- Opowiadanie: HollyHell91 - Ale zbaw nas ode złego

Ale zbaw nas ode złego

To moje pierw­sze w życiu na­pi­sa­ne tak dłu­gie opo­wia­da­nie i jed­no­cze­śnie pierw­sze umiej­sco­wio­ne w śre­dnio­wie­czu. Tekst ten, jak do tej pory, wy­ma­gał ode mnie naj­wię­cej pracy: spraw­dza­nia, wer­to­wa­nia ksią­żek, ana­li­zo­wa­nia, be­to­wa­nia...

I tutaj na­le­ży po­dzię­ko­wać wspa­nia­łym be­tu­ją­cym: Mar­sza­waMłody pi­sarzKsięż­nik_Jar­ken­da­ru.

 

P.S. dla bruce: W tek­ście wy­stę­pu­ją z dwa lub trzy wul­ga­ry­zmy.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ale zbaw nas ode złego

Elż­bie­ta nie zno­si­ła wizyt w mia­stach. Nie cier­pia­ła tłu­mów, gwaru, stu­ko­tu wozów, ryku za­rzy­na­nych zwie­rząt, wszech­obec­ne­go smro­du, rynsz­to­ków peł­nych naj­gor­sze­go pa­skudz­twa, jakie czło­wiek jest w sta­nie wy­two­rzyć. A naj­bar­dziej nie­na­wi­dzi­ła tych, któ­rzy za nic mieli za­sa­dę, by ostrzec po­ru­sza­ją­cych się piesz­ni­kiem przed wy­la­niem nie­czy­sto­ści z okna.

Nie­ste­ty sy­tu­acja zmu­sza­ła ją do częst­szych od­wie­dzin Boch­ni. W całym dwu­dzie­sto­ośmio­let­nim życiu nie przy­szło jej jesz­cze mie­rzyć się z ta­ki­mi prze­ciw­no­ścia­mi. Coraz trud­niej było wy­ży­wić się z ogród­ka i pola przy­le­ga­ją­ce­go do jej sa­mot­ni w gó­rach. Już dru­gie lato z rzędu padał bez­li­to­sny deszcz, nisz­cząc wszyst­ko, co miało od­wa­gę odbić się od ziemi. W ostat­nich dniach pa­da­ło tak sro­dze, że łany zboża legły przy­gię­te do ziemi, jakby prze­szedł przez nie wście­kły ol­brzym. Więk­szość za­pa­sów w spi­żar­ni zgni­ła.

Ere­mit­ka szła żwawo, chcąc jak naj­szyb­ciej do­trzeć do targu. Jedną ręką trzy­ma­ła kur­czo­wo ka­le­tę, drugą na­cią­ga­ła habit na głowę, chro­niąc się przed rzę­si­sty­mi stru­ga­mi desz­czu. Za­mie­rza­ła wy­mie­nić wła­sno­ręcz­nie zro­bio­ną tu­ni­kę na, cho­ciaż­by, pół korca żyta, albo wór so­cze­wi­cy… i wra­cać do sie­bie. Służ­ba Bogu nie była je­dy­ną przy­czy­ną jej pu­stel­ni­cze­go życia.

Na­resz­cie cia­sne ulicz­ki roz­stą­pi­ły się przed nią i uka­za­ły upra­gnio­ny plac. Uj­rza­ła kilka kra­mów, na szczę­ście nie wszy­scy han­dla­rze zlę­kli się desz­czu. Albo po pro­stu nie mieli in­ne­go wyj­ścia. Tak jak ona.

Przy­spie­szy­ła kroku i za­uwa­ży­ła ludzi tło­czą­cych się na rynku, usta­wio­nych w okrę­gu wokół cze­goś na środ­ku. Za­cie­ka­wio­na po­de­szła bli­żej.

W pew­nym mo­men­cie za­trzy­ma­ła się gwał­tow­nie: nagły smród ude­rzył bez­li­to­śnie w noz­drza. Po­my­śla­ła, że chyba nigdy nie przy­zwy­czai się do za­pa­chu ludzi. Za­tka­ła nos i przez dłuż­szą chwi­lę klu­czy­ła wokół ciżby. W końcu zna­la­zła ide­al­ne miej­sce, gdzie odór nie był tak do­kucz­li­wy, a jed­no­cze­śnie obiekt za­in­te­re­so­wa­nia tłumu wi­docz­ny.

Na środ­ku placu uło­żo­no stos, lecz win­ne­go Elż­bie­ta nie do­strze­gła. Sta­wa­ła na pal­cach, wy­chy­la­ła głowę, ale nadal nie wi­dzia­ła nic oprócz stosu.

Co oni, dziec­ko ska­za­li? Bój­cie się Boga… – po­my­śla­ła.

Mię­dzy gło­wa­mi ga­piów do­strze­gła jakiś ruch. Przed sto­sem sta­nął, są­dząc po odzie­niu, urzęd­nik są­do­wy. Roz­wi­nął per­ga­min, by od­czy­tać wyrok.

