Pracują czy się bawią? – myśl znów wypłynęła na wysepkę świadomości chłopca, lecz asystent prędko ją stłumił.
Lucjan płynął między różnobarwnymi rafami koralowymi, mieniącymi się w świetle płytkich wód Oceanu Spokojnego. Błazenki, mandarynki i inne rybki dryfowały, wirowały, przecinały przestrzeń niczym wstążki w gimnastyce artystycznej. Delikatne prądy muskały zielone paprocie, złote krzewiny unosiły się jak porzucone płaszcze. Na dole murena – kabel, który ożył – wynurzyła się ze szczeliny, po czym gwałtownie do niej z powrotem schowała, wyczuwając zagrożenie.
Ale Lucjan nie stanowił niebezpieczeństwa. Po prostu spędzał tu zaplanowany przez asystenta czas. Choć pływał kilka razy w tygodniu, to wciąż nie mógł powiedzieć, że zna okolicę jak własną kieszeń. Zawsze znajdował coś nowego. Na przykład przypominającą żółty komin gąbkę, którą właśnie z czułością musnął palcami.
Zmienił orientację ciała i wzbił się wyżej, skąd widział więcej. Dno przemierzał patykowaty stwór. Lucjan dopiero po chwili uświadomił sobie, że patrzy na swój wtopiony w rafy przeźroczysty dom. Na przeraźliwie długiego i chudego ojca, jakby rozciągniętego w programie graficznym. Swój wygląd zawdzięczał niskiej grawitacji Tytana. Co ciekawe, mimo to był o pół głowy niższy od Lucjana.
Widocznie postanowił Lucjana odwiedzić, co robił niezwykle rzadko, gdyż wraz z matką lata temu do życia upodobali sobie księżyc Jowisza.
Powoli kończył mu się tlen i powinien już wracać. Coś jednak Lucjanowi podpowiadało, żeby poczekać.
Opadał, nie spuszczając spojrzenia z ojca. Charles przemierzał podwodne mieszkanie jak krab. Na pewno wiedział, że Lucjan poszedł popływać. Dlaczego zatem postanowił przyjść w tym momencie? Miał na sobie cieniutki egzoszkielet pomagający radzić sobie z silną ziemską grawitacją. Czyżby czegoś szukał? Co chwilę zatrzymywał się i rozglądał.
Lucjan osiadł na szkle. Stąd widział niepokój ojca. A może w tej wodnej, zniekształconej perspektywie tylko mu się wydawało? Charles spojrzał do góry, podrapał się po podłużnym obliczu. Rozkojarzony, pociągnął za orli nos. Zdawało się, że nie zauważa syna. Ruszył dalej, by tym razem sprawdzić wszystkie drzwi w mieszkaniu. Każde prowadziły do jednego z wielu pokoi. Ceres, Mars, Europa, planety i księżyce, stacje orbitalne – mieszkanie Lucjana rozsiane było niemalże po całym Układzie Słonecznym. Charles ledwie uchylał drzwi, zaglądał przez nie i zamykał. Jedynie czarne pozostawały zamknięte. Oparł o nie dłoń i odetchnął z ulgą.
Za ostatnimi, prowadzącymi na Tytan, ojciec zniknął.
Lucjan ruszył w stronę wejścia do lokum, lecz coś złapało go za nogę. Początkowo uznał, że zaplątał się w jakieś wodorosty. Tylko rośliny nie ciągną. Nie charakteryzują się też uporem, który Lucjan dostrzegł w prostokątnych źrenicach ośmiornicy. Bazyla, bo taki dał zwierzęciu przydomek, znał od lat. Ośmiornica zawsze zachowywała się łagodnie, czasami tylko, nie z agresji a wrodzonej ciekawości, przekraczała jego granice. Tym razem dwie macki owinęły się wokół skały magmowej, a reszta niczym węże oplotła łydkę Lucjana.
Kombinezon powiedział, że tlenu zostało na dwie minuty.
Lucjan próbował się uwolnić, lecz Bazyl zacisnął macki, przyssał się nimi.
Chłopak pierwszy raz w życiu doznał frustracji, która prędko zmieniła się w strach. Szarpnął nogą, raz, drugi, na próżno. W geście rozpaczy przysunął się do ośmiornicy z zamiarem wbicia jej kciuków w oczy. Głowa Bazyla zafalowała, błyskawicznie zmieniając kształt, po czym ośmiornica opluła go atramentem i zniknęła w głębinach. Lucjan w czarnej chmurze na moment stracił orientację, po czym rozgorączkowany zaczął płynąć do mieszkania. Miał wrażenie, że zrobiło się ciemniej. Przyszła mu do głowy głupia myśl, że to fitoplankton przysłonił dzienne światło.
W śluzie ściągnął przylegający do głowy hełm i padł na kolana, z trudem łapiąc powietrze.
Roztrzęsiony, poszedł pod gorący prysznic, gdzie próbował się uspokoić. Nie chciał myśleć o tym, co się wydarzyło. Nie był tego nauczony. Jednak to doświadczenie zmieniło coś w jego delikatnym niczym koralowce systemie nerwowym. Oto w rafach pierwszy raz pojawiło się zagrożenie.
Kim jestem? – wypłynęła kolejna myśl.
***
W gęstej, pomarańczowej atmosferze unosiła się stacja badawcza o przeźroczystym poszyciu. Była podzielona na część główną oraz mieszkalną. W owalu tej drugiej matka Lucjana położyła się na podłodze i w zadumie obserwowała widoczne kilkadziesiąt metrów niżej brunatno-czerwone jeziora metanu. Ojciec, ze łzami w oczach, wykorzystywał właśnie niską grawitację, by odbijać się od ścian i szybować niczym papierowy samolot. Złapał z blatu tubkę witamin, po czym wylądował obok Mary.
– Jestem z niego niezwykle dumny – powiedział, drapiąc się po brodzie. – Każdy rodzic powinien marzyć o takim dziecku.
Mary westchnęła.
– Masz rację. – Jej spojrzenie zmętniało, upodabniając się do krajobrazu księżyca. I dodała ciszej: – Oby był szczęśliwy.
Charles podał jej tubkę witamin. Pogłaskał kobietę po głowie.
– Nie martw się. Wszystko dobrze się układa.
Wzruszyła drobnymi ramionami.
– Poprzednich już z nami nie ma – odparła z bólem w głosie, wyschniętym z powodu lat cierpienia. – Żadne dziecko nie powinno odchodzić przed rodzicem. To takie straszne…
Charles znów poczuł to napływanie do oczu. Często dotykał twarzy, lecz nigdy po miejscach sacrum. Czekał, aż dojrzeją i wybrzmią.
– Mnie też jest przykro… Ale pomyśl o tych wszystkich chłopcach i dziewczynkach. Widziałaś najnowsze oferty na rynku?
Mary pociągnęła łyk z tubki. Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Świadomość pewnego dwunastolatka sprzedają w postaci aplikacji, którą wgrywa się do czipu obsługującego korę nową mózgu i ciało migdałowate. To ponoć niezwykle wrażliwy chłopiec. Aplikacja zapewnia nieziemskie doznania podczas kontaktu ze sztuką. – Charles pokręcił głową ze zdumieniem. – A dziewiętnastoletnią dziewczynkę używają jako inkubatora. Rodzi po niecałym miesiącu. Ponoć w reklamie o niej puszczają pewien stary film. Jest tam o pudełku czegoś, co nazywali czekoladkami. Nigdy nie wiesz, co wybierzesz. Rozumiesz, chodzi o pulę genową. Bo jej genom ciągle się zmienia. Jest więc jak maszyna losująca.
– Boże, to absolutnie okropne. A mówią, że to my jesteśmy szaleńcami.
Kilka lat temu Charles zmodyfikował sobie jeziorko łzowe, zwiększając jego pojemność. Ta właśnie powoli się kończyła.
– Zgadzam się, kochanie. Obrzydliwe.
– Musimy porozmawiać z Lucjanem. Musimy.
Zdziwiła go stanowczość, z jaką wypowiedziała te słowa. Ledwie powstrzymał się przed zamruganiem.
– Robimy to niemalże codziennie.
– Osobiście. – Doprecyzowała. – Chyba nie chcesz mieć go na sumieniu?
Charles wzbił się w powietrze i zamrugał, a za nim rozciągnął się cieniutki warkocz łez; spleciony z dumy oraz poczucia winy symbol targających nim ambiwalencji.
Mary wstała i ruszyła w stronę strefy snu. Położyła się na materacu, który zakwitł niczym mech w przyspieszonym tempie, i już chowała się za powiekami, gdy odezwał się zaniepokojony Charles:
– Mamy pierwsze kłopoty w raju – rzekł drżącym głosem. – Chyba masz rację, że powinniśmy odwiedzić syna osobiście.
Mary nie zdziwiły jego słowa. Uśmiechnęła się tajemniczo.
***
Algi morskie zafalowały, po czym rozsnuły się niby firany, by przefiltrowane wodą światło mogło wsączyć się do mieszkania. Przysiadło na powiekach, spłynęło policzkami, wsiąkło w ciało. Tak Lucjan obudził się o ósmej rano, jak zwykle wypoczęty oraz zadowolony.
Kiedy usiadł przy stole, asystent, łagodnym głosem, zaproponował na śniadanie cztery opcje. Nie mniej, żeby miał poczucie sprawczości. Nie więcej, bo wtedy mógłby odczuć frustrację związaną z niemożnością dokonania wyboru. Lucjan przeciągnął się jak kot i wybrał kolorową papkę o malinowym smaku.
Kiedy jadł, zachodziły subtelne zmiany w mieszkaniu. Asystent działał całą dobę. Dbał także o organizm Lucjana, zapewniając optymalny poziom hormonów, witamin i pierwiastków. W swej nienachalnej obecności aranżował kolejne dni w sposób możliwie komfortowy dla chłopaka. Zanim pojawiło się poczucie samotności, podnosił poziom oksytocyny i serotoniny lub proponował zmianę aktywności, dlatego teraz, rejestrując negatywne symptomy podczas brania przez Lucjana prysznica – mętniejące spojrzenie oraz oklapłą postawę ciała – asystent zaczął wyświetlać w kabinie obrazy z Marsa. Przejażdżkę po skalistej części planety wielkim łazikiem. Migotliwe światła w barze na szczycie Olympus Mons. Piękny wschód słońca rozświetlający sterraformowaną, bujną w zieleń część planety. Na każdym z obrazów znajdował się on oraz jego przyjaciele.
– Chciałbym się dziś z kimś spotkać – powiedział Lucjan, wychodząc spod prysznica w osuszający nawiew.
Asystent zaproponował wiadomości, które może wysłać w celu umówienia spotkania. Lucjan wkroczył w natrysk z olejków pielęgnacyjnych i kilka sekund później nagi szedł mieszkaniem w stronę jednych z wielu drzwi. Po drodze asystent go ubrał i podkręcił gruczoły perfumowe; ciągnął za sobą niewidzialny kilwater o zapachu mchu, bergamotki i jaśminu.
Mars przywitał Lucjana monochromatycznym pokojem i niską grawitacją. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie, podekscytowany chłopak wszedł do baru z panoramicznym widokiem na smużystą cynobrową równinę. Oświetlenie wewnątrz tkało z fotonów atmosferę przekwitłej radości.
Przy jednym ze stolików siedział jasnowłosy młodzieniec o oczach błękitnych niczym rajskie wody. Lucjan usiadł naprzeciwko Monacha. Źrenice, żółte grążele, poruszyły się, zogniskowały na nim.
– Miło cię widzieć. – Kąciki ust Monacha leciutko się uniosły.
– To takie archaiczne – powiedział Lucjan, wybierając z dotykowego menu stolika koktajl. Westchnął. – Że też takie miejsca jeszcze istnieją.
– Sentymenty, nostalgia… Ludzie to niezwykle skomplikowane istoty.
Lucjan zamrugał, zastanawiając się, co Monach mógł mieć na myśli. Sam nigdy nie doświadczał takich uczuć. Zawsze miał to, czego pragnął i potrzebował. Nie było w jego życiu niczego, co lubił, a czego nie mógł już mieć. Niczego, za czym by tęsknił. Świat jawił mu się jako wyrafinowany instrument muzyczny, nieustannie strojony przez niewidzialne siły, którym z niezbadanych przyczyn zależało na perfekcyjnym brzmieniu każdej cząsteczki rzeczywistości.
– Sądzisz, że nie jestem szczególnie złożony? – zapytał, przesuwając dłonie, żeby autonomiczny kelner mógł postawić przed nim lazurowy drink w kieliszku rżniętym z kryształów z Tytana.
Uśmiech Monacha na moment przysłoniła mgiełka unosząca się z kieliszka.
– Ależ skąd. Uważam, że jesteś niezwykłym człowiekiem.
– Dla niektórych to za mało. Postludzie uznaliby takie słowa za oszczerstwo.
– A dla mnie to wciąż ludzie, tylko drastycznie zmodyfikowani. W tych czasach największym szaleństwem jest pozostać pierwotnym sobą. Zresztą, sam lubisz stare rozwiązania – rzekł pogodnie, puszczając oko. – Na przykład prysznic.
Zamilkli. Słońce tonęło za horyzontem, podobnie górna warga Lucjana, sączącego alkohol w rozciągniętej jak horyzont zdarzeń rozkoszy.
Potem Monach zapytał, co u niego. I tak Lucjan szczegółowo oraz barwnie opowiedział o wydarzeniach z poprzedniego tygodnia. Fakt o niespodziewanej wizycie ojca zatrzymał na sam koniec.
– Niebywałe! – Monach nie krył głębokiego zaskoczenia. – Jak sądzisz, po co cię odwiedził? Przecież wiedział, że nie będziesz w domu. Chciał popływać z tobą?
Lucjan zaprzeczył ruchem głowy.
– Zatem widzisz, to nie odwiedziny – powiedział z dumą.
Ciało Monacha wyrażało zdrową zazdrość.
– Niebywałe…
Monitorujący przebieg spotkania asystent nagle ożywił się, bo do baru, który powinien być zamknięty na cztery spusty, weszła obleczona w czerń postać. Przysiadła się do nich i ruchem wzniecającym w Lucjanie nie do końca uświadomioną nostalgię, zdjęła kaptur skrywający gładką twarz.
– Jak interesy, Xzielafie? – zapytał przybysza Monach.
– Nieprzewidywalność rośnie, pula genowa rozszerza się, skraca i morfuje w fascynujące sposoby.
– Pula genowa? – zapytał zaintrygowany Lucjan.
Został zignorowany.
– W ciągu pięćdziesięciu lat nie odróżnisz emocji od atmosferycznej efemerydy na Tytanie. – Xzielaf mówił do Monacha. Nie ruszał się przy tym. Po prostu skierował spojrzenie na rozmówcę i siedział jak kostka lodu. Nawet usta się nie poruszały, głos zdawał się dobiegać zewsząd. – Przenikanie dotyczy również piątego wymiaru. Wszystko jest splątane, od kwantów, przez pędy roślin, ludzkie zależności, aż po warkocze słoneczne i bieguny czasu.
Lucjan nic z tego nie rozumiał. Asystent dwoił się i troił, żeby chłopak nie odczuł frustracji, która kiełkowała podobnie do roślinki uparcie przebijającej się przez ziemię.
– Czym zajmują się twoi rodzice? – zapytał nieznajomego, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją.
Xzielaf ani drgnął, lecz w jego głosie pojawiły się nowe nuty.
– Chodzi o wsteczną pulę genową? – Zwrócił się do Lucjana.
Chłopak wziął potężny łyk drinku, odstawił kieliszek trochę za głośno.
– Czyim dzieckiem jesteś? O to mi chodzi.
Śmiech Xzielafa, przeciągły i nieoczekiwanie rozbrzmiały po tym pytaniu, szczelnie wypełnił calutką przestrzeń baru, włącznie z umysłem Lucjana, próbującego szukać ukojenia w cynobrowym krajobrazie rozciągającym się u podnóża Olympos Mons. Podobnym kolorem pałała jego twarz, którą tej nocy, już u siebie w mieszkaniu, wraz z ciałem oraz rozżarzoną w głowie myślą „Kim jestem?” gasił pod lodowatym prysznicem.
***
W wodzie zakotłowało się i natychmiast uspokoiło, kiedy Charles gwałtownie wyjął przedramię z akwarium pełnego piranii. Mechanizmy naprawcze potrzebowały kilku sekund, żeby długa ręka, z której zwisały pasy poszarpanych tkanek, wróciła do poprzedniego stanu. Środki uśmierzające ból działały jeszcze szybciej.
Ale nie tu.
W mieszkaniu Lucjana asystent Charlesa był nieaktywny, ani na poziomie fizycznym, ani w kontekście emocji, które go dopadły i okazały się zbyt silne, żeby mógł sobie z nimi poradzić w sposób inny niż przez samouszkodzenie.
Mary zignorowała zachowanie męża; na przestrzeni setek lat ludzie uzależnili się od regulowania afektu za pomocą asystenta, podobnie jak jeszcze wcześniej dobre samopoczucie gwarantowała optymalna flora bakteryjna jelit. Siedząc na brzegu muślinowego łóżka, z czułością w oczach obserwowała pogrążonego w głębokim śnie Lucjana. Ostatnie wydarzenia przeżywała inaczej niż mąż, w głębi serca wiedząc, iż niepożądane doświadczenia są nieodłączną częścią dorastania.
– A może powinniśmy uchylić klosz? – zapytała, opuszkami głaszcząc policzek syna. – Wpuścić tam trochę powietrza?
Robot sprzątający wyjechał z bazy i podążył za Charlesem, ścierając z podłogi krew. Pociągłe oblicze mężczyzny wykrzywił grymas niezadowolenia.
– Dobrze wiesz, co się wtedy stanie – wyszeptał, nie chcąc obudzić syna. – Nie możemy być samolubni.
– Tak, ale…
Charles położył dłoń na jej ramieniu.
– Zastanawiałaś się, czego jeszcze potrzebuje? Czego pragnie?
Spojrzała na niego. Tak bardzo wczuł się w rolę, że zapomniał o dawnym sobie. Z kolei ona coraz częściej wypadała z roli. Przeniosła spojrzenie na Lucjana.
– Sam wie najlepiej.
Charles zamrugał, jakby chciał spod powiek pozbyć się wspomnień o poprzednich dzieciach, zalewających umysł przydymionymi obrazami w kolorze sepii. Pierwsze w wieku dwunastu lat zmarło w potwornych męczarniach z powodu powikłań po operacji genetycznej. Wtedy wraz z Mary zrozumiał, że następcze pule genetyczne są czymś znacznie więcej niż informacją, na której można zarobić. Drugie i trzecie, nazwane już dziećmi, popełniły samobójstwa.
Adrenalina przestała działać i wspomnienie karminowej wody rozmył nagły, rwący ból.
Spojrzał na małą kałużę krwi przy nodze i powiedział Mary, że wraca do domu.
– Kiedyś przyglądaliśmy się mu jak roślince – powiedziała, gdy Charles ruszył do portalu. – Pamiętasz? Potrzebowaliśmy czasu, żeby zobaczyć w nim jego. A teraz jest czymś ważniejszym od nas samych.
Gdyby nie niepokojący ruch w algach nad przeźroczystym sufitem, i ten cień w cieniu o świdrującym spojrzeniu wywołującym fale dreszczy, Mary zostałaby z Lucjanem dłużej.
***
Podobnie jak mikropęknięcie na jajku może stanowić preludium do wylania się jego zawartości, tak z pozoru nic nieznaczący incydent czasami stanowi zaczątek równie dramatycznych wydarzeń. Oczywiście w większej, ludzkiej skali. Takim zdarzeniem był błąd w śniadaniowym menu. Najpierw w ogóle nie chciało się wyświetlić, by następnie ograniczyć do jednego dania – brokułów – co sprawiło, że na czole Lucjana zakwitła poprzeczna bruzda irytacji. Emocja wzbudziła w nim coś, co asystent gorączkowo próbował wyprzeć z pamięci chłopaka. Lucjan zmrużył oczy, ale za chwilę dał za wygraną i zabrał się za mdły posiłek.
Poziom rozdrażnienia podniosła woda pod prysznicem – nieoczekiwanie zmieniała się ze zbyt gorącej w nieprzyjemnie zimną, więc Lucjan wyszedł spod niego wcześniej niż zwykle.
Asystent dwoił się i troił, aby zbić rosnący poziom frustracji chłopaka.
Tego dnia Lucjan doświadczył zawodu jeszcze wielokrotnie, w postaci zacinającej się w najważniejszym momencie muzyki, Monacha nieodbierającego połączenia – co mogło być tego przyczyną? – oraz intruzywnych wspomnień z ośmiornicą w roli głównej; całe szczęście, że nie widział jej teraz, dzięki kamuflażowi ukrywającej się w najbliższych koralowcach i z rosnącym oczekiwaniem obserwującej go tymi hipnotycznymi oczami o pionowych źrenicach.
Kiedy się poślizgnął na niedomytej przez robota podłodze, nie zauważając rozsmarowanej niby dżem krwi ojca, zaklął siarczyście i uderzył pięścią w ścianę. Usiadł i oparł się o nią, szlochając, czego nigdy wcześniej nie robił. Rwanym oddechem, bólem dłoni oraz łzami prędko zaopiekował się asystent. Podsunął chłopakowi pomysł na wyciszenie.
Postanowił udać się do innego pokoju, żywiąc nadzieję, że znajdzie tam ukojenie. Nie chciał wracać na Marsa, ponieważ kojarzył mu się z odrealnionym człowiekiem w czarnym płaszczu. Nagle, w obliczu ciemnych drzwi, na których spod półprzymkniętych powiek właśnie zawiesił spojrzenie, mało atrakcyjna wydała mu się także reszta możliwości – lodowa sceneria Europy ze strzelającymi wysoko gejzerami; na Ziemi światło tłumiące mroki strefy abisalnej, tętniącej z cicha życiodajnymi kominami hydrotermalnymi; pustynny pejzaż na planecie, której nazwy nie pomniał. Umysł wypełniła obecność tych jednych drzwi. Zamkniętych, ciemnych, pod opuszkami szorstkich niby koci język.
Kiedy jeszcze mieszkał razem z ojcem i matką, podsłuchał, jak rozmawiali, że kryje się za nimi portal prowadzący do niebezpiecznego miejsca. Portal został otworzony przez błąd w architekturze. Ojciec chciał zamknąć przejście. Matka przekonała go jednak do zmiany decyzji.
Nigdy wcześniej nie próbował ich otworzyć. Frustracja z powodu przebiegu dnia zamieniła się w złość skierowaną na owe drzwi, wcześniej traktowane jako zaledwie ciekawostka. Gorączkowo zaczął szukać ukrytego przycisku, panelu dotykowego, czegokolwiek, dzięki czemu mógłby odkryć największą tajemnicę własnego mieszkania. Nic nie znalazłszy, począł je pchać i uderzać. Asystent chyba całkowicie zgłupiał, gdyż w pokoju zaczęły zachodzić gwałtowne zmiany.
Jedną z nich było cichutkie kliknięcie, które dobiegło z wnętrza czarnych drzwi. Asystent, najwidoczniej nie wiedząc, jak poradzić sobie z frustracją chłopaka, postanowił je otworzyć. Lucjan pchnął grudkowatą powierzchnię, zrobił krok do przodu i w czasie krótszym niż mrugnięcie oka znalazł się wewnątrz ogromnego cylindra. Zanim, nie mogąc złapać powietrza, wrócił z powrotem, zdążył dostrzec kilka unoszących się w stanie nieważkości podłużnych przedmiotów.
Zapytany, co się tam znajduje, Asystent powiedział, że to stare składowisko nieznanego pochodzenia. Nie ma tam tlenu, więc bez specjalnego kombinezonu nikt nie powinien tam przechodzić.
– Mogłeś je otworzyć tak po prostu?
Asystent potwierdził.
– I wpuściłeś mnie, wiedząc, że nie powinienem tam wchodzić?
Asystent odparł, że jedynie otworzył drzwi. Gdyby wiedział, iż chłopak chce przez nie przejść, nigdy by tego nie uczynił.
Lucjan postanowił odwiedzić rodziców.
Kim jestem, kim jestem, kim jestem…
***
Grawitacja Tytana zdawała się wydłużać również czas, który rozciągał się zupełnie jak łzy szybującego ojca. Lucjan pamiętał, że mama, z uśmiechem przyklejonym do pociągłej twarzy, robiąc piernikowe ciasteczka, mówiła o nim „prawdziwy artysta”.
Tym razem nie zastał ich w części mieszkalnej. Panował w niej naturalny nieporządek. Na kuchennym blacie rozsypane leżały kolorowe obiadowe tabletki. Szkice nieznanych maszyn unosiły się w powietrzu, widocznie zostawione przez rodziców przed chwilą. Cisza stanowiła kontrast dla rozgrywającej się za przejrzystymi ścianami burzy ciekłego metanu.
Lucjan postanowił udać się do części badawczej. Nigdy wcześniej tam nie był, ponieważ zawsze kiedy tu przychodził, a wizyty tego typu mógł zliczyć na palcach jednej ręki, rodzice robili coś w części mieszkalnej. Najczęściej układali puzzle lub oddawali się wirtualnym przestrzeniom; ich ciała wtedy dryfowały bezwładnie, a na twarzach malowała się radość. Teraz, po drugiej stronie, spodziewał się laboratorium pełnego obcej aparatury, dlatego trafiając do zdających się nie mieć końca pustych, monochromatycznych korytarzy, bardzo się zdziwił. Do tego stopnia, że nie wyczuł, iż asystent w tym miejscu przestał działać.
Mijając lustro w kształcie łzy, zdziwił się, widząc własne odbicie – człowieka wielokrotnie odmładzanego przez najróżniejsze operacje. Mimo zabiegów wyglądał na wiele więcej lat, niż sądził, że ma. Świadomość tego, jaką ma twarz, wydała mu się nagle istotna. Przeszło mu przez myśl, że powinien zażądać od rodziców lustra do własnego mieszkania.
W cieniu syntetycznych trzewi zauważył ruch. Uginające się w stawach niezwykle długie nogi, młócące powietrze ramiona. Rozciągnięte ciała rodziców szybowały w wielkiej cylindrycznej komorze. Odbijali się od ścian i rzucali do siebie guzkowatą kulkę.
Pracują czy się bawią?
– Nie powinnaś tego robić – powiedział niezadowolony Charles. – Nie tak się umawialiśmy.
Matka złapała się dłońmi za nogi i wygięła grzbiet, robiąc z sylwetki O, przez które przeleciała kulka.
– Nie patrz tak na mnie – odparła, wirując. – Nie odpowiadam za zmiany w mieszkaniu.
– Ale za ośmiornicę już tak. Powinnaś była mi powiedzieć.
– Nie zgodziłbyś się.
Lucjan schował się za wystającym elementem tunelu. Słuchając ich, czuł, jak przyspiesza mu serce. Czy matka zrobiła coś z ośmiornicą, że ta go zaatakowała? Dlaczego Mary miałaby chcieć krzywdy własnego dziecka?
– Obiecaliśmy o niego dbać – kontynuował Charles, w geście pełnym zawodu rozkładając ramiona. – Miał mieć idealne życie.
– Hipokryzja i paradoks.
– Przestań…
Mary zaśmiała się histerycznie. Założyła dziś perukę z długimi kręconymi włosami, przez co wyglądała na jeszcze bardziej szaloną, gdy mówiła:
– Czasami niemal przypominam sobie, kim naprawdę jesteśmy. Jak za słaba aktorka. Ty, Charlsie, wczułeś się w rolę aż do bólu.
– Powiedziałem, przestań! Jesteśmy rodzicami Lucjana i to jest nasza najważniejsza rola.
Mary wyhamowała; koło pękło.
– Masz rację. – Posmutniała. Dryfowała beznadziejnie niby śmieć wyrzucony w kosmiczną przestrzeń. Lucjanowi zrobiło się jej szkoda. – Pamiętasz, w jakim stanie był pięć lat temu?
Charles znów się zdenerwował. Rzucił piłką za mocno, choć nic się nie stało, gdyż grawitacja była tu słaba. Nic dziwnego, że wybrali do życia ten księżyc. W namiastce wynagradzał im brak lekkości bytu, której niezaspokojona potrzeba czasami paliła do żywca.
– Nie było żadnego „w jakim stanie pięć lat temu”, rozumiesz? – Podleciał do niej i objął ją ramieniem. – Wiem, że ci trudno, ale Lucjan nas potrzebuje. Tak jak potrzebowały nas inne dzieci.
Mary schowała głowę w ramionach, załkała.
– Przepraszam – powiedziała – ja po prostu za dużo pamiętam. Jak to on się nami opiekował, chronił nas przed światem, który okazał się taki zły…
Charles ścisnął ją mocniej. Westchnął.
– Po prostu miesza ci się w głowie. To zrozumiałe. Nie poradziłaś sobie ze stratą poprzednich dzieci.
Mary nagle zerwała się i odleciała w szarą część tego miejsca. Kiedy rozpłynęła się w powietrzu, Charles ruszył za nią.
Nie wiedząc, co się dzieje, Lucjan niczym cień podążył za nimi.
Przez śluzę wleciał do długiego, zakrzywiającego się tunelu, w którym jakaś siła sprawiła, że niezwykle szybko pomknęli przed siebie. Widział rozciągniętego niczym struna ojca i migocącą gdzieś przed nim Mary. Tunele zrobiły się nagle przeźroczyste i widział atmosferę Tytana. Pomyślał, że jest w wielkiej, będącej wytworem rozchwianej wyobraźni zjeżdżalni, i zaraz wpadnie do jeziora metanu. Obraz po bokach rozmazywał się, widział jedynie ojca oraz matkę przed nim. Na twarzy poczuł krople; Charles łkał, ciągnąc za sobą sznur łez uwalnianych z ogromnych kanalików łzowych.
Przyspieszyli tak bardzo, że stracił ich z oczu. W pewnym momencie ledwie wyrobił się na zakręcie i otarł sobie ramię o coś twardego.
Tunele widocznie zapętlały się, bo rodzice znaleźli się za nim. Teraz Mary był bliżej, a Charles dalej.
Potem korytarz wypluł Lucjana do pierwotnego pomieszczenia.
Wracając do siebie, a później także leżąc w łóżku, przed oczami miał obraz ojca mocno przytulającego matkę. Byli do siebie tacy podobni. Jak dwie krople wody.
***
Lucjan ujrzał ją o zmroku – ośmiornicę świecącą za sprawą bioluminescencji roślin, które zebrała z dna oceanu. Zwierzęta te były niezwykle inteligentne, wykorzystywały różne przedmioty jako narzędzia. Oczywiste. Tylko skąd wiedziała, że Lucjan nie widzi w ciemności?
W mackach trzymała niewielki przedmiot. Przyciskała go do przeźroczystego sufitu.
Skafander!
Moment później płynął między koralowcami, szukając stworzenia, które zdążyło gdzieś uciec, kiedy on pospiesznie szykował się do wypłynięcia w oceaniczne mroki. Snop światła z latarki hełmu wyłuskiwał z przestrzeni skamieniałe pąki, sennie falujące algi, organiczne drobinki wyplute przez położone dużo niżej kominy hydrotermalne.
W przytłaczającym zrezygnowaniu, wyłączywszy latarkę, niespodziewanie ujrzał zieloną ścieżkę biegnącą parabolą nad koralowcami. Widocznie ośmiornica zostawiła bioluminescencyjne roślinki za sobą, żeby Lucjan mógł do niej dotrzeć.
Płynąc, zastanawiał się, dlaczego nie mogła położyć skafandra przed śluzą. Do tej pory wszystko w życiu było takie, jak powinno – naturalnie łatwe. Teraz musiał wykazać się cierpliwością, która, o dziwo, nie była czymś zupełnie nowym, a bardziej zapomnianym. Przywodziła na myśl pokryty patyną kieliszek zatopionego statku, odwiedzonego przez Lucjana w zeszłym roku w ramach kontrolowanej przez asystenta wycieczki.
Dopiero teraz spostrzegł, że asystent nie działa. Wyczuwał go jak dziecko łono matki, dające poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Teraz, płynąc coraz niżej, doświadczał rosnącego powoli ciśnienia; toń stanowiła antytezę wód płodowych – była miejscem, skąd człowiek chce czym prędzej uciekać.
Opanowanie lęku opłaciło się, gdyż Lucjan dotarł do podwodnej pieczary pełnej świecących roślin. Tańcząca w nich ośmiornica zamarła – wyglądała tak pięknie, majestatycznie i tajemniczo – po czym runęła na niego. Zatrzymała się pół metra przed Lucjanem, szmer wody zamarł. Falujące macki przypominały perukę z lokami Mary. Ślepia o pionowych źrenicach zdawały się wyrażać ból.
Dała mu prezent, pakunek ze skafandrem, po czym oplotła mackami Lucjana od tyłu i wystrzelili z groty niczym pocisk.
***
Tym razem czarne drzwi stały otworem – niewielką szczeliną uchylały rąbka tajemnicy wirującego w kosmosie cylindra. Wszystkie pozostałe przejścia, prowadzące na inne planety, zostały zamknięte. Lucjan nie wiedział, dlaczego tak się stało, wzbudziło to w nim nieprzyjemne uczucie, jakby ta niewidzialna siła w mieszkaniu zyskała jeszcze większy wpływ na otaczającą go rzeczywistość. A może zawsze ją miała?
Siedział na ziemi, oparty plecami o zimną ścianę, za którą trwały delikatne rafy koralowe. Skafander leżał na podłodze obok niego. W mieszkaniu zrobiło się chłodniej, miękkie cienie alg sennie omiatały przestrzeń.
Asystent nagle się uaktywnił ponad miarę. Zaproponował Lucjanowi posiłek, choć to nie była jeszcze pora kolacji. Zachęcał do gorącej kąpieli, już nawet napełniał stojącą obok prysznica wannę i z łazienki wydobywała się przesycona olejkami eterycznymi para. Włączył muzykę, cichy, spokojny ambient na granicy świadomości. Zachowywał się tak, jakby chciał Lucjana odwieść od przekroczenia progu czarnych drzwi. Wszystkie te rzeczy koiły Lucjana, jednak dziś wywoływały rozdrażnienie.
Chwycił skafander, wstał i zaczął go zakładać. Mieszkanie próbowało go powstrzymać. Lucjanowi przeszło przez głowę, że asystent nie chce doprowadzić do przedwczesnego porodu.
Za późno.
***
Tym razem po drugiej stronie Lucjan oddychał swobodnie. W niemal całkowitej ciszy własny oddech brzmiał donośnie. W tle rozlegał się poszum tego zawieszonego w próżni olbrzymiego cylindra. Lucjan miał nadto tlenu, żeby zostać tu wiele godzin, choć absolutnie nie chciałby tego, bowiem miejsce to wywoływało w nim niezrozumiałe napięcie. Nieważki, podleciał do jednej z unoszących się w przestrzeni rzeczy. Okazało się, że to trumna, relikt przeszłości. Symbol. Otworzył ją, spodziewając się ujrzeć ciało, lecz na batystowej wyściółce zobaczył niewielki karminowy czip, który podpina się do kory potylicznej. Skąd to wiedział? Przetarł go kciukiem i schował do kieszeni kombinezonu, po czym ruszył sprawdzić pozostałe trumny.
Lecąc dalej, miał nieodparte wrażenie, że ciało i żołądek poruszają się niesynchronicznie. Czuł, że powinien stąd uciekać, lecz nie wiedział, dlaczego.
Blade pociągłe oblicze o orlim nosie, lekko rybie oczy, usta wąskie niczym włos – w kolejnej trumnie leżało ciało ubrane w cielisty, cienki kombinezon. Postać była podobna do ojca i matki.
Lucjan przyciągnął pozostałe dwie trumny i wszystkie ustawił w rzędzie. W każdej znajdowało się blade ciało, każde wyglądało podobnie – orli nos, cienkie usta, rybie oczy… Jak rodzeństwo, jak dzieci, które…
Kim jestem?
***
Czip podłączył do kory potylicznej, leżąc na łóżku i wpatrując się w falujące nad przeźroczystym sufitem algi. Przeczytał o ojcu, który chciał stworzyć idealne dzieci. Nie wytrzymał tego, że się pozabijały. O tym, że kolejne, widząc jego cierpienie, odwróciły role. Dlaczego się na to zgodził? Ponieważ już go nie było, tożsamość rozsypała się niczym gwiezdny pył, przestało mu się cokolwiek chcieć, przestało na czymkolwiek zależeć. Czytając, Lucjan przypomniał sobie ogromny ból, a potem pustkę, wypalającą w oczach szarość świata. Słowa Mary, gdyż to właśnie ona napisała ten dziennik, rezonowały z nim, mógł w nich przejrzeć się niby w lustrze. Nie tyle zniekształconym, co zaśniedziałym.
Przeczytał wreszcie o tym, jak Mary sobie radziła z parentyfikacją. Na początku wraz z Charlesem byli zgodni co do tego, że powinni przejąć nad ojcem pieczę. Lucjan mrugał, coraz bardziej zdziwiony, zagłębiając się w coś, czego nigdy nie powinien był ujrzeć.
Ojciec trzymał nas pod szklanym kloszem. Tak się kiedyś mówiło. Żyliśmy jak pączki w maśle. Ha, ha. Mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Mogliśmy robić, czego dusza zapragnie. Mieliśmy rodzeństwo. Pewnego dnia Charles, mój brat, dowiedział się, że popełnili samobójstwa. Zaczęłam z nim szukać, wręcz drążyć, aż przypadkowo znaleźliśmy w sieci informacje o tym, jak wygląda rzeczywistość. Informacje ogólnodostępne, lecz ukrywane przed nami przez ojca.
Od dawna nie używało się takiego pojęcia jak dziecko. Zamiast tego mówiono następcza pula genetyczna. Wsteczna pula genetyczna – rodzice – kierowała rozwojem następczej tak, aby ta była jak najbardziej pożądana na rynku. Dzieci stały się absolutnym narcystycznym przedłużeniem rodziców. Nasz ojciec, wiedziony poczuciem winy, zbuntował się tej idei, i postanowił otoczyć nas nieskończoną opieką. Tak jakbyśmy zatrzymali się w rozwoju na etapie dwuletniego dziecka. Mimo tego doszło do wspomnianych samobójstw.
Co zrobiliśmy? Przejęliśmy nad nim opiekę. Stworzyliśmy mu dom, a w nim sztucznego asystenta – sztuczne łono. Czy zrobiliśmy to z troski? Sama nie wiem. Przez złożone modelowanie modus operandi ojca stał się naszym. Pragnełam pęknięcia w kloszu.
Potem pojawił się rozłam. Charles chciał utrzymać status quo. Ja natomiast zapragnęłam dać ojcu replikę naszego doświadczenia. Chciałam, żeby poznał prawdę, odnajdując ten dziennik. Chciałam nim wstrząsnąć tak samo, jak nami wstrząsnęła wieść o śmierci naszego rodzeństwa.
Pragnęłam pęknięcia w kloszu.
Zmieniłam ośmiornicę, która go zaatakowała. Do baru na spotkanie sprowadziłam kolejne pęknięcie w postaci Xzielafa. Wreszcie doprowadziłam do tego, że teraz, kiedy to czytasz, okrutny ojcze, jak po nitce do kłębka – ha, ha – trafiłeś do tego przemysłowego odpadu, kosmicznego kontenerowca będącego jedną wielką trumną.
Trauma sprawiła, że zapomniałeś.
Teraz zapomnisz drugi raz.
***
Lucjan obudził się w miękkim, ciepłym łóżku. Przez chwilę nie wiedział, czy oczy ma już otwarte, czy jeszcze śni; światło sączyło się przez wodę w ten sam sposób co zawsze, leniwie, bez pośpiechu, jakby czas był tu tylko kolejnym parametrem do regulacji. Leżał wpatrzony w falujące algi rzucające na ściany zielonkawe refleksy; na obrzeżach świadomości rodziło się skojarzenie z ośmiornicą, rozległe, nieostre.
Wstał – podłoga była idealnie dostosowana do temperatury stóp – by w przyjemnym roztargnieniu wziąć prysznic. Potem zjadł śniadanie. Asystent rozszerzył menu do pięciu pozycji. Ciekawe, pomyślał Lucjan, wahając się ułamek sekundy, nie dlatego, że podjęcie decyzji okazało się trudne, lecz dlatego, że sam akt wyboru wydał mu się dziwnie odległy, jakby należał do kogoś innego.
Czarne drzwi były idealnie domknięte, bez żadnej szczeliny, jak gdyby nigdy donikąd nie prowadziły. Mimo to wyczuł w nich niewidoczne pęknięcie. Nie przejął się tym. A raczej, mówiąc precyzyjniej, przejęcie nie mogło wybrzmieć, odczucia w ciele wzbierały i rozsypywały się, zanim zyskały choćby przedświadome znaczenie.
Lucjan podszedł do szyby i spojrzał na rafy. Wydawało mu się, że słyszy szelest oceanu. Ryby wirowały, algi falowały, świat trwał w doskonałej równowadze. Na ułamek sekundy pojawiła się myśl, że coś powinno boleć. Że gdzieś, bardzo głęboko, powinien odczuwać stratę. Brak. Idea ta jednak nie wybrzmiała w pełni, odpłynęła, rozpuszczona w łagodnym, ciepłym tle.
– Kim jestem? – zapytał cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby.
Pytanie zawisło w powietrzu, nie wywołując żadnej reakcji, ani na zewnątrz, ani w świecie wewnętrznym. Nie było nikogo, kto mógłby je naprawdę zadać.
Asystent zapomniał zająć się jedną sprawą – otartym ramieniem – a dotyk bolącego miejsca sprawił, że Lucjan przypomniał sobie lot w tunelu. Najpierw oni przed nim, później on przed nimi. Rodzice, później dzieci. Asystent natychmiast zajął się obrażeniem, jednocześnie próbując stłumić związane z nim wspomnienie. Okazało się wyjątkowo odporne na wymazanie. Rozsypywało się i odradzało jak feniks z popiołów. Wreszcie asystent zapytał, czy Lucjan chciałby je zachować.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko i wrócił do swoich spraw.
Dziń dybry,
Ruszył dalej, tym razem sprawdzić wszystkie drzwi w mieszkaniu.
Zabrakło mi by.
→ Ruszył dalej, by tym razem sprawdzić wszystkie drzwi w mieszkaniu.
Lucjan próbował uwolnić się
Zmieniłabym szyk:
→ Lucjan próbował się uwolnić
W gęstej, pomarańczowej atmosferze unosiła się stacja badawcza o przeźroczystym poszyciu.
Dlaczego stacja badawcza jest napisana kursywą?
odparła z bólem w głosie, wyschniętym z powodu lat cierpienia.
Ładne.
Przysiadło na powiekach, spłynęło policzkami, wsiąkło w ciało.
Wooow. Mmm, aż mi się ciepło zrobiło :)
Mars przywitał Lucjana monochromatycznym pokojem i niską grawitacją. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie, podekscytowany wszedł do baru z panoramicznym widokiem na smużystą cynobrową równinę.
Mars wszedł do baru?
i ten cień w cieniu
Hm? Nie rozumiem.
brokułów – co sprawiło, że na czole Lucjana zakwitła poprzeczna bruzda irytacji.
Hahah, też nie cierpię brokułów ;p
Kiedy na niedomytej przez robota podłodze poślizgnął się
Zmieniłabym szyk:
→ Kiedy się poślizgnął na niedomytej przez robota podłodze
Nie chciał wracać na Mars
a nie na Marsa? Czy to powszechnie powielany błąd?
– Ale za ośmiornicę już tak. Powinnaś mi powiedzieć.
Powinnaś była mi powiedzieć, bo to czas przeszły.
jakby chciał Lucjana odwieźć od przekroczenia progu czarnych drzwi.
odwieść
Pragnełam peknięcia w kloszu.
→ Pragnęłam pęknięcia w kloszu.
Nie trzeba pisać koniec, Portal to robi za nas :P
Fiu, fiu, fiu. Jakiż to jest piękny tekst! Nie jestem pewna, czy dobrze wszystko zrozumiałam, ale może z czasem ułoży mi się wszystko w głowie. Na pewno zostanie to opowiadanie ze mną na długo.
Podobała mi się symbolika wspomnianych w opowiadaniu następczej i wstecznej puli genów w scenie, gdzie Lucjan płynął tunelem i najpierw przed nimi płynęli rodzice, a potem znaleźli się za nimi. Piękne i genialne.
Czyli to Lucjan jest rodzicem Mary i Charlesa. Ciekawy zwrot akcji.
Ciekawa i zarazem przygnębiająca jest ta pętla przekleństwa, czy jakkolwiek to nazwać. Lucjan zawsze będzie zadawał sobie pytanie, kim jest i jak tylko odkryje prawdę, zawsze będzie o niej zapominał i pytanie będzie drążyć mózg od nowa. Trudno wyobrazić sobie gorsze męki. Czy to jest zaplanowana tortura przez Mery i Charlesa za to, że doprowadził do samobójstwa swoje dzieci a ich rodzeństwo?
Warsztat jest fascynujący, miałam wrażenie, że nawet już nie oglądam filmu, tylko jestem w tym uniwersum, żyję tym wszystkim.
Z tych powodów uważam, że klik do Biblioteki to za mało. Tekst otrzyma ode mnie nominację Piórkową, jak tylko zyskam prawa lożanki :)
Serdeczne gratulacje i pozdrawiam serdecznie!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Cześć, HollyHell91! Jejku, bardzo mi miło, nie spodziewałem się, że może się tak spodobać.
Dziekuję za odwiedziny i komentarz! Myślę, że uchwyciłaś główny przekaz opowiadania, a reszta to interesujące interpretacje. Bo czyż proza nie jest maszyną do interpretacji? :-)
Stacja badawcza kursywą, żeby był ślad, żeby móc kwestionować, czym mnaprawdę było to miejsce. Choć powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że to przestrzelony pomysł.
Brokułów lubię, jeśli są dobrze doprawione. Ale pamiętam, że to jedna z tych rzeczy, których się nie lubi, bo jest się jako dziecko do nich zmuszanym.
Nie wiem, czemu napisałem koniec. Może w trosce o czytelnika, wiedząc, że w tych czasach wszyscy mamy tendencję do scrollowania w dół do upadłego; ten wspaniały kciuk, paradoksalnie, może nas cofnąć w rozwoju :-o
Lecę poprawić błędy.
Również pozdrawiam serdecznie!
Cześć, HollyHell91! Jejku, bardzo mi miło, nie spodziewałem się, że może się tak spodobać.
Dziekuję za odwiedziny i komentarz!
Cieszę się, że się cieszysz :)
Myślę, że uchwyciłaś główny przekaz opowiadania, a reszta to interesujące interpretacje. Bo czyż proza nie jest maszyną do interpretacji? :-)

Stacja badawcza kursywą, żeby był ślad, żeby móc kwestionować, czym naprawdę było to miejsce. Choć powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że to przestrzelony pomysł.
Raczej nikt tak tego nie odbierze, ja bym usunęła kursywę.
Nie wiem, czemu napisałem koniec. Może w trosce o czytelnika, wiedząc, że w tych czasach wszyscy mamy tendencję do scrollowania w dół do upadłego; ten wspaniały kciuk, paradoksalnie, może nas cofnąć w rozwoju :-o
Ja na szczęście jestem na to odporna, ale tak, to obecnie plaga.
Również pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Istotnie. Kursywa zmieniona. ![]()