Po kilku ubogich szortach i niejasnych opowiadaniach udało mi się chyba stworzyć zamkniętą formę. Ale nie mnie oceniać. Mam nadzieję, też że fabuła jest trochę ciekawsza, ale pewnie nie za oryginalna. Trudno jedno z drugim pogodzić.
Po kilku ubogich szortach i niejasnych opowiadaniach udało mi się chyba stworzyć zamkniętą formę. Ale nie mnie oceniać. Mam nadzieję, też że fabuła jest trochę ciekawsza, ale pewnie nie za oryginalna. Trudno jedno z drugim pogodzić.
– Mam was w dupie – Greg myślał, że mówi do siebie, ale tak naprawdę krzyczał na muchę spacerującą po nagrzanym betonie. Od godziny patrzył na kręcący się pod sufitem wentylator. Południowa pora nie nadawała się zupełnie do aktywności. O tej godzinie słońce rozgrzewało betonowy budynek do maksimum. Pot spływał po całym ciele i wsiąkał w posłanie.
– Dożyłem czterdziestki i zasługuję na emeryturę. Zresztą, sprowadziliście ten kraj do poziomu rynsztoka! Ale niech was szlag! Co was obchodzą ludzie koczujący na pustkowiu?
Drewniane łóżko zaskrzypiało w momencie, w którym przewrócił się na bok w stronę ściany.
– Zresztą, kto dziś potrzebuje audytorów maszyn hazardowych?
Drzwi otworzyły się bez pukania. W ciągu sekundy naleciało do środka tyle piachu, że podłoga nabrała rudego koloru. Greg przekręcił się w stronę wejścia i zmrużył oczy. Ujrzał sylwetkę kilkunastoletniej dziewczy.
– Jesteś już? – spytał. Rozległ się tupot butów o podłogę.
– Jestem, jestem. Nie leż, tylko ratuj Kameleona. Wlazł do kopalni.
Greg odwrócił się znowu w stronę ściany.
– Daj mi spokój, Hana. Sam wlazł, to sam wyjdzie – powiedział.
– Nie ma go od wieczora. Nigdy nie znikał na tak długo. – Hana stała nad głową ojca i szarpała go za łokieć.
– Chyba zwariowałaś. Nie będę narażał życia dla kota – powiedział stanowczo.
– Ale ty nic nie robisz. Pijesz tylko piwo i patrzysz w sufit. Zwariujesz od tego.
– Nie mów mi, co mam robić. Weź się za odrabianie lekcji. – Greg podniósł się z łóżka niczym z niedźwiedziego legowiska. Szare prześcieradło powinno nie było prane już od dwóch tygodni.
– W osadzie mówią, że nie poradziłeś sobie z odejściem mamy – ciągnęła dziewczynka konsekwentnie – Nie wiem, co to znaczy. Wyjechała i tyle. Jak była z nami, to był prawdziwy horror. Ale wtedy prawie nie piłeś.
Nie pracował już od kiedy wyjechali z Detroit, czyli od pięciu lat. Tam też już miał mało zleceń. Wybuch przesądził wszystko.
Poczłapał do łazienki i stanął przed lustrem.
Zmarszczki na czole czterdziestolatka kontrastowały z gładką glacą na czubku głowy. Przeczesał czarne włosy sterczące kępkami nad uszami. Fryzura też nadawała się już do strzyżenia. Spojrzał z niechęcią na swój wystający brzuch.
– Boże, ale jestem cudny. Muszę przede wszystkim zmienić slipy i się ogolić.
W kabinie prysznicowej rozległ się przerywany rytmicznie syk strumienia wody. Greg jęknął z ulgą. Czysty i schłodzony. Popiół, którym się natarł, spłynął do kanału ściekowego, wprost do uzdatniarki wody. Po chwili pompa ciepła zasilana baterią słoneczną zaczęła buczeć jak zwykła lodówka.
Hana siedziała w drugim pokoju na prawo od łazienki. Zobaczyła jak ojciec przechodzi korytarzem ubrany w dżinsy i niebieską koszulę. Zapachniało wodą kolońską.
– Idziesz po kota?! – Odprowadziła go wzrokiem
Greg udał, że nic nie słyszy.
*
Szedł w kierunku małego skupiska betonowych pawilonów. Był średniego wzrostu, krępy i dość muskularny. “Może spotkam Celin”– pomyślał “Często przesiaduje w barze z tą swoją Jeny”.
Przed jednym z trzech budynków stała wysoka elektrownia wiatrowa. Wiatrak kręcił się dość szybko. Piasek tańczył w powietrzu. Parasol przeciwsłoneczny, z bardzo cienkiej aluminiowej blachy, falował i terkotał nad pustym stolikiem. Greg wszedł do pawilonu. Nie było w nim okien, panował półmrok, ale dzięki temu było chłodniej.
Przy barze siedziały dwie kobiety. Blondynka w dwuczęściowym kostiumie kąpielowym i rudowłosa pieguska, w luźnej lnianej sukience. Trzymały w ręku po szklance, wykonanej z grubego kanciastego szkła, wypełnionej whisky. Greg stanął przy nich trochę niepewnie. Barman usiadł tyłem do klientów. Nauczył się nie krępować ludzi, przychodzących do lokalu, swoją obecnością. Widział, że przychodzą tu z konkretnych powodów i nie chciał im niczego utrudniać.
– Cześć Celin. Mogę się przysiąść? – zapytał Greg blondynkę. Kobieta nie odpowiedziała.
– Wypijesz jednego drinka i pójdziesz po kota. Prawda? – spytała jej koleżanka.
Audytor spojrzał znacząco na rudą i zagrał pauzą.
– Co się wtrącasz, Jeny? Nie twoja córka! – syknął – Już wszystkim rozpowiedziała?
– To mała osada – roześmiała się rudowłosa. Spojrzała raz na Grega i raz na Celin. Oboje zachowali powagę.
– Coś ci powiem – ciągnęła Jane – Wiesz dlaczego jestem tu sama? Bo Billy pojechał na motorze do Okręgu 14. Wiesz dlaczego na niego czekam i nie napiję się z tobą drinka? Bo pojechał tam po najczystszą wodę w okolicy. Dla siebie i dla mnie. Na takiego faceta warto czekać nawet i tydzień. Idź lepiej po kota.
Jane uśmiechała się chytrze i zmrużyła oczy. Chciała przede wszystkim wyprowadzić ojca Hany z równowagi. Uwielbiała grać na ambicji mężczyzn. Greg trochę to wyczuwał, dlatego nie cierpiał rudej. Nie dla niej tu przyszedł. Spojrzał na Celin. Ta nadal milczała i nawet nie spojrzała w jego stronę.
– Niech was diabli! – Zrobił krok do tyłu i machnął ręką. Obrócił się na pięcie i wyszedł wyprostowany.
Wrócił do domu. Przebrał się w coś wytrzymalszego i mniej eleganckiego. Tocząca go od wielu dni apatia trochę odpuściła. Po kwadransie zmierzał już w stronę kopalni. Miał na sobie skórzaną kurtkę i kapelusz z rondem. Szedł spokojnym krokiem. Słońce znajdowało się nisko i świeciło mu w prawy policzek, nie pozwalając dostrzec rysów lewej strony twarzy. W połowie drogi minął Hanę.
– Gdzie idziesz? – spytała.
– Po kota – odparł.
– Zmieniłeś zdanie?
– Tak. Idę tam specjalnie dla ciebie. – Greg puścił oko do córki.
Dobrze wiedział, że robi to z innego powodu, ale lubił Hanę. Często wyrzucał sobie, że nie jest dobrym ojcem. W końcu zrozumiał, że jeśli nie pogodzi się ze sobą, będzie znacznie gorszym.
Osada Bereck wyglądała stąd jak chaotycznie rozrzucone pod horyzontem klocki domina, a otaczające ją kaktusy jak powbijane w ziemię paluszki rybne. Kopalnia znajdowała się już na tyle blisko, że można było dostrzec korę na palach wzmacniających wejście do szybu. Wejście do kopalni wymagało schylenia nieco głowy. Greg wszedł do środka.
Sylwetka mężczyzny przysłaniała wejście tak, że od środka kopalni widać było tylko niewielkie, nieregularne prześwity wokół czarnej ludzkiej plamy.
– Kameleon! – krzyknął. Echo wybrzmiewało na tyle długo, że wróżyło kilkugodzinne zwiedzanie.
*
Korytarz prowadził łagodnie w dół. Greg minął betonowe ściany i znalazł się pod ziemią. Gdy był już na głębokości czterech metrów, otaczała go glina i drewniane słupki podpierające sufit z desek.
– Kameleon! – krzyknął ponownie. Echo brzmiało już trochę jak w sali koncertowej.
Zapalił latarkę i omiótł snopem litą skałę. Niższa temperatura pod ziemią czyniła późne popołudnie znośniejszym. Zatrzymał się w niewielkiej grocie.
W nozdrza uderzył go przykry zapach zgnilizny. Zmienił ustawienie latarki tak aby dawała rozproszone światło. Ciemności zniknęły, pojawił się półmrok. Przy wapiennym głazie dostrzegł organiczny kształt. Podszedł bliżej i wrzucił tryb światła punktowego. Jasny snop padł na nieruchome ramię człowieka i przesunął się w górę, w kierunku głowy. Ciało uległo już rozkładowi. Greg nie rozpoznał twarzy, ale dostrzegł na niej wyrwę. Wyglądało na to, że jakaś siła wyszarpała mięso i zmiażdżyła czaszkę. “O matko! Kto to jest?” – Podszedł do trupa i ostrożnie przewrócił nogą tak, żeby przewrócić go na plecy. Lewą ręką zatkał nozdrza, a prawą sięgnął po wystający z kieszeni portfel. Odsunął się, z obrzydzeniem wydobył z niego sto dolarów i identyfikator, po czym rzucił skórzany przedmiot na ziemię.
– Kevin? Myślałem, że opuściłeś miesiąc temu Bereck. Cały czas gadałeś o wyjeździe. Kto cię tak urządził?
Greg schował pieniądze i dokument do kieszeni. Odwrócił się i ostrożnie, rozejrzał się po ścianach. W jego mięśniach pojawiła się sztywność. Zawahał się, aż wreszcie nasłuchując ruszył w drogę powrotną.
*
Po wyjściu z kopalni Greg stanął pod rozgwieżdżonym niebem. Połówka księżyca wisiała nad ledwo widoczną osadą. Ruszył przed siebie zamyślony.
Ostatni budynek na prawo wykończono drewnianymi elementami. Oprócz drzwi, posiadał także okiennice wykonane z desek. Na betonowych ścianach wisiały rzeźby z kawałków sosny czy jabłoni. Mieszkał tu Tom. Prowadził lombard. Odkupywał przeróżne przedmioty od każdego, kto chciał się czegoś pozbyć. Sam nigdy nie sprowadzał nowych na sprzedaż. Filozofia, którą żył, kazała mu wierzyć, że gdy ktoś pozbywa się własności, to znaczy, że szuka ona nowego właściciela.
Greg zastukał dwa razy. Gospodarz słysząc niecierpliwe pukanie szybko dobiegł do drzwi. Dostrzegł przez wizjer twarz ojca Hany, więc otworzył.
– Cześć, Tom. Potrzebuję shotgun’a – stwierdził krótko były audytor.
– Czemu o tej porze? Nie śpię jeszcze, ale…
– Tom, gościu. Spotkałem właśnie Kevina w kopalni. Jest tam już od kilku tygodni. I nie medytuje tylko się powoli rozkłada.
– Co ty gadasz? Skąd wiesz, że to on?
– Bo miał przy sobie to. – Greg pokazał dokument Kevina.
– O Boże!
– Miał przy sobie też to. – Ojciec Hany podał Tomowi sto dolarów. – Jeśli kwota jest niewystarczająca oddam ci resztę w przyszłości, albo odsprzedam broń za mniejszą sumę. Sam rozumiesz. Coś zagraża naszej osadzie.
– Poczekaj chwilę.
Gospodarz zniknął w korytarzu. Po chwili wyszedł z shotgunem i paczką naboi.
– Za kule będziesz mi wisiał dodatkowe pięćdziesiąt dolców. Kupiłem zupełnie nowe po tym jak wpadła mi w ręce ta strzelba. Odkupię od ciebie pociski, których nie użyjesz. Oczywiście trochę taniej
– Ty na wszystkim chcesz zarobić. Niech ci będzie. – Greg schował naboje do kieszeni kurtki i przejął prawą ręką broń.
– Dzięki Tom.
Ruszył w kierunku swojego domu.
Drzwi były otwarte. Hana czekała na progu.
– Jest noc, czemu nie śpisz? – zapytał Greg
– Czekam na ciebie? No i co? Masz ze sobą strzelbę?
– Na razie nic. Schowaj się do domu i nie wychodź pod żadnym pozorem. Czekaj aż wrócę.
– Dobrze – powiedziała i słysząc poważny ton głosu ojca, od razu go posłuchała.
Greg ruszył w kierunku kopalni
Włożył dziesięć nabojów do magazynka i wszedł do szybu. Gdy stanął nad martwym Kevinem przyjrzał się jeszcze raz obrażeniom na jego twarzy. Ruszył dalej. Starał się iść cicho. Buty miały dość elastyczną podeszwę, więc pozwalały zachować dyskrecję. Latarkę przymocował do kapelusza i włączył tryb rozproszony. Wytężył wzrok i słuch.
Atmosfera zgęstniała. Serce Grega przyspieszyło. Zwolnił i wbił wzrok w ciemność. Miał świadomość, że coś się tu porusza. Zaraz potem ujrzał dwie skaczące kropki odbijające światło. Przystanął. Usłyszał pisk. Istota podeszła trochę bliżej. Wreszcie była widoczna w całości. Wyglądała jak szczur wielkości małego niedźwiadka z wystającymi małymi kłami. Szare włosy spływały w kierunku różowego, pokrytego drobną łuską ogona. Poruszał nosem jakby węch był jego najważniejszym zmysłem. Wąsy drgały coraz szybciej. W końcu szczur pokazał pełne uzębienie.
– Kim ty jesteś? Kolegą Kameleona ze studiów? – szepnął Greg i wycelował.
Zwierz stanął na tylnych łapach. Mężczyzna nie czekał na atak, tylko nacisnął spust. Kula przebiła oko i zwierzę natychmiast padło.
Mężczyzna nie tracił czasu. W delikatnym świetle widać było migoczące drobinki kurzu i bardzo niewyraźnie metr tunelu. W zasięgu wzroku pojawiła się beczka z żółtym oznakowaniem i białym symbolem trupiej czaszki. Z dolnej krawędzi sączyła się wąska strużka już prawie całkowicie wyschnięta. Pojemnik zapewne był już pusty. Greg skierował światło na strumyczek gęstego płynu z zielonymi plamkami samoorganizujących się komórek. Zbijały się w większe, a raz mniejsze skupiska. Od czasu do czasu buchały parą i zmieniały kształt. “Jane, znalazłem dla ciebie najlepszą wodę w okolicy.” – Pomyślał.
Szedł dalej starając się nie dotknąć znaleziska. Najwyraźniej wygląd zwierzaka, którego zabił ostrzegał go przed kontaktem z tym płynem.
Przeraźliwy syk rozniósł się po kopalni. Greg przystanął. Dołożył jeden nabój do magazynka i drobnymi kroczkami udał się w kierunku groty. Imponowała wielkością. Mogła pełnić rolę hangaru dla śmigłowców. Tajemnicza substancja spłynęła tu praktycznie w całości tworząc rozległą plamę.
Na końcu groty zobaczył opancerzonego stwora z głową i czterema odnóżami. Wystawał z otworu zbyt ciasnego, aby się wydostać. Istota przypominała żuka, ogromnego niczym samochód dostawczy.
Podszedł trochę bliżej. Wycelował w głowę i wystrzelił. Kula uderzyła w pancerz i odbiła się. Wystrzelił drugą i trzecią. Owada zaczął machać głową coraz szybciej i syczeć coraz głośniej. Gdy zorientował się skąd pochodzą strzały splunął w kierunku Grega jakąś cieczą. Ten odskoczył. Substancja padając na ziemię buchnęła parą i nadtopiła skałę. Greg wystrzelił jeszcze dwie kule. Jedna trafiła w ścianę, a druga ledwo musnęła istotę. Omiótł wzrokiem salę i zdecydował się wrócić do osady.
Tom obudził się drugi raz na skutek pukania do drzwi. Z pierwszym razem wyrwał go huk wystrzału. Gdy zrobiło się wreszcie cicho udało mu się znowu zasnąć. Domyślał się kto go niepokoi i że sprawa jest poważna. Wstał, włożył spodnie i wpuścił Grega do środka.
– Wejdź! Domyślam się, że masz powód by mnie budzić.
– Chyba zabiłem stworzenie, które dorwało Kevina. Jednak w środku jest coś jeszcze. Obrzydliwe i kulę się go nie imają. Potrzebuję czegoś przeciwpancernego.
– Nie mam nic na sprzedaż.
– To jesteśmy w… Ciemnej kopalni. Poddaję się. Jak ten karaluch się wydostanie zamieni osadę w gruzowisko. Jedyne co możemy zrobić, to się zacząć stąd wyprowadzać. Może w Okręgu 14 nas przyjmą. Tylko… to coś pewnie będzie wędrować po pustyni. Może mają tam jakieś działa…
– Spokojnie Greg. Powiedziałem, że nie mam nic na sprzedaż, ale nie powiedziałem, że nie mam nic. Poczekaj coś ci pokażę.
Tom otworzył sejf i wydobył długi opływowy przedmiot z czymś w rodzaju akumulatora oraz zbiornika wielkości kilku litrowego kanistra. Położył broń na ramieniu i wycelował w Grega. Ten zrobił krok w prawo lekko zdezorientowany.
– Spokojnie. Trzeba go najpierw uruchomić. Nazywa się Vespa Juice. Razi plazmą i wymaga paliwa. Kupiłem go na wypadek ataku z powietrza i nie jest na sprzedaż.
– Czyli pożyczysz mi to?
– Nie. Chyba żartujesz. Pójdę z tobą.
Tom i Greg weszli do kopalni.
– Prowadź. Będę cię osłaniał – powiedział Tom.
Właściciel Lombardu oświetlał korytarz światłem halogenowym przymocowanym do kasku. Greg badał szczegóły latarką.
Gdy znaleźli się przy Kevinie, Tom jęknął. Szedł ostrożniej i wolniej. Czasem cicho chrząkał gdy towarzysz wyrwał zbytnio do przodu.
Na widok zwłok wielkiego gryzonia zatrzymał się.
– Ładnie go załatwiłeś. Wygląda na to, że jednym strzałem – powiedział cicho – Teraz czeka mnie wisienka na torcie, gwóźdź programu. Nie ma co. Mam nadzieję, że damy radę.
Za beczką słyszeli już syki. Stanęli w wejściu największej sali i ujrzeli przeciwnika. Już prawie wydostał się z pułapki. Potraktował głazy swoim jadem i obruszył nieco korytarz, w którym był uwięziony.
– Szkoda czasu! – wrzasnął Tom – Celuję w głowę!
Strzelił czerwonym promieniem, który przypominał nieco błyskawicę. Plazma trafiła istotę w lewą część głowy. Straciła jedno owadzie oko. Machnęła kilka razy czułkami. Jednym gwałtownym szarpnięciem wyrwała się z kamieni, które blokowały jej ruchy. Z ogromną szybkością, jak na taką pokrakę, zaczęła zbliżać się do obu mężczyzn. Cofnęli się kilka kroków. Tom ponownie oddał strzał. Tym razem w przednie odnóże. Żuk upadł głową na ziemię, a resztą kończyn pchał ciało do przodu. Był już na wyciągnięcie kija, gdy zdążył jeszcze plunąć w stronę osadników. Właściel Vespy odstrzelił mu drugą “łapkę”. Cofnęli się w głąb wąskiego korytarza. Owad siłą rozpędu wjechał za nimi szorując po ziemi.
– Greg został mi tylko jeden strzał!
Ojciec Hany rozejrzał się szybko po pomieszczeniu i zawołał:
– Celuj w tą zwisającą, ostrą skałę. Jak najwyżej. Tam gdzie trzyma się sklepienia.
Tom oddał strzał. Skała oderwała się i upadła na owada, odcinają głowę od reszty tułowia. Owadzie truchło trzęsło się jeszcze chwilę. Miotały się oba odcięte segmenty. Po kilkunastu sekundach znieruchomiały.
– Greg gdzie idziesz? Chyba już po robocie? Co się wygłupiasz? – spytał Tom.
– W zasadzie nie przyszedłem tu po to, żeby zabijać potwory. Misja jeszcze nie skończona – odpowiedział ojciec Hany.
Greg podszedł do owada, ominął głowę, wdrapał się na odwłok i przedostał do komnaty.
– Kameleon! – zawołał.
Obszedł dookoła całą salę, aż dotarł chropowatej ściany, która kończyła się małą półką. Kot siedział na szczycie i patrzył szeroko otwartymi oczami na Grega.
– Tu jesteś. Możesz już zejść.
Kot słysząc te słowa podniósł tylną część tułowia i wyprostował ogon. Głośno miauknął.
– No skacz. – Greg rozpostarł ramiona i lekko odchylił tułów.
Kot odpowiedział po raz drugi w swoim języku. Po czym wymierzył skok i wylądował na kapeluszu ojca Hany, opierając tylne łapy o jego ramiona.
– Mam nadzieję, że nie próbowałeś tej “śmietanki”? – spytał czule Greg, choć w jego tonie głosu była też nutka niepokoju.
Kot popatrzył wyrazem zrozumienia w oczach na mężczyznę i spojrzał jeszcze raz na komnatę. Dołączyli do Toma i we trzech wydostali się z kopalni.
Słońce miało wzejść za godzinę. Mieszkańców osady wybudziły wybuchy. Większości nie udało się ponownie zasnąć. Postanowili wybrać się w kierunku kopalni uzbrojeni w widły i broń palną.
Greg i Tom ujrzeli komitet powitalny kilka metrów od wyjścia z szybu.
– Fajnie, że uratowałeś kota – powiedziała Celin poważnym głosem.
Greg liczył na uśmiech, ale się zawiódł.
– Tak, fajnie, że uratowałem kota – mruknął Greg. – Chyba zaniosę go Hanie. Czeka na mnie.
Ruszył w kierunku swojego domu trzymając na ramionach Kameleona. Ciepłe futro zwierzęcia grzało go w szyję. “Niczego mi nie brakuje”. – pomyślał. “Hana się ucieszy, a ja muszę sobie znaleźć jakieś zajęcie. Niech się córa ojca nie wstydzi”.
Mieszkaniec osady Bereck, ojciec dwunastoletniej córki, szedł w kierunku małego skupiska betonowych pawilonów. Był średniego wzrostu, krępy i dość muskularny. “Może spotkam Celin”. – Pomyślał “Często przesiaduje w barze z tą swoją Jeny”.
błędny zapiś myśli.
– Kevin? Myślałem, że opuściłeś miesiąc temu Bereck. Cały czas gadałeś o wyjeździe. Kto cię tak urządził? – Greg schował pieniądze i dokument do kieszeni. Odwrócił się i ostrożnie, rozejrzał się po ścianach. W jego mięśniach pojawiła się sztywność. Zawahał się, aż wreszcie nasłuchując ruszył w drogę powrotną.
zlepka dialogów.
– Kim ty jesteś? Kolegą Kameleona ze studiów? – szepnął Greg i wycelował. Zwierz stanął na tylnych łapach. Mężczyzna nie czekał na atak, tylko nacisnął spust. Kula przebiła oko i zwierzę natychmiast padło.
Zlepka dialogów.
Trzeba uwazać jak sie przekleja z innych platform/edytorów bo czasem formatowanie tutaj potrafi spłatać figla. Ale u ciebie kilkanaście takich jest rzeczy. Sam ostatnio się nadziałem na to przeklejając z Google Docsa.
Plus:
Tom obudził się drugi raz pod wpływem pukania do drzwi.
To brzmi nienaturalnie. Pod wpływem się jest środków odurząjacych, podniecenia, ale nie pod wpływem jakiejś czynności, zwłaszcza nie związanej z osobą której ten wpływ dotyczy. Winno być np. “Tom obudził się na skutek pukania do drzwi”
https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/ – tam jest bardzo dobrze to pokazane jak zapisywać prawidłowo dialogi. Sam znalazłem to całkiem niedawno. Są tam fajnie opisane zależności na różnych przypadkach. A polska język to bardzo trudna język.
Dodam jeszcze, że w kilkunastu miejscach też brakuje interpunkcji.
Co do samego opowiadania:
Masz tu bardzo fajny „postapo-klimat dnia codziennego” – ten upał, wentylator, piach wlatujący do środka, betonowe pawilony. Czuć miejsce, a nie tylko „dekorację”. Działa też relacja Greg–Hana: ona nie jest słodką maskotką, tylko realnym dzieckiem, które potrafi przycisnąć, i przez to jego apatia ma ciężar.
Kopalnia to z kolei dobry skręt w grozę: zejście w dół, chłodniej, echo, zapach zgnilizny – czytelnik od razu wie, że wchodzimy w inną strefę. Motyw „toksycznej mazi” przy beczce i mutacji zwierząt jest czytelny i buduje tło bez wykładów. No i Tom jako lombardzista-filozof to fajny detal świata – postać ma własny rys, nie jest tylko „NPC od broni”.
Ogólnie: opowiadanie ma prosty napęd (kot → kopalnia → zagrożenie), ale pod spodem jest temat (facet wraca do sprawczości), i to jest największa wartość.
Melendur88
@melendur88 Wielkie dzięki za wyłapanie wszystkich smaczków! Błędy poprawię w wolnej chwili.
Witam :]
Zaletami tekstu są klimat postapo i główny bohater, którego przeżycia “zewnętrzne” dość trafnie łączą się z “wewnętrznymi” (jak to napisał melendur, facet wracający do sprawczości).
Główną wadą niestety strona warsztatowa. Wszystkich przecinków i błędów zapisu dialogów nie wypisywałem, bo widzę, że jakieś zakolejkowane poprawki czekają, ale pozwoliłem sobie pod kreseczką wskazać garść innych niezręczności.
Zupełnie zabrakło mi tu też emocji, stawki czy napięcia. Gdy walczymy ze stworem, stwór jest zablokowany kamieniami i najpierw można sobie od niego po prostu pójść, a potem strzelamy sobie do niego jak do tarczy – w żadnym momencie nie czułem, że bohaterom coś grozi. Od strony przeżyć bohatera podobnie – Greg próbuje odzyskać sprawczość, stać się na powrót wartościowym facetem, ale co będzie, jeśli tej sprawczości nie odzyska?
Mamy wzmiankę, że gdyby stwór się wydostał, to rozniósłby osadę, ale raczej to nie wybrzmiało.
Pozdrawiam
kilkunastoletniej dziewczynki
Kilkunastoletnia to raczej nie dziewczynka.
szklance, wykonanej z grubego kanciastego szkła
“Wykonanej” jest tu zupełnie zbędne, a kanciaste nie jest szkło, tylko szklanki. “Po kanciastej szklance z grubego szkła”.
Mieszkaniec osady Bereck, ojciec dwunastoletniej córki,
A po co tak wydziwiać, skoro wiemy, że to Greg?
rozrzucone klocki domina pod horyzontem
Raczej “rozrzucone pod horyzontem klocki domina”.
sto dolarów, identyfikator i rzucił skórzany przedmiot na ziemię
Hm hm hm ja bym dał “sto dolarów i identyfikator, i rzucił skórzany[…]”. Albo “po czym” zamiast drugiego “i”. Teraz wygląda jakby po “i” miało iść dalej wyliczenie, a nie idzie.
shotgun’a
Shotguna. Albo strzelby.
Na końcu groty zobaczył opancerzonego stwora z głową i czterema odnóżami wystającymi z otworu uniemożliwiającego wydostanie się.
To zdanie radziłbym rozbić na dwa, jedno opisujące stwora, a drugie mówiące o tym, że stwór utkwił w dziurze. Teraz jest raczej niezrozumiałe, bo jak czytelnik przeczyta “stwora z głową i czterema odnóżami wystającymi z otworu” to pierwsza myśl jest taka, że to stwór ma otwór, z którego wystają odnóża.
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
@GalicyjskiZakapior dzięki za uwagi. Szczególnie za te związane z treścią. Postaram się je też uwzględnić. Zależy mi na lepszym odbiorze fabuły.
Cześć pzarzycki
Zaraz będę czytał inne komentarze. Ale mi osobiście się bardzo podobało. A wiesz dlaczego głównie? Klimat, klimat i jeszcze raz klimat :) Fajne opko daję klik do biblioteki!!!
Pozdr.
Jestem niepełnosprawny...
@dawidq150 Wielkie dzięki, właśnie wrzuciłem poprawki.
@PozostałeOsoby, nie wiem o jakie problemy dialogowe chodziło. Znalazłem jeszcze kilka zlepek, ale błędów typu gębowe/nie gębowe chyba już nie było.
Historia w porządku. Podobało mi się, że wszystko kręci się dookoła kota. To bardzo… kocie. No i Kameleon daje ładną klamrę.
Sama walka z potworem trochę schematyczna, ale niech Ci będzie.
Babska logika rządzi!
@Finkla Dzięki!
no, widzę że błędy szybciutko poprawione :) I czyta się o wiele lepiej. też bym dał klika, gdybym mógł :)
Melendur88