- Opowiadanie: matp12 - Prank

Prank

Witam, 

postanowiłem wyjść poza swoją strefę komfortu i poczynić zbrodnię na gatunku na którym zupełnie się nie znam. Miłej lektury.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Prank

Tom otworzył oczy i zamrugał kilkukrotnie.

Nie było żadnej różnicy między otwartymi a zamkniętymi powiekami – ciemność była tak gęsta, że czuł jak przenika do jego wnętrza. Leżał na czymś twardym i lodowatym. Chłód przenikał przez ubranie, wgryzał się w skórę, jakby chciał dostać się do kości.

Głowa pulsowała tępym, głębokim bólem – nie takim, jaki zostawia po sobie normalny kac, tylko cięższym, jakby ktoś wbił mu w czaszkę gwóźdź i zostawił na całą noc.

Jezu, co my wczoraj wypiliśmy? – pomyślał

W ustach miał obrzydliwy, metaliczno-chemiczny posmak, coś między rdzą a starym lekarstwem. Gardło paliło, żołądek podchodził do góry falami mdłości.

Spróbował poruszyć rękami. Palce kleiły się do siebie i do podłogi.

Mam tylko nadzieję, że nie zarzygałem sobie butów – dodał w myślach, ganiąc się równocześnie za to, że znowu doprowadził się do takiego stanu.

Stary a głupi.

Ubranie miał mokre, ciężkie, przylepione do ciała. Każdy mięsień protestował, jakby przez ostatnie godziny ktoś go okładał kijem baseballowym – ramiona, plecy, uda… wszystko spuchnięte, obce, nieposłuszne.

Leżał tak kilka sekund a może minut (zależy jak liczyć momenty, w których tracił przytomność), nasłuchując.

Jedynym dźwiękami były wiatr – niski, zawodzący świst, który wciskał się przez szczeliny i zawodził jak żywa istota i ciężkie, natarczywe bębnienie deszczu o szyby gdzieś z boku. Uderzał w szkło z taką siłą, że brzmiało to jak tysiące małych pazurów, próbujących wedrzeć się do środka.

Żadnych innych dźwięków.

Poruszał na próbę palcami u rąk i nóg. Dokonał przy tym ciekawego odkrycia. Był bosy. Może jednak wystarczyło mu trzeźwości na tyle, żeby zdjąć buty zanim zaczął zwracać zawartość żołądka. Istniała też druga ewentualność: znowu zostawił je przed jedną z nowojorskich fontann. Spróbował usiąść. Palce znowu natrafiły na lepką wilgoć na podłodze. Powąchał dłoń i natychmiast pożałował: słodkawy, zgniły zapach, który sprawił, że żołądek podskoczył mu do gardła.

Gdzie ja jestem, do cholery?

Spróbował sobie przypomnieć cokolwiek z ostatnich godzin. Nic. Pustka. Ostatnie wspomnienie – nieostre, jak przez mgłę – to wieczór w domu, piwo, konsola, telefon od przyjaciela i pospieszne wyjście na miasto… a potem ciemność.

– Za jakie grzechy – wyszeptał Tom.

Głos, który wydobył się z gardła, zatrzymał go w pół ruchu.

On tak nie brzmiał. Przynajmniej zazwyczaj.

Dźwięk był niski, chropowaty, jakby ktoś przeciągnął stalową szczotką po żwirze. Głębszy, obcy, należący do kogoś, kto palił paczkę papierosów dziennie przez ostatnie dwadzieścia lat. Słowa ledwie przecisnęły się przez gulę, która utknęła mu w przełyku. Gardło miał tak spuchnięte, że każda sylaba była jak łykanie rozżarzonego węgla. Język wypełniał mu usta niczym obcy organ, ciężki i niezgrabny, a popękane wargi paliły przy najmniejszym poruszeniu.

Przez chwilę po prostu oddychał, próbując oswoić się z tym dźwiękiem. Z tym ciałem.

Zabiłby za szklankę wody.

Uśmiechnął się z bólem gdy coś mu się przypomniało.

„Zawody”. Te słynne „zawody”.

Zawsze musieli coś wymyślić – im głupsze, tym lepsze. Ostatnio padło na papryki. Nie jakieś tam zwykłe jalapeño. Ktoś przytargał z internetu paczkę suszonych Carolina Reaperów. Zasady były proste: kto zje więcej bez popicia, ten wygrywa. Klasyczna stawka – butelka whisky i wieczna chwała.

Tom wygrał. Jak zawsze.

Nie dlatego, że miał żołądek ze stali. Nie dlatego, że w toku ewolucji wytworzył w sobie niespodziewaną odporność na kapsaicynę. Nic z tych rzeczy. Po prostu nie potrafił odpuścić. Kiedy inni już płakali on gryzł kolejną, uśmiechając się przez łzy. W razie potrzeby naginał zasady – dzięki temu udało mu się ominąć jedną rundę. No dobra – dwie rundy.

Tamtego wieczoru gardło paliło go tak samo. Język spuchł, usta popękały, głos stał się chrypą. Pamiętał, jak kumple śmiali się, że brzmi jak Darth Vader po wieczorze z tequilom.

Na pewno tego nie powtórzyli. To było kiedyś…

Tom przełknął ślinę – albo to, co próbowało być śliną – i poczuł, jak kulka w gardle drgnęła, jakby żyła własnym życiem.

– Co jest, kurwa… – wychrypiał znowu, tym razem ciszej.

I znowu ten obcy głos. Jakby ktoś inny mówił jego ustami.

Tom siedział nieruchomo, oparty na łokciu i po prostu… patrzył w ciemność.

Nie analizował. Nie panikował. W zasadzie w ogóle nie myślał. W głowie miał tylko to cholerne dudnienie deszczu i wiatr – świszczący, zawodzący, wślizgujący się przez nieszczelne okna niczym niechciana myśl, która wraca o trzeciej nad ranem – zimna, natarczywa i niemożliwa do zignorowania.

W końcu coś drgnęło w jego głowie. Zaczął myśleć. Próbował sobie przypomnieć: z kim wyszedł wczoraj? Gdzie poszli po tym telefonie? Bar na rogu? Ten nowy klub w Brooklynie? A może po prostu do starego Mike’a na piwo?

Imiona.

Jak mieli na imię ci wszyscy ludzie, z którymi spędzał połowę życia?

Nic.

