Góry Krańca Świata nigdy nie wybaczały błędów, ale Niarhtig nie popełnił błędu – on po prostu był ciężki. Kiedy lodowa skorupa pękła pod jego stopami, krasnolud zdążył tylko rzucić soczyste przekleństwo w stronę swoich przodków. Znalazł się po pas w lodowatej szczelinie, a każdy ruch sprawiał, że klinował się jeszcze mocniej.
– Nie ruszaj się, brodaczu. Rozwalasz konstrukcję – odezwał się nagle głos, który brzmiał jak szelest suchych liści.
Niarhtig uniósł głowę. Na krawędzi szczeliny, lekki jak piórko, stał Salogel. Elf nawet nie wgniatał śniegu pod swoimi butami. Zamiast pomóc, najpierw dokładnie poprawił swój łuk.
– Pomóż mi, chuderlawy mieszańcu, albo przysięgam na Gazula, że jak wyjdę, to odrąbię ci te spiczaste uszy! – warknął Niarhtig, czerwony na twarzy od wysiłku i mrozu.
Salogel westchnął głęboko, jakby wyciąganie krasnoluda z dziury było najbardziej nużącym zajęciem pod słońcem. Wyjął jedwabną linę.
– Robię to tylko dlatego, że twój topór blokuje mi jedyną ścieżkę do przełęczy. To czysty pragmatyzm, krasnoludzie.
– Pragmatyzm, taaa… – mruknął pod nosem Niarhtig, chwytając linę. – To się nazywa dług wdzięczności. Najgorszy rodzaj przekleństwa.
Niarhtig wylądował na twardej skale z głuchym stęknięciem. Jego prawa noga była nienaturalnie wykręcona, a z rozcięcia na czole krew ściekała prosto w gęstą, potarganą brodę. Próbował wstać, chwytając za rękojeść topora, ale syknął z bólu i opadł z powrotem na śnieg.
Salogel stał obok, czyszcząc niewidzialny pyłek ze swojego haftowanego rękawa. Nie uśmiechał się – elfy rzadko czerpały radość z tak prostackich sytuacji – ale w jego spojrzeniu czaiła się irytująca wyższość.
– Szczelina była głębsza, niż zakładałeś, krasnoludzie – odezwał się spokojnie elf. – Twoje kości, choć gęste jak kamień, najwyraźniej nie są niezniszczalne.
Niarhtig milczał długą chwilę. Patrzył na swoje poobijane dłonie, potem na ciemną otchłań, z której przed chwilą został wyciągnięty. Wiedział, że gdyby nie ta jedwabna lina i szybki refleks chudzielca, jego historia skończyłaby się w lodowym grobie, a nikt nie wyryłby jego imienia w kronikach twierdzy.
– No już… wyduś to z siebie – rzucił Salogel, mrużąc oczy.
Krasnolud splunął krwią na śnieg i zacisnął zdrowe zęby tak mocno, że aż zatrzeszczały.
– Sam… – zaczął zachrypniętym głosem, po czym urwał, jakby słowa dławiły go w gardle. – Sam bym z tego nie wylazł. Nie tym razem. Śnieg był zbyt zdradziecki, a moje lata zbyt ciężkie.
Spojrzał elfowi prosto w oczy, a w jego spojrzeniu nie było wdzięczności, lecz ponury szacunek zmieszany z goryczą.
– Uratowałeś mi skórę, Salogel. Zapiszę to w pamięci, choć wolałbym, żebyś to był ktokolwiek inny. Nawet głupi niziołek.
Jaskinia śmierdziała wilgocią i starą flegmą gór. Niarhtig, mimo pogruchotanej nogi i sińców, które na krasnoludzkiej skórze przybierały barwę ciemnego granitu, nie odpoczywał. Siedział sztywno wyprostowany, trzymając w drżących dłoniach swój ciężki, rzeźbiony młot. Ignorował ból, mrucząc pod nosem niskie, gardłowe inkantacje w języku Khazalid.
– Przestań się miotać, kapłanie – rzucił Salogel, nie odrywając wzroku od grotów swoich strzał, które właśnie grawerował delikatnym, świecącym na błękitno rylcem. – Twoje bóstwa nie sprawią, że kość zrośnie się w jedną noc. Potrzebujesz moich ziół i spokoju.
Niarhtig przerwał modlitwę i spojrzał na elfa spod krzaczastych brwi. Jako młodzik w hierarchii kultu Grimnira, musiał nadrabiać brak brody nadmiarem gorliwości.
– Co ty możesz wiedzieć o potędze Przodków, Salogelu? – warknął krasnolud. – Twoja magia to machanie rękami na wietrze. Moja wiara to skała. To ona utrzymała mnie przy życiu w tej dziurze, a nie twoja jedwabna nitka!
Elf uniósł jedną strzałę pod światło dogasającego ogniska. Grot jarzył się słabym, magicznym światłem.
– Ta „nitka” to jedyny powód, dla którego nie jesteś teraz częścią lodowca – odparł chłodno Salogel. – Jesteś młody, Niarhtigu. Nawet jak na standardy twojego upartego ludu. Twoja pasja jest godna podziwu, ale twoja lekkomyślność… wdepnąłeś tam, bo zamiast patrzeć pod nogi, szukałeś wrogów do zmiażdżenia tym swoim młotem.
Niarhtig zacisnął pięść na rękojeści broni. Chciał zaprzeczyć, ale ból w nodze przypomniał mu o pokorze.
– Grimnir wymaga ofiary i odwagi. Jeśli cena za marsz naprzód jest krew, zapłacę ją – mruknął, ale ciszej. – Ale skoro już mnie wyciągnąłeś… to powiedz, „magicznym łuku”, dlaczego elf z twoimi zdolnościami marnuje strzały na ratowanie krasnoludzkiego nowicjusza w tych przeklętych górach?
Salogel schował rylec i spojrzał na ciemne wejście do jaskini.
– Bo wiatry magii szepczą o rzeczach gorszych niż kłótnia elfa z krasnoludem. Sam nie przetrwam w tych przełęczach, a twoja „skała”, choć pęknięta, wciąż może osłonić moje plecy.
Ogień nagle przygasł, jakby samo powietrze stało się cięższe. Z ciemności nocy wyłoniło się coś, co nie miało prawa istnieć. Było wielkie jak ogr, o potężnych, zwalistych barach, ale jego skóra miała chorobliwy, zielonkawy odcień wielkiego orka. Najgorsza była jednak głowa – wydłużona, z rzędami nierównych zębów i śliniącą się paszczą trolla, z której wyciekał kwas wypalający dziury w śniegu.
– Na brodę Grimnira… – wyszeptał Niarhtig, próbując podeprzeć się na swoim młocie. – Co to za plugastwo?
Salogel już stał, a na jego łuku tańczyły błękitne iskry.
