchowców, a dowódcy wykrzykiwali rozkazy. Gdzieś w dole załomotały unoszone belki ryglowe i zazgrzytały zawiasy. Pierwszy oddział zmierzał już ku bramie, prowadzony przez dosiadającego gniadego rumaka Garena; mężczyzna miał na sobie pełną zbroję, a z cienia jego otwartej przyłbicy wyzierał złowieszczy uśmiech.

Rozgorączkowany Daryn zerknął jeszcze raz w dolinę i aż westchnął. Na granicy puszczy, nie dalej niż kilometr od pogrążonego w chaosie obozu, roiło się teraz od zbrojnych. Jakiś oddział, dotąd ukryty wśród drzew, pospiesznie formował się na równinie wokół łopoczącego na wietrze sztandaru.

„Hrabia Draven! To zasadzka” – zrozumiał wreszcie Daryn, rozpoznając herb Korven.

Jednak w obozie Voshala nikt jeszcze nie dostrzegał niebezpieczeństwa. W miarę jak wiatr niósł iskry między namioty, wybuchało coraz więcej pożarów, tak że nie sposób było ich wszystkich ugasić. Ci, którzy wcześniej pobiegli po wodę, zawracali na widok wyłaniających się z zamku zbrojnych, co jeszcze bardziej potęgowało zamieszanie.

– Teraz, teraz, teraz… Inaczej będzie za późno! – wyszeptał drżącym głosem Daryn.

Blizna na jego piersi natychmiast zapłonęła piekącym bólem, jakby ktoś przyłożył mu do skóry kawałek rozgrzanego do czerwoności żelaza. Ułamek sekundy później uderzyła w niego fala magicznej energii. Moc wniknęła w jego ciało, popłynęła prądem w żyłach, zadudniła w skroniach. Daryn uchwycił się kurczowo drewnianej barierki. Z każdą chwilą ogarniał go coraz większy lęk. Magia rosła w nim jak wezbrana rzeka; bał się, że pochłonie go ona i porwie, pozostawiając za sobą tylko pustą skorupę.

„Spokojnie… Pamiętaj, że zawsze jestem z tobą” – usłyszał łagodny głos. Nie wiedział już, czyj – Maelyn czy bogini – lecz te słowa dodały mu otuchy.

Zebrał w sobie całą siłę woli i poczuł, jak kipiąca w nim energia poddaje się, uspokaja, a cierpienie staje się znośne. Powoli otworzył obolałe oczy.

Ilyra spoglądała w jego kierunku, a jej twarz była maską bezgranicznego zdumienia.

Daryn nie dał jej czasu na reakcję. Podniósł dłoń i żelazna misa za jego plecami w jednej chwili eksplodowała burzą płomieni, tak że zadaszenie nad wieżą zajęło się i rozgorzało jasno. Wykonał kolejny gest, a ogniste języki wygięły się w jego stronę, zawirowały i splotły, tworząc wielką kulę żaru, która przez chwilę unosiła się nad jego głową, zanim pomknęła ze świstem w kierunku cytadeli. W locie miotała strumieniami ognia, a wszystko, czego te dotknęły, natychmiast stawało w płomieniach jak wysuszona na słońcu słoma. Wreszcie pocisk sięgnął celu i z łoskotem roztrzaskał się o pokrycie dachu, posyłając w dół rozżarzone fragmenty desek – prosto na głowy stłoczonych ludzi.

– Uciekajcie, ratujcie się! Gniew Bogini dosięgnął Korven! – wrzasnął Daryn, a jego słowa zabrzmiały wyraźnie mimo potwornego zgiełku.

Zgromadzeni na dziedzińcu mężczyźni zamarli i przez krótką chwilę panowała cisza, przerywana jedynie narastającym rykiem płomieni. Potem wojsko ogarnęła panika. Zaskoczeni nagłą odmianą losu, otoczeni zewsząd przez ogień, wojownicy hrabiego rzucili się do ucieczki, tłocząc się w wąskiej przestrzeni przed wrotami zamku. W popłochu porzucali oręż i tratowali jeden drugiego, nie zważając już na nic, ogarnięci ślepą trwogą. Daryn dostrzegł gdzieś w tłumie wykrzykującego rozkazy Garena, lecz jego słowa ginęły w zgiełku. Nikt go nie słuchał. Hufce pomieszały się, ludzie zbili się w bezładną gromadę, oszołomieni hałasem i zagubieni.