Pustka. Jakby ktoś wszedł mu do głowy z gumką i wymazał wszystkie nazwy własne. Zero. Nawet tego, który dzwonił. Nawet tego, który przytargał te cholerne papryki.

Tak to się jeszcze w życiu nie zrobiłem, pomyślał i prawie się roześmiał – ale wyszło tylko ciche, chrapliwe parsknięcie.

Co to w ogóle ma być? Jakiś prank.? Pewnie schlał się do nieprzytomności a koledzy, a raczej „koledzy”, chcąc mu utrzeć nosa zataszczyli go w jakieś dziwne miejsce i zostawili. Pewnie nagrali przy tym niejeden filmik i zrobili masę zdjęć.

Będę legendą, pomyślał, a raczej viralem.

Zebrał się w sobie. Wstał powoli wspierając się o ścianę. Chwiał się jak pijany na lodzie, ale stał.

Stopy zapiekły – na pewno poranione. Kamienna podłoga nie wybaczała bosym stopom. Szkło? Odpryski kamienia? Mogli przynajmniej zostawić mu buty.

Rozejrzał się bez sensu – ciemność wszędzie taka sama. Więc zaczął obmacywać siebie.

Ubranie – mokre, ciężkie, nieznajome w dotyku. Koszulka? Sweter? Trudno powiedzieć. Spodnie –chyba sztruksy.

Kieszenie.

Lewa – pusta.

Prawa – coś twardego, prostokątnego.

Telefon.

Palce drżały, gdy go wyciągał. Ulga uderzyła go tak mocno, że prawie się uśmiechnął. Telefon. Światło. Pomoc. GPS. Cokolwiek.

Tom przycisnął przycisk boczny. Ekran rozbłysnął zimnym, niebieskawym światłem.

Przesunął palcem w górę, żeby odblokować przy pomocy twarzy.

Nic. Telefon nawet nie drgnął. Żadnego rozpoznania. Żadnego „Witaj, Tom”.

– No dalej… – wychrypiał, przysuwając ekran bliżej twarzy.

Nadal nic.

Przez chwilę stał jak skamieniały, próbując sobie przypomnieć wzór. Te kilka punktów, które łączył palcem dziesiątki, albo i setki razy dziennie. Prosty kształt. Co to było? L? Kwadrat? Coś z trójkątem?

W końcu coś kliknęło w pamięci. Narysował go szybko.

Nieprawidłowy.

Spróbował jeszcze raz. I jeszcze.

W końcu opuścił rękę i spojrzał na telefon z bliska, w nikłym świetle ekranu blokady.

Model ten sam. Kolor ten sam – czarny mat. Tapeta taka sama. Ale obudowa… gładka. Idealna. Żadnej znajomej szczerby w prawym dolnym rogu, tej, którą zrobił, rzucając telefonem podczas kolejnego nieudanego meczu Yankees. Z kim oni wtedy grali? Nieważne.

To nie był jego telefon.

Dalsza część pranku? Nie, raczej nie. Wygląda to na zwykłą pomyłkę.

Otworzył szybko klawiaturę numerową i wystukał 112.

Nic.

Żadnego sygnału. Żadnego „connecting”. Ekran po prostu patrzył na niego głupio.

Sieć – brak. Karta SIM – nie wykryto.

– Kurwa… – wyszeptał.

Rozejrzał się wokół – ekran telefonu dawał słabe, niebieskie światło, wystarczające, żeby zobaczyć zarysy: kamienna, chyba marmurowa podłoga, wysoki sufit, duże okna w które cały czas uderzał ten cholerny deszcz.

Przydałoby się więcej światła, pomyślał. Jakby na zamówienie, niebo na zewnątrz eksplodowało.

Błyskawica.

Przez ułamek sekundy całe pomieszczenie rozbłysło ostrym, bezlitosnym blaskiem.

Sekundę później uderzył grom.

A zapowiadali cały tydzień pięknej pogody, pomyślał głupio.

I wtedy go olśniło.

Latarka.

Szybko przesunął palcem w dół po ekranie blokady – ikona latarki, ta awaryjna, działała nawet bez odblokowania.

Użył jej.

Silne, białe światło wystrzeliło z tyłu telefonu, rozcinając ciemność.

Przesunął ręką powoli.

Najpierw podłoga – nie kamienna jak pierwotnie myślał a marmurowa. Szara, popękana w kilku miejscach, pokryta warstewką czegoś lepkiego, co odbijało światło.

Potem ściany – wysokie, sięgające co najmniej czterech metrów. Boazeria z ciemnego drewna, częściowo oderwana. Na jednej ze ścian wisiał jeszcze krzywo wielki obraz – jakaś stara scena polowania – ale szkło było rozbite, a płótno pocięte.

Przełknął głośno.

Sala była wielka.

Dwa rzędy długich, solidnych stołów z ciemnego, ciężkiego drewna – każdy na co najmniej dwadzieścia osób. Większość krzeseł poprzewracana, niektóre połamane. Na stołach leżące kieliszki, butelki po winie (niektóre całe, niektóre w kawałkach), talerze z resztkami jedzenia.

W powietrzu unosił się zapach – nie tylko wilgoć i pleśń, ale coś cięższego. Mięso. Alkohol. Pot. I ten sam słodkawy, zgniły akcent, który czuł wcześniej na dłoniach.

Przesunął latarkę wyżej – nad stołami wisiał wielki żyrandol, kryształowy, ale kilka jego ramion było pogiętych i kilku kryształów brakowało. Okna były wysokie, łukowate, z ciężkimi zasłonami, które teraz łopotały na wietrze. Jedna szyba była rozbita, stąd ten świst.

Nie widział drzwi. Sala wydawała się ogromna, ale w świetle latarki kończyła się gdzieś w mroku.

Był bosy wśród szkła i resztek, z telefonem w drżącej ręce.

W końcu zebrał się w sobie.

– Jest… jest tam ktoś? – zawołał

Odpowiedziała mu tylko cisza. Głęboka, ciężka, przerywana jedynie deszczem i wiatrem.

Ruszył powoli przed siebie, ostrożnie stawiając stopę za stopą, omijając odłamki szkła i kałuże zastygłego wina. Kierował się na wyczucie – tam, gdzie sala powinna się kończyć.

Latarka wreszcie wyłowiła z mroku ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi z ciemnego drewna. Były uchylone.

Pchnął je ostrożnie. Zaskrzypiały głośno.