– To żart bogów Chaosu, krasnoludzie. Ma siłę ogra, zaciekłość orka i… – elf urwał, gdy potwór ryknął, a rana na jego ramieniu, zadana przez spadający kamień, zaczęła się zamykać w oczach. – I regenerację trolla. Nie celuj w korpus. Musimy go spalić albo rozbić mu czerep.
Bestia rzuciła się do przodu. Nie biegła jak wojownik, lecz szarżowała jak bezmyślna góra mięsa i gniewu, uderzając łapami o ściany jaskini tak mocno, że ze stropu posypał się gruz.
Bestia była już tak blisko, że jej kwaśny oddech gasił resztki ogniska. Niarhtig czuł, jak ziemia drży pod ciężarem zmutowanego ogra. Zerknął kątem oka na elfa – Salogel stał nieruchomo z napiętym łukiem, a błękitna strzała lśniła na cięciwie. Elf nie strzelał. Patrzył tylko na krasnoluda, lekko mrużąc oczy, jakby czekał na znak.
Niarhtig zrozumiał. Ten chudy, długouchy arogant dawał mu pole walki. To nie był gest przyjaźni, to był gest szacunku dla wojownika.
– Za Grimnira! Za Karak Varn! – ryknął krasnolud, zapominając o zdruzgotanej nodze.
Wbił zdrową piętę w podłoże i pchnął całe swoje ciało do przodu, używając młota jako przeciwwagi. Kiedy bestia uniosła potężną, orczą łapę, by zmiażdżyć mu głowę, Niarhtig nie uchylił się. Wykonał krótki, potężny zamach od dołu.
Złoto na młocie rozbłysło runicznym światłem. Uderzenie było tak silne, że dźwięk pękającej trollowej szczęki odbił się echem w całej jaskini. Potwór zachwiał się, a z jego pyska trysnęła czarna, cuchnąca posoka. Niarhtig, mimo że upadł na kolano z bólu, uśmiechnął się przez krew.
– Pierwsza krew moja! – wycharczał krasnolud. – Teraz go kończ, elfie, zanim mi tu całkiem zdechnie pod butem!
Dopiero wtedy Salogel puścił cięciwę. Błękitna smuga magii przeszyła powietrze, celując prosto w odsłonięte, miękkie podniebienie ryczącego potwora.
Mimo strzaskanej szczęki i błękitnej strzały wbitej w gardło, monstrum nie padło. Zamiast tego, z jego rany zaczęły wyrastać obrzydliwe, pulsujące nitki nowej tkanki. Potwór chwycił strzałę Salogela i po prostu ją złamał, rycząc z nową siłą.
– To na nic, elfie! – krzyknął Niarhtig, osłaniając się młotem przed rozpryskującym się kwasem. – To ścierwo rośnie szybciej, niż my go bijemy!
Salogel nie odpowiedział. Jego twarz stała się nienaturalnie blada, a oczy zaczęły jarzyć się czystym, białym światłem. Wiedział, że czerpanie z wiatrów magii w tak wąskiej jaskini jest ryzykowne, ale nie mieli wyboru. Sięgnął po trzy strzały naraz, a jego usta zaczęły szybko formować inkantację w języku Eltharin.
– Aqshy! – wykrzyknął, przywołując Czerwony Wiatr Magii.
Gdy puścił cięciwę, strzały nie leciały już jak zwykłe pociski. Zmieniły się w smugi żywego, oślepiającego ognia. Pierwsza wbiła się w pierś potwora, wypalając w niej dziurę wielkości pięści. Druga trafiła w ramię, zwęglając mięśnie tak, że regeneracja została całkowicie powstrzymana.
Najgorsza dla bestii była jednak trzecia strzała – strzała wypalająca. Zamiast po prostu uderzyć, pocisk ten eksplodował przy kontakcie, zamieniając się w strumień magicznego ognia, który oblał kreaturę niczym płynna smoła. Monstrum zawyło w sposób, którego nie dało się zapomnieć, a smród palonego, zmutowanego mięsa wypełnił jaskinię.
Potwór osunął się na kolana, a potem runął twarzą w popiół, który jeszcze przed chwilą był jego ciałem. Salogel zachwiał się i musiał oprzeć o ścianę jaskini. Użycie takiej mocy wyraźnie go wyczerpało.
W jaskini zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskiem dogasającego, magicznego ognia na truchle potwora. Salogel wypuścił łuk z drżących dłoni. Jego oddech był płytki, a skóra, i tak jasna, stała się niemal przeźroczysta. Magia ognia – Aqshy – zawsze pozostawiała po sobie dotkliwe zimno w żyłach tego, kto ją przywołał.
Zanim elf osunął się na zimną ziemię, poczuł na ramieniu ciężką, szorstką dłoń.
– Trzymaj się, chuderlawy magicie – mruknął Niarhtig.
Krasnolud, choć sam utykał i syczał z bólu przy każdym kroku, zaparł się mocno na swojej zdrowej nodze i podtrzymał Salogela. Prowadził go powoli w stronę suchego kąta jaskini, służąc mu za żywą, niewzruszoną podporę. Ostrożnie pomógł mu usiąść na zwiniętym płaszczu, dbając o to, by elf nie uderzył plecami o twardą skałę.
Niarhtig przez chwilę stał nad nim, sapiąc ciężko i wycierając krew z czoła skrawkiem szaty kapłańskiej.
– Nie przyzwyczajaj się – rzucił, choć w jego głosie nie było już wcześniejszej wrogości. – Ratowanie tyłka za ratowanie tyłka. Tak mówi tradycja. Wyciągnąłeś mnie z dziury, ja nie pozwoliłem ci paść na pysk po tym, jak spaliłeś to ścierwo. Jesteśmy kwita… na razie.
Salogel uniósł lekko kącik ust, co w jego wykonaniu było niemal śmiechem.
– Twoja matematyka jest równie toporna jak twój młot, krasnoludzie. Ale… dziękuję.
Niarhtig prychnął, udając obrażonego, i zaczął rozpalać zwykłe, niemagiczne ognisko.
– Nie dziękuj. Tylko nie zemdlej mi tu teraz, bo nie mam zamiaru targać cię przez przełęcz na własnych plecach. To by mi zrujnowało reputację u Przodków.
Kiedy bladość wreszcie ustąpiła z twarzy Salogela, a jego dłonie przestały drżeć, elf podszedł do dymiących szczątków bestii. Niarhtig obserwował go z dystansu, oparty o swój młot, czyszcząc krew z pancerza.
Salogel nie dotykał truchła dłońmi. Przesunął nad nim dłonią, mrużąc oczy, jakby patrzył przez gęstą mgłę. Jego źrenice rozszerzyły się, chłonąc resztki światła. To, co widział, sprawiło, że na jego karku pojawiły się ciarki.
– I co tam widzisz, magiczny łuku? – wycharczał Niarhtig. – Oprócz tego, że śmierdzi gorzej niż skaveński ściek?