Daryn oderwał wzrok od kłębowiska na dole i spojrzał w kierunku Ilyry, gotów odeprzeć nadciągający magiczny atak. Niepotrzebnie jednak, bo kobieta znikała właśnie w drzwiach narożnej baszty. Natychmiast ruszył w pogoń, z trudem tłumiąc narastającą w nim moc.

– Dość już zabijania – wydyszał.

Wieża przylegała do głównej bryły zamku, a z jej wnętrza prowadził w głąb twierdzy korytarz wydrążony w murze. Daryn bez wahania skierował się w tamtą stronę. Choć nie dostrzegał żadnych śladów ściganej i nie słyszał dźwięku jej kroków, czuł, że było tylko jedno miejsce, do którego mogła się udać. Rozumiał też, że nie zostało mu wiele czasu – z każdą chwilą coraz mocniej czuł w powietrzu woń spalenizny.

W końcu stanął przy wejściu do kaplicy. Tym razem nie było tu straży, a podwójne drzwi otwarto na oścież, ukazując pogrążone w półmroku wnętrze. Ilyra czekała na środku pomieszczenia, oparta ciężko o jedną z kolumn. Widać było, że magiczny wysiłek oraz późniejsza ucieczka zupełnie pozbawiły ją sił; z trudem łapała oddech, a z rany na pobladłym policzku sączyła się strużka brunatnego płynu. W prawej ręce ściskała kurczowo rękojeść sztyletu, lecz ostrze drżało gwałtownie, zdradzając, jak bardzo była wyczerpana.

– To koniec. Przegrałaś. Nie masz już dokąd uciec – oznajmił Daryn, przekraczając próg.

– Ty… Garen ostrzegał mnie… Czy zdradą odpłacasz za moją dobroć? – wysapała.

– Dość już o zdradzie! – uciszył ją stanowczo. – Nigdy nie byłem ci nic winien. Teraz oddaj Ostrze, bo na nic ci się już ono nie przyda.

– Oddać je tobie? – parsknęła z pogardą. – Żebyś mógł zanieść je w zębach staruchom z Kolegium? Nigdy!

– Nie wiem jeszcze, co z nim uczynię, lecz ty z pewnością nie jesteś go godna. Spójrz tylko, do czego doprowadziły twoje rządy. Ilu jeszcze cierpień i nieszczęść potrzeba, byś zrozumiała, że wcale nie jesteś lepsza od mistrzów? – odparł.

– Ja? Taka jak oni? – wykrztusiła z niedowierzaniem. – Przecież wypełniam tylko wolę Bogini… To Voshal! On jest wszystkiemu winien! Dostał to, na co zasłużył! Jesteś młody, nie rozumiesz… Czasem potrzeba ofiar dla większego dobra. Nigdy nie chciałam…

„To beznadziejne” – uświadomił sobie nagle, czując, jak po raz pierwszy od przybycia do Korven ogarnia go gniew.

– Oddaj sztylet, jeśli chcesz żyć! – rzucił szorstko. – Tylko dzięki mnie ocalałaś na dziedzińcu. Maelyn chciała, żebym to właśnie ciebie zgładził jako pierwszą, i na bogów, sam nie wiem, czemu jej nie posłuchałem.

Zrobił krok naprzód, a Ilyra, widząc to, uskoczyła w bok, kryjąc się w cieniu posągu. Uniosła sztylet w drżącej dłoni.

– Głupcze! Bogini jest ze mną zawsze i nawet teraz ma moc, by podźwignąć mnie z upadku. Potrzeba jednak bezgranicznego oddania… potrzeba ofiary! – wrzasnęła przeraźliwie.

Uchwyciła rękojeść broni obiema rękami i przytknęła ostrze do piersi. Daryn w okamgnieniu pojął, co zamierza zrobić. Otworzył usta do krzyku, ale zanim zdążył wyrzec choć słowo, Ilyra rzuciła się naprzód i ze zduszonym westchnieniem upadła twarzą na posadzkę. Przetoczyła się, zamachała rękami, jej ciałem targnęły konwulsje. W końcu znieruchomiała, leżąc na wznak z ramionami szeroko rozpostartymi, wpatrzona w sklepienie.