Za nimi zaczynał się korytarz. Długi, prosty, wyłożony bordowym dywanem, który kiedyś musiał być luksusowy, a teraz był mokry i pokryty rozbitym szkłem. Idealnym na jego poranione stopy. Po obu stronach były rzędy drzwi, wszystkie identyczne, z mosiężnymi klamkami i numerami wytartymi do połysku. Na ścianach wisiały portrety, ale większość obrazów była przekrzywiona albo pocięta.

Wyszedł na środek korytarza i zatrzymał się.

– Halo! Jest tu ktoś?! – zawołał tym razem głośniej, pewniej, choć głos wciąż brzmiał obco, chropowato.

Odpowiedziała mu tylko ta sama cisza.

I wtedy znowu błysnęło – ostre, białe światło wdarło się przez okna znajdujące się za jego plecami, oświetlając wszystko na ułamek sekundy.

Prawie natychmiast uderzył grom.

Ale w tej samej chwili, niemal równocześnie z grzmotem, Tom usłyszał coś jeszcze.

Gdzieś niżej. Coś ciężkiego przewróciło się.

Potem znowu cisza.

Tylko deszcz i wiatr.

Tom stał nieruchomo, z latarką skierowaną w dół, w stronę podłogi.

Serce waliło mu w piersi.

Odwrócił się powoli i pchnął ciężkie drzwi z powrotem, zamykając je za sobą. Odciął się od lodowatego podmuchu wiatru i tego nieustającego, wbijającego się w mózg bębnienia deszczu o okna sali. Nagle zrobiło się ciszej, nawet za cicho.

Dreszcz przeszedł mu po plecach.

Pieprzone pranki – pomyślał. Ten wcale nie jest śmieszny.

Zanim ruszył w głąb korytarza, zauważył coś przy samych drzwiach – stary, mosiężny włącznik światła, wbudowany w boazerię. Klasyczny: ceramiczna płytka, dwa guziczki, górny i dolny.

Uniósł brew. No jasne, światło. Dlaczego nie?

Nacisnął górny guzik. Klik. Nic.

Nacisnął dolny. Klik. Znowu nic.

Przełączał kilka razy – szybko, nerwowo – ale żyrandol w sali za nim pozostał martwy, a korytarz nie rozbłysnął żadnym ciepłym blaskiem. Żadnego buczenia, żadnego migotania. Po prostu zero reakcji.

Pewnie przez tę burzę prąd wysiadł albo ktoś, dla żartu, wywalił specjalnie bezpieczniki – pomyślał.

Ta druga myśl nie spodobała mu się wcale. Latarka w telefonie musiała wystarczyć.

Z trudem przełknął ślinę i ruszył korytarzem, ostrożnie stawiając stopy na bordowym dywanie. Latarka w telefonie rzucała przed nim wąski snop światła.

Podszedł do pierwszych drzwi po lewej. Nacisnął klamkę – zamknięte. Drugie – to samo. Trzecie, czwarte, piąte… ani drgnęły. Po prawej stronie to samo. Żadnego szczęku zamka, żadnego skrzypnięcia. Tylko głuche stuknięcie metalu o metal.

Coraz szybciej oddychał. Korytarz wydawał się dłuższy, niż powinien – portrety na ścianach patrzyły na niego pustymi, pociętymi oczami.

W końcu latarka wychwyciła wnękę na końcu: klatkę schodową. Szerokie schody, także wyłożone tym samym bordowym dywanem, biegły w górę i w dół.

Odetchnął ciężko. Z dachu nie zeskoczy. Musi iść w dół – pewnie tam jest wyjście z tego cholernego, opuszczonego, tandetnego domu strachów.

Zszedł ostrożnie, trzymając się drewnianej, wypolerowanej poręczy. Dywan tłumił kroki, ale nie tłumił bólu stóp.

W połowie schodów znajdowały się drzwi prowadzące w kolejny długi korytarz. Zignorował je.

Na dole klatka schodowa kończyła się nagle ciężką, żelazną kratą.

Podszedł bliżej i pociągnął ją. Ani drgnęła. Zamknięta na solidny, stary zamek kłódkowy – kłódka wisiała, ciężka i zimna. Szarpnął mocniej – nic.

– Halo! – zawołał, głosem, który znowu brzmiał jak nie jego – Jest tu ktoś? Otwórzcie, do cholery!

Cisza. Tylko odległe kapanie wody gdzieś w dole.

Stał tak chwilę, nasłuchując. Nic.

W końcu odwrócił się i spojrzał w górę. Widział zarys wejścia na mijany wcześniej korytarz.

Nie miał wyboru. Może znajdzie tam inne zejście.

Powoli, zaczął wchodzić po schodach w górę. Dywan tłumił kroki, ale serce waliło mu tak mocno, że bał się, że zaraz połamie mu żebra.

Przedni dowcip, naprawdę przedni. Jak tylko wyjdzie z więzienia po tym jak własnoręcznie udusi tego który go wymyślił i ciężko pobije tych którzy pomogli pomysł wcielić w życie, to z pewnością będzie co wspominać.

Dotarł do korytarza. Identycznego jak wcześniejszy. Bordowy dywan, portrety, szkło na dywanie, rzędy drzwi.

Ale powietrze tutaj było inne. Cięższe. Cuchnęło stęchlizną, zamknięciem i czymś jeszcze… słodkawym, znajomym.

Latarka drżała w jego ręce, gdy zrobił pierwszy krok w głąb korytarza. Podszedł do najbliższych drzwi i nacisnął klamkę.

Otworzyły się.

Zawahał się, skierował latarkę do środka i powoli rozejrzał.

Pomieszczenie było mniejsze niż sala jadalna – prostokątne, bez okien. Światło odsłoniło rzędy białych szafek, metalowy stół na kółkach, stary fotel ginekologiczny w kącie, pokryty popękaną, brązową skórą. W sumie nie był pewien czy to fotel ginekologiczny, nigdy takiego na żywo nie widział. Kiedy Sara była w ciąży nigdy nie chodził z nią na wizyty. Może i dobrze skoro zaraz po porodzie zabrała dziecko i odeszła od niego do tego ulizanego dupka z którym pracowała. Właśnie…Sara – wreszcie jakieś imię. Szkoda tylko, że ze wszystkich osób które znał musiała przypomnieć mu się akurat ta bezwzględna, zimna, wyrachowana… odetchnął głęboko. Nie ma sensu tracić na nią czasu. Rozejrzał się ponownie. Na ścianach były półki ze strzykawkami w foliach i butelkami z wyblakłymi etykietami. Na środku – wąskie łóżko zabiegowe z pasami na ręce i nogi. Wszystko idealnie wyczyszczone.