– Widzę skazę, krasnoludzie – odpowiedział cicho Salogel. – To nie był naturalny wybryk natury. Wokół kości wciąż wiją się resztki fioletowej i czarnej esencji. To Dhar… czarna magia.
Elf wskazał czubkiem sztyletu na miejsce, gdzie ogrzy kręgosłup łączył się z trollową czaszką. Znajdował się tam mały, niemal stopiony od ognia symbol – ośmioramienna gwiazda Chaosu, wypalona w samym ciele.
– Ktoś go ukształtował – kontynuował Salogel, prostując się. – Ta kreatura była „wykuta” tak samo, jak ty kujesz stal, Niarhtigu. Ktoś w tych górach eksperymentuje z żywym ciałem i energią pustki. To nie był samotny myśliwy. To był uciekinier… albo strażnik.
Niarhtig splunął, a jego twarz stężała w wyrazie nienawiści, jaki krasnoludy rezerwują tylko dla największych wrogów.
– Jeśli Chaos maczał w tym palce, to moja misja właśnie stała się ważniejsza. Grimnir nienawidzi mutantów, a ja nienawidzę tych, którzy ich tworzą.
Kiedy słońce zaczęło przebijać się przez gęste chmury nad Grzbietem Świata, jaskinia była już tylko wspomnieniem minionej nocy. Niarhtig, z nogą ciasno owiniętą elfimi bandażami nasyconymi kojącymi ziołami, sprawdził napięcie rzemieni przy swoim młocie. Ból wciąż tam był – tępy i pulsujący – ale krasnolud zdusił go w sobie, karmiąc się religijną gorliwością.
– Na południowy wschód – rzucił Niarhtig, wskazując grubym palcem w stronę poszarpanych szczytów, które skrywały wejście do Przełęczy Czarnego Potoku. – Tam zmierzałem, zanim ta góra postanowiła mnie pożreć.
Salogel, który właśnie kończył składać swój łuk, uniósł brew. Jego ruchy były znów płynne, choć pod oczami wciąż miał cienie po nocnym wysiłku magicznym.
– To niebezpieczny szlak, nawet dla kogoś z twoim uporem. Krążą plotki, że tamtejsze kopalnie milczą od tygodni.
– Właśnie dlatego tam idę, elfie – warknął Niarhtig. – Moja świątynia otrzymała wezwanie. Coś zakłóca spokój Przodków w dolnych poziomach Karak Khazad. Jeśli to, co badałeś w nocy, ma z tym związek, to twoje strzały przydadzą się bardziej, niż sądziłem.
Salogel spojrzał w stronę nieba, jakby szukał odpowiedzi w ruchu chmur.
– Niech będzie. Moja ścieżka i tak przecina się z twoją, a ciekawość bywa równie silnym motywem co obowiązek. Prowadź, kapłanie. Tylko tym razem patrz na drogę, a nie na bogów.
Niarhtig mruknął coś pod nosem o elfiej bezczelności, ale nie odtrącił ramienia Salogela, gdy ten pomógł mu pokonać pierwszy, stromy próg skalny. Ruszyli razem – kulejący krasnolud i lekki jak cień elf – prosto w paszczę gór, gdzie czekało na nich coś znacznie gorszego niż jeden zmutowany ogr.
Wielkie, zdobione runami wrota Karak Khazad, które powinny być strzeżone przez oddziały Tarczowników, stały otworem. Jedno skrzydło było lekko przechylone, jakby potężne zawiasy puściły pod niewyobrażalnym ciężarem. Jednak to nie zniszczenia przerażały najbardziej, lecz cisza. W krasnoludzkiej twierdzy zawsze słychać było echo młotów, śpiewy lub choćby szum wentylacji. Teraz panowała tam próżnia.
Salogel zatrzymał się gwałtownie, a jego dłoń automatycznie powędrowała do kołczanu.
– Niarhtigu, stój. Powietrze smakuje jak popiół i stara krew. Wiatry magii… one tu nie wieją. One tu gniją.
Niarhtig poczuł, jak włosy na jego karku stają dęba. Jako kapłan bitewny, był wrażliwy na obecność profanacji. Uniósł swój młot, a wyryte na nim święte runy zaczęły tlić się słabym, niepewnym złotym światłem, jakby walczyły o przetrwanie w mroku.
– To nie jest zwykła śmierć – szepnął krasnolud, a jego głos drżał z ledwo skrywanej wściekłości. – Czuję odór nekromancji, ale jest w nim coś jeszcze… coś ostrego, jak zapach siarki po uderzeniu pioruna.
Weszli do głównej sali przedsionka. Pod ich nogami nie leżały jednak zwłoki, lecz sterty pyłu i potrzaskane pancerze. Salogel pochylił się nad jednym z hełmów. Gdy go dotknął, z wnętrza wyleciała smuga fioletowego dymu, a metal rozsypał się w palcach.
– To nekromancja Chaosu – stwierdził Salogel, a w jego głosie po raz pierwszy pojawił się prawdziwy lęk. – Ktoś tu nie tylko wezwał zmarłych, on wyrwał ich dusze z objęć waszych Przodków i przemienił je w paliwo dla swojej magii. To, co tu zostało, to tylko puste skorupy.
Nagle z głębi kopalni dobiegł dźwięk – rytmiczne, metaliczne skrobanie o kamień. Tysiące kościanych palców uderzających o bruk w idealnym synchronicznym marszu.
Niarhtig stanął na środku wielkiej sali, uderzając trzonkiem młota o bazaltową posadzkę. Dźwięk poniósł się echem, rozrywając nienaturalną ciszę. Kapłan nabrał powietrza w płuca i zaczął śpiewać. Jego głos nie był piękny – był głęboki, chropowaty i potężny jak pękający lodowiec.
– Krut kord, krut khazad! – niosło się po korytarzach.
Była to pieśń w języku Khazalid, wzywająca bóstwa przodków, by odebrały to, co do nich należy. Z każdym słowem złote runy na młocie Niarhtiga rozbłyskiwały coraz jaśniej, a fioletowa mgła nekromancji zaczęła się cofać, sycząc niczym rzucona na ogień woda.
Salogel poczuł, jak ziemia pod jego stopami drży. Elf napiął łuk, celując w mrok głównego tunelu.
– Niarhtigu, przestań! Ściągasz go tutaj! – krzyknął, ale krasnolud go nie słuchał. Jego oczy płonęły świętym gniewem, a pieśń stawała się coraz głośniejsza, rzucając wyzwanie samej śmierci.
Wtedy to poczuli. Temperatura w sali spadła tak drastycznie, że oddech Salogela zamienił się w lód. Z głębi kopalni, niesiony na chmurze czarnego dymu i fioletowych błyskawic, wyłonił się On.
Licz Chaosu.