Minęła dłuższa chwila, zanim Daryn otrząsnął się z szoku. Postąpił naprzód i stanąwszy obok kapłanki, spojrzał z góry na sterczący z jej piersi sztylet. Ostrze tkwiło między żebrami, wbite aż po rękojeść, a rubin na jelcu broni jarzył się migotliwie, to rozjaśniając się, to gasnąc, jakby w rytm zamierającego bicia serca.

– Matko… – szepnęła Ilyra przez pobladłe wargi, wpatrzona gdzieś w przestrzeń.

Wtem światło sztyletu zgasło, błądzące źrenice znieruchomiały i Daryn zrozumiał, że kobieta umarła. Ukląkł przy niej, ujął rękojeść broni i ostrożnie wyjął ją z rany. W zamyśleniu otarł klingę i pogładził wygrawerowane na niej płomienie, ciemne już teraz i chłodne jak śmierć.

– Niech Bogini przyniesie ci ukojenie – szepnął.

Spojrzał ostatni raz na wyrzeźbiony w białym kamieniu posąg, a potem odwrócił się i odszedł, na zawsze pozostawiając za sobą pogrążoną w półmroku kaplicę.

 

***

 

Daryn siedział na wieku drewnianego kufra, pośród skrzyń i pakunków zgromadzonych na skraju obozowiska, i patrzył na górujący nad doliną zamek. Pożar dogasał już, lecz tlące się drewno wciąż dymiło obficie, a promienie zachodzącego słońca malowały unoszące się kłęby złowieszczą czerwienią.

„Lepsza krew na niebie niż ta przelana na ziemi” – pomyślał.

Ale prawdziwej krwi przelano tego dnia niewiele. Do walnej bitwy nie doszło. Zachodnia armia, pozbawiona wodza i zdezorganizowana, nie była w stanie podjąć walki, a przerażeni zagładą swojej twierdzy Korveńczycy nie mieli na nią ochoty. Widząc płomienie ogarniające zamek, oddział hrabiego natychmiast zniknął w puszczy i nikt nawet nie próbował go ścigać – bez przewodników było to zresztą beznadziejne zadanie.

W samym obozie panowała grobowa atmosfera. Po śmierci Voshala zapał do pacyfikowania Pogranicza wyparował zupełnie, a zgromadzeni wielmoże marzyli już tylko o tym, by jak najszybciej wrócić do swoich dóbr. W ogólnym rozprężeniu poczty rycerskie i oddziały zbrojnych wymykały się jeden po drugim, bez pozwolenia, lecz nie zatrzymywane przez nikogo.

„Ta wojna umarła wraz z księciem” – uznał Daryn z satysfakcją.

Oderwał wzrok od dymiących zgliszcz twierdzy i po raz kolejny zerknął na zachód. Tym razem trakt nie był pusty – jakiś samotny jeździec zmierzał prosto ku niemu, omijając porzucone na gościńcu chłopskie wózki. Wkrótce był już bardzo blisko.

– Nareszcie jesteś! Bałem się już, że postanowiłaś zamieszkać w puszczy – krzyknął Daryn na powitanie.

– Teraz żałuję, że tego nie zrobiłam – wysapała Maelyn, z trudem zsiadając z grzbietu wierzchowca.

Przywiązała klacz do wbitego w ziemię palika i ruszyła w stronę Daryna; po sztywności ruchów widać było, że wciąż nie doszła całkiem do siebie.

– Nie muszę chyba tego mówić, ale spisałeś się znakomicie – oznajmiła, sadowiąc się obok towarzysza.

Daryn przez moment milczał, rozmyślając o wszystkim, co spotkało go od chwili przybycia do Korven.

„Czy naprawdę minęły dopiero dwa dni?” – trudno mu było w to uwierzyć.

– Miałaś rację co do Ilyry – stwierdził wreszcie. – Mimo całej pogardy, jaką żywiła dla mistrzów, w rzeczywistości niewiele się od nich różniła. Gdy tylko uznała, że może mnie wykorzystać do własnych celów, pokusa okazała się zbyt silna.

– Po latach spędzonych w Kolegium trudno uwolnić się od niektórych przyzwyczajeń… Nawet jeśli bardzo tego pragniesz – odparła zakłopotana Maelyn.

Jakiś oddział mijał ich właśnie, kierując się w stronę traktu, a zaskoczonemu Darynowi mignęła wśród zbrojnych brodata twarz Alvarina. Kapłan wpatrywał się ponuro przed siebie i nawet nie spojrzał w ich kierunku, pogrążony we własnych myślach.

„Powinien był zginąć, za to, co uczynił Malkenowi” – pomyślał Daryn, czując ukłucie gniewu. Wiedział jednak, że zemsta nie jest drogą bogini.

Poczekali, aż kawalkada się oddali.

– Przekonałeś się, kim naprawdę była? – zapytała w końcu Maelyn.

– Nie oszustką, tego jestem pewien – odparł w zadumie. – Szczerze pragnęła stać się twarzą i głosem Bogini, lecz zapomniała, że Ona nie ma oblicza. Objawia się w takiej formie, jaką wybierze, tym, którzy są jej naprawdę oddani. A przynajmniej tak twierdziła tamta stara kapłanka…

– Mówiła również, że Virey niekiedy posyła wybrańców: mężczyzn wiernych i czystego serca, gdy jej ludowi grozi wielkie niebezpieczeństwo. Kto wie, może to prawda… i dziś to ty nim byłeś? Bez ciebie wszystko mogło potoczyć się znacznie gorzej – zauważyła Maelyn.

Spojrzał na nią zdumiony, a potem bezwiednie dotknął poły kaftana, gdzie pod grubym materiałem krył się ślad po naznaczeniu. Przez ostatnie kilka godzin blizna zbladła wyraźnie i Daryn czuł, że wkrótce nie będzie po niej ani śladu.

– Jeśli to prawda, to kim byłaś ty? Czy, chcąc nie chcąc, odegrałaś rolę bogini, tak jak życzył sobie tego Voshal? – zapytał.

Tym razem to czarodziejka popatrzyła na niego dziwnie i na chwilę zapadła cisza. Wokół obozowi słudzy ładowali wozy i zaprzęgali konie do dyszli, lecz na nich nikt nie zwracał uwagi.

– Co się stało z Ostrzem? – zapytała nareszcie Maelyn.

Daryn odwrócił wzrok. Wiedział, że to pytanie musiało kiedyś paść i że istniały dziesiątki zręcznych sposobów, by na nie odpowiedzieć. Ale on miał już dość tajemnic.

– Wiesz, w tym zamieszaniu mogło przypadkiem wpaść do paleniska w zamkowej kuźni i tam sczeznąć. Czy to naprawdę aż taka wielka strata? – mruknął.

Ku jego zaskoczeniu czarodziejka wzruszyła tylko ramionami. Przysunęła się bliżej i oparła głowę o jego ramię, a jej ciemne włosy musnęły delikatnie policzek mężczyzny.

– Wyznam ci coś, Darynie. Patrząc na Ilyrę, nie widziałam mistrzyni ani nawet kapłanki. Widziałam siebie samą, a raczej to, kim mogłabym się stać. I nie podobało mi się to ani trochę.

Mężczyzna zaśmiał się szczerze.

– Oj, daleko ci do niej! Nie masz ani władzy, ani Ostrza, a w Kolegium raczej nie obsypią cię pochwałami. Voshal nie żyje, a w księstwie panuje zamęt; to niezupełnie koronkowa robota. Ale nie martw się, zostałem ci jeszcze ja – powiedział z uśmiechem.

Maelyn ujęła jego dłoń i ścisnęła mocno.

– I nikogo więcej nie potrzebuję.

Koniec

Komentarze

Samuelu Zey, opo­wia­danie li­czą­ce ponad 80000 zna­ków, nie wcho­dzi do gra­fi­ku dy­żur­nych, więc ci nie mają obo­wiąz­ku go czy­tać. Tak dłu­gie opo­wia­da­nie, choć­by było świet­ne i do­sko­na­le na­pi­sa­ne, nie może też li­czyć na no­mi­na­cję do piór­ka.

Możesz zostawić opowiadanie w obecnym kształcie, możesz też postarać się skrócić je do wymaganego limitu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Właściwie to nie wiedziałem, że dyżurni mają obowiązek czytać moje opowiadanie, więc nie jestem zawiedziony. Czy warto je skracać tylko po to, żeby kogoś zmusić do lektury? Na ten moment uważam, że nie. A nuż ktoś przeczyta je z własnej woli?

Samuelu, chciałam tylko, abyś wiedział. Decyzja należy do Ciebie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja przeczytam. W wolnym czasie ;)

Melendur88

Czytajcie “Twarz Bogini”, bo warto! Ode mnie kliczek za ciekawą polityczno-religijną intrygę i dobry styl.

 

Samuelu Zey, opowiadanie liczące ponad 80000 znaków, nie wchodzi do grafiku dyżurnych, więc ci nie mają obowiązku go czytać.

No właśnie, jak to jest z tymi dyżurnymi? Ja chyba jeszcze nigdy nie dostałem pod żadnym ze swoich tekstów komentarza od osoby, która figurowała przy nim jako “dyżurna”.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

…jak to jest z tymi dyżurnymi? Ja chyba jeszcze nigdy nie dostałem pod żadnym ze swoich tekstów komentarza od osoby, która figurowała przy nim jako “dyżurna”.

Bolly, dyżurni, których nicki są widoczne nad opowiadaniem pochodzą sprzed wieków i są nieaktualne. A obowiązujący do niedawna grafik zepsuł się na amen i nic nie można z tym zrobić. Możemy tylko czekać na nową stronę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj. :)

Bolly tak zachęcił, że postanowiłam poczytać Twoje „pokaźne dzieło”. :)

 

Wątpliwości i sugestie co do strony językowej (zawsze – tylko do przemyślenia):

Przekroczywszy trzydziestkę, była sporo starsza od swego towarzysza. Tego dnia niebo było pochmurne, a przez okna wpadało niewiele światła, więc wzdłuż wewnętrznej ściany ustawiono rząd kandelabrów, na których płonęły woskowe świece. – powtórzenie?

Audiencja była skończona. Byli w przedsionku wielkiej sali, kiedy zaczepił ich jasnowłosy młodzieniec. – i tu?

Był późny ranek i przez zwrócone na wschód okno wpadały jeszcze ostatnie promienie słońca, a niesione wiatrem powietrze było wilgotne i rześkie. – i tu (dość dużo występuje w opowiadaniu rozmaitych form czasownika „być”, często w jednym zdaniu lub w sąsiednich, tworząc niepotrzebne powtórzenia, ja już reszty ich nie wypisuję)?

Przez dziesięciolecia zupełnie nas ignorowali. Maelyn milczała przez chwilę, w zadumie gładząc jego jasne włosy, aż Daryn poczuł, jak nagromadzone w ciągu dnia napięcie powoli opada.

– i tu?

Błagam, zaprzestań prześladowań jej wybrańców, pozwól na głoszenie zbawiennych nauk i otwórz szeroko swe serce. – aliteracja (są i inne, czy celowe?)

– Hrabia ukląkł przed Ukrytą Królową i ozdobił mury zamku głowami żelaznych szczeniąt – Chłopiec mówił teraz szybko, a jego twarz wykrzywił grymas pełen upiornej uciechy. – małą literą?

Daryn zrobił kilka kroków naprzód i (przecinek?) klękając obok krawędzi łóżka, ucałował wierzch jej dłoni.

– Tylko zdrowiej szybko, bo nie zamierzam cię dźwigać (przecinek?) jak ostatnim razem – zaśmiał się i opuścił pokój.

„Na kogo (przecinek?) do diabła (i tu?) czekamy?” – pomyślał zirytowany.

– Mądrzy magistrowie – rzekł, lecz jego bystre spojrzenie musnęło tylko przelotnie postać Daryna i natychmiast spoczęło na jego towarzyszce. – powtórzenie?

Książę kazał wam rzec, że w sprawach takich (przecinek?) jak ta, gdzie mamy do czynienia z ukrytymi i podstępnymi siłami, czasem mądrzej jest… ogień zwalczać ogniem.

Ale tym razem niewiele brakowało – wykrzyknął, klepiąc jadącego obok Daryna po ramieniu. – wykrzyknik przy krzyku?

Mimo ciężaru zbroi i męczącej, wielogodzinnej jazdy (przecinek?) Malken nadal siedział w siodle wyprostowany jak struna; Daryn szczerze wątpił, że mężczyzna poskarżył się choć jednym słowem, odkąd wyruszyli ze stolicy. – tu nasuwa się pewna wątpliwość – komu miałby się poskarżyć?

Niesamowita krzepa rycerza onieśmielała, lecz jednocześnie Daryn nie mógł nie lubić tego człowieka, który nigdy się nie wywyższał, a obu cudzoziemców traktował z niezmiennym szacunkiem i życzliwością. – mam tu wątpliwość, bo to jest „dwoje”, a nie „dwóch” cudzoziemców (?)

– Wkrótce dotrzemy do osady zamieszkałej przez osadników z zachodu – odezwał się po dłuższej chwili Malken. – stylistyczny?

Ruszyli więc naprzód i (przecinek?) mijając roztrzaskaną bramę, wjechali między zwęglone chaty.

Musiał to być kiedyś centralny plac, podobny do tych, które Daryn widywał w niezliczonych (przecinek?) mijanych po drodze wioskach.

Tak (i tu?) jak tam, na środku wysypanego żwirem terenu (i tu?) wznosił się niewielki kopiec, lecz ustawiona na nim niegdyś stela leżała teraz u stóp pagórka, obalona i roztrzaskana na drobne kawałki.

– Jesteś mężczyzną i nawet ktoś taki (przecinek?) jak pani Maelyn (i tu?) musi traktować cię z szacunkiem.

„Dobrze (i tu?) by choć raz wiedzieć, co ona planuje” – pomyślał z urazą.

„Czy to magia, czy może przelana krew…” – zastanowił się. – czy ta myśl nie jest zdaniem pytającym?

Daryn nie był tego taki pewien, lecz nie miał ochoty się spierać.

– Zamek nie jest taki mocny, jak powiadają. – powtórzenie?

„Ostrze”czasem piszesz małą, a czasem wielką literą – trzeba to ujednolicić, bo powiela niepotrzebnie błędy ortograficzne.

Kroczył dumnie wyprostowany, spoglądając na przybyszów surowo spod szczeciny krótko przyciętych (przecinek?) siwych włosów.

Jednak (przecinek bądź myślnik?) jak to uczynił?

– Jest tam kto? – zawołał Daryn wyraźnym głosem. – wykrzyknik przy wołaniu?

W pewnej odległości od wyłożonej kamieniami ścieżki, w cieniu rozłożystego orzecha (przecinek?) z trawy wyrastały trzy ociosane głazy.

Maelyn leżała na posłaniu, naga od pasa w górę, a na jej boku, tuż pod sterczącym wzgórkiem piersi, rozlewała się wielka (przecinek?) sina plama.

Słyszał już podobne słowa, lecz nie mógł sobie przypomnieć (przecinek?) kiedy.

– Dziękuję Garenie – odezwała się Ilyra przytłumionym głosem. – przecinek przy Wołaczu?

– Czy ona ma mnie za głupca? – wybuchła nagle. – wykrzyknik przy wybuchu; wybuchnęła?

– Nie… ona nadal żyje! Błagam cię, zrób to, czego ja nie zdołałem. Zabij ją! Żelazny Ojciec gardzi słabością; jeśli przez mnie ona zwycięży, czeka mnie straszny los. Obiecaj mi… – Głos Malkena brzmiał nagląco, a w jego błękitnych oczach czaił się lęk. – mam wątpliwość, czy tu nie powinno być małą literą (?)

 

 

„Pani” w ustach służących Ilyry też jest pisane dwojako, trzeba to ujednolicić, bo znowu niepotrzebnie powielasz ilość błędów ortograficznych.

 

„Czyżby las płonął…” – przyszło mu do głowy, lecz wtem przypomniał sobie o wojsku Voshala. – tu znowu mam wątpliwość, czy aby jego myśl nie jest zdaniem pytającym (?)

Tuż przed rzeźbą, z dłonią na rękojeści spoczywającego na postumencie sztyletu, czekała Ilyra, ubrana teraz w długą (przecinek?) szkarłatną suknię i przepasana purpurową szarfą.

Kiedy zginą przywódcy (przecinek?) w wojsku zapanuje chaos i wtedy uderzymy, a wrogowie rozproszą się przed nami jak liście na wietrze! – zaśmiała się Ilyra.

Nagle ponad ryk płomieni przebiły się słowa zaklęcia. Wiedząc, co go czeka, Daryn instynktownie zasłonił twarz dłońmi – i właśnie wtedy ocknął się nagle, bez tchu w piersi i cały zlany potem. – powtórzenie?

Choć nie dostrzegał żadnych śladów ściganej i nie słyszał dźwięku jej kroków, czuł, że było tylko jedno miejsce, do którego mogła się udać. Rozumiał też, że nie zostało mu wiele czasu – z każdą chwilą coraz mocniej czuł w powietrzu woń spalenizny.

– powtórzenie?

Taka (przecinek?) jak oni?

Postąpił naprzód i (przecinek?) stanąwszy obok kapłanki, spojrzał z góry na sterczący z jej piersi sztylet.

– Nareszcie jesteś! Bałem się już, że postanowiłaś zamieszkać w puszczy – krzyknął Daryn na powitanie. – wykrzyknik przy krzyku?

 

„Bogini” także jest pisana rozmaicie i też trzeba to ujednolicić.

– Nie oszustką, tego jestem pewien – odparł w zadumie. – Szczerze pragnęła stać się twarzą i głosem Bogini, lecz zapomniała, że Ona nie ma oblicza. Objawia się w takiej formie, jaką wybierze, tym, którzy są jej naprawdę oddani. – tu np. raz piszesz w stosunku do niej: „Ona” wielką literą, a zaraz potem: „jej” małą… Pod tym kątem trzeba starannie prześledzić i poprawić cały tekst.

 

Bardzo dobre, dłuuuugie opowiadanie, taki trochę „przygodowy kryminał fantasy”. :) Nic tu nie było pewne, nic – konkretne i przewidywalne, zatem czyta się do końca z zapartym tchem. :) Żal obu chłopaków. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia; klik; szkoda, że nie można nominować. ;) 

Pecunia non olet

Ooo super, że wrzuciłeś tę mini powieść! :) 

To klasyczne, przygodowe fantasy, które bardzo przyjemnie się czytało. Cieszę się, że byłam świadkiem jego tworzenia, kiedy wrzucałeś na betę kolejne rozdziały. Wiem, że z jednej strony kosztowało Cię ono wiele pracy, ale z drugiej dałeś się kompletnie ponieść wenie. :D 

Wyszło świetnie!

Mogę się podpisać pod komentarzem, który napisał Bolly. Nie przerażajcie się długością, bo naprawdę warto poczytać to opowiadanie i przenieść się w świat pełen magii i intryg. :) 

Klikam i pozdrawiam!

Zdecydowałem się przeczytać ten tekst mimo że przekracza umowny limit 80 tysięcy znaków, bo mam wrażenie, że dłuższe formy – jeśli są prowadzone świadomie – pozwalają historii po prostu płynąć, a postaciom oddychać. Nie wszystko da się opowiedzieć w krótkim strzale; niektóre konflikty, relacje i światy potrzebują przestrzeni, by wybrzmieć bez pośpiechu. Tutaj ta objętość ma sens, bo stoi za nią wyraźny zamysł, a nie przypadkowe rozlewanie treści.

Tekst ma bardzo wyraźnie zarysowany świat i konflikt, co od razu działa na plus. Relacje między postaciami są czytelne, a dialogi brzmią naturalnie i niosą emocje, szczególnie tam, gdzie napięcie wynika z niedopowiedzeń i różnicy perspektyw. Miejscami świat bywa tłumaczony zbyt wprost – zwłaszcza w dialogach – i tempo w środku mogłoby zyskać na kilku skrótach, ale to raczej uwagi do szlifu niż zarzuty. Fundament jest solidny, a całość sprawia wrażenie historii, która wie, dokąd zmierza i zasługuje na dalsze rozwijanie.

 

 

Gratulacje ogólem opowiadania :) kliknąłbym, gdybym mógł. 

Melendur88

Nowa Fantastyka