Przychodnia.

Przy samych drzwiach, na ścianie – kolejny włącznik światła, taki sam ceramiczny jak w korytarzu powyżej. Nacisnął go odruchowo. Nic się nie stało. Przełączył kilka razy. Zero reakcji.

– Jest tu ktoś? – zawołał głośno, choć wiedział, że to bez sensu.

Cisza. Tylko jego własny, chropowaty głos odbił się echem od ścian.

Westchnął ciężko i zaczął się cofać, chcąc zamknąć drzwi za sobą.

Stąpnął bosą stopą prosto na coś ostrego. Rozległo się głośne, wyraźny chrupnięcie szkła pod nogą.

– Ała, kurwa! – krzyknął głośno.

Oparł się o framugę, dysząc. Spojrzał w dół – na dywanie, tuż za progiem, leżała rozbita ampułka albo butelka. Krew już zaczęła sączyć się ciepłą strużką.

I wtedy, gdzieś w budynku coś ciężkiego przewróciło się. Tym razem bliżej.

Na tym samym piętrze.

Albo nawet w tym korytarzu.

Stał w drzwiach, dysząc ciężko, z podniesioną stopą. Krew kapała powoli na dywan, tworząc małe, ciemne plamy, które szybko wchłaniały się w bordową tkaninę.

– Jest tu ktoś?! – zawołał znowu – Chłopaki, to już naprawdę nie jest śmieszne! Stanąłem na szkło, kurwa! Jak mam sam znaleźć wyjście, to podrzućcie mi chociaż buty!

Głos odbił się od ścian korytarza i wrócił do niego, pusty i martwy. Żadnej odpowiedzi. Żadnego śmiechu, żadnego „spokojnie, stary, już idziemy”. Tylko cisza i odległe kapanie wody gdzieś w głębi budynku.

Prychnął pod nosem, zaraz jednak skrzywił się z bólu. Przeniósł ciężar ciała na zdrową nogę i rzucił jeszcze raz snopem latarki po pomieszczeniu – tym razem wolniej, uważniej. Zatrzymał światł na ścianie naprzeciwko drzwi. Tam, nad jedną z szafek, wisiała metalowa apteczka – biała, z zielonym krzyżem, lekko uchylona. Utykając mocno, podszedł do niej. Otworzył drzwiczki – zawiasy zaskrzypiały cicho. W środku: rolka bandaży, gaziki, buteleczka z wodą utlenioną, nożyczki… i buteleczki z tabletkami. Ku jego wielkiej, autentycznej radości – aspiryna. Albo coś bardzo podobnego. Niestety napis na niej był w jakimś obcym języku, czy to francuski? A może włoski? Cholera wie. W każdym razie to prawie na pewno była aspiryna, a ten poziom pewności w zupełności mu teraz wystarczył. Gdzie oni go zawlekli? Wzruszył ramionami. Ból głowy pulsował mu w skroniach jak młot pneumatyczny, a gardło paliło nadal. Dwie tabletki nie zabiją go szybciej niż to, co tu się dzieje.

Połknął je na sucho. Smak gorzki, chemiczny, ale znajomy. Może przynajmniej głowa przestanie go boleć. Oparł się o ścianę, potem ostrożnie usiadł na kozetce – skóra zaskrzypiała pod jego ciężarem, pasy zwisały bezwładnie po bokach. Postawił telefon na brzegu łóżka, latarką do góry, żeby oświetlał sufit i dawał rozproszone światło. Delikatnie uniósł zranioną stopę. Kawałek szkła – cienki, ostro zakończony – tkwił głęboko w pięcie. Zacisnął zęby i pociągnął. Ból był ostry, ale krótki.

Szkło wyszło z mokrym chlupnięciem, krew polała się mocniej. Przeklinając pod nosem, oczyścił ranę wodą utlenioną (piana zapiekła jak diabli), potem owinął stopę gazikiem i bandażem – niezbyt profesjonalnie, ale wystarczająco, żeby zatamować krwawienie. Druga stopa była w podobnym stanie – pełno drobnych nacięć. Pewnie od kamieni i odłamków szkła. Też obandażował, zużywając prawie całą rolkę.

Kiedy skończył, siedział chwilę w ciszy, nasłuchując. Burza nadal szalała gdzieś daleko, ale tu, w bezokiennym pokoju, było cicho jak w grobie. Tylko jego własny oddech. I to kapanie. I jeszcze ten zapach – słodkawy, zgniły – który teraz czuł mocniej, jakby siedział w jego źródle. Wziął telefon z powrotem do ręki. Bateria spadła – już tylko piętnaście procent. Musiał ruszać dalej.

 Wstał ostrożnie, sprawdzając, czy bandaże trzymają. Ból był tępy, znośny.

Zgasił na chwilę latarkę, żeby oszczędzić baterię, ale zaraz włączył ją z powrotem. Ciemność w tym pokoju była zbyt gęsta, zbyt natarczywa. W tej chwili żałował każdego horroru, który obejrzał w życiu. A obejrzał ich raptem kilka – nienawidził takich filmów. Bał się nawet na większości odcinków „Supernatural”. Wyszedł na korytarz, zamknął za sobą drzwi – cicho, jakby bał się, że hałas przyciągnie to, co wcześniej przewracało meble.

Nie sprawdzał już kolejnych drzwi. Nie chciał wiedzieć, co jest za nimi. Hałas przyszedł gdzieś stąd, z tego piętra, a on profilaktycznie wolał trzymać się jak najdalej od źródła. Utykając lekko, ruszył w głąb korytarza. Latarka wychwyciła z mroku staromodną, ozdobną kratę – ciężką, żeliwną, z motywami liści i winorośli. Za nią zionęła pustka. Szyb windy. Drzwi były wyłamane.

Podszedł bliżej. Na ścianie obok był stary, mosiężny przycisk ze strzałką w dół. Nacisnął go kilka razy, odruchowo. Klik, klik, klik. Nic. Żadnego buczenia silnika, żadnego odległego skrzypienia lin.

Logiczne – pomyślał Tom – przecież nie ma prądu. Zresztą winda pewnie i tak jest martwa od lat.