– Oskar­żo­ny winny jest pod­ło­że­nia ognia pod sie­dem do­mostw tuże, mie­ście Boch­ni oraz na sku­tek tego do­pro­wa­dze­nia do śmier­ci czło­wie­ka, Mie­czy­sła­wa Je­zior­ne­go, ojca, brata, syna i na­sze­go są­sia­da. Wszyst­kie znaki na nie­bie i ziemi wska­zu­ją, że zwie­rzę jest cho­wań­cem tu­dzież sługą na­sze­go naj­więk­sze­go wroga – sza­ta­na, który sprze­ci­wił się woli Boga. Na mocy prawa bo­skie­go i ludz­kie­go, ex auc­to­ri­ta­te sądu miej­skie­go, ska­zu­ję tegoż… – tu urzęd­nik się za­wa­hał – ptaka na karę sto­sow­ną do jego prze­wi­ny, to jest spa­le­nie na sto­sie.

Krzy­ki ra­do­ści, pię­ści w górze. Elż­bie­ta nie była pewna, czy do­brze usły­sza­ła wyrok. Chcieli spa­lić ptaka? Ptak pod­ło­żył ogień? Czy ich wszyst­kich dia­beł opę­tał?

Tłum sta­now­czo do­ma­gał się spa­le­nia zwie­rzę­cia. Elż­bie­tę ogar­nął nie­przy­jem­ny żar, zimny i go­rą­cy jed­no­cze­śnie. Czuła, że musi coś zro­bić. Nie zwa­ża­jąc na smród i bli­skość ludzi, prze­py­cha­ła się łok­cia­mi, by do­trzeć do środ­ka placu. Nie prze­pra­sza­ła, gdy trą­ci­ła kogoś łok­ciem w twarz, jej rów­nież nikt nie prze­pro­sił za mocne pchnię­cie w ramię. Do nosa ere­mit­ki do­tarł swąd spa­le­ni­zny; już wręcz ko­pa­ła ludzi, chcia­ła tylko do­trzeć do stosu, prze­rwać to okrut­ne wi­do­wi­sko…

– Prze­stań­cie! – krzyk­nę­ła, ale za­głu­szy­ło ją wycie tłumu. Nie wie­dzia­ła, czy bar­dziej prze­ra­żał ją sam wyrok, czy nie­na­wiść wy­do­by­wa­ją­ca się z dzie­sią­tek gar­deł.

Na­resz­cie udało się prze­bić przez ga­wiedź, ale nie­ste­ty było już po wszyst­kim.

Ogień tra­wił pod­nó­że stosu. Mię­dzy pło­mie­nia­mi uka­za­ło się coś nie­wiel­kie­go i zwę­glo­ne­go, co jesz­cze przed chwi­lą było pta­kiem.

Elż­bie­ta długo wpa­try­wa­ła się w ten smut­ny obraz. Z za­du­my wy­rwał ją do­pie­ro dzwon bi­ją­cy z wieży po­bli­skie­go ko­ścio­ła. Wtedy spo­strze­gła, że tłum opu­ścił plac.

Ru­szy­ła w po­szu­ki­wa­niu noc­le­gu.

 

 

Noc by­ła­by cicha i spo­koj­na, gdyby ten prze­klę­ty deszcz w końcu prze­stał padać. Gęste kro­ple obi­ja­ły się o belki, prze­dzie­ra­ły przez dach go­spo­dy, ka­pa­ły na kle­pi­sko. Nie­szczel­ne ścia­ny prze­pusz­cza­ły wiatr, a jakby tego wszyst­kie­go było mało, to po­dusz­kę, na któ­rej Elż­bie­ta pró­bo­wa­ła wy­god­nie się uło­żyć, z pew­no­ścią wy­peł­nio­no słomą, a nie gę­si­mi pió­ra­mi.

Jed­nak nie brak wygód był po­wo­dem jej bez­sen­no­ści. Nie mogła wy­rzu­cić z głowy ob­ra­zu zwę­glo­ne­go ptaka, a ra­czej tego, co po nim zo­sta­ło. Elż­bie­ta ko­cha­ła zwie­rzę­ta chyba nawet moc­niej niż świę­ty Fran­ci­szek z Asyżu, choć oczy­wi­ście nigdy nie od­wa­ży­ła­by się po­wie­dzieć tego na głos. Miesz­ka­jąc poza mia­stem, rza­dziej mie­wa­ła stycz­ność z taką bez­względ­no­ścią, jak cho­ciaż­by te tor­tu­ry, które wy­da­rzy­ły się przed za­cho­dem słoń­ca. Nie była przy­zwy­cza­jo­na do tak okrut­nych wi­do­ków.

Pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć ludzi tak żąd­nych śmier­ci zwie­rzę­cia – sę­dziów nie wa­ha­ją­cych się ska­zać na spa­le­nie oraz kata, któ­re­mu nawet nie drgnę­ła po­wie­ka, gdy pod­kła­dał ogień pod stos. Czy ta pta­szy­na miała w ogóle obroń­cę? Bar­dzo wąt­pli­we.

Po­dob­no ptak pod­pa­lił czy­jeś do­mo­stwo. Nawet jeśli, to pew­nie zro­bił to nie­świa­do­mie – może zła­pał jakąś pło­ną­cą ga­łąz­kę i bez­wied­nie zrzu­cił na strze­chy…

A jeśli istot­nie zwie­rzę było na­rzę­dziem sza­ta­na? Albo sza­ta­nem samym w sobie, który po­ja­wił się wśród nas? My­śląc w ten spo­sób, nie dzi­wi­ła się re­ak­cji sądu i ludu. Trud­no było wy­obra­zić sobie coś gor­sze­go, ani­że­li dia­bła ukry­te­go za maską zwie­rzę­cia, roz­sie­wa­ją­ce­go cho­ro­by i nie­szczę­ścia.