Była to postać nienaturalnie wysoka, odziana w strzępy ceremonialnych szat krasnoludzkiego króla, które teraz gniły na jego kościanym ciele. Zamiast oczu w czaszce płonęły dwa wirujące punkty czystej, chaotycznej energii. W jednej dłoni trzymał kostur zwieńczony czaszką smoka, a w drugiej – księgę oprawioną w ludzką skórę, która zdawała się krzyczeć.
– Kto śmie zakłócać moją symfonię rozkładu? – głos Licza nie pochodził z gardła, lecz rozbrzmiewał bezpośrednio w ich umysłach, niosąc ze sobą ból i szaleństwo. – Mały kapłan martwych bogów i elf, który bawi się wiatrami, których nie rozumie… Staniecie się pierwszymi nutami w moim nowym marszu.
Licz uniósł kostur, a dziesiątki szkieletów krasnoludów, które dotąd leżały bezczynnie, zaczęły składać się w całość, ich puste oczodoły zapłonęły nienawiścią.
Sala tronowa wypełniła się chaosem. Salogel stał się smugą błękitu i srebra. Nie wypuszczał już pojedynczych strzał – on tańczył między rzędami nieumarłych. Każdy ruch jego łuku wyrzucał serie magicznych pocisków, które rozrywały szkielety na biały pył. Elf krzyczał w Eltharinie, przywołując światło, które oślepiało Licza i zmuszało go do skupienia całej potęgi nekromantycznej na osłanianiu swojej armii.
– Twoje sztuczki tylko odwlekają nieuniknione, elfie! – ryczał Licz, wznosząc kostur, by uderzyć w Salogela falą ciemnej energii.
To był moment, na który czekali. Licz, pewny, że kulejący krasnolud jest wyłączony z walki przez swój śpiew, całkowicie go zignorował. Pieśń Niarhtiga nagle urwała się, przechodząc w niski, gardłowy ryk czystej nienawiści.
Krasnolud nie biegł – on szarżował jak taran. Ignorując ból w nodze, pchnięty furią Grimnira, przebił się przez ostatni krąg straży. Licz odwrócił się w ostatniej chwili, ale było już za późno na rzucenie czaru.
– Za Karak Khazad! Za moich braci! – wrzasnął Niarhtig.
Kapłan nie celował w głowę. Wiedział, że serce Licza, nasycone czarną magią Chaosu, jest jego jedynym słabym punktem. Młot uderzył z siłą spadającego głazu. Złote runy na obuchu rozbłysły tak potężnie, że rozdarły ciemność sali. Uderzenie przeszło przez gnijące szaty i kości klatki piersiowej, miażdżąc serce potwora w fontannie fioletowych iskier i czarnego dymu.
Licz wydał z siebie nieludzki pisk, który zamienił się w szept, a potem w ciszę. Jego ciało rozsypało się, zostawiając po sobie jedynie stertę pustych łachmanów i martwą księgę. Szkielety wokół Salogela upadły na ziemię jak marionetki z poprzecinanymi sznurkami.
Sala tronowa Karak Khazad powoli stygła, choć w powietrzu wciąż unosił się metaliczny posmak magii. Niarhtig, mimo bólu, działał z precyzją kamieniarza. Wyjął ze swojej torby gruby płat skóry wołowej, wygarbowanej w świętych olejach, i starannie owinął nim księgę Licza. Przewiązał ją żelaznym łańcuchem, na którym wyryto runy wiązania.
– To plugastwo nie powinno widzieć światła dziennego – mruknął Niarhtig, zaciskając ostatnie ogniwo. – Ale moi pobratymcy w Karak Kadrin muszą wiedzieć, co tu się stało. Musimy ją dostarczyć do ich bibliotek.
Podał ciężki tobołek Salogelowi. Elf przyjął go z szacunkiem, choć gdy tylko jego palce zbliżyły się do zawiniątka, poczuł na skórze mrowienie mrocznej energii.
– Ty ją poniesiesz, Salogelu – powiedział krasnolud, patrząc mu prosto w oczy. – Twoje zmysły są czystsze od moich. Jeśli to ścierwo zacznie do nas szeptać albo próbować wyżreć drogę przez skórę, poczujesz to pierwszy. Ja będę pilnował twoich pleców.
Salogel schował księgę głęboko do swojej torby, wyściełanej liśćmi athelas.
– Ryzykowne zadanie, Niarhtigu. Ale sprawiedliwe. Skoro ty rozbiłeś serce potwora, ja poniosę jego cień.
Odpoczęli kilka godzin przy ogniu rozpalonym z resztek tronu Licza – zwykły ogień wydawał się teraz najbardziej kojącą rzeczą na świecie. Kiedy słońce wzeszło nad szczytami Gór Krańca Świata, dwaj bohaterowie, poobijani, utykający, ale zjednoczeni wspólnym sekretem, opuścili bramy Karak Khazad.
Przed nimi rozciągał się długi szlak w stronę Karak Kadrin. Niarhtig szedł przodem, wybijając rytm młotem o kamienie, a Salogel szedł krok za nim, czujny i cichy, niosąc w torbie tajemnicę, która mogła zmienić losy Starego Świata.
Wachu18, sporo ponad dwadzieścia tysięcy znaków to już nie szort. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na OPOWIADANIE.
Na tym portalu szorty kończą się na dziesięciu tysiącach znaków.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Przydałoby się wstawić coś zakończonego, bo mam wrażenie, że to jest fragment większego uniwersum. Pozdrawiam.
Wiń spóźnialskiego klienta :D

Kiedy lodowa skorupa pękła pod jego stopami, krasnolud zdążył tylko rzucić soczyste przekleństwo w stronę swoich przodków.
Angielska konstrukcja – lepiej: pękła mu pod stopami. I – pod adresem swoich przodków (przecież nie ma ich tu fizycznie, żeby się ku nim zwracać). Co prawda nie wiem, dlaczego miałby kląć przodków, ale może to specyfika świata.
w lodowatej szczelinie
Czyli bardzo zimnej. Niby tak, ale.
każdy ruch sprawiał, że klinował się jeszcze mocniej
Hmmm.
Elf nawet nie wgniatał śniegu pod swoimi butami.
Hmm. Może tak: Śnieg pod butami elfa nie był nawet zbity?
Zamiast pomóc, najpierw dokładnie poprawił swój łuk.
To zamiast – czy najpierw? Jak poprawić niedokładnie? I po co tyle zaimków? Może: Salogel w skupieniu poprawiał coś przy sajdaku? ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Sajdak_(%C5%82ucznictwo) )
to odrąbię ci te spiczaste uszy!
Nie łatwiej wymówić: to ci odrąbię te spiczaste uszy?
czerwony na twarzy od wysiłku i mrozu
Tłumaczysz.
jakby wyciąganie krasnoluda z dziury było najbardziej nużącym zajęciem pod słońcem
Nadal tłumaczysz, choć tu przynajmniej budujesz tym postać.
Robię to tylko dlatego, że twój topór blokuje mi jedyną ścieżkę do przełęczy
A w jaki sposób ją blokuje? Czy oni po prostu się czubią, bo się lubią?
To się nazywa dług wdzięczności. Najgorszy rodzaj przekleństwa.
…? Rozumiem nieżyczliwość elfów wobec krasnoludów i vice versa, ale – hę?
Niarhtig wylądował na twardej skale z głuchym stęknięciem.
Rozważ zmianę szyku.
Jego prawa noga była nienaturalnie wykręcona, a z rozcięcia na czole krew ściekała prosto w gęstą, potarganą brodę.
Wpadł tylko po pas, jak sobie rozciął czoło? Prawą nogę miał nienaturalnie wykręconą, a krew z rozcięcia na czole ściekała prosto w gęstą, potarganą brodę.
Próbował wstać, chwytając za rękojeść topora
Chwytając rękojeść (albo drzewce), ale gdzie się znajduje ten topór? Jest wbity w śnieg? służy mu za laskę? Zupełna abstrakcja.
czyszcząc niewidzialny pyłek
Strzepując chyba? "Swojego" też spokojnie możesz wyciąć.
elfy rzadko czerpały radość z tak prostackich sytuacji
https://wsjp.pl/haslo/podglad/22158/prostacki ?
Twoje kości, choć gęste jak kamień, najwyraźniej nie są niezniszczalne.
Mało to naturalne i skonstruowane po angielsku. A i logiczne nie bardzo. I co ma w tym kontekście oznaczać "gęste" nie wiem.
a nikt nie wyryłby jego imienia w kronikach twierdzy
Rozumiem, że krasnoludy prowadzą zapis historii na kamieniu, ale i tak…
zacisnął zdrowe zęby tak mocno, że aż zatrzeszczały
Nie przypuszczałam, że cierpi na próchnicę: zacisnął zęby, aż zatrzeszczały.
zaczął zachrypniętym głosem, po czym urwał, jakby słowa dławiły go w gardle
Tłumaczysz. Wszelkie "głosy" (a tym bardziej wzroki!) takie a takie to pustosłowie – 99 razy na sto można się ich pozbyć z korzyścią dla tekstu.
Śnieg był zbyt zdradziecki, a moje lata zbyt ciężkie.
A skąd ta poezja? I kogo śnieg zdradza?
w jego spojrzeniu nie było wdzięczności, lecz ponury szacunek zmieszany z goryczą
O, właśnie. To jest skrót. Jeśli potrzebujesz miejsca na co innego, to dobra, ale to jest skrót.
Zapiszę to w pamięci, choć wolałbym, żebyś to był ktokolwiek inny.
Coś tu chyba w poprawkach nie wyszło: Zapiszę to w pamięci, choć wolałbym, żeby to był ktokolwiek inny. Ale zdanie pozostaje dość… nie tyle purpurowe… hmmm.
Jaskinia śmierdziała wilgocią i starą flegmą gór.
Czy tu nie miało być jakiegoś separatora? Znaczy, nowa scena się zaczyna, ale jakby ciągnie się stara…
sińców, które na krasnoludzkiej skórze przybierały barwę ciemnego granitu
A gdzie indziej przybierały inną barwę?
Ignorował ból

nie odrywając wzroku od grotów swoich strzał, które właśnie grawerował delikatnym, świecącym na błękitno rylcem
… ? Zabieg magiczny nie wymaga jakiejś, nie wiem, oprawy? Bo innego sensu grawerowania strzał, i to jeszcze wyraźnie magicznym narzędziem, nie widzę. Nie używałabym też w tym kontekście słowa "delikatny".
Jako młodzik w hierarchii kultu Grimnira, musiał nadrabiać brak brody nadmiarem gorliwości.
Raz, że przed chwilą brodę miał. Dwa, w hierarchii można stać nisko, ale to niekoniecznie funkcja wieku. Trzy, nadmiar jest z definicji niedobry.
Twoja magia to machanie rękami na wietrze. Moja wiara to skała. To ona utrzymała mnie przy życiu w tej dziurze, a nie twoja jedwabna nitka!
Teatralne.
Elf uniósł jedną strzałę pod światło dogasającego ogniska. Grot jarzył się słabym, magicznym światłem.
Hmmm. Po co podnosić coś do światła? Żeby to lepiej obejrzeć. A ten grot sam świeci. Więc czy to ma sens? I jest powtórzenie.
– Ta „nitka” to jedyny powód, dla którego nie jesteś teraz częścią lodowca – odparł chłodno Salogel.
Wiemy, kto mówi, nie wiemy tylko dlaczego po angielsku polskimi słowami: Tylko dzięki tej nitce nie zostałeś częścią lodowca – zauważył chłodno.
Jesteś młody, Niarhtigu. Nawet jak na standardy twojego upartego ludu. Twoja pasja jest godna podziwu, ale twoja lekkomyślność… wdepnąłeś tam, bo zamiast patrzeć pod nogi, szukałeś wrogów do zmiażdżenia tym swoim młotem.
To jest teatralne. Trudno mi uwierzyć, że w tej sytuacji ktoś wygłaszałby takie przemowy.
Chciał zaprzeczyć, ale ból w nodze przypomniał mu o pokorze.
Co masz na myśli?
to powiedz, „magicznym łuku”, dlaczego elf z twoimi zdolnościami marnuje strzały na ratowanie krasnoludzkiego nowicjusza w tych przeklętych górach?
"Magicznym"? I: krasnoluda – nowicjusza. Rozmowa pozostaje teatralna.
a twoja „skała”, choć pęknięta, wciąż może osłonić moje plecy
Może mi osłonić plecy. A najlepsze kasztany są na placu Pigalle ;)
Ogień nagle przygasł, jakby samo powietrze stało się cięższe.
Hmmmm.
Z ciemności nocy wyłoniło się coś, co nie miało prawa istnieć.
Tak znienacka? Czytało scenariusz?
jego skóra miała chorobliwy, zielonkawy odcień wielkiego orka
Ork to nie kolor. Skóra mogła być zielona jak u orka.
Najgorsza była jednak głowa – wydłużona, z rzędami nierównych zębów i śliniącą się paszczą trolla, z której wyciekał kwas wypalający dziury w śniegu.
Ale taką osobną paszczą? Żeby narobić dziur w śniegu, wystarczy woda… a szczegółowość opisu jest tu trochę nie na miejscu. Rozciąga czas.
próbując podeprzeć się na swoim młocie
Próbując się oprzeć na młocie.
a na jego łuku tańczyły błękitne iskry
Hmmmm.
elf urwał, gdy potwór ryknął, a rana na jego ramieniu, zadana przez spadający kamień, zaczęła się zamykać w oczach
Poplątana przyczynowość i rozciągnięty czas. Kamień zresztą nie jest świadomym sprawcą: elf urwał, gdy potwór ryknął, trafiony spadającym kamieniem. Draśnięcie na zielonym ciele zasklepiło się w oczach.