 Zajrzał przez wyłamaną kratę do środka szybu. Ciemność. Absolutna, bezdenna. Latarka sięgnęła może pięć, sześć metrów w dół – betonowe ściany pokryte kurzem i pajęczynami, resztki kabli zwisające jak martwe węże. Dalej – nic. Żadnego odbicia światła, żadnego dna. Przełknął ślinę. Gula w gardle poruszyła się kolejny raz.

Spojrzał ponownie – tym razem skierował latarkę w górę. To samo. Pustka. Żadnego spodu kabiny, żadnego światła.

Odwrócił się i spojrzał na korytarz. Podjął decyzję: za nic w świecie nie wejdzie do tego szybu. Nie zejdzie po linach w tę czarną dziurę. Nie ma szans.

Stał tam chwilę, nasłuchując. Cisza. Żadnego kolejnego huku.

Ruszył korytarzem, tym razem dużo ostrożniej – prawie na palcach, choć bandaże i dywan i tak tłumiły jego kroki.

Podchodził do każdych drzwi. Zatrzymywał się. Nasłuchiwał.

W końcu zatrzymał się przy drzwiach po lewej stronie, mniej więcej w połowie korytarza.

Za nimi coś było.

Cichy, świszczący dźwięk. Słaby, nierówny. Ledwie słyszalny, ale wyraźny to na pewno nie wiatr, ani nie krople wody. To musiał być człowiek.

Przyłożył ucho do drzwi. Oddech przyspieszył lekko, potem zwolnił. Jakby ktoś wewnątrz też nasłuchiwał.

– Jest tam ktoś? – zapytał cicho, prawie szeptem. Oddech zamarł. Całkowita cisza. Tom poczuł, jak skóra na karku mu się jeży.

– Halo? – powtórzył trochę głośniej.

Nic.

– Halo, jest tam ktoś? – zapytał po raz trzeci, tym razem naciskając klamkę.

Drzwi otworzyły się bez oporu, zaskrzypiały tylko cicho.

Pokój był mały, zwykła sypialnia – pojedyncze łóżko z metalową ramą stało pod oknem obok była szafka nocna na której stał telefon z pokrętłem służącym do wybierania numeru. Przy ścianie stała duża szafa. Skierował latarkę w głąb i zobaczył… ją. Była w rogu, wciśnięta między łóżko a szafę. Siedziała skulona w swoim staromodnym wózku inwalidzkim. Była to staruszka z potarganymi, siwymi włosami, w kwiecistej sukni z koronkowymi mankietami przy rękawach. Gdy światło padło na nią, odruchowo uniosła rękę, zasłaniając oczy. Palce drżały. Ale w tej krótkiej chwili, zanim zasłoniła twarz, Tom zobaczył jej wyraz.

Strach.

Nie, nie strach.

Groza.

Czysta, absolutna groza – oczy szeroko otwarte, usta rozchylone w bezgłośnym krzyku, twarz blada jak papier. Jakby zobaczyła coś znacznie gorszego niż człowieka z latarką.

– Laissez-moi, je vous en supplie… pitie – powiedziała w nieznanym języku, słabym, drżącym z przerażenia głosem.

– Kim jesteś? Co tu się dzieje? – zapytał i podszedł krok bliżej.

Wydała z siebie chrapliwy dźwięk, który chyba miał być piskiem i wstrzymała oddech,  jej twarz zastygła w bezruchu. Po chwili osunęła się bezwładnie na ziemię.

– Jezu! Ona ma zawał! – krzyknął Tom – Ona ma zawał!!!! Słyszycie?! Pomocy! Niech ktoś jej pomoże! Jezu… kurwa!! Ona ma zawał!

Rzucił telefon na ziemię i podbiegł do staruszki. Nigdy nie udzielał pierwszej pomocy i nie bardzo wiedział jak się za to zabrać.

Spróbował.

Starał się z całych sił, starał się jak nigdy w życiu. Po chwili która zdawała mu się wiecznością, albo po wieczności która zdawała się chwilą – przestał.

Przegrał.

W końcu przyznał sam przed sobą, że przegrał.

Kobieta nie żyła.

To nim wstrząsnęło. Zrozumiał, że chyba nie ma do czynienia z głupim dowcipem. Paradoksalnie znaczyło to, że dzięki temu wydarzeniu rozumie jeszcze mniej niż wcześniej. O co tu chodzi? O co tu kurwa chodzi?

Spojrzał na wózek. Obok leżały przewrócony nocnik i rozbity wazon.

Pewnie to były te hałasy.

Po chwili wyszedł z sypialni staruszki, nie zamknął za sobą drzwi. Stał w korytarzu, odrętwiały, patrząc w pustkę przed sobą. Telefon w dłoni wydawał się cięższy niż zwykle, światło drżało lekko, choć próbował trzymać rękę nieruchomo.

Machinalnie ruszył dalej korytarzem, mijając kolejne drzwi, aż zatrzymał się, losowo, przy jednych z tych, które wcześniej ominął. Ręka sama powędrowała do klamki.

Drzwi otworzyły się do wewnątrz, bez oporu, z cichym skrzypnięciem.

To nie był pokój tylko magazyn – wąski, prostokątny, może piętnaście metrów długości. Po obu stronach ciągnęły się wysokie regały z ciemnego metalu, zapełnione kartonowymi pudłami. Stare, zakurzone, niektóre popękane, z wyblakłymi napisami w tym samym obcym języku co na tabletkach. Pudła piętrzyły się aż pod sufit, tworząc dwa długie szeregi z wąską ścieżką pośrodku.

Na samym końcu pomieszczenia, pod ścianą stała staromodna szafa. Wielka, ciężka, z rzeźbionymi drzwiami i lustrzanym frontem pokrytym kurzem. Pośrodku dolnej części miała duży, klasyczny barek, z otwieraną w dół klapą, jak w starych filmach.

Muszę się czegoś napić – pomyślał.

Podszedł do szafy i otworzył ją.

W tej samej chwili z wnętrza barku eksplodował ruch. Coś wielkiego, czarnego wyskoczyło z przeraźliwym, nieludzkim dźwiękiem – ni to skowytem, ni to warknięciem, czymś pomiędzy szaleństwem a agonią. Tom zdążył tylko zobaczyć błysk czerwonych oczu i otwarty pysk. Bestia wbiła się w jego przedramię.

Czas zwolnił. Krzyk wyrwał mu się z gardła – wysoki, obcy, pełen czystego przerażenia.

Zobaczył to wyraźnie w świetle latarki: wielki pies. Doberman? Może rottweiler? Futro matowe, gładkie, czarne. Szczęki zacisnęły się na ręce. Ale… nie bolało.

Prawie w ogóle nie bolało.

A potem pies puścił.

Z głośnym, żałosnym skamleniem – dźwiękiem, który brzmiał jak płacz dziecka – upadł na podłogę z głuchym plaśnięciem.

Tom odskoczył dwa kroki w tył, trzymając rękę przed sobą. Żadnej krwi. Żadnych śladów zębów. Tylko mokry ślad śliny na skórze.

Pies czołgał się w jego stronę. Tylne łapy ciągnęły się bezwładnie za nim – złamane, wygięte pod nienaturalnym kątem, kości przebijały skórę w kilku miejscach. Oczy zwierzęcia były ogromne, wybałuszone, białka czerwone od pękniętych naczyń. Z pyska lała się piana, gęsta, różowa od krwi. Pies obnażył zęby. Albo raczej to, co z nich zostało. Ktoś wyrwał mu je wszystkie. Dziąsła były czarne, opuchnięte, krwawiące. Tylko kilka odłamków zębów sterczało z ran.

Zwierzę próbowało warczeć, ale wyszło tylko żałosne, bulgoczące charczenie.

Przestał się czołgać.

Tom mimo wszystko cofnął się jeszcze krok, plecami uderzając w regał. Pudła zachwiały się lekko. Spojrzał na psa. Kto mógł zrobić coś takiego zwierzęciu? Tom nie miał zwierząt, nie lubił ich, a one nie przepadały za nim. Ale coś takiego? Przecież to bestialstwo w najczystszej postaci.

Co ma zrobić?

Dobić zwierzę? Nie, nie potrafił się do tego zmusić.

Zostawić je na pewną, powolną i bolesną śmierć? Jeszcze gorzej.

Nagle problemy zwierzęcia zeszły na dalszy plan. W tej właśnie chwili uświadomił sobie, że to raczej nie ta niepełnosprawna staruszka wyrwała psu zęby i umieściła go w szafie. To musiał być ktoś inny. Zimny pot spłynął mu po plecach kiedy powoli odwrócił się i spojrzał w stronę wejścia do schowka.

Słabe światło latarki z telefonu padło na kształt znajdujący się między drzwiami a ścianą. Tam ktoś stał – wcześniej nie mógł go zauważyć, ponieważ zasłaniały go otwarte drzwi.

– Kim jesteś? Co tu się dzieje? – krzyknął wyjątkowo piskliwym głosem Tom, cofając się odruchowo.

Natychmiast potknął się o leżącego bezwładnie psa i przewrócił się, zahaczając o regał, który z hukiem runął, zasypując go pudłami – niektórymi dość ciężkimi.

A więc teraz umrę – pomyślał, czekając, aż pojawi się ten zwyrodnialec i dokończy dzieła.

Nic się jednak w kolejnych upływających sekundach nie stało. Ucichło nawet skomlenie poranionego psa. Po chwili ucichł nawet jego oddech. Zdechł. Zapanowała cisza. W oddali rozległ się stłumiony dźwięk grzmotu. Tom wygrzebał się spod pudeł. Człowiek nadal stał w tym samym miejscu.

Podszedł bliżej, a kiedy światło latarki padło na twarz osoby skrywającej się w cieniu, Tom odwrócił się i zwymiotował.

Spojrzał raz jeszcze. Był to starszy, wychudzony mężczyzna. Ktoś nabił jego głowę na wieszak znajdujący się we wnęce. Jego gałki oczne zwisały z oczodołów jak u przerażającego, nieśmiesznego pajaca, a pod spodem znajdowała się kałuża krwi. Ten człowiek został zamordowany, a może raczej zmasakrowany. Tom poczuł, że kręci mu się w głowie. Wyszedł na korytarz i oparł się o zimną ścianę. Po chwili uświadomił sobie coś co wcześniej umknęło jego uwadze. W pokoju tej nieszczęsnej staruszki był telefon!

W oka mgnieniu znalazł się przy szafce i z nadzieją podniósł słuchawkę. Była głucha.

-Kurwa…-powiedział i wyjrzał przez okno.

W budynku obok, świeciło się delikatne światło a w oknach poruszały się jakieś cienie. 

Podszedł do okna – wysokiego, łukowatego, z ciężką ramą. Za szybą, w oddali, przez ścianę deszczu, zobaczył wyraźnie zarys sąsiedniego budynku. Niski, przysadzisty. W oknach migotało delikatne, ciepłe światło. I cienie – poruszające się powoli, jakby ktoś tam chodził.

Ludzie.

Żywi ludzie.

Nie czekał.

Szarpnął za klamkę okna, było stare, zardzewiałe, ale ustąpiło. Podmuch lodowatego wiatru uderzył go w twarz, deszcz zaczął walić do środka, mocząc dywan i łóżko. Zaczerpnął tchu i krzyknął z całej siły:

– Tutaj!!! Tutaj!!! Pomocy!!!

Krzyczał do czasu aż całkiem ochrypnął ale nikt nie zareagował. Przynajmniej nikt znajdujący się na zewnątrz.

Z korytarza dobiegło głuche łupnięcie.

Chwilę później Tom już siedział na parapecie. Spojrzał w lewo – jakieś trzy metry dalej, niewielki balkonik, z kutą balustradą. Jeśli się przesunie po gzymsie…

Deszcz lał mu po twarzy, wiatr wył, ale Tom zaczął się przesuwać – palce wbijał w mokry kamień, stopy ślizgały się po wąskim gzymsie.

Jeden krok.

Drugi.

I wtedy stopa ześlizgnęła się na mokrej krawędzi.

Spadł.

Krótki lot – może dwa, trzy metry. Wpadł w gęsty krzew róży pod oknem. Kolce drapały, wbijały się w skórę ramion, pleców i nóg. W barku coś chrupnęło, przeszyło go uderzenie bólu.

Przez chwilę leżał, dysząc, czując ciepłą krew z nowych zadrapań mieszającą się z deszczem.

Potem wstał. Lewa ręka zwisała bezwładnie wykrzywiona pod nienaturalnym kątem.

W drugiej ręce wciąż trzymał telefon. Latarka świeciła.

Biegł.

Po mokrej trawie, boso, utykając, ale biegł. Trawa była wysoka, ziemia przemoczona, chlupała pod stopami. Deszcz oślepiał, wiatr pchał w plecy.

Bliżej, bliżej.