Lecz znów przy­po­mniał jej się widok bied­ne­go, spa­lo­ne­go zwie­rzę­cia, które mu­sia­ło prze­ży­wać trud­ne do wy­obra­że­nia ka­tu­sze i na tę myśl w oczach Elż­bie­ty po­ja­wi­ły się wiel­kie łzy. A co to zwie­rzę winne, że aku­rat na nie padło, że aku­rat je sza­tan wy­brał, aby za­rze­wi­ło ogień pod cha­łu­pą? Prze­cież zwie­rzę­ta nie mają ro­zu­mu, nie mają duszy, nie wie­dzą, co to mo­ral­ność i nie są świa­do­me swo­ich czy­nów, zwłasz­cza gdy kie­ru­je nimi sza­tan. To zwie­rzę trze­ba było ra­to­wać przed dia­błem, a nie ludzi przed zwie­rzę­ciem!

Elż­bie­ta wsta­ła z po­sła­nia i w ciem­no­ści szu­ka­ła ha­bi­tu. Wy­ma­ca­ła mokry ma­te­riał le­żą­cy na ławie, wcią­gnę­ła go szyb­ko na sie­bie. Po wdzia­niu rów­nie prze­mo­czo­ne­go płasz­cza za­drża­ła z zimna. Wtedy tknę­ła ją myśl: skąd weź­mie po­chod­nię czy cho­ciaż­by świe­cę? Nie chcia­ła bu­dzić ni­ko­go w go­spo­dzie, by nie na­ra­zić się na nie­wy­god­ne py­ta­nia. A ona z pew­no­ścią nie po­tra­fi­ła­by na nie zna­leźć od­po­wie­dzi – sama nie wie­dzia­ła do końca, co za­mie­rza zro­bić.

Po­de­szła do okien­nic i je otwo­rzy­ła. Księ­życ świe­cił jasno, jego świa­tło po­win­no wy­star­czyć. Dzię­ki niemu zdo­ła­ła też od­na­leźć no­ga­wi­ce i buty. Wdzia­ła je, po czym wy­szła z noc­le­gow­ni naj­ci­szej, jak po­tra­fi­ła.

 

 

Elż­bie­ta opu­ści­ła go­spo­dę. Wes­tchnę­ła głośno, bo wie­dzia­ła już, że czeka ją cięż­ka prze­pra­wa: wąska ulicz­ka roiła się od wor­ków i wozów, kupek słomy, śmier­dzą­cych skór zwie­rząt za­le­ga­ją­cych w rynsz­to­kach i Bóg wie, czego jesz­cze.

Po­cie­sza­ła się myślą, że za­jazd nie jest po­ło­żo­ny da­le­ko od placu. Wy­star­czy­ło przejść całą ulicz­kę, skrę­cić w prawo i już bę­dzie na rynku.

Za­czę­ła iść, ostroż­nie sta­wia­jąc stopy na śli­skim bruku. Tylko by tego bra­ko­wa­ło, żeby się po­śli­zgnę­ła i wy­lą­do­wa­ła w rynsz­to­ku peł­nym ludz­kich i zwie­rzę­cych od­cho­dów.

Ry­chło spo­strze­gła, że nie­któ­re worki le­żą­ce na ulicy nie były tak na­praw­dę wor­ka­mi. Lu­dzie przy­kry­ci po­rwa­ny­mi płasz­cza­mi czy sur­ko­ta­mi, le­żą­cy na mo­krym bruku, skar­ży­li się na los i nie­ustan­ny deszcz, osła­bio­nym gło­sem pro­si­li o je­dze­nie. Elż­bie­ta od­ma­wia­ła im, po­trzą­sa­jąc głową – zo­sta­wi­ła ka­le­tę w go­spo­dzie, poza tym sama nie­wie­le po­sia­da­ła.

Wszech­obec­na nędza i pła­czą­ce ci­chut­ko dzie­ci spra­wi­ły, że nie­mal za­po­mnia­ła o swoim celu. Rynek, mu­sia­ła do­stać się na rynek. Zo­ba­czyć… zwę­glo­ne zwie­rzę.

Coś czar­ne­go i ma­łe­go prze­bie­gło wskroś ulicz­kę. Ere­mit­ka nie zdą­ży­ła nawet się wzdry­gnąć, bo szczur zo­stał zła­pa­ny przez in­ne­go dra­pież­ni­ka. W świe­tle księ­ży­ca stwo­rze­nie przy­po­mi­na­ło sku­lo­ne­go czło­wie­ka, nad wyraz chu­de­go – kości nie­mal prze­bi­ja­ły się przez bliaud. Szczu­płe ręce skrę­ci­ły kark szczu­ro­wi i wło­ży­ły zwie­rzę do ust wła­ści­cie­la. Wtedy Elż­bie­ta zro­zu­mia­ła, że prze­cież to jest czło­wiek, tylko wy­chu­dzo­ny i znędz­nia­ły. Po­czu­ła ucisk w gar­dle i sercu. Miała ocho­tę wró­cić się do go­spo­dy i wziąć coś z tam­tej­szej kuch­ni, przy­nieść temu bied­ne­mu czło­wie­ko­wi… Nie. Nie krad­nij.

Poza tym nie był to je­dy­ny gło­du­ją­cy czło­wiek na tej ulicy. A ilu gło­du­ją­cych było w całej Boch­ni? Nie po­tra­fi­ła pomóc tym lu­dziom.

Ktoś po­cią­gnął ją za płaszcz, ale się nie od­wró­ci­ła, tylko parła dalej. Nie od­po­wie­dzia­ła nic na mam­ro­ta­nie bie­da­ka. Gwał­tow­nym ru­chem wy­rwa­ła płaszcz z jego dłoni i zro­bi­ła kilka szyb­kich kro­ków, ry­zy­ku­jąc upad­kiem.

Ale oto już koń­czy­ła się ulicz­ka i za­czy­nał rynek.

Blask księ­ży­ca padał ide­al­nie na śro­dek placu i po­zo­sta­ło­ści stosu, tak jakby sam Bóg chciał, by Elż­bie­ta do­tar­ła tam jak naj­szyb­ciej. Ro­zej­rza­ła się, ale nie zo­ba­czy­ła ni­cze­go po­dej­rza­ne­go. Rynek w po­rów­na­niu do ulic wy­glą­dał nie­mal tak, jakby nędza miała do niego zakaz wstę­pu. Wła­dze mimo wszyst­ko nadal dbały o naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­ną część mia­sta.

Za­kon­ni­ca po­de­szła do miej­sca eg­ze­ku­cji nie­pew­nym kro­kiem, nie wie­dząc, czego po­win­na się spo­dzie­wać. Wy­obra­ża­ła sobie kupkę węgla, czy też szarą brył­kę, w któ­rej z tru­dem można się do­pa­trzyć kształ­tu ptaka…

Jed­nak­że przez głowę ere­mit­ki nie prze­szedł­by obraz, który wła­śnie uka­zał się jej oczom. Na dłuż­szą chwi­lę za­nie­mó­wi­ła.

Ptak leżał na boku. Żył. Z tru­dem od­dy­chał, ale żył. Tylko część piór miał osma­lo­ną, a nie­któ­re wy­glą­da­ły, jakby do­pie­ro co od­ro­sły. Dziób od­bi­jał blask księ­ży­ca, lśnił jak srebr­ne gro­sze pra­skie.

Elż­bie­ta długo nie mogła się ru­szyć. Zja­wi­sko było tak nie­sa­mo­wi­te, że aż bała się zro­bić co­kol­wiek, by­le­by tylko obraz ży­we­go ptaka nie oka­zał się ułudą.

W końcu od­wa­ży­ła się do­tknąć umę­czo­ne­go zwie­rzę­cia. Nadal od­dy­cha­ło, po­ru­szy­ło lekko skrzy­dłem.

Do oczu za­kon­ni­cy na­pły­nę­ły łzy ulgi. Do­słow­nie po­czu­ła, jak coś cięż­kie­go spa­dło jej z pier­si, umoż­li­wi­ło swo­bod­ne od­dy­cha­nie.

Wsu­nę­ła jedną dłoń de­li­kat­nie pod ciał­ko pta­szy­ny, a drugą pod­trzy­ma­ła jego głowę. Pta­szek pi­snął ci­chut­ko, ledwo sły­szal­nie. Otwo­rzył na chwi­lę oczko, które bły­snę­ło jak czar­na perła w bla­sku świec.

Elż­bie­ta zdję­ła kap­tur z ra­mion i owi­nę­ła w niego zwie­rzę. Wró­ci­ła do go­spo­dy naj­szyb­ciej, a jed­no­cze­śnie naj­ci­szej, jak po­tra­fi­ła, omi­ja­jąc po dro­dze wy­głod­nia­łych nę­dza­rzy.

 

***

 

Do­brze, że miała swój azyl. Gdyby miesz­ka­ła w mie­ście, bez wąt­pie­nia sza­tan już dawno prze­jął­by jej zmy­sły.

Była dumna z tego, że sama wszyst­ko zbu­do­wa­ła. Chat­ka sple­cio­na z wi­kli­ny i ule­pio­na z le­pi­ku w zu­peł­no­ści jej wy­star­cza­ła i była dla Elż­bie­ty szczy­tem zbyt­ku. Wię­cej nie po­trze­bo­wa­ła – w końcu mię­dzy in­ny­mi z tego po­wo­du zo­sta­ła naj­pierw za­kon­ni­cą, a potem ere­mit­ką. Im wię­cej rze­czy ma czło­wiek, tym bar­dziej się na tych rze­czach sku­pia, za­miast na sobie i bli­sko­ści z Bo­giem. Wię­cej się mar­twi, bo im wię­cej się po­sia­da, tym wię­cej też można stra­cić.

Poza tym już samo osie­dle­nie się na stałe w tak pięk­nym oto­cze­niu spra­wia­ło, że Elż­bie­ta czuła się naj­bo­gat­szą nie­wia­stą na świe­cie. Za chat­ką wid­niał las, na tyle gęsty, by od­nieść wra­że­nie opie­ki roz­ta­cza­nej przez na­tu­rę, lecz nie na tyle, by czuć prze­ra­że­nie od mroku, trud­ne­go do prze­bi­cia spoj­rze­niem. Z kolei przed domem roz­cią­ga­ła się ogrom­na po­la­na i łąki, opa­da­ją­ce ła­god­nie w dół, uka­zu­ją­ce góry na da­le­kim, nie­uchwyt­nym ho­ry­zon­cie. Wy­cho­dząc od chaty, można było spo­strzec po lewej stro­nie wąską rzecz­kę, ma­ją­cą swoje źró­dło za­pew­ne w tych­że da­le­kich gó­rach. Po pra­wej stro­nie Elż­bie­ta zbu­do­wa­ła też pro­wi­zo­rycz­ną oborę, która opu­sto­sza­ła już przed porą sie­wów, czyli pra­wie rok temu. Nie­prze­rwa­ne desz­cze spra­wi­ły, że nie było czym na­kar­mić ży­we­go in­wen­ta­rza i w re­zul­ta­cie też sie­bie. Zmu­si­ły Elż­bie­tę do ubi­cia ostat­niej świni, która po­zwo­li­ła prze­żyć naj­okrut­niej­szą porę roku – przed­nó­wek.

Jed­nak teraz jej myśli nie mą­ci­ła żadna bu­rzo­wa chmu­ra – umysł miała jasny jak słoń­ce. Gdy do­tar­ła do chat­ki, była po­dwój­nie szczę­śli­wa. Po pierw­sze: zdo­ła­ła sprze­dać uszy­tą przez sie­bie tu­ni­kę i nabyć za nią upra­gnio­ną so­cze­wi­cę oraz ćwierć korca zboża, a po dru­gie: pta­szy­na prze­ży­ła wy­ko­na­nie wy­ro­ku bez­li­to­sne­go sądu.

Za­kon­ni­ca po­ło­ży­ła de­li­kat­nie za­wi­niąt­ko na ławie i od­su­nę­ła po­wo­li poły kap­tu­ra.

Serce sko­czy­ło jej do gar­dła, gdyż zwie­rzę nie da­wa­ło żad­nych oznak życia. Już czuła na­pły­wa­ją­ce łzy, kiedy pierś pta­szy­ny unio­sła się nieco. Zwie­rzę bły­snę­ło okiem w stro­nę za­kon­ni­cy. Elż­bie­ta za­śmia­ła się cicho ze szczę­ścia, ka­mień spadł jej z serca.

Za­uwa­ży­ła też, że ptak ma o wiele wię­cej piór, niż gdy za­bra­ła go spod stosu. Mało tego, wszyst­kie mie­ni­ły się in­ten­syw­ną czer­wie­nią! Wie­dzio­na cie­ka­wo­ścią ujęła jedno pióro w palce…

– Aaaa! – krzyk­nę­ła prze­ra­żo­na, zanim jesz­cze zro­zu­mia­ła, co się wła­ści­wie stało.

Przed ocza­mi śmi­gnę­ła jej wiąz­ka ognia, nad głową po­czu­ła żar, a w nosie dym. Onie­mia­ła wpa­try­wa­ła się przez chwi­lę w dach tra­wio­ny przez ogień. Na szczę­ście oszo­ło­mie­nie szyb­ko ją opu­ści­ło: po­bie­gła po wia­dro, na­bra­ła do niego wody z rzecz­ki i po­pę­dzi­ła dra­bi­ną na dach, o mało z niej nie spa­da­jąc. Czyn­ność mu­sia­ła po­wtó­rzyć trzy razy, ale na szczę­ście zdo­ła­ła ura­to­wać resz­tę dachu i do­byt­ku.

Wró­ci­ła do chaty, spoj­rza­ła na dach od środ­ka. Dziu­ra była nie­wiel­ka; jutro z sa­me­go rana na­rą­bie żer­dzi na nową łatę i przy­nie­sie pęk słomy, żeby ją do­sztu­ko­wać. Spoj­rza­ła na ławę, lecz ptaka na niej nie było.

Usły­sza­ła po­dmuch w głębi izby, od­wró­ci­ła głowę. W pa­le­ni­sku po­ja­wi­ły się małe pło­mie­nie, które szyb­ko za­czę­ły ro­snąć. Po krót­kiej chwi­li po­miesz­cze­nie wy­peł­ni­ło przy­jem­ne cie­pło. Zdu­mio­na Elż­bie­ta ro­zej­rza­ła się bacz­niej i doj­rza­ła ptaka sie­dzą­ce­go na ławie na­prze­ciw­ko pa­le­ni­ska, który hardo krę­cił szyją do­ko­ła i łypał na nią okiem oskar­ży­ciel­sko. Z błysz­czą­ce­go dzio­ba wy­do­by­wa­ła się wąska struż­ka dymu.

– A niech mnie pie­kło po­chło­nie… – za­klę­ła Elż­bie­ta. – Prze­cież to… naj­praw­dziw­szy… fe­niks!

Ptak, jakby na po­twier­dze­nie tych słów, do­ło­żył jesz­cze ognia do pa­le­ni­ska za po­mo­cą dzio­ba.

Za­kon­ni­ca stała oszo­ło­mio­na.

Przy­po­mnia­ła sobie czasy klasz­tor­ne i dłu­gie wie­czo­ry w skryp­to­rium, spę­dzo­ne na prze­pi­sy­wa­niu opa­słych ksiąg obi­tych cie­lę­cą skórą. Nie­jed­no­krot­nie na­tknę­ła się w nich na opisy le­gen­dar­nych stwo­rzeń, ja­ki­mi były fe­nik­sy, a szcze­gól­nie za­pa­dły jej w pa­mięć frag­men­ty z księ­gi De ani­ma­li­bus libri XXVI Al­ber­ta Wiel­kie­go. Wtedy ma­rzy­ła, by spo­tkać takie ma­je­sta­tycz­ne zwie­rzę.

Teraz nie wie­dzia­ła, co po­cząć. Po­wo­li pod­cho­dzi­ła do ławy, na któ­rej znaj­do­wał się ptak. Oboje nie spusz­cza­li z sie­bie wzro­ku.

Elż­bie­ta usia­dła ostroż­nie obok fe­nik­sa. Ptak zo­stał na swoim miej­scu, nadal bacz­nie przy­glą­da­jąc się czło­wie­ko­wi.

Wpa­try­wa­li się w sie­bie jesz­cze długo, ogrze­wa­ni cie­płem bi­ją­cym z pa­le­ni­ska. W błysz­czą­cych oczkach pta­szy­ny Elż­bie­ta doj­rza­ła coś, czego nie za­ob­ser­wo­wa­ła jesz­cze nigdy wcze­śniej u żad­ne­go zwie­rzę­cia. Rozum. Świa­do­mość. Duszę…?

Nie bluź­nij, upo­mnia­ła się w my­ślach.

W tym samym mo­men­cie ptak od­wró­cił opie­rzo­ną głów­kę i ro­zej­rzał się ba­daw­czo po chat­ce. Ku ogrom­ne­mu za­sko­cze­niu Elż­bie­ty pod­sko­czył bli­żej niej, na od­le­głość dłoni. Znów spoj­rzał na nią, ale tym razem su­ro­wość w jego oczkach ustą­pi­ła uf­no­ści.

Z kolei w oczach ere­mit­ki po­ja­wi­ły się łzy wzru­sze­nia, a w sercu fa­scy­na­cja prze­mie­sza­na z lę­kiem.

– Ty… wiesz, kim je­stem… – mó­wi­ła nie­śmia­ło. – Ty wiesz, że to ja… za­bra­łam cię spod stosu?

Ptak po­chy­lił głowę, po czym bły­ska­wicz­nie się wy­pro­sto­wał. Za­ćwier­kał pięk­nym tre­lem, ja­kie­go Elż­bie­ta jesz­cze nie sły­sza­ła.

Za­chwy­ci­ła i prze­ra­zi­ła się jed­no­cze­śnie.

Na wszyst­kich świę­tych, ten ptak mnie ro­zu­mie. Boże, czy to jakaś próba? A może fak­tycz­nie to sługa sza­ta­na? Może lu­dzie mieli rację…

Nagle w chat­ce zro­bi­ło się jasno. Za­kon­ni­ca pier­wej zdez­o­rien­to­wa­na, po chwi­li zro­zu­mia­ła, że to prze­cież świa­tło za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Tak dawno go nie wi­dzia­ła, że już za­po­mnia­ła, jak wy­glą­da…

Wy­bie­gła przed dom z ogrom­nym uśmie­chem na twa­rzy. Słoń­ce o bar­wie kwia­tu maku prze­bi­ja­ło się śmia­ło przez chmu­ry, ob­da­rza­jąc na­dzie­ją ere­mit­kę i za­pew­ne wszyst­kich miesz­kań­ców Boch­ni, o któ­rych mi­mo­wol­nie po­my­śla­ła.

– Ko­niec desz­czu! Ko­niec głodu! Za­praw­dę to ko­niec cier­pie­nia!

Czuła taką ra­dość w sercu, że aż za­tań­czy­ła kilka kro­ków. Ze śmie­chem i śpie­wem na ustach wró­ci­ła do chaty. Uj­rza­ła pięk­ny obraz, tak pięk­ny, że aż za­sty­gła na dłuż­szą chwi­lę.

Słoń­ce prze­bi­ja­ją­ce się przez dziu­rę w dachu do­sko­na­le oświe­tla­ło fe­nik­sa, który w tym mo­men­cie wy­glą­dał ma­je­sta­tycz­niej niż naj­pięk­niej­sze ilu­mi­na­cje w klasz­tor­nych księ­gach. Zda­wa­ło się, że czer­wo­ne pióra od­ro­sły jesz­cze buj­niej, a ich koń­ców­ki mie­nią się zło­tem. Dziób lśnił zja­wi­sko­wo, ni­czym dia­ment na na­szyj­ni­ku opata, który miała oka­zję wi­dzieć tylko raz w życiu. Ptak przy­po­mi­nał bó­stwo, od któ­re­go biły mą­drość i dobro.

Ere­mit­ka miała ocho­tę upaść na ko­la­na i oddać cześć zwie­rzę­ciu. Le­d­wie się po­wstrzy­ma­ła.

– To nie sza­tan cię ze­słał na ten świat – wy­szep­ta­ła gło­sem drżą­cym ze wzru­sze­nia. – Tylko Bóg. Je­steś darem od Boga.

Fe­niks po­chy­lił głowę, wy­pro­sto­wał się i wydał z sie­bie nie­sa­mo­wi­ty trel, w któ­rym Elż­bie­ta usły­sza­ła samą do­broć. W izbie roz­brzmia­ły pie­śni po­chwal­ne na cześć wsze­go stwo­rze­nia, słoń­ca, sa­me­go Stwo­rzy­cie­la, nio­sły dobrą no­wi­nę aż po łąki i do­li­ny do sa­mych gór.

 

 

Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go Bóg tak bar­dzo wy­sta­wiał ją i ludz­kość na próbę. Nie­ustan­nie wer­to­wa­ła w gło­wie Księ­gę Hioba, by jakoś to sobie wy­tłu­ma­czyć, ale po­ko­ra przy­cho­dzi­ła jej z coraz więk­szym wy­sił­kiem. Po­cie­sza­ła się też obec­no­ścią fe­nik­sa, któ­re­go ze­słał Stwór­ca. Naj­wy­raź­niej miał wobec niej kon­kret­ne za­mia­ry. Nic się nie dzie­je bez przy­czy­ny.

Mimo to Elż­bie­ta, wy­cho­dząc do spi­chle­rza, gniew­nie kie­ro­wa­ła twarz w stro­nę sza­re­go nieba. Po­zwa­la­ła desz­czo­wi spły­wać po po­licz­kach, na­sią­kać tu­ni­kę, wni­kać aż do gie­zła. Pa­trzy­ła w niebo z nie­na­wi­ścią, bez­rad­no­ścią, nie­zro­zu­mie­niem. Głód prze­szy­wał jej trze­wia nie­mal do ple­ców.

Jeśli co­kol­wiek po­zo­sta­ło w spi­chle­rzu, to wszyst­ko zgni­ło i sple­śnia­ło. Zdo­ła­ła zużyć je­dy­nie po­ło­wę tego, co na­by­ła przed dwoma nie­dzie­la­mi na targu w Boch­ni. Resz­ta so­cze­wi­cy i zboża nie nada­wa­ła się do spo­ży­cia.

W polu nie ucho­wa­ło się ani ździe­bieł­ko psze­ni­cy. W przy­do­mo­wym ogro­dzie ro­śli­ny rów­nież się pod­da­ły: wszyst­kie mar­chew­ki i ce­bu­le wy­da­wa­ły z sie­bie ohyd­ny fetor zgni­li­zny.

Je­dy­nie wy­pra­wa do lasu za­owo­co­wa­ła ja­ki­mi­kol­wiek zdo­by­cza­mi. Za­kon­ni­ca z nie­mym trium­fem wnio­sła do chaty nieco szcza­wiu, kory, perzu i po­krzy­wy.

Fe­niks, zwany przez za­kon­ni­cę Igni­sem, to­wa­rzy­szył we wszyst­kich wy­pra­wach, nie opusz­czał jej ani na krok. Teraz także przy­glą­dał się ere­mit­ce, która wpraw­nie sie­ka­ła perz na drob­no, po czym mie­li­ła go na mąkę. Pta­szek bły­skał zdzi­wio­ny oczka­mi, gdy Elż­bie­ta do mąki do­da­ła nieco usu­szo­nej kory drzew­nej.

– Samym perzem się nie na­sy­ci­my – po­wie­dzia­ła cicho. – Roz­pal, pro­szę, ogień w piecu.

Ptak speł­nił jej proś­bę; po cha­cie ro­ze­szło się przy­jem­ne cie­pło oraz cięż­ki za­pach dymu.

Nie­dłu­go potem spo­ży­wa­li wspól­nie plac­ki z perzu, po­pi­ja­jąc je zupą z po­krzyw. Gdy pta­szek łap­czy­wie dzio­bał plac­ka, Elż­bie­tę na­szła myśl: ani razu nie wi­dzia­ła, by Ignis co­kol­wiek sam upo­lo­wał. Ani razu nie przy­ła­pa­ła go z myszą w dzio­bie, ani czym­kol­wiek, co przy­po­mi­na­ło mięso. Za­drża­ła mimo cie­pła bi­ją­ce­go od pa­le­ni­ska.

To zna­czy, że jest zdany wy­łącz­nie na mnie… – my­śla­ła. – Jeśli ja go nie na­kar­mię, to…

Pla­cek sta­nął jej cięż­ko w gar­dle, po­pi­ła go zupą.

Fe­niks chyba czy­tał jej w my­ślach, bo prze­stał dzio­bać je­dze­nie. Wpa­try­wał się w swoją bo­ha­ter­kę prze­ni­kli­wy­mi, czar­ny­mi oczka­mi, prze­krzy­wiał głów­kę. W świe­tle ognia z pa­le­ni­ska jego czer­wo­no-zło­te pióra wy­glą­da­ły, jakby sam pło­nął.

– Damy radę – po­wie­dzia­ła uspo­ka­ja­ją­co. Ten wró­cił spoj­rze­niem i dzio­bem do po­sił­ku.

Elż­bie­ta wpa­try­wa­ła się bez­wied­nie w słoje drzew­ne ławy. Głód już nie wbi­jał tak za­ja­dle swo­ich igieł, ale za­kon­ni­ca wie­dzia­ła, że uczu­cie ulgi po­trwa za­le­d­wie kilka pa­cie­rzy. Plac­ki z perzu i kory drzew­nej nie były zbyt sy­cą­cym po­sił­kiem, nie mó­wiąc już o cien­kiej zupie z po­krzyw.

Ob­ję­ła spoj­rze­niem swoją chat­kę, cały swój do­by­tek. Pa­le­ni­sko, piec, garn­ki, sien­nik, skrzy­nia… Może zna­la­zło­by się w niej coś jesz­cze, coś, co da­ło­by się sprze­dać lub wy­mie­nić na ja­kie­kol­wiek je­dze­nie.

Prze­rwa­ła po­si­łek, po­de­szła do skrzy­ni i unio­sła wieko. Na dnie wy­czu­ła coś mięk­kie­go. Wy­cią­gnę­ła ma­te­riał i przy­bli­ży­ła do pa­le­ni­ska.

Sur­kot o prze­ni­kli­wie bia­łej bar­wie, wy­koń­czo­ny na rę­ka­wach, przy szyi i u dołu złotą nicią. To miała na sobie jej matka w dniu ślubu. Je­dy­na pa­miąt­ka po niej.

Elż­bie­ta ostroż­nie po­ło­ży­ła odzie­nie na sien­nik. Po­krę­ci­ła głową.

Nie, nie mogę. Co by po­wie­dzia­ła ma­tu­la? – Głowa za­kon­ni­cy wy­bu­cha­ła od roz­pacz­li­wych myśli. – Bę­dzie się na mnie gnie­wać w nie­bie, nigdy mi nie wy­ba­czy…

Głód znów przy­po­mniał o sobie w po­sta­ci bo­le­snych skur­czy. Elż­bie­ta zgię­ła się wpół, oczy za­szły łzami.

Za­uwa­ży­ła, że fe­niks w tym mo­men­cie prze­rwał po­si­łek i przez ste­laż do garn­ka nad pa­le­ni­skiem uchwy­ci­ła jego kar­cą­ce spoj­rze­nie.

W gło­wie ere­mit­ki po­ja­wi­ły się nagle inne myśli.

Co by ma­tu­la po­wie­dzia­ła? Po­wie­dzia­ła­by: dziec­ko, ratuj się, jak mo­żesz.

 

***

 

Na wą­skich ulicz­kach Boch­ni pa­no­wa­ła upior­na cisza, prze­ry­wa­na cza­sem ję­kiem cier­pią­cych. Za­milkł młot ko­wal­ski i ryk za­rzy­na­nych zwie­rząt. Ta­wer­ny świe­ci­ły pust­ka­mi, zza okien­nic nie do­bie­gał ani śmiech dzie­ci, ani kłót­nie do­ro­słych. Bruk za­miast od­bi­jać stu­kot wozów, od­bi­jał je­dy­nie stu­kot desz­czu.

Desz­czu, który tak bar­dzo nie­na­wi­dził ludz­ko­ści.

Bez­rad­ność wy­wo­ła­na wszech­obec­ną tra­ge­dią kur­czy­ła dłoń Elż­bie­ty na ka­le­cie, w któ­rej nio­sła sur­kot matki. Przez za­sło­nę łez nie wi­dzia­ła do­kład­nie twa­rzy ludzi cze­pia­ją­cych się jej ha­bi­tu. Każdy frag­ment ciała na­pi­nał się jak po­stron­ki, serce ści­ska­ło się z bólu, a żo­łą­dek ze smro­du i z głodu.

Lu­dzie jedli do­słow­nie wszyst­ko, co dało się wło­żyć do ust. Trawa była de­li­ka­te­sem. Umie­ra­ją­cy chwy­ta­li w dło­nie sple­śnia­łą psze­ni­cę, pta­sie łajno. Za­kon­ni­ca z prze­ra­że­niem stwier­dzi­ła, że nawet nie widzi już na uli­cach szczu­rów, które za jej ostat­niej wi­zy­ty były tak licz­ne.

Ktoś szarp­nął za ka­le­tę. Elż­bie­ta uj­rza­ła męża, który bar­dziej przy­po­mi­nał żywy szkie­let po­kry­ty brą­zo­wą, po­pę­ka­ną skórą.

– Jeść… – wy­chry­piał nie­wie­ścim gło­sem. – Pomóż…

Do­pie­ro wtedy ere­mit­ka zo­rien­to­wa­ła się, że ma przed sobą nie­wia­stę. Do tej chwi­li nie miała po­ję­cia, że głód może aż tak znie­kształ­cić czło­wie­ka.

– Nie mam tu je­dze­nia, przy­kro mi… – Elż­bie­cie za­drżał głos ze stra­chu i ze współ­czu­cia. Wy­rwa­ła ka­le­tę z rąk nie­wia­sty. – Będę się za cie­bie mo­dlić, dziec­ko…

Ludz­ki upiór zda­wał się już tego nie sły­szeć. Jego twarz nagle się roz­ja­śni­ła, roz­sze­rzy­ła usta w naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cym uśmie­chu, jaki był dany wi­dzieć za­kon­ni­cy. Więk­szość zębów bez­pow­rot­nie za­gi­nę­ła, w środ­ku pa­no­wa­ła czar­na ot­chłań. Oczy nie­wