- Opowiadanie: prosiaczek - Szaleństwo w normie

Szaleństwo w normie

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

HollyHell91

Oceny

Szaleństwo w normie

 

Pra­cu­ją czy się bawią? – myśl znów wy­pły­nę­ła na wy­sep­kę świa­do­mo­ści chłop­ca, lecz asy­stent pręd­ko ją stłu­mił.

Lu­cjan pły­nął mię­dzy róż­no­barw­ny­mi ra­fa­mi ko­ra­lo­wy­mi, mie­nią­cy­mi się w świe­tle płyt­kich wód Oce­anu Spo­koj­ne­go. Bła­zen­ki, man­da­ryn­ki i inne rybki dry­fo­wa­ły, wi­ro­wa­ły, prze­ci­na­ły prze­strzeń ni­czym wstąż­ki w gim­na­sty­ce ar­ty­stycz­nej. De­li­kat­ne prądy mu­ska­ły zie­lo­ne pa­pro­cie, złote krze­wi­ny uno­si­ły się jak po­rzu­co­ne płasz­cze. Na dole mu­re­na – kabel, który ożył – wy­nu­rzy­ła się ze szcze­li­ny, po czym gwał­tow­nie do niej z po­wro­tem scho­wa­ła, wy­czu­wa­jąc za­gro­że­nie.

Ale Lu­cjan nie sta­no­wił nie­bez­pie­czeń­stwa. Po pro­stu spę­dzał tu za­pla­no­wa­ny przez asy­sten­ta czas. Choć pły­wał kilka razy w ty­go­dniu, to wciąż nie mógł po­wie­dzieć, że zna oko­li­cę jak wła­sną kie­szeń. Za­wsze znaj­do­wał coś no­we­go. Na przy­kład przy­po­mi­na­ją­cą żółty komin gąbkę, którą wła­śnie z czu­ło­ścią mu­snął pal­ca­mi.

Zmie­nił orien­ta­cję ciała i wzbił się wyżej, skąd wi­dział wię­cej. Dno prze­mie­rzał pa­ty­ko­wa­ty stwór. Lu­cjan do­pie­ro po chwi­li uświa­do­mił sobie, że pa­trzy na swój wto­pio­ny w rafy prze­źro­czy­sty dom. Na prze­raź­li­wie dłu­gie­go i chu­de­go ojca, jakby roz­cią­gnię­te­go w pro­gra­mie gra­ficz­nym. Swój wy­gląd za­wdzię­czał ni­skiej gra­wi­ta­cji Ty­ta­na. Co cie­ka­we, mimo to był o pół głowy niż­szy od Lu­cja­na.

Wi­docz­nie po­sta­no­wił Lu­cja­na od­wie­dzić, co robił nie­zwy­kle rzad­ko, gdyż wraz z matką lata temu do życia upodo­ba­li sobie księ­życ Jo­wi­sza.

Po­wo­li koń­czył mu się tlen i po­wi­nien już wra­cać. Coś jed­nak Lu­cja­no­wi pod­po­wia­da­ło, żeby po­cze­kać.

Opa­dał, nie spusz­cza­jąc spoj­rze­nia z ojca. Char­les prze­mie­rzał pod­wod­ne miesz­ka­nie jak krab. Na pewno wie­dział, że Lu­cjan po­szedł po­pły­wać. Dla­cze­go zatem po­sta­no­wił przyjść w tym mo­men­cie? Miał na sobie cie­niut­ki eg­zosz­kie­let po­ma­ga­ją­cy ra­dzić sobie z silną ziem­ską gra­wi­ta­cją. Czyż­by cze­goś szu­kał? Co chwi­lę za­trzy­my­wał się i roz­glą­dał.

Lu­cjan osiadł na szkle. Stąd wi­dział nie­po­kój ojca. A może w tej wod­nej, znie­kształ­co­nej per­spek­ty­wie tylko mu się wy­da­wa­ło? Char­les spoj­rzał do góry, po­dra­pał się po po­dłuż­nym ob­li­czu. Roz­ko­ja­rzo­ny, po­cią­gnął za orli nos. Zda­wa­ło się, że nie za­uwa­ża syna. Ru­szył dalej, by tym razem spraw­dzić wszyst­kie drzwi w miesz­ka­niu. Każde pro­wa­dzi­ły do jed­ne­go z wielu pokoi. Ceres, Mars, Eu­ro­pa, pla­ne­ty i księ­ży­ce, sta­cje or­bi­tal­ne – miesz­ka­nie Lu­cja­na roz­sia­ne było nie­mal­że po całym Ukła­dzie Sło­necz­nym. Char­les le­d­wie uchy­lał drzwi, za­glą­dał przez nie i za­my­kał. Je­dy­nie czar­ne po­zo­sta­wa­ły za­mknię­te. Oparł o nie dłoń i ode­tchnął z ulgą.

Za ostat­ni­mi, pro­wa­dzą­cy­mi na Tytan, oj­ciec znik­nął.

Lu­cjan ru­szył w stro­nę wej­ścia do lokum, lecz coś zła­pa­ło go za nogę. Po­cząt­ko­wo uznał, że za­plą­tał się w ja­kieś wo­do­ro­sty. Tylko ro­śli­ny nie cią­gną. Nie cha­rak­te­ry­zu­ją się też upo­rem, który Lu­cjan do­strzegł w pro­sto­kąt­nych źre­ni­cach ośmior­ni­cy. Ba­zy­la, bo taki dał zwie­rzę­ciu przy­do­mek, znał od lat. Ośmior­ni­ca za­wsze za­cho­wy­wa­ła się ła­god­nie, cza­sa­mi tylko, nie z agre­sji a wro­dzo­nej cie­ka­wo­ści, prze­kra­cza­ła jego gra­ni­ce. Tym razem dwie macki owi­nę­ły się wokół skały mag­mo­wej, a resz­ta ni­czym węże oplo­tła łydkę Lu­cja­na.

Kom­bi­ne­zon po­wie­dział, że tlenu zo­sta­ło na dwie mi­nu­ty.

Lu­cjan pró­bo­wał się uwol­nić, lecz Bazyl za­ci­snął macki, przy­ssał się nimi.

Chło­pak pierw­szy raz w życiu do­znał fru­stra­cji, która pręd­ko zmie­ni­ła się w strach. Szarp­nął nogą, raz, drugi, na próż­no. W ge­ście roz­pa­czy przy­su­nął się do ośmior­ni­cy z za­mia­rem wbi­cia jej kciu­ków w oczy. Głowa Ba­zy­la za­fa­lo­wa­ła, bły­ska­wicz­nie zmie­nia­jąc kształt, po czym ośmior­ni­ca oplu­ła go atra­men­tem i znik­nę­ła w głę­bi­nach. Lu­cjan w czar­nej chmu­rze na mo­ment stra­cił orien­ta­cję, po czym roz­go­rącz­ko­wa­ny za­czął pły­nąć do miesz­ka­nia. Miał wra­że­nie, że zro­bi­ło się ciem­niej. Przy­szła mu do głowy głu­pia myśl, że to fi­to­plank­ton przy­sło­nił dzien­ne świa­tło.

W ślu­zie ścią­gnął przy­le­ga­ją­cy do głowy hełm i padł na ko­la­na, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze.

Roz­trzę­sio­ny, po­szedł pod go­rą­cy prysz­nic, gdzie pró­bo­wał się uspo­ko­ić. Nie chciał my­śleć o tym, co się wy­da­rzy­ło. Nie był tego na­uczo­ny. Jed­nak to do­świad­cze­nie zmie­ni­ło coś w jego de­li­kat­nym ni­czym ko­ra­low­ce sys­te­mie ner­wo­wym. Oto w ra­fach pierw­szy raz po­ja­wi­ło się za­gro­że­nie.

Kim je­stem? – wy­pły­nę­ła ko­lej­na myśl.

 

 

***

 

W gę­stej, po­ma­rań­czo­wej at­mos­fe­rze uno­si­ła się sta­cja ba­daw­cza o prze­źro­czy­stym po­szy­ciu. Była po­dzie­lo­na na część głów­ną oraz miesz­kal­ną. W owalu tej dru­giej matka Lu­cja­na po­ło­ży­ła się na pod­ło­dze i w za­du­mie ob­ser­wo­wa­ła wi­docz­ne kil­ka­dzie­siąt me­trów niżej bru­nat­no-czer­wo­ne je­zio­ra me­ta­nu. Oj­ciec, ze łzami w oczach, wy­ko­rzy­sty­wał wła­śnie niską gra­wi­ta­cję, by od­bi­jać się od ścian i szy­bo­wać ni­czym pa­pie­ro­wy sa­mo­lot. Zła­pał z blatu tubkę wi­ta­min, po czym wy­lą­do­wał obok Mary.

– Je­stem z niego nie­zwy­kle dumny – po­wie­dział, dra­piąc się po bro­dzie. – Każdy ro­dzic po­wi­nien ma­rzyć o takim dziec­ku.

Mary wes­tchnę­ła.

– Masz rację. – Jej spoj­rze­nie zmęt­nia­ło, upo­dab­nia­jąc się do kra­jo­bra­zu księ­ży­ca. I do­da­ła ci­szej: – Oby był szczę­śli­wy.

Char­les podał jej tubkę wi­ta­min. Po­gła­skał ko­bie­tę po gło­wie.

– Nie martw się. Wszyst­ko do­brze się ukła­da.

Wzru­szy­ła drob­ny­mi ra­mio­na­mi.

– Po­przed­nich już z nami nie ma – od­par­ła z bólem w gło­sie, wy­schnię­tym z po­wo­du lat cier­pie­nia. – Żadne dziec­ko nie po­win­no od­cho­dzić przed ro­dzi­cem. To takie strasz­ne…

Char­les znów po­czuł to na­pły­wa­nie do oczu. Czę­sto do­ty­kał twa­rzy, lecz nigdy po miej­scach sa­crum. Cze­kał, aż doj­rze­ją i wy­brzmią.

– Mnie też jest przy­kro… Ale po­myśl o tych wszyst­kich chłop­cach i dziew­czyn­kach. Wi­dzia­łaś naj­now­sze ofer­ty na rynku?

Mary po­cią­gnę­ła łyk z tubki. Za­prze­czy­ła ru­chem głowy.

– Świa­do­mość pew­ne­go dwu­na­sto­lat­ka sprze­da­ją w po­sta­ci apli­ka­cji, którą wgry­wa się do czipu ob­słu­gu­ją­ce­go korę nową mózgu i ciało mig­da­ło­wa­te. To ponoć nie­zwy­kle wraż­li­wy chło­piec. Apli­ka­cja za­pew­nia nie­ziem­skie do­zna­nia pod­czas kon­tak­tu ze sztu­ką. – Char­les po­krę­cił głową ze zdu­mie­niem. – A dzie­więt­na­sto­let­nią dziew­czyn­kę uży­wa­ją jako in­ku­ba­to­ra. Rodzi po nie­ca­łym mie­sią­cu. Ponoć w re­kla­mie o niej pusz­cza­ją pe­wien stary film. Jest tam o pu­deł­ku cze­goś, co na­zy­wa­li cze­ko­lad­ka­mi. Nigdy nie wiesz, co wy­bie­rzesz. Ro­zu­miesz, cho­dzi o pulę ge­no­wą. Bo jej genom cią­gle się zmie­nia. Jest więc jak ma­szy­na lo­su­ją­ca.

– Boże, to ab­so­lut­nie okrop­ne. A mówią, że to my je­ste­śmy sza­leń­ca­mi.

Kilka lat temu Char­les zmo­dy­fi­ko­wał sobie je­zior­ko łzowe, zwięk­sza­jąc jego po­jem­ność. Ta wła­śnie po­wo­li się koń­czy­ła.

– Zga­dzam się, ko­cha­nie. Obrzy­dli­we.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać z Lu­cja­nem. Mu­si­my.

Zdzi­wi­ła go sta­now­czość, z jaką wy­po­wie­dzia­ła te słowa. Le­d­wie po­wstrzy­mał się przed za­mru­ga­niem.

– Ro­bi­my to nie­mal­że co­dzien­nie.

– Oso­bi­ście. – Do­pre­cy­zo­wa­ła. – Chyba nie chcesz mieć go na su­mie­niu?

Char­les wzbił się w po­wie­trze i za­mru­gał, a za nim roz­cią­gnął się cie­niut­ki war­kocz łez; sple­cio­ny z dumy oraz po­czu­cia winy sym­bol tar­ga­ją­cych nim am­bi­wa­len­cji.

Mary wsta­ła i ru­szy­ła w stro­nę stre­fy snu. Po­ło­ży­ła się na ma­te­ra­cu, który za­kwitł ni­czym mech w przy­spie­szo­nym tem­pie, i już cho­wa­ła się za po­wie­ka­mi, gdy ode­zwał się za­nie­po­ko­jo­ny Char­les:

– Mamy pierw­sze kło­po­ty w raju – rzekł drżą­cym gło­sem. – Chyba masz rację, że po­win­ni­śmy od­wie­dzić syna oso­bi­ście.

Mary nie zdzi­wi­ły jego słowa. Uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo.

 

 

***

 

 

Algi mor­skie za­fa­lo­wa­ły, po czym roz­snu­ły się niby fi­ra­ny, by prze­fil­tro­wa­ne wodą świa­tło mogło wsą­czyć się do miesz­ka­nia. Przy­sia­dło na po­wie­kach, spły­nę­ło po­licz­ka­mi, wsią­kło w ciało. Tak Lu­cjan obu­dził się o ósmej rano, jak zwy­kle wy­po­czę­ty oraz za­do­wo­lo­ny.

Kiedy usiadł przy stole, asy­stent, ła­god­nym gło­sem, za­pro­po­no­wał na śnia­da­nie czte­ry opcje. Nie mniej, żeby miał po­czu­cie spraw­czo­ści. Nie wię­cej, bo wtedy mógł­by od­czuć fru­stra­cję zwią­za­ną z nie­moż­no­ścią do­ko­na­nia wy­bo­ru. Lu­cjan prze­cią­gnął się jak kot i wy­brał ko­lo­ro­wą papkę o ma­li­no­wym smaku.

Kiedy jadł, za­cho­dzi­ły sub­tel­ne zmia­ny w miesz­ka­niu. Asy­stent dzia­łał całą dobę. Dbał także o or­ga­nizm Lu­cja­na, za­pew­nia­jąc opty­mal­ny po­ziom hor­mo­nów, wi­ta­min i pier­wiast­ków. W swej nie­na­chal­nej obec­no­ści aran­żo­wał ko­lej­ne dni w spo­sób moż­li­wie kom­for­to­wy dla chło­pa­ka. Zanim po­ja­wi­ło się po­czu­cie sa­mot­no­ści, pod­no­sił po­ziom oksy­to­cy­ny i se­ro­to­ni­ny lub pro­po­no­wał zmia­nę ak­tyw­no­ści, dla­te­go teraz, re­je­stru­jąc ne­ga­tyw­ne symp­to­my pod­czas bra­nia przez Lu­cja­na prysz­ni­ca – męt­nie­ją­ce spoj­rze­nie oraz okla­płą po­sta­wę ciała – asy­stent za­czął wy­świe­tlać w ka­bi­nie ob­ra­zy z Marsa. Prze­jażdż­kę po ska­li­stej czę­ści pla­ne­ty wiel­kim ła­zi­kiem. Mi­go­tli­we świa­tła w barze na szczy­cie Olym­pus Mons. Pięk­ny wschód słoń­ca roz­świe­tla­ją­cy ster­ra­for­mo­wa­ną, bujną w zie­leń część pla­ne­ty. Na każ­dym z ob­ra­zów znaj­do­wał się on oraz jego przy­ja­cie­le.

– Chciał­bym się dziś z kimś spo­tkać – po­wie­dział Lu­cjan, wy­cho­dząc spod prysz­ni­ca w osu­sza­ją­cy na­wiew.

Asy­stent za­pro­po­no­wał wia­do­mo­ści, które może wy­słać w celu umó­wie­nia spo­tka­nia. Lu­cjan wkro­czył w na­trysk z olej­ków pie­lę­gna­cyj­nych i kilka se­kund póź­niej nagi szedł miesz­ka­niem w stro­nę jed­nych z wielu drzwi. Po dro­dze asy­stent go ubrał i pod­krę­cił gru­czo­ły per­fu­mo­we; cią­gnął za sobą nie­wi­dzial­ny kil­wa­ter o za­pa­chu mchu, ber­ga­mot­ki i ja­śmi­nu.

Mars przy­wi­tał Lu­cja­na mo­no­chro­ma­tycz­nym po­ko­jem i niską gra­wi­ta­cją. Drzwi roz­su­nę­ły się bez­sze­lest­nie, pod­eks­cy­to­wa­ny chło­pak wszedł do baru z pa­no­ra­micz­nym wi­do­kiem na smu­ży­stą cy­no­bro­wą rów­ni­nę. Oświe­tle­nie we­wnątrz tkało z fo­to­nów at­mos­fe­rę prze­kwi­tłej ra­do­ści.

Przy jed­nym ze sto­li­ków sie­dział ja­sno­wło­sy mło­dzie­niec o oczach błę­kit­nych ni­czym raj­skie wody. Lu­cjan usiadł na­prze­ciw­ko Mo­na­cha. Źre­ni­ce, żółte grą­że­le, po­ru­szy­ły się, zo­gni­sko­wa­ły na nim.

– Miło cię wi­dzieć. – Ką­ci­ki ust Mo­na­cha le­ciut­ko się unio­sły.

– To takie ar­cha­icz­ne – po­wie­dział Lu­cjan, wy­bie­ra­jąc z do­ty­ko­we­go menu sto­li­ka kok­tajl. Wes­tchnął. – Że też takie miej­sca jesz­cze ist­nie­ją.

– Sen­ty­men­ty, no­stal­gia… Lu­dzie to nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­ne isto­ty.

Lu­cjan za­mru­gał, za­sta­na­wia­jąc się, co Mo­nach mógł mieć na myśli. Sam nigdy nie do­świad­czał ta­kich uczuć. Za­wsze miał to, czego pra­gnął i po­trze­bo­wał. Nie było w jego życiu ni­cze­go, co lubił, a czego nie mógł już mieć. Ni­cze­go, za czym by tę­sk­nił. Świat jawił mu się jako wy­ra­fi­no­wa­ny in­stru­ment mu­zycz­ny, nie­ustan­nie stro­jo­ny przez nie­wi­dzial­ne siły, któ­rym z nie­zba­da­nych przy­czyn za­le­ża­ło na per­fek­cyj­nym brzmie­niu każ­dej czą­stecz­ki rze­czy­wi­sto­ści.

– Są­dzisz, że nie je­stem szcze­gól­nie zło­żo­ny? – za­py­tał, prze­su­wa­jąc dło­nie, żeby au­to­no­micz­ny kel­ner mógł po­sta­wić przed nim la­zu­ro­wy drink w kie­lisz­ku rżnię­tym z krysz­ta­łów z Ty­ta­na.

Uśmiech Mo­na­cha na mo­ment przy­sło­ni­ła mgieł­ka uno­szą­ca się z kie­lisz­ka.

– Ależ skąd. Uwa­żam, że je­steś nie­zwy­kłym czło­wie­kiem.

– Dla nie­któ­rych to za mało. Post­lu­dzie uzna­li­by takie słowa za oszczer­stwo.

– A dla mnie to wciąż lu­dzie, tylko dra­stycz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ni. W tych cza­sach naj­więk­szym sza­leń­stwem jest po­zo­stać pier­wot­nym sobą. Zresz­tą, sam lu­bisz stare roz­wią­za­nia – rzekł po­god­nie, pusz­cza­jąc oko. – Na przy­kład prysz­nic.

Za­mil­kli. Słoń­ce to­nę­ło za ho­ry­zon­tem, po­dob­nie górna warga Lu­cja­na, są­czą­ce­go al­ko­hol w roz­cią­gnię­tej jak ho­ry­zont zda­rzeń roz­ko­szy.

Potem Mo­nach za­py­tał, co u niego. I tak Lu­cjan szcze­gó­ło­wo oraz barw­nie opo­wie­dział o wy­da­rze­niach z po­przed­nie­go ty­go­dnia. Fakt o nie­spo­dzie­wa­nej wi­zy­cie ojca za­trzy­mał na sam ko­niec.

– Nie­by­wa­łe! – Mo­nach nie krył głę­bo­kie­go za­sko­cze­nia. – Jak są­dzisz, po co cię od­wie­dził? Prze­cież wie­dział, że nie bę­dziesz w domu. Chciał po­pły­wać z tobą?

Lu­cjan za­prze­czył ru­chem głowy.

– Zatem wi­dzisz, to nie od­wie­dzi­ny – po­wie­dział z dumą.

Ciało Mo­na­cha wy­ra­ża­ło zdro­wą za­zdrość.

– Nie­by­wa­łe…

Mo­ni­to­ru­ją­cy prze­bieg spo­tka­nia asy­stent nagle oży­wił się, bo do baru, który po­wi­nien być za­mknię­ty na czte­ry spu­sty, we­szła ob­le­czo­na w czerń po­stać. Przy­sia­dła się do nich i ru­chem wznie­ca­ją­cym w Lu­cja­nie nie do końca uświa­do­mio­ną no­stal­gię, zdję­ła kap­tur skry­wa­ją­cy gład­ką twarz.

– Jak in­te­re­sy, Xzie­la­fie? – za­py­tał przy­by­sza Mo­nach.

– Nie­prze­wi­dy­wal­ność ro­śnie, pula ge­no­wa roz­sze­rza się, skra­ca i mor­fu­je w fa­scy­nu­ją­ce spo­so­by.

– Pula ge­no­wa? – za­py­tał za­in­try­go­wa­ny Lu­cjan.

Zo­stał zi­gno­ro­wa­ny.

– W ciągu pięć­dzie­się­ciu lat nie od­róż­nisz emo­cji od at­mos­fe­rycz­nej efe­me­ry­dy na Ty­ta­nie. – Xzie­laf mówił do Mo­na­cha. Nie ru­szał się przy tym. Po pro­stu skie­ro­wał spoj­rze­nie na roz­mów­cę i sie­dział jak kost­ka lodu. Nawet usta się nie po­ru­sza­ły, głos zda­wał się do­bie­gać ze­wsząd. – Prze­ni­ka­nie do­ty­czy rów­nież pią­te­go wy­mia­ru. Wszyst­ko jest splą­ta­ne, od kwan­tów, przez pędy ro­ślin, ludz­kie za­leż­no­ści, aż po war­ko­cze sło­necz­ne i bie­gu­ny czasu.

Lu­cjan nic z tego nie ro­zu­miał. Asy­stent dwoił się i troił, żeby chło­pak nie od­czuł fru­stra­cji, która kieł­ko­wa­ła po­dob­nie do ro­ślin­ki upar­cie prze­bi­ja­ją­cej się przez zie­mię.

– Czym zaj­mu­ją się twoi ro­dzi­ce? – za­py­tał nie­zna­jo­me­go, pró­bu­jąc od­zy­skać kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

Xzie­laf ani drgnął, lecz w jego gło­sie po­ja­wi­ły się nowe nuty.

– Cho­dzi o wstecz­ną pulę ge­no­wą? – Zwró­cił się do Lu­cja­na.

Chło­pak wziął po­tęż­ny łyk drin­ku, od­sta­wił kie­li­szek tro­chę za gło­śno.

– Czyim dziec­kiem je­steś? O to mi cho­dzi.

Śmiech Xzie­la­fa, prze­cią­gły i nie­ocze­ki­wa­nie roz­brzmia­ły po tym py­ta­niu, szczel­nie wy­peł­nił ca­lut­ką prze­strzeń baru, włącz­nie z umy­słem Lu­cja­na, pró­bu­ją­ce­go szu­kać uko­je­nia w cy­no­bro­wym kra­jo­bra­zie roz­cią­ga­ją­cym się u pod­nó­ża Olym­pos Mons. Po­dob­nym ko­lo­rem pa­ła­ła jego twarz, którą tej nocy, już u sie­bie w miesz­ka­niu, wraz z cia­łem oraz roz­ża­rzo­ną w gło­wie myślą „Kim je­stem?” gasił pod lo­do­wa­tym prysz­ni­cem.

 

 

***

 

 

W wo­dzie za­ko­tło­wa­ło się i na­tych­miast uspo­ko­iło, kiedy Char­les gwał­tow­nie wyjął przed­ra­mię z akwa­rium peł­ne­go pi­ra­nii. Me­cha­ni­zmy na­praw­cze po­trze­bo­wa­ły kilku se­kund, żeby długa ręka, z któ­rej zwi­sa­ły pasy po­szar­pa­nych tka­nek, wró­ci­ła do po­przed­nie­go stanu. Środ­ki uśmie­rza­ją­ce ból dzia­ła­ły jesz­cze szyb­ciej.

Ale nie tu.

W miesz­ka­niu Lu­cja­na asy­stent Char­le­sa był nie­ak­tyw­ny, ani na po­zio­mie fi­zycz­nym, ani w kon­tek­ście emo­cji, które go do­pa­dły i oka­za­ły się zbyt silne, żeby mógł sobie z nimi po­ra­dzić w spo­sób inny niż przez sa­mo­usz­ko­dze­nie.

Mary zi­gno­ro­wa­ła za­cho­wa­nie męża; na prze­strze­ni setek lat lu­dzie uza­leż­ni­li się od re­gu­lo­wa­nia afek­tu za po­mo­cą asy­sten­ta, po­dob­nie jak jesz­cze wcze­śniej dobre sa­mo­po­czu­cie gwa­ran­to­wa­ła opty­mal­na flora bak­te­ryj­na jelit. Sie­dząc na brze­gu mu­śli­no­we­go łóżka, z czu­ło­ścią w oczach ob­ser­wo­wa­ła po­grą­żo­ne­go w głę­bo­kim śnie Lu­cja­na. Ostat­nie wy­da­rze­nia prze­ży­wa­ła ina­czej niż mąż, w głębi serca wie­dząc, iż nie­po­żą­da­ne do­świad­cze­nia są nie­od­łącz­ną czę­ścią do­ra­sta­nia.

– A może po­win­ni­śmy uchy­lić klosz? – za­py­ta­ła, opusz­ka­mi głasz­cząc po­li­czek syna. – Wpu­ścić tam tro­chę po­wie­trza?

Robot sprzą­ta­ją­cy wy­je­chał z bazy i po­dą­żył za Char­le­sem, ście­ra­jąc z pod­ło­gi krew. Po­cią­głe ob­li­cze męż­czy­zny wy­krzy­wił gry­mas nie­za­do­wo­le­nia.

– Do­brze wiesz, co się wtedy sta­nie – wy­szep­tał, nie chcąc obu­dzić syna. – Nie mo­że­my być sa­mo­lub­ni.

– Tak, ale…

Char­les po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu.

– Za­sta­na­wia­łaś się, czego jesz­cze po­trze­bu­je? Czego pra­gnie?

Spoj­rza­ła na niego. Tak bar­dzo wczuł się w rolę, że za­po­mniał o daw­nym sobie. Z kolei ona coraz czę­ściej wy­pa­da­ła z roli. Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Lu­cja­na.

– Sam wie naj­le­piej.

Char­les za­mru­gał, jakby chciał spod po­wiek po­zbyć się wspo­mnień o po­przed­nich dzie­ciach, za­le­wa­ją­cych umysł przy­dy­mio­ny­mi ob­ra­za­mi w ko­lo­rze sepii. Pierw­sze w wieku dwu­na­stu lat zmar­ło w po­twor­nych mę­czar­niach z po­wo­du po­wi­kłań po ope­ra­cji ge­ne­tycz­nej. Wtedy wraz z Mary zro­zu­miał, że na­stęp­cze pule ge­ne­tycz­ne są czymś znacz­nie wię­cej niż in­for­ma­cją, na któ­rej można za­ro­bić. Dru­gie i trze­cie, na­zwa­ne już dzieć­mi, po­peł­ni­ły sa­mo­bój­stwa.

Ad­re­na­li­na prze­sta­ła dzia­łać i wspo­mnie­nie kar­mi­no­wej wody roz­mył nagły, rwący ból.

Spoj­rzał na małą ka­łu­żę krwi przy nodze i po­wie­dział Mary, że wraca do domu.

– Kie­dyś przy­glą­da­li­śmy się mu jak ro­ślin­ce – po­wie­dzia­ła, gdy Char­les ru­szył do por­ta­lu. – Pa­mię­tasz? Po­trze­bo­wa­li­śmy czasu, żeby zo­ba­czyć w nim jego. A teraz jest czymś waż­niej­szym od nas sa­mych.

Gdyby nie nie­po­ko­ją­cy ruch w al­gach nad prze­źro­czy­stym su­fi­tem, i ten cień w cie­niu o świ­dru­ją­cym spoj­rze­niu wy­wo­łu­ją­cym fale dresz­czy, Mary zo­sta­ła­by z Lu­cja­nem dłu­żej.

 

 

 

***

 

 

Po­dob­nie jak mi­kro­pęk­nię­cie na jajku może sta­no­wić pre­lu­dium do wy­la­nia się jego za­war­to­ści, tak z po­zo­ru nic nie­zna­czą­cy in­cy­dent cza­sa­mi sta­no­wi za­czą­tek rów­nie dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń. Oczy­wi­ście w więk­szej, ludz­kiej skali. Takim zda­rze­niem był błąd w śnia­da­nio­wym menu. Naj­pierw w ogóle nie chcia­ło się wy­świe­tlić, by na­stęp­nie ogra­ni­czyć do jed­ne­go dania – bro­ku­łów – co spra­wi­ło, że na czole Lu­cja­na za­kwi­tła po­przecz­na bruz­da iry­ta­cji. Emo­cja wzbu­dzi­ła w nim coś, co asy­stent go­rącz­ko­wo pró­bo­wał wy­przeć z pa­mię­ci chło­pa­ka. Lu­cjan zmru­żył oczy, ale za chwi­lę dał za wy­gra­ną i za­brał się za mdły po­si­łek.

Po­ziom roz­draż­nie­nia pod­nio­sła woda pod prysz­ni­cem – nie­ocze­ki­wa­nie zmie­nia­ła się ze zbyt go­rą­cej w nie­przy­jem­nie zimną, więc Lu­cjan wy­szedł spod niego wcze­śniej niż zwy­kle.

Asy­stent dwoił się i troił, aby zbić ro­sną­cy po­ziom fru­stra­cji chło­pa­ka.

Tego dnia Lu­cjan do­świad­czył za­wo­du jesz­cze wie­lo­krot­nie, w po­sta­ci za­ci­na­ją­cej się w naj­waż­niej­szym mo­men­cie mu­zy­ki, Mo­na­cha nie­odbie­ra­ją­ce­go po­łą­cze­nia – co mogło być tego przy­czy­ną? – oraz in­tru­zyw­nych wspo­mnień z ośmior­ni­cą w roli głów­nej; całe szczę­ście, że nie wi­dział jej teraz, dzię­ki ka­mu­fla­żo­wi ukry­wa­ją­cej się w naj­bliż­szych ko­ra­low­cach i z ro­sną­cym ocze­ki­wa­niem ob­ser­wu­ją­cej go tymi hip­no­tycz­ny­mi ocza­mi o pio­no­wych źre­ni­cach.

Kiedy się po­śli­zgnął na nie­do­my­tej przez ro­bo­ta pod­ło­dze, nie za­uwa­ża­jąc roz­sma­ro­wa­nej niby dżem krwi ojca, za­klął siar­czy­ście i ude­rzył pię­ścią w ścia­nę. Usiadł i oparł się o nią, szlo­cha­jąc, czego nigdy wcze­śniej nie robił. Rwa­nym od­de­chem, bólem dłoni oraz łzami pręd­ko za­opie­ko­wał się asy­stent. Pod­su­nął chło­pa­ko­wi po­mysł na wy­ci­sze­nie.

Po­sta­no­wił udać się do in­ne­go po­ko­ju, ży­wiąc na­dzie­ję, że znaj­dzie tam uko­je­nie. Nie chciał wra­cać na Marsa, po­nie­waż ko­ja­rzył mu się z od­re­al­nio­nym czło­wie­kiem w czar­nym płasz­czu. Nagle, w ob­li­czu ciem­nych drzwi, na któ­rych spod pół­przy­mknię­tych po­wiek wła­śnie za­wie­sił spoj­rze­nie, mało atrak­cyj­na wy­da­ła mu się także resz­ta moż­li­wo­ści – lo­do­wa sce­ne­ria Eu­ro­py ze strze­la­ją­cy­mi wy­so­ko gej­ze­ra­mi; na Ziemi świa­tło tłu­mią­ce mroki stre­fy abi­sal­nej, tęt­nią­cej z cicha ży­cio­daj­ny­mi ko­mi­na­mi hy­dro­ter­mal­ny­mi; pu­styn­ny pej­zaż na pla­ne­cie, któ­rej nazwy nie po­mniał. Umysł wy­peł­ni­ła obec­ność tych jed­nych drzwi. Za­mknię­tych, ciem­nych, pod opusz­ka­mi szorst­kich niby koci język.

Kiedy jesz­cze miesz­kał razem z ojcem i matką, pod­słu­chał, jak roz­ma­wia­li, że kryje się za nimi por­tal pro­wa­dzą­cy do nie­bez­piecz­ne­go miej­sca. Por­tal zo­stał otwo­rzo­ny przez błąd w ar­chi­tek­tu­rze. Oj­ciec chciał za­mknąć przej­ście. Matka prze­ko­na­ła go jed­nak do zmia­ny de­cy­zji.

Nigdy wcze­śniej nie pró­bo­wał ich otwo­rzyć. Fru­stra­cja z po­wo­du prze­bie­gu dnia za­mie­ni­ła się w złość skie­ro­wa­ną na owe drzwi, wcze­śniej trak­to­wa­ne jako za­le­d­wie cie­ka­wost­ka. Go­rącz­ko­wo za­czął szu­kać ukry­te­go przy­ci­sku, pa­ne­lu do­ty­ko­we­go, cze­go­kol­wiek, dzię­ki czemu mógł­by od­kryć naj­więk­szą ta­jem­ni­cę wła­sne­go miesz­ka­nia. Nic nie zna­la­zł­szy, po­czął je pchać i ude­rzać. Asy­stent chyba cał­ko­wi­cie zgłu­piał, gdyż w po­ko­ju za­czę­ły za­cho­dzić gwał­tow­ne zmia­ny.

Jedną z nich było ci­chut­kie klik­nię­cie, które do­bie­gło z wnę­trza czar­nych drzwi. Asy­stent, naj­wi­docz­niej nie wie­dząc, jak po­ra­dzić sobie z fru­stra­cją chło­pa­ka, po­sta­no­wił je otwo­rzyć. Lu­cjan pchnął grud­ko­wa­tą po­wierzch­nię, zro­bił krok do przo­du i w cza­sie krót­szym niż mru­gnię­cie oka zna­lazł się we­wnątrz ogrom­ne­go cy­lin­dra. Zanim, nie mogąc zła­pać po­wie­trza, wró­cił z po­wro­tem, zdą­żył do­strzec kilka uno­szą­cych się w sta­nie nie­waż­ko­ści po­dłuż­nych przed­mio­tów.

Za­py­ta­ny, co się tam znaj­du­je, Asy­stent po­wie­dział, że to stare skła­do­wi­sko nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia. Nie ma tam tlenu, więc bez spe­cjal­ne­go kom­bi­ne­zo­nu nikt nie po­wi­nien tam prze­cho­dzić.

– Mo­głeś je otwo­rzyć tak po pro­stu?

Asy­stent po­twier­dził.

– I wpu­ści­łeś mnie, wie­dząc, że nie po­wi­nie­nem tam wcho­dzić?

Asy­stent od­parł, że je­dy­nie otwo­rzył drzwi. Gdyby wie­dział, iż chło­pak chce przez nie przejść, nigdy by tego nie uczy­nił.

Lu­cjan po­sta­no­wił od­wie­dzić ro­dzi­ców.

Kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem…

 

 

***

 

 

Gra­wi­ta­cja Ty­ta­na zda­wa­ła się wy­dłu­żać rów­nież czas, który roz­cią­gał się zu­peł­nie jak łzy szy­bu­ją­ce­go ojca. Lu­cjan pa­mię­tał, że mama, z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do po­cią­głej twa­rzy, ro­biąc pier­ni­ko­we cia­stecz­ka, mó­wi­ła o nim „praw­dzi­wy ar­ty­sta”.

Tym razem nie za­stał ich w czę­ści miesz­kal­nej. Pa­no­wał w niej na­tu­ral­ny nie­po­rzą­dek. Na ku­chen­nym bla­cie roz­sy­pa­ne le­ża­ły ko­lo­ro­we obia­do­we ta­blet­ki. Szki­ce nie­zna­nych ma­szyn uno­si­ły się w po­wie­trzu, wi­docz­nie zo­sta­wio­ne przez ro­dzi­ców przed chwi­lą. Cisza sta­no­wi­ła kon­trast dla roz­gry­wa­ją­cej się za przej­rzy­sty­mi ścia­na­mi burzy cie­kłe­go me­ta­nu.

Lu­cjan po­sta­no­wił udać się do czę­ści ba­daw­czej. Nigdy wcze­śniej tam nie był, po­nie­waż za­wsze kiedy tu przy­cho­dził, a wi­zy­ty tego typu mógł zli­czyć na pal­cach jed­nej ręki, ro­dzi­ce ro­bi­li coś w czę­ści miesz­kal­nej. Naj­czę­ściej ukła­da­li puz­zle lub od­da­wa­li się wir­tu­al­nym prze­strze­niom; ich ciała wtedy dry­fo­wa­ły bez­wład­nie, a na twa­rzach ma­lo­wa­ła się ra­dość. Teraz, po dru­giej stro­nie, spo­dzie­wał się la­bo­ra­to­rium peł­ne­go obcej apa­ra­tu­ry, dla­te­go tra­fia­jąc do zda­ją­cych się nie mieć końca pu­stych, mo­no­chro­ma­tycz­nych ko­ry­ta­rzy, bar­dzo się zdzi­wił. Do tego stop­nia, że nie wy­czuł, iż asy­stent w tym miej­scu prze­stał dzia­łać.

Mi­ja­jąc lu­stro w kształ­cie łzy, zdzi­wił się, wi­dząc wła­sne od­bi­cie – czło­wie­ka wie­lo­krot­nie od­mła­dza­ne­go przez naj­róż­niej­sze ope­ra­cje. Mimo za­bie­gów wy­glą­dał na wiele wię­cej lat, niż są­dził, że ma. Świa­do­mość tego, jaką ma twarz, wy­da­ła mu się nagle istot­na. Prze­szło mu przez myśl, że po­wi­nien za­żą­dać od ro­dzi­ców lu­stra do wła­sne­go miesz­ka­nia.

W cie­niu syn­te­tycz­nych trze­wi za­uwa­żył ruch. Ugi­na­ją­ce się w sta­wach nie­zwy­kle dłu­gie nogi, młó­cą­ce po­wie­trze ra­mio­na. Roz­cią­gnię­te ciała ro­dzi­ców szy­bo­wa­ły w wiel­kiej cy­lin­drycz­nej ko­mo­rze. Od­bi­ja­li się od ścian i rzu­ca­li do sie­bie guz­ko­wa­tą kulkę.

Pra­cu­ją czy się bawią?

– Nie po­win­naś tego robić – po­wie­dział nie­za­do­wo­lo­ny Char­les. – Nie tak się uma­wia­li­śmy.

Matka zła­pa­ła się dłoń­mi za nogi i wy­gię­ła grzbiet, ro­biąc z syl­wet­ki O, przez które prze­le­cia­ła kulka.

– Nie patrz tak na mnie – od­par­ła, wi­ru­jąc. – Nie od­po­wia­dam za zmia­ny w miesz­ka­niu.

– Ale za ośmior­ni­cę już tak. Po­win­naś była mi po­wie­dzieć.

– Nie zgo­dził­byś się.

Lu­cjan scho­wał się za wy­sta­ją­cym ele­men­tem tu­ne­lu. Słu­cha­jąc ich, czuł, jak przy­spie­sza mu serce. Czy matka zro­bi­ła coś z ośmior­ni­cą, że ta go za­ata­ko­wa­ła? Dla­cze­go Mary mia­ła­by chcieć krzyw­dy wła­sne­go dziec­ka?

– Obie­ca­li­śmy o niego dbać – kon­ty­nu­ował Char­les, w ge­ście peł­nym za­wo­du roz­kła­da­jąc ra­mio­na. – Miał mieć ide­al­ne życie.

– Hi­po­kry­zja i pa­ra­doks.

– Prze­stań…

Mary za­śmia­ła się hi­ste­rycz­nie. Za­ło­ży­ła dziś pe­ru­kę z dłu­gi­mi krę­co­ny­mi wło­sa­mi, przez co wy­glą­da­ła na jesz­cze bar­dziej sza­lo­ną, gdy mó­wi­ła:

– Cza­sa­mi nie­mal przy­po­mi­nam sobie, kim na­praw­dę je­ste­śmy. Jak za słaba ak­tor­ka. Ty, Charl­sie, wczu­łeś się w rolę aż do bólu.

– Po­wie­dzia­łem, prze­stań! Je­ste­śmy ro­dzi­ca­mi Lu­cja­na i to jest nasza naj­waż­niej­sza rola.

Mary wy­ha­mo­wa­ła; koło pękło.

– Masz rację. – Po­smut­nia­ła. Dry­fo­wa­ła bez­na­dziej­nie niby śmieć wy­rzu­co­ny w ko­smicz­ną prze­strzeń. Lu­cja­no­wi zro­bi­ło się jej szko­da. – Pa­mię­tasz, w jakim sta­nie był pięć lat temu?

Char­les znów się zde­ner­wo­wał. Rzu­cił piłką za mocno, choć nic się nie stało, gdyż gra­wi­ta­cja była tu słaba. Nic dziw­ne­go, że wy­bra­li do życia ten księ­życ. W na­mia­st­ce wy­na­gra­dzał im brak lek­ko­ści bytu, któ­rej nie­za­spo­ko­jo­na po­trze­ba cza­sa­mi pa­li­ła do żywca.

– Nie było żad­ne­go „w jakim sta­nie pięć lat temu”, ro­zu­miesz? – Pod­le­ciał do niej i objął ją ra­mie­niem. – Wiem, że ci trud­no, ale Lu­cjan nas po­trze­bu­je. Tak jak po­trze­bo­wa­ły nas inne dzie­ci.

Mary scho­wa­ła głowę w ra­mio­nach, za­łka­ła.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła – ja po pro­stu za dużo pa­mię­tam. Jak to on się nami opie­ko­wał, chro­nił nas przed świa­tem, który oka­zał się taki zły…

Char­les ści­snął ją moc­niej. Wes­tchnął.

– Po pro­stu mie­sza ci się w gło­wie. To zro­zu­mia­łe. Nie po­ra­dzi­łaś sobie ze stra­tą po­przed­nich dzie­ci.

Mary nagle ze­rwa­ła się i od­le­cia­ła w szarą część tego miej­sca. Kiedy roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu, Char­les ru­szył za nią.

Nie wie­dząc, co się dzie­je, Lu­cjan ni­czym cień po­dą­żył za nimi.

Przez śluzę wle­ciał do dłu­gie­go, za­krzy­wia­ją­ce­go się tu­ne­lu, w któ­rym jakaś siła spra­wi­ła, że nie­zwy­kle szyb­ko po­mknę­li przed sie­bie. Wi­dział roz­cią­gnię­te­go ni­czym stru­na ojca i mi­go­cą­cą gdzieś przed nim Mary. Tu­ne­le zro­bi­ły się nagle prze­źro­czy­ste i wi­dział at­mos­fe­rę Ty­ta­na. Po­my­ślał, że jest w wiel­kiej, bę­dą­cej wy­two­rem roz­chwia­nej wy­obraź­ni zjeż­dżal­ni, i zaraz wpad­nie do je­zio­ra me­ta­nu. Obraz po bo­kach roz­ma­zy­wał się, wi­dział je­dy­nie ojca oraz matkę przed nim. Na twa­rzy po­czuł kro­ple; Char­les łkał, cią­gnąc za sobą sznur łez uwal­nia­nych z ogrom­nych ka­na­li­ków łzo­wych.

Przy­spie­szy­li tak bar­dzo, że stra­cił ich z oczu. W pew­nym mo­men­cie le­d­wie wy­ro­bił się na za­krę­cie i otarł sobie ramię o coś twar­de­go.

Tu­ne­le wi­docz­nie za­pę­tla­ły się, bo ro­dzi­ce zna­leź­li się za nim. Teraz Mary był bli­żej, a Char­les dalej.

Potem ko­ry­tarz wy­pluł Lu­cja­na do pier­wot­ne­go po­miesz­cze­nia.

Wra­ca­jąc do sie­bie, a póź­niej także leżąc w łóżku, przed ocza­mi miał obraz ojca mocno przy­tu­la­ją­ce­go matkę. Byli do sie­bie tacy po­dob­ni. Jak dwie kro­ple wody.

 

 

***

 

 

Lu­cjan uj­rzał ją o zmro­ku – ośmior­ni­cę świe­cą­cą za spra­wą bio­lu­mi­ne­scen­cji ro­ślin, które ze­bra­ła z dna oce­anu. Zwie­rzę­ta te były nie­zwy­kle in­te­li­gent­ne, wy­ko­rzy­sty­wa­ły różne przed­mio­ty jako na­rzę­dzia. Oczy­wi­ste. Tylko skąd wie­dzia­ła, że Lu­cjan nie widzi w ciem­no­ści?

W mac­kach trzy­ma­ła nie­wiel­ki przed­miot. Przy­ci­ska­ła go do prze­źro­czy­ste­go su­fi­tu.

Ska­fan­der!

Mo­ment póź­niej pły­nął mię­dzy ko­ra­low­ca­mi, szu­ka­jąc stwo­rze­nia, które zdą­ży­ło gdzieś uciec, kiedy on po­spiesz­nie szy­ko­wał się do wy­pły­nię­cia w oce­anicz­ne mroki. Snop świa­tła z la­tar­ki hełmu wy­łu­ski­wał z prze­strze­ni ska­mie­nia­łe pąki, sen­nie fa­lu­ją­ce algi, or­ga­nicz­ne dro­bin­ki wy­plu­te przez po­ło­żo­ne dużo niżej ko­mi­ny hy­dro­ter­mal­ne.

W przy­tła­cza­ją­cym zre­zy­gno­wa­niu, wy­łą­czyw­szy la­tar­kę, nie­spo­dzie­wa­nie uj­rzał zie­lo­ną ścież­kę bie­gną­cą pa­ra­bo­lą nad ko­ra­low­ca­mi. Wi­docz­nie ośmior­ni­ca zo­sta­wi­ła bio­lu­mi­ne­scen­cyj­ne ro­ślin­ki za sobą, żeby Lu­cjan mógł do niej do­trzeć.

Pły­nąc, za­sta­na­wiał się, dla­cze­go nie mogła po­ło­żyć ska­fan­dra przed śluzą. Do tej pory wszyst­ko w życiu było takie, jak po­win­no – na­tu­ral­nie łatwe. Teraz mu­siał wy­ka­zać się cier­pli­wo­ścią, która, o dziwo, nie była czymś zu­peł­nie nowym, a bar­dziej za­po­mnia­nym. Przy­wo­dzi­ła na myśl po­kry­ty pa­ty­ną kie­li­szek za­to­pio­ne­go stat­ku, od­wie­dzo­ne­go przez Lu­cja­na w ze­szłym roku w ra­mach kon­tro­lo­wa­nej przez asy­sten­ta wy­ciecz­ki.

Do­pie­ro teraz spo­strzegł, że asy­stent nie dzia­ła. Wy­czu­wał go jak dziec­ko łono matki, da­ją­ce po­czu­cie ab­so­lut­ne­go bez­pie­czeń­stwa. Teraz, pły­nąc coraz niżej, do­świad­czał ro­sną­ce­go po­wo­li ci­śnie­nia; toń sta­no­wi­ła an­ty­te­zę wód pło­do­wych – była miej­scem, skąd czło­wiek chce czym prę­dzej ucie­kać.

Opa­no­wa­nie lęku opła­ci­ło się, gdyż Lu­cjan do­tarł do pod­wod­nej pie­cza­ry peł­nej świe­cą­cych ro­ślin. Tań­czą­ca w nich ośmior­ni­ca za­mar­ła – wy­glą­da­ła tak pięk­nie, ma­je­sta­tycz­nie i ta­jem­ni­czo – po czym ru­nę­ła na niego. Za­trzy­ma­ła się pół metra przed Lu­cja­nem, szmer wody za­marł. Fa­lu­ją­ce macki przy­po­mi­na­ły pe­ru­kę z lo­ka­mi Mary. Śle­pia o pio­no­wych źre­ni­cach zda­wa­ły się wy­ra­żać ból.

Dała mu pre­zent, pa­ku­nek ze ska­fan­drem, po czym oplo­tła mac­ka­mi Lu­cja­na od tyłu i wy­strze­li­li z groty ni­czym po­cisk.

 

 

***

 

 

Tym razem czar­ne drzwi stały otwo­rem – nie­wiel­ką szcze­li­ną uchy­la­ły rąbka ta­jem­ni­cy wi­ru­ją­ce­go w ko­smo­sie cy­lin­dra. Wszyst­kie po­zo­sta­łe przej­ścia, pro­wa­dzą­ce na inne pla­ne­ty, zo­sta­ły za­mknię­te. Lu­cjan nie wie­dział, dla­cze­go tak się stało, wzbu­dzi­ło to w nim nie­przy­jem­ne uczu­cie, jakby ta nie­wi­dzial­na siła w miesz­ka­niu zy­ska­ła jesz­cze więk­szy wpływ na ota­cza­ją­cą go rze­czy­wi­stość. A może za­wsze ją miała?

Sie­dział na ziemi, opar­ty ple­ca­mi o zimną ścia­nę, za którą trwa­ły de­li­kat­ne rafy ko­ra­lo­we. Ska­fan­der leżał na pod­ło­dze obok niego. W miesz­ka­niu zro­bi­ło się chłod­niej, mięk­kie cie­nie alg sen­nie omia­ta­ły prze­strzeń.

Asy­stent nagle się uak­tyw­nił ponad miarę. Za­pro­po­no­wał Lu­cja­no­wi po­si­łek, choć to nie była jesz­cze pora ko­la­cji. Za­chę­cał do go­rą­cej ką­pie­li, już nawet na­peł­niał sto­ją­cą obok prysz­ni­ca wannę i z ła­zien­ki wy­do­by­wa­ła się prze­sy­co­na olej­ka­mi ete­rycz­ny­mi para. Włą­czył mu­zy­kę, cichy, spo­koj­ny am­bient na gra­ni­cy świa­do­mo­ści. Za­cho­wy­wał się tak, jakby chciał Lu­cja­na od­wieść od prze­kro­cze­nia progu czar­nych drzwi. Wszyst­kie te rze­czy koiły Lu­cja­na, jed­nak dziś wy­wo­ły­wa­ły roz­draż­nie­nie.

Chwy­cił ska­fan­der, wstał i za­czął go za­kła­dać. Miesz­ka­nie pró­bo­wa­ło go po­wstrzy­mać. Lu­cja­no­wi prze­szło przez głowę, że asy­stent nie chce do­pro­wa­dzić do przed­wcze­sne­go po­ro­du.

Za późno.

 

 

 

***

 

 

Tym razem po dru­giej stro­nie Lu­cjan od­dy­chał swo­bod­nie. W nie­mal cał­ko­wi­tej ciszy wła­sny od­dech brzmiał do­no­śnie. W tle roz­le­gał się po­szum tego za­wie­szo­ne­go w próż­ni ol­brzy­mie­go cy­lin­dra. Lu­cjan miał nadto tlenu, żeby zo­stać tu wiele go­dzin, choć ab­so­lut­nie nie chciał­by tego, bo­wiem miej­sce to wy­wo­ły­wa­ło w nim nie­zro­zu­mia­łe na­pię­cie. Nie­waż­ki, pod­le­ciał do jed­nej z uno­szą­cych się w prze­strze­ni rze­czy. Oka­za­ło się, że to trum­na, re­likt prze­szło­ści. Sym­bol. Otwo­rzył ją, spo­dzie­wa­jąc się uj­rzeć ciało, lecz na ba­ty­sto­wej wy­ściół­ce zo­ba­czył nie­wiel­ki kar­mi­no­wy czip, który pod­pi­na się do kory po­ty­licz­nej. Skąd to wie­dział? Prze­tarł go kciu­kiem i scho­wał do kie­sze­ni kom­bi­ne­zo­nu, po czym ru­szył spraw­dzić po­zo­sta­łe trum­ny.

Lecąc dalej, miał nie­od­par­te wra­że­nie, że ciało i żo­łą­dek po­ru­sza­ją się nie­syn­chro­nicz­nie. Czuł, że po­wi­nien stąd ucie­kać, lecz nie wie­dział, dla­cze­go.

Blade po­cią­głe ob­li­cze o orlim nosie, lekko rybie oczy, usta wą­skie ni­czym włos – w ko­lej­nej trum­nie le­ża­ło ciało ubra­ne w cie­li­sty, cien­ki kom­bi­ne­zon. Po­stać była po­dob­na do ojca i matki.

Lu­cjan przy­cią­gnął po­zo­sta­łe dwie trum­ny i wszyst­kie usta­wił w rzę­dzie. W każ­dej znaj­do­wa­ło się blade ciało, każde wy­glą­da­ło po­dob­nie – orli nos, cien­kie usta, rybie oczy… Jak ro­dzeń­stwo, jak dzie­ci, które…

Kim je­stem?

 

 

***

 

 

Czip pod­łą­czył do kory po­ty­licz­nej, leżąc na łóżku i wpa­tru­jąc się w fa­lu­ją­ce nad prze­źro­czy­stym su­fi­tem algi. Prze­czy­tał o ojcu, który chciał stwo­rzyć ide­al­ne dzie­ci. Nie wy­trzy­mał tego, że się po­za­bi­ja­ły. O tym, że ko­lej­ne, wi­dząc jego cier­pie­nie, od­wró­ci­ły role. Dla­cze­go się na to zgo­dził? Po­nie­waż już go nie było, toż­sa­mość roz­sy­pa­ła się ni­czym gwiezd­ny pył, prze­sta­ło mu się co­kol­wiek chcieć, prze­sta­ło na czym­kol­wiek za­le­żeć. Czy­ta­jąc, Lu­cjan przy­po­mniał sobie ogrom­ny ból, a potem pust­kę, wy­pa­la­ją­cą w oczach sza­rość świa­ta. Słowa Mary, gdyż to wła­śnie ona na­pi­sa­ła ten dzien­nik, re­zo­no­wa­ły z nim, mógł w nich przej­rzeć się niby w lu­strze. Nie tyle znie­kształ­co­nym, co za­śnie­dzia­łym.

Prze­czy­tał wresz­cie o tym, jak Mary sobie ra­dzi­ła z pa­ren­ty­fi­ka­cją. Na po­cząt­ku wraz z Char­le­sem byli zgod­ni co do tego, że po­win­ni prze­jąć nad ojcem pie­czę. Lu­cjan mru­gał, coraz bar­dziej zdzi­wio­ny, za­głę­bia­jąc się w coś, czego nigdy nie po­wi­nien był uj­rzeć.

 

Oj­ciec trzy­mał nas pod szkla­nym klo­szem. Tak się kie­dyś mó­wi­ło. Ży­li­śmy jak pącz­ki w maśle. Ha, ha. Mie­li­śmy wszyst­ko, czego po­trze­bo­wa­li­śmy. Mo­gli­śmy robić, czego dusza za­pra­gnie. Mie­li­śmy ro­dzeń­stwo. Pew­ne­go dnia Char­les, mój brat, do­wie­dział się, że po­peł­ni­li sa­mo­bójstwa. Za­czę­łam z nim szu­kać, wręcz drą­żyć, aż przy­pad­ko­wo zna­leź­li­śmy w sieci in­for­ma­cje o tym, jak wy­glą­da rze­czy­wi­stość. In­for­ma­cje ogól­no­do­stęp­ne, lecz ukry­wa­ne przed nami przez ojca.

Od dawna nie uży­wa­ło się ta­kie­go po­ję­cia jak dziec­ko. Za­miast tego mó­wio­no na­stęp­cza pula ge­ne­tycz­na. Wstecz­na pula ge­ne­tycz­na – ro­dzi­ce – kie­ro­wa­ła roz­wo­jem na­stęp­czej tak, aby ta była jak naj­bar­dziej po­żą­da­na na rynku. Dzie­ci stały się ab­so­lut­nym nar­cy­stycz­nym prze­dłu­że­niem ro­dzi­ców. Nasz oj­ciec, wie­dzio­ny po­czu­ciem winy, zbun­to­wał się tej idei, i po­sta­no­wił oto­czyć nas nie­skoń­czo­ną opie­ką. Tak jak­by­śmy za­trzy­ma­li się w roz­wo­ju na eta­pie dwu­let­nie­go dziec­ka. Mimo tego do­szło do wspo­mnia­nych sa­mo­bójstw.

Co zro­bi­li­śmy? Prze­ję­li­śmy nad nim opie­kę. Stwo­rzy­li­śmy mu dom, a w nim sztucz­ne­go asy­sten­ta – sztucz­ne łono. Czy zro­bi­li­śmy to z tro­ski? Sama nie wiem. Przez zło­żo­ne mo­de­lo­wa­nie modus ope­ran­di ojca stał się na­szym. Pra­gne­łam pęk­nię­cia w klo­szu.

Potem po­ja­wił się roz­łam. Char­les chciał utrzy­mać sta­tus quo. Ja na­to­miast za­pra­gnę­łam dać ojcu re­pli­kę na­sze­go do­świad­cze­nia. Chcia­łam, żeby po­znał praw­dę, od­naj­du­jąc ten dzien­nik. Chcia­łam nim wstrzą­snąć tak samo, jak nami wstrzą­snę­ła wieść o śmier­ci na­sze­go ro­dzeń­stwa.

Pra­gnę­łam pęk­nię­cia w klo­szu.

Zmie­ni­łam ośmior­ni­cę, która go za­ata­ko­wa­ła. Do baru na spo­tka­nie spro­wa­dzi­łam ko­lej­ne pęk­nię­cie w po­sta­ci Xzie­la­fa. Wresz­cie do­pro­wa­dzi­łam do tego, że teraz, kiedy to czy­tasz, okrut­ny ojcze, jak po nitce do kłęb­ka – ha, ha – tra­fi­łeś do tego prze­my­sło­we­go od­pa­du, ko­smicz­ne­go kon­te­ne­row­ca bę­dą­ce­go jedną wiel­ką trum­ną.

Trau­ma spra­wi­ła, że za­po­mnia­łeś.

Teraz za­po­mnisz drugi raz.

 

 

***

 

 

Lu­cjan obu­dził się w mięk­kim, cie­płym łóżku. Przez chwi­lę nie wie­dział, czy oczy ma już otwar­te, czy jesz­cze śni; świa­tło są­czy­ło się przez wodę w ten sam spo­sób co za­wsze, le­ni­wie, bez po­śpie­chu, jakby czas był tu tylko ko­lej­nym pa­ra­me­trem do re­gu­la­cji. Leżał wpa­trzo­ny w fa­lu­ją­ce algi rzu­ca­ją­ce na ścia­ny zie­lon­ka­we re­flek­sy; na obrze­żach świa­do­mo­ści ro­dzi­ło się sko­ja­rze­nie z ośmior­ni­cą, roz­le­głe, nie­ostre.

Wstał – pod­ło­ga była ide­al­nie do­sto­so­wa­na do tem­pe­ra­tu­ry stóp – by w przy­jem­nym roz­tar­gnie­niu wziąć prysz­nic. Potem zjadł śnia­da­nie. Asy­stent roz­sze­rzył menu do pię­ciu po­zy­cji. Cie­ka­we, po­my­ślał Lu­cjan, wa­ha­jąc się uła­mek se­kun­dy, nie dla­te­go, że pod­ję­cie de­cy­zji oka­za­ło się trud­ne, lecz dla­te­go, że sam akt wy­bo­ru wydał mu się dziw­nie od­le­gły, jakby na­le­żał do kogoś in­ne­go.

Czar­ne drzwi były ide­al­nie do­mknię­te, bez żad­nej szcze­li­ny, jak gdyby nigdy do­ni­kąd nie pro­wa­dzi­ły. Mimo to wy­czuł w nich nie­wi­docz­ne pęk­nię­cie. Nie prze­jął się tym. A ra­czej, mó­wiąc pre­cy­zyj­niej, prze­ję­cie nie mogło wy­brzmieć, od­czu­cia w ciele wzbie­ra­ły i roz­sy­py­wa­ły się, zanim zy­ska­ły choć­by przed­świa­do­me zna­cze­nie.

Lu­cjan pod­szedł do szyby i spoj­rzał na rafy. Wy­da­wa­ło mu się, że sły­szy sze­lest oce­anu. Ryby wi­ro­wa­ły, algi fa­lo­wa­ły, świat trwał w do­sko­na­łej rów­no­wa­dze. Na uła­mek se­kun­dy po­ja­wi­ła się myśl, że coś po­win­no boleć. Że gdzieś, bar­dzo głę­bo­ko, po­wi­nien od­czu­wać stra­tę. Brak. Idea ta jed­nak nie wy­brzmia­ła w pełni, od­pły­nę­ła, roz­pusz­czo­na w ła­god­nym, cie­płym tle.

– Kim je­stem? – za­py­tał cicho, bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż z po­trze­by.

Py­ta­nie za­wi­sło w po­wie­trzu, nie wy­wo­łu­jąc żad­nej re­ak­cji, ani na ze­wnątrz, ani w świe­cie we­wnętrz­nym. Nie było ni­ko­go, kto mógł­by je na­praw­dę zadać.

Asy­stent za­po­mniał zająć się jedną spra­wą – otar­tym ra­mie­niem – a dotyk bo­lą­ce­go miej­sca spra­wił, że Lu­cjan przy­po­mniał sobie lot w tu­ne­lu. Naj­pierw oni przed nim, póź­niej on przed nimi. Ro­dzi­ce, póź­niej dzie­ci. Asy­stent na­tych­miast zajął się ob­ra­że­niem, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc stłu­mić zwią­za­ne z nim wspo­mnie­nie. Oka­za­ło się wy­jąt­ko­wo od­por­ne na wy­ma­za­nie. Roz­sy­py­wa­ło się i od­ra­dza­ło jak fe­niks z po­pio­łów. Wresz­cie asy­stent za­py­tał, czy Lu­cjan chciał­by je za­cho­wać.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się lekko i wró­cił do swo­ich spraw.

 

 

Koniec

Komentarze

Dziń dybry,

 

Ruszył dalej, tym razem sprawdzić wszystkie drzwi w mieszkaniu.

Zabrakło mi by.

→ Ruszył dalej, by tym razem sprawdzić wszystkie drzwi w mieszkaniu.

 

Lucjan próbował uwolnić się

Zmieniłabym szyk:

→ Lucjan próbował się uwolnić 

 

W gęstej, pomarańczowej atmosferze unosiła się stacja badawcza o przeźroczystym poszyciu.

Dlaczego stacja badawcza jest napisana kursywą?

 

odparła z bólem w głosie, wyschniętym z powodu lat cierpienia.

Ładne.

 

Przysiadło na powiekach, spłynęło policzkami, wsiąkło w ciało.

Wooow. Mmm, aż mi się ciepło zrobiło :)

 

Mars przywitał Lucjana monochromatycznym pokojem i niską grawitacją. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie, podekscytowany wszedł do baru z panoramicznym widokiem na smużystą cynobrową równinę.

Mars wszedł do baru?

 

i ten cień w cieniu

Hm? Nie rozumiem.

 

brokułów – co sprawiło, że na czole Lucjana zakwitła poprzeczna bruzda irytacji.

Hahah, też nie cierpię brokułów ;p

 

Kiedy na niedomytej przez robota podłodze poślizgnął się

Zmieniłabym szyk:

→ Kiedy się poślizgnął na niedomytej przez robota podłodze

 

Nie chciał wracać na Mars

a nie na Marsa? Czy to powszechnie powielany błąd?

 

– Ale za ośmiornicę już tak. Powinnaś mi powiedzieć.

Powinnaś była mi powiedzieć, bo to czas przeszły.

 

jakby chciał Lucjana odwieźć od przekroczenia progu czarnych drzwi.

odwieść

 

Pragnełam peknięcia w kloszu.

→ Pragnęłam pęknięcia w kloszu.

 

Nie trzeba pisać koniec, Portal to robi za nas :P

 

 

Fiu, fiu, fiu. Jakiż to jest piękny tekst! Nie jestem pewna, czy dobrze wszystko zrozumiałam, ale może z czasem ułoży mi się wszystko w głowie. Na pewno zostanie to opowiadanie ze mną na długo.

Podobała mi się symbolika wspomnianych w opowiadaniu następczej i wstecznej puli genów w scenie, gdzie Lucjan płynął tunelem i najpierw przed nimi płynęli rodzice, a potem znaleźli się za nimi. Piękne i genialne.

Czyli to Lucjan jest rodzicem Mary i Charlesa. Ciekawy zwrot akcji.

Ciekawa i zarazem przygnębiająca jest ta pętla przekleństwa, czy jakkolwiek to nazwać. Lucjan zawsze będzie zadawał sobie pytanie, kim jest i jak tylko odkryje prawdę, zawsze będzie o niej zapominał i pytanie będzie drążyć mózg od nowa. Trudno wyobrazić sobie gorsze męki. Czy to jest zaplanowana tortura przez Mery i Charlesa za to, że doprowadził do samobójstwa swoje dzieci a ich rodzeństwo?

Warsztat jest fascynujący, miałam wrażenie, że nawet już nie oglądam filmu, tylko jestem w tym uniwersum, żyję tym wszystkim.

 

Z tych powodów uważam, że klik do Biblioteki to za mało. Tekst otrzyma ode mnie nominację Piórkową, jak tylko zyskam prawa lożanki :)

Serdeczne gratulacje i pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Cześć, HollyHell91! Jejku, bardzo mi miło, nie spodziewałem się, że może się tak spodobać. blush Dziekuję za odwiedziny i komentarz! Myślę, że uchwyciłaś główny przekaz opowiadania, a reszta to interesujące interpretacje. Bo czyż proza nie jest maszyną do interpretacji? :-)

 

Stacja badawcza kursywą, żeby był ślad, żeby móc kwestionować, czym mnaprawdę było to miejsce. Choć powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że to przestrzelony pomysł.

 

Brokułów lubię, jeśli są dobrze doprawione. Ale pamiętam, że to jedna z tych rzeczy, których się nie lubi, bo jest się jako dziecko do nich zmuszanym.

 

Nie wiem, czemu napisałem koniec. Może w trosce o czytelnika, wiedząc, że w tych czasach wszyscy mamy tendencję do scrollowania w dół do upadłego; ten wspaniały kciuk, paradoksalnie, może nas cofnąć w rozwoju :-o

 

Lecę poprawić błędy.

 

Również pozdrawiam serdecznie!

Cześć, HollyHell91! Jejku, bardzo mi miło, nie spodziewałem się, że może się tak spodobać. blush Dziekuję za odwiedziny i komentarz!

Cieszę się, że się cieszysz :)

 

 

Myślę, że uchwyciłaś główny przekaz opowiadania, a reszta to interesujące interpretacje. Bo czyż proza nie jest maszyną do interpretacji? :-)

 

Stacja badawcza kursywą, żeby był ślad, żeby móc kwestionować, czym naprawdę było to miejsce. Choć powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że to przestrzelony pomysł.

Raczej nikt tak tego nie odbierze, ja bym usunęła kursywę.

 

Nie wiem, czemu napisałem koniec. Może w trosce o czytelnika, wiedząc, że w tych czasach wszyscy mamy tendencję do scrollowania w dół do upadłego; ten wspaniały kciuk, paradoksalnie, może nas cofnąć w rozwoju :-o

Ja na szczęście jestem na to odporna, ale tak, to obecnie plaga.

 

Również pozdrawiam serdecznie!

heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Istotnie. Kursywa zmieniona. yes

Nowa Fantastyka