Budynek okazał się małym, przysadzistym kościółkiem – szary kamień, wąskie okna z witrażami, ciężkie dębowe drzwi.

Wpadł do rozświetlonego środka i świat się zatrzymał.

Ściany kościółka, pokryte były warstwą wapiennej bieli i ozdobione subtelnymi freskami inspirowanymi wydarzeniami z Pisma Świętego. W oczy rzuciły mu się delikatne motywy winorośli, oliwek i polnych kwiatów przeplatają się z wizerunkami biblijnych postaci. Te obrazy były dopracowane w każdym szczególe – liście winogron miały żyłki tak realistyczne, że prawie czuł ich szorstkość, a postacie świętych patrzyły z łagodnym, prowincjonalnym ciepłem i uśmiechem. Ubrane były w stroje przypominające te noszone przez rolników z utopijnych farm. W centrum nawy stał ołtarz, rzeźbiony z jasnego dębu, z misternymi detalami: anioły o delikatnych skrzydłach, wyrzeźbione tak, jakby unosiły się w powietrzu, otaczały centralny krucyfiks. Każdy anioł miał unikalny wyraz twarzy – jeden uśmiechał się figlarnie, inny patrzył z zadumą, co dodawało wnętrzu osobistego, intymnego charakteru. Po bokach ołtarza wisiały małe obrazy olejne: jeden przedstawiał Matkę Boską z bukietem lawendy, drugi – jakiegoś świętego, otoczonego winogronami w odcieniach fioletu i zieleni. Sufit, również bielony, był sklepiony łagodnymi łukami, ozdobionymi drewnianymi belkami, na których wyryto jakieś napisy – pewnie cytaty. Między nimi wisiały delikatne żyrandole z kutego żelaza, rzucające miękkie, złote światło. Ławki były proste, z jasnego, polerowanego drewna, ale ich oparcia zdobiły rzeźbione motywy liści i owoców. W rogach kościółka stały małe kapliczki z rzeźbami: jedna z nich to figura świętej Teresy, wyrzeźbiona z alabastru, z takimi detalami, że fałdy jej szaty wydawały się na pierwszy rzut oka być miękkie w dotyku. W drugiej kapliczce stała grupa rzeźb przedstawiających pasterzy, z owcami u stóp, oddająca hołd dziecięciu w żłóbku. W powietrzu czuć było wosk świec i zapach kadzidła. Podłogę tworzyła mozaika w kolorach z witraży – błękitów, różów i zieleni, inspirowanych wiejskim krajobrazem.

To zabawne jakie szczegóły dostrzega ludzki umysł kiedy nie chce dopuścić do siebie ponurej rzeczywistości, a ta zaczęła docierać do Toma z całą swoją mocą.

Żyrandole.

Każdy z nich wydawał się niezwykle delikatny, mimo, że był kuty z żelaza. Każdy miał lampki przypominające świeczki – ale każdy miał też teraz inne obciążenie.

Na każdym wisiało ciało.

Staruszek albo staruszka. Powieszeni za szyje na łańcuchach, które służyły do podciągania i obniżania konstrukcji. Ciała kołysały się lekko, leniwie, jakby na niewidocznym wietrze. Twarze sinawe, oczy otwarte, języki wysunięte. Suknie i garnitury mokre od deszczu, który kapał z nich na podłogę – kap, kap, kap – tworząc małe kałuże mieszające się z krwią.

Tom zgasił latarkę. Nie była już potrzebna.

Dwanaście żyrandoli.

Dwanaście ciał.

Na ziemi, między ławkami, leżało jeszcze kilkanaście kolejnych – porozrzucane, jakby ktoś je zrzucił z wysokości. Twarze zastygłe w grymasie tego samego wyrazu, co u staruszki w pokoju: czystej grozy.

Przy samym wejściu, tuż przed progiem, leżał drewniany krzyż – ciężki, dębowy.

Ktoś przybił do niego kobietę.

Staruszkę, w wełnianym fioletowym swetrze i e kończącej się tuż za kolanem spódnicy w pionowe zielono-żółto-brązowe pasy. Krótkie, lokowane włosy w nienaturalnym, fiołkowym kolorze – farbowane, teraz mokre i przyklejone do czoła. Na nosie – rozbite, rogowe okulary. Gwoździe przechodziły przez jej nadgarstki i kostki. Krew spłynęła po drewnie, mieszając się z deszczówką.

Tom przestąpił nad nią otępiały, jakby to był tylko kolejny mebel. Stopy zostawiały krwawe odciski na mozaice.

Podszedł do ołtarza.

Wśród porozrzucanych świec i kielichów, leżał starszy ojczulek w brązowym habicie. Ręce rozłożone na boki, jakby w geście błogosławieństwa. Twarz spokojna, oczy zamknięte.

W piersi tkwił czarny sztylet – długi, prosty, z rzeźbioną rękojeścią. Powietrze wokół ostrza… wibrowało. Nie jak miraż od ciepła. Bardziej jak drżenie struny, którą ktoś właśnie szarpnął. Lekkie, niemal niewidoczne falowanie, które sprawiało, że światło łamało się jakoś dziwnie, a cienie na habicie ojczulka poruszały się same z siebie. Tom stał przed ołtarzem, patrząc na to wszystko.

Nie krzyczał.

Nie uciekał.

Tylko patrzył.

Przypadkowo potrącił nogą złoty kielich leżący na posadzce. Schylił się i go podniósł. Zobaczył w nim swoje odbicie. A raczej powinien zobaczyć. Podrapana, zakrwawiona twarz mężczyzny która odbiła się w kielichu nie była jego. Nie mogła być jego.

Nagle usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi. Nie zastanawiając się upuścił kielich, który z brzękiem potoczył się po ziemi. Odruchowo wyszarpnął nóż i odwrócił się w stronę wejścia do świątyni. W jednej ręce trzymał broń a w drugiej telefon.

W przedsionku stało trzech policjantów z wyciągniętymi pistoletami. Jeden z nich natychmiast odwrócił się i zwymiotował. Pozostali wpatrywali się w niego starając się ignorować wszystko inne.

– Lâchez le couteau et allongez-vous, les mains au-dessus de la tête ! Maintenant ! – krzyknął w nieznanym języku jeden z nich.

– Nic nie rozumiem! – odpowiedział Tom wpatrując się w wycelowaną w siebie broń.

– Maintenant ! – powtórzył policjant a jego wzrok powędrował do ukrzyżowanej kobiety – Grand-mère ? – zapytał cicho wpatrując się w nią przez kilka sekund, następnie podniósł wzrok na niego wzrok.

Tom już wiedział. Zobaczył to w oczach mężczyzny. Nie ból, nie smutek, nawet nie złość. Zobaczył decyzję. Telefon wydał cichy dźwięk. Tom spojrzał na ekran. U góry widniał napis „No SIM”, a u dołu wyświetliła się nowa wiadomość: „Do zobaczenia”.

Spojrzał raz jeszcze w oczy policjanta.

Ten nacisnął spust.

Bolało.

 

Koniec

Komentarze

Tom otworzył oczy i zamrugał nimi kilkukrotnie.

Przypadki mrugania innymi częściami ciała są naprawdę rzadkie ;) 

 

Nie było żadnej różnicy między otwartymi a zamkniętymi powiekami – ciemność była tak gęsta, że aż fizycznie wciskała się w gałki oczne – obolałe gałki oczne.

Prawdopodobnie z premedytacją powtórzyłeś gałki oczne, ja bym nie powtarzała. 

 

Jezu? Co my wczoraj wypiliśmy? – pomyślał

Po Jezu dałabym przecinek, nie pytajnik.

 

Dłonie kleiły mu się do siebie i do podłogi.

Do siebie? Jak mu się mogły kleić do tego i do tego?

 

Uderzał w szkło z taką siłą, że brzmiało to jak tysiące małych pazurów, których właściciele próbowali się wedrzeć do środka.

Ci właściciele podobają mi się mniej. 

 

Głos, który wydobył się z jego gardła, zatrzymał go w pół ruchu.

 

Za dużo zaimków.

 

Zebrał się w sobie. Powoli, wspierając się o ścianę, podniósł się. Świat znowu zakręcił mu się w głowie, ale nie upadł. Chwiał się jak pijany na lodzie, ale stał.

Bardzo dużo się. Nie domykaj zdania się.

 

Tom przycisnął przycisk boczny.

masło maślane.

 

Ekran rozbłysnął zimnym, niebieskawym światłem – na tyle jasnym, że aż zmrużył oczy.

Brzmi jakby ekran zmrużył.

 

Rozejrzał się wokół – ekran telefonu dawał słabe, niebieskie światło, wystarczające, żeby zobaczyć zarysy: kamienna, chyba marmurowa podłoga, wysoki sufit, duże okna w które cały czas uderzał ten cholerny deszcz.

Przed chwilą światło oślepiało, teraz jest słabe.

 

biel wypaliła mu się na siatkówkach,

Nie wiem jak się biel wypala. 

 

Historia niesamowita, brutalna i przerażająca. Dla mnie może zbyt. 

No, ale technicznie jeszcze sporo pracy przed Tobą.

delulu managment

Dziękuję. W wolnej chwili usiądę do poprawek. 

 

akt. Gotowe! Raz jeszcze dziękuję za uwagi. To dopiero moje drugie opowiadanie, więc pole do poprawek jest ogromne. 

 

p.s. również nie gustuję w takich gatunkach. Stwierdziłem jednak, że sprawdzę co z tego wyjdzie. 

Witam :]

 

No udało się tę atmosferę horroru stworzyć, co autentycznie doceniam, bo mi to nigdy nie wychodzi. Niektóre opisy mi się bardzo podobały, jak te sylaby rozżarzone – ktoś by pewnie kręcił nosem, że to purpura, ale purpura to też ważny kolor.

 

Z drugiej strony, standardowe marudzenie: opowiadanie wolno się rozkręca. Po 17k znaków obudziliśmy się i łazimy sobie po tym budynku i w sumie jedyną rzeczą, która się stała, było, że coś tam się gdzieś przewróciło, a największym bezpośrednim zagrożeniem wydaje się, że pokaleczony bohater nażre się aspiryny, która rozrzedzi mu krew i się wykrwawi. Wiadomo, że w takim typowym horrorze trzeba trochę poświęcić na budowanie nastroju, ale to już połowa tekstu.

 

Jak rzeczy już zaczną się wreszcie dziać, to może nawet są straszne, zwłaszcza ten pies bezzębny zrobił na mnie wrażenie, ale zupełnie nie wiemy o co chodzi, nie mamy nawet specjalnych powodów czegoś podejrzewać i bohater w końcu umiera, w niemalże przypadkowy sposób. Przez to wszystkie przedstawione wydarzenia wydają się równie przypadkowe, pozbawione celu i raczej nie zostaną na długo w mojej pamięci.

 

Pozdrawiam!


Nie było żadnej różnicy między otwartymi a zamkniętymi powiekami – ciemność była tak gęsta

jaki zostawia po sobie normalny kac

Hmm kac nie zostawia po sobie bólu głowy, ból głowy jest w trakcie kaca, zostawia go po sobie zakrapiana impreza albo coś podobnego.

 

Jedynym dźwiękami

Jedynym dźwiękiem albo jedynymi dźwiękami

 

Kiedy inni już płakali on gryzł kolejną

Przecinak między płakali a gryzł.

 

wisiał wielki żyrandol, kryształowy, ale kilka jego ramion było pogiętych i kilku kryształów brakowało. Okna były wysokie, łukowate, z ciężkimi zasłonami, które teraz łopotały na wietrze. Jedna szyba była rozbita, stąd ten świst.

Musi iść w dół

A czemu nagle czas teraźniejszy?

 

Szkoda tylko, że ze wszystkich osób które znał musiała przypomnieć mu się akurat ta bezwzględna, zimna, wyrachowana…

Przecinak między znał a musiała.

 

Stąpnął bosą stopą prosto na coś ostrego. Rozległo się głośne, wyraźny chrupnięcie szkła pod nogą.

Skoro stopą, to wiemy, że pod nogą. Ciach.

 

!!!!

Raczej więcej niż trzech wykrzykników się nie stawia.

 

-Kurwa…-powiedział i wyjrzał przez okno.

Spacje zjadło i dywizy wstawiło zamiast myślników.

 

W budynku obok, świeciło się delikatne światło

Raczej nieuzasadniony przecinek między okolicznikiem a orzeczeniem.

 

Ręce rozłożone na boki, jakby w geście błogosławieństwa. Twarz spokojna, oczy zamknięte.

Moim zdaniem jeśli prowadzisz cały czas narrację pełnymi zdaniami, to takie bezpardonowe przejście w równoważniki nie brzmi najlepiej.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nowa Fantastyka