I regenerację trolla.
I zdolność regeneracji trolla.
uderzając łapami o ściany jaskini tak mocno, że ze stropu posypał się gruz
Poza tym, że potwór wyraźnie czytał scenariusz – coś brakuje ikry tym opisom. I jak daleko od wejścia oni są w ogóle? Jak długą drogę potwór ma do przebiegnięcia?
Bestia była już tak blisko, że jej kwaśny oddech gasił resztki ogniska.
Ale nasi bohaterowie mieli czas, żeby przytrzymać przy nim papierki lakmusowe…
zmutowanego ogra
To zmutowanie też nie bardzo w fantasy.
Zerknął kątem oka na elfa – Salogel stał nieruchomo z napiętym łukiem
Myślniki lepiej zostawić do dialogów. Tu spokojnie mogłaby być kropka.
dawał mu pole walki
…?
pchnął całe swoje ciało
A mógł pchnąć cudze?
Kiedy bestia uniosła potężną, orczą łapę
A miała inną łapę?
Wykonał krótki, potężny zamach od dołu.
Nie wiem, czy to fizycznie możliwe.
runicznym światłem
…?
Uderzenie było tak silne, że dźwięk pękającej trollowej szczęki odbił się echem w całej jaskini.
Nie wiem, może to wina teatralności, która byłą wyżej, ale nijak nie potrafię w to uwierzyć.
Potwór zachwiał się, a z jego pyska trysnęła czarna, cuchnąca posoka.
Tnij zbędne słowa i powtórzone dźwięki: Potwór zachwiał się. Z pyska pociekła mu czarna posoka.
Niarhtig, mimo że upadł na kolano z bólu, uśmiechnął się przez krew.
Jaką krew? Choć padł na kolano.
Dopiero wtedy Salogel puścił cięciwę.
Przycięłabym.
Błękitna smuga magii przeszyła powietrze, celując prosto w odsłonięte, miękkie podniebienie ryczącego potwora.
Nie smuga celowała, a złamanie szczęki raczej nie odsłoni podniebienia ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Podniebienie_(anatomia) ).
Mimo strzaskanej szczęki i błękitnej strzały wbitej w gardło, monstrum nie padło.
Rym, przegadanie, podniebienie to nie gardło.
Zamiast tego, z jego rany zaczęły wyrastać obrzydliwe, pulsujące nitki nowej tkanki.
Tnij: Z jego rany zaczęły wyrastać pulsujące nitki mięsa.
Potwór chwycił strzałę Salogela i po prostu ją złamał, rycząc z nową siłą.
?
krzyknął Niarhtig, osłaniając się młotem przed rozpryskującym się kwasem
Jakim kwasem? I jak on to robi? Ledwo stoi (klęczy) a młot to nie parasol.
To ścierwo rośnie szybciej, niż my go bijemy!
Je, nie "go", ale uderzyli dwa razy. Dość defetystyczny wniosek, jak na dzielnego krasnoluda.
Jego twarz stała się nienaturalnie blada, a oczy zaczęły jarzyć się czystym, białym światłem.
Poszerz swój zasób czasowników: Twarz nienaturalnie mu zbladła, a oczy zapłonęły czystym, białym światłem.
Wiedział, że czerpanie z wiatrów magii w tak wąskiej jaskini jest ryzykowne, ale nie mieli wyboru
A ja nawet nie wiem, czy ta jaskinia jest wąska. A tym bardziej, jak "czerpać z wiatru".
a jego usta zaczęły szybko formować inkantację
… poza ustami, które nagle zyskały autonomię, jak chcesz "sformować" słowa? Sformułować, tak, ale nie sformować!
Gdy puścił cięciwę, strzały nie leciały już jak zwykłe pociski. Zmieniły się w smugi żywego, oślepiającego ognia.
Co to znaczy? https://wsjp.pl/haslo/podglad/15849/zywy/5076111/pieniadz
Pierwsza wbiła się w pierś potwora, wypalając w niej dziurę wielkości pięści. Druga trafiła w ramię, zwęglając mięśnie tak, że regeneracja została całkowicie powstrzymana.
Wbiła się potworowi w pierś i wypaliła dziurę. Trafiwszy w ramię, zwęgliła. Imiesłów nie może być okolicznikiem przyczyny. Ta "regeneracja" bardzo naukowa, kliniczna. Niefantasy.
Najgorsza dla bestii była jednak trzecia strzała – strzała wypalająca.
Analityczne, zimne zdanie. Jesteśmy na miejscu, czy czytamy raport koronera?
Zamiast po prostu uderzyć, pocisk ten eksplodował przy kontakcie, zamieniając się w strumień magicznego ognia, który oblał kreaturę niczym płynna smoła
? Czyli nie uderzył, ale uderzył i wybuchł, a ten wybuch zamienił go w strumień? Ponadto: https://wsjp.pl/haslo/podglad/81276/kreatura
Monstrum zawyło w sposób, którego nie dało się zapomnieć
Ani, jak widać, opisać. Serio, to nic nie znaczy.
smród palonego, zmutowanego mięsa
Mięso nie jest zmutowane. Może być najwyżej mięso mutanta.
Potwór osunął się na kolana, a potem runął twarzą w popiół, który jeszcze przed chwilą był jego ciałem
Jak się osunął, skoro ciała już nie miał?
Użycie takiej mocy wyraźnie go wyczerpało.
Etykieta. Abstrakcje tego rodzaju są, no, abstrakcyjne. Nie są natomiast obrazowe.
W jaskini zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskiem dogasającego, magicznego ognia na truchle potwora.
Zbędny drugi przecinek (nierównoważne przydawki), a ta przerywana cisza… nie.
Jego oddech był płytki
Jeszcze żyjemy w Polsce: Oddychał płytko.
zawsze pozostawiała po sobie dotkliwe zimno w żyłach tego, kto ją przywołał
…?
zaparł się mocno na swojej zdrowej nodze
A na czyjej miał się zaprzeć?
, służąc mu za żywą, niewzruszoną podporę
Zbędne, powtarza informację. W końcu nie podejrzewaliśmy, że krasnolud jest martwy.
dbając o to, by
Dbając, by.
wycierając krew z czoła skrawkiem szaty kapłańskiej
A miał jakąś inną?
rzucił, choć w jego głosie nie było już wcześniejszej wrogości
A nie sensowniej: rzucił, choć już bez wrogości.
co w jego wykonaniu było niemal śmiechem
…? U niego było niemal śmiechem, tak. Uszłoby. Ale "w wykonaniu"?
Twoja matematyka jest równie toporna jak twój młot
Angielskawe. Jaka matematyka? Rachunkowość najwyżej.
To by mi zrujnowało reputację u Przodków.
?
a jego dłonie przestały drżeć
Zbędny zaimek.
Niarhtig obserwował go z dystansu, oparty o swój młot, czyszcząc krew z pancerza.
Raczej: Niarhtig obserwował go, wsparty o młot, czyszcząc pancerz z krwi. A w ogóle – on raz ledwo stoi, raz skacze. To jak z nim w końcu jest?
Salogel nie dotykał truchła dłońmi. Przesunął nad nim dłonią
Salogel nie dotykał truchła. Przesunął nad nim dłonią.
Jego źrenice rozszerzyły się, chłonąc resztki światła.
?
To, co widział, sprawiło, że na jego karku pojawiły się ciarki.
Ukrywasz. Ponadto: https://wsjp.pl/haslo/podglad/108103/ciarki ciarek nie widać.
naturalny wybryk natury
Ekhm.
Znajdował się tam mały, niemal stopiony od ognia symbol – ośmioramienna gwiazda Chaosu, wypalona w samym ciele.
Widniał tam symbol, ale jak chcesz symbol stopić? Może być zatarty od ognia, ale stopiony? Tylko, gdyby go odlać w czymś topliwym, i tak pomyślałam, a Ty na to: nie, sorry, to piętno. Nie można tak czytelnika mylić.
Niarhtig splunął, a jego twarz stężała w wyrazie nienawiści, jaki krasnoludy rezerwują tylko dla największych wrogów.
Etykieta.
Grimnir nienawidzi mutantów, a ja nienawidzę tych, którzy ich tworzą.
Ale z szacunkiem odmieniam ich wg wzoru żywotnego?
jaskinia była już tylko wspomnieniem minionej nocy
Co próbujesz przekazać?
Niarhtig, z nogą ciasno owiniętą elfimi bandażami nasyconymi kojącymi ziołami
Wszystko musi być elfie i krasnoludzkie… Czy ja nie robię takich rzeczy? Robię. Ale potem kreślę. Niarhtig, z nogą ciasno owiniętą bandażem nasyconym wyciągiem z ziół. Albo tynkturą, jeśli chcesz bardziej tajemniczo.
Ból wciąż tam był – tępy i pulsujący – ale krasnolud zdusił go w sobie, karmiąc się religijną gorliwością.
? "Ból wciąż tam był" to anglicyzm (oni muszą tu pchać zaimek, my nie), ale duszenie z karmieniem łączą się tylko poprzez gulasz.
Salogel, który właśnie kończył składać swój łuk, uniósł brew.
Zaimek zbędny, ale składany łuk raczej łamie prawa fizyki.
Jego ruchy były znów płynne, choć pod oczami wciąż miał cienie po nocnym wysiłku magicznym.
Znów poruszał się płynnie, choć pod oczami wciąż miał cienie.
To niebezpieczny szlak, nawet dla kogoś z twoim uporem.
Co ma upór do niebezpieczeństwa? Konstrukcja angielska – u nas ktoś jest uparty, a nie "ma upór".
Salogel spojrzał w stronę nieba
A może po prostu: spojrzał w niebo?
Moja ścieżka i tak przecina się z twoją
Jeśli się przecina, to powinni się właśnie rozstać…
ciekawość bywa równie silnym motywem co obowiązek
Równie silnym motywem, jak obowiązek. Ale czemu nie może wprost powiedzieć, że jest ciekawy, tego nie rozumiem.
Niarhtig mruknął coś pod nosem o elfiej bezczelności, ale nie odtrącił ramienia Salogela, gdy ten pomógł mu pokonać pierwszy, stromy próg skalny.
Niarhtig mruknął pod nosem coś o elfiej bezczelności, ale nie odtrącił ramienia Salogela, gdy ten pomagał mu pokonać pierwszy, stromy próg skalny.
gdzie czekało na nich coś znacznie gorszego niż jeden zmutowany ogr
Takie zapewnienia potrafią rozwalić zawieszenie niewiary.
które powinny być strzeżone przez oddziały
Których powinny strzec oddziały.
Jedno skrzydło było lekko przechylone, jakby potężne zawiasy puściły pod niewyobrażalnym ciężarem.
Opisz to. Wnioski my wyciągniemy.
Jednak to nie zniszczenia przerażały najbardziej, lecz cisza.
Zapewniasz.
szum wentylacji
… jeśli ktokolwiek ma czynną wentylację w fantasy, to krasnoludy, ale mimo to nie wydaje mi się wiarygodne, żeby było ją słychać przez te wszystkie inne dźwięki.
Teraz panowała tam próżnia.
"Próżnia" nie jest synonimem ciszy.
Salogel zatrzymał się gwałtownie, a jego dłoń automatycznie powędrowała do kołczanu.
Tnij: Salogel zamarł. Jego dłoń sama sięgnęła do kołczana.
Wiatry magii… one tu nie wieją. One tu gniją.
Niespójna metafora. Jak wiatr może gnić?
jak włosy na jego karku stają dęba
Jak włosy na karku stają mu dęba.
Jako kapłan bitewny, był wrażliwy na obecność profanacji
Zbędny przecinek, profanacja to nie byt, tylko, hmmm, działanie, więc nijak tu nie pasuje https://wsjp.pl/haslo/podglad/53598/profanacja
Uniósł swój młot, a wyryte na nim święte runy zaczęły tlić się słabym, niepewnym złotym światłem, jakby walczyły o przetrwanie w mroku.
Uniósł młot, a wyryte na nim święte runy zalśniły słabym, niepewnym złotym światłem.
jego głos drżał z ledwo skrywanej wściekłości
?
jak zapach siarki po uderzeniu pioruna
Jakiej siarki? Co ma siarka do pioruna?
Weszli do głównej sali przedsionka.
Przedsionek to sala. https://wsjp.pl/haslo/podglad/6299/przedsionek/5122304/pomieszczenie
Pod ich nogami nie leżały jednak zwłoki, lecz sterty pyłu i potrzaskane pancerze.
A dlaczego w przedsionku mielibyśmy oczekiwać zwłok? Bo to sugeruje "jednak".
– To nekromancja Chaosu – stwierdził Salogel, a w jego głosie po raz pierwszy pojawił się prawdziwy lęk.
Pokaż to. Niekoniecznie musisz przedłużać zdanie: – To… nekromancja Chaosu – jęknął elf.
dobiegł dźwięk – rytmiczne, metaliczne skrobanie o kamień
Hmmmm.
Tysiące kościanych palców uderzających o bruk w idealnym synchronicznym marszu.
To… nie jest takie przerażające, jak Ci się zdaje.
Dźwięk poniósł się echem, rozrywając nienaturalną ciszę.
Cisza nie należy do rzeczy, które można "rozerwać". Przerwać, rozproszyć, zagłuszyć…
Jego głos nie był piękny – był głęboki, chropowaty i potężny jak pękający lodowiec.
Hmmm.
niosło się po korytarzach
Dużą, niepaszczowe: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/
Była to pieśń w języku Khazalid, wzywająca bóstwa przodków, by odebrały to, co do nich należy.
Nie musisz tego tłumaczyć. A jeśli musisz, to niekoniecznie teraz.
fioletowa mgła nekromancji zaczęła się cofać
Ale z tej mgły widzieliśmy dotąd tylko odrobinę, która wyleciała z hełmu. Jeśli jest jej tu pełno, to czemu o tym nie wspomniałeś?
Salogel poczuł, jak ziemia pod jego stopami drży.
Salogel poczuł drżenie ziemi pod stopami.
pieśń stawała się coraz głośniejsza, rzucając wyzwanie samej śmierci
Jak się jedno z drugim wiąże, i dlaczego nie przez imiesłów?
Temperatura w sali spadła tak drastycznie
To nie prognoza pogody. Powietrze ściął mróz. Albo coś.
Z głębi kopalni, niesiony na chmurze czarnego dymu i fioletowych błyskawic, wyłonił się On.
Wiem, że chcesz, żebym zobaczyła Balroga. Ale zobaczyłam to:

Była to postać nienaturalnie wysoka
A na jakiej podstawie mam tę nienaturalność określić? Jakiej wielkości normalnie są licze?
czystej, chaotycznej energii
Czyli czego?
księgę oprawioną w ludzką skórę, która zdawała się krzyczeć
Skóra czy księga?
Kto śmie zakłócać moją symfonię rozkładu?
Ekhm. https://www.girlgeniusonline.com/comic.php?date=20050530
głos Licza nie pochodził z gardła, lecz rozbrzmiewał bezpośrednio w ich umysłach, niosąc ze sobą ból i szaleństwo.
Dużą literą. Jak nieść ból i szaleństwo?
elf, który bawi się wiatrami

dziesiątki szkieletów krasnoludów, które dotąd leżały bezczynnie, zaczęły składać się w całość, ich puste oczodoły zapłonęły nienawiścią.
Angielska konstrukcja zdania oraz opis z gry komputerowej.
Każdy ruch jego łuku wyrzucał serie magicznych pocisków
Dlaczego łuk sam się ruszał?
Elf krzyczał w Eltharinie, przywołując światło, które oślepiało Licza i zmuszało go do skupienia całej potęgi nekromantycznej na osłanianiu swojej armii.
Cała taktyka bitwy w jednym zdaniu. Rozkompresuj.
Licz, pewny, że kulejący krasnolud jest wyłączony z walki przez swój śpiew, całkowicie go zignorował.
Poza tym po trzykroć przeklętym "ignorował", chyba noga bardziej by go wyłączała z walki. Zdanie w ogóle mocno niezręczne.
nagle urwała się, przechodząc
To urwała się – czy przeszła w coś innego?
Ignorując ból w nodze,
Ciach.
Młot uderzył z siłą spadającego głazu.
?
Złote runy na obuchu rozbłysły tak potężnie, że rozdarły ciemność sali.
Tłumaczysz tak, jakbyś myślał, że piszesz dla idiotów: Blask złotych run rozdarł mrok.
Uderzenie przeszło przez gnijące szaty i kości klatki piersiowej, miażdżąc serce potwora w fontannie fioletowych iskier i czarnego dymu.
…?
Licz wydał z siebie nieludzki pisk
A jaki, przecież człowiekiem nie był. A serio – to nic nie mówi.
Jego ciało rozsypało się, zostawiając po sobie jedynie stertę pustych łachmanów i martwą księgę
Ciach: Tylko sterta łachmanów i martwa księga upadły na posadzkę.
Sala tronowa Karak Khazad powoli stygła
A była nagrzana?
choć w powietrzu wciąż unosił się metaliczny posmak magii
A co to ma do tego nagrzania?
działał z precyzją kamieniarza
Bez przesady, że kamieniarz taki precyzyjny…
nie powinno widzieć światła dziennego
Idiom: oglądać.
zaciskając ostatnie ogniwo
… Ale on nie robi tego łańcucha, tylko nim owija księgę…
Musimy ją dostarczyć do ich bibliotek.
Albo literówka, albo księga ma zdolność bilokacji.
Elf przyjął go z szacunkiem, choć gdy tylko jego palce zbliżyły się do zawiniątka,
Co ma jedno do drugiego?
Twoje zmysły są czystsze od moich.
Jeśli kalkujesz angielskie "clearer" to jaśniejsze, ale lepiej: Masz bystrzejsze zmysły niż ja.
Ja będę pilnował twoich pleców.
Angielskawe.
wyściełanej liśćmi athelas
Uwaga, copyright. To groźny potwór ;D
Ale sprawiedliwe.
Jak zadanie może być "sprawiedliwe"?
ogniu rozpalonym z resztek tronu Licza
Na resztkach, ale czy tron licza (którego wcześniej nie widzieliśmy, a wątpię, czy bohaterowie szliby w głąb Morii go szukać).
najbardziej kojącą rzeczą na świecie
Angielskie.
dwaj bohaterowie, poobijani, utykający, ale zjednoczeni wspólnym sekretem
Jakim sekretem? Braterstwo broni niewątpliwie się zawiązało, ale żadnego sekretu nie widziałam.
Przed nimi rozciągał się długi szlak w stronę Karak Kadrin.
Mmmm. Wiodący ku Karak Kadrin?
wybijając rytm młotem o kamienie
Wybijając młotem rytm na kamieniach.
niosąc w torbie tajemnicę, która mogła zmienić losy Starego Świata
Klisza.

Hmm. Nie jest aż tak źle, ale nie jest też za dobrze. Widać spontaniczną radość pisania, za to nie widać pilnowania szczegółów i żeby to się wszystko kupy trzymało, bo w sumie – raz krasnolud ledwo stoi, raz dziarsko maszeruje. Raz nienawidzi elfa, ale zaraz potem są kumplami. O jego profesji dowiadujemy się też znienacka. Mam wrażenie, że nie widzisz świata, który opisujesz, że nie zastanawiasz się nad nim specjalnie, tylko wesoło sobie piszesz, co Ci na myśl przyjdzie. Nic w tym złego, ale nie można rezultatów takiej działalności puszczać w świat bez wyczyszczenia gumką. Tekst musi się trzymać kupy (a zdania nie mogą brzmieć jak z zupełnie innego tekstu, ba, zupełnie innego gatunku).
Poza tym sporo tu angielszczyzny – języki nie mapują się jeden do jeden, angielskie konstrukcje i słowa w polskim tekście to błąd. Często powodują też przegadanie – nie da się ich przetłumaczyć krótko, bo tak to już jest z tłumaczeniami.
No i – to jednak fragment. Wycinek większej całości. Co prawda przejście od ratowania się na szlaku do pojedynku z liczem (nazwy stworów fantastycznych piszemy małą literą, tak w ogóle) jest raczej nagłe, jakby zniknęło coś ze środka…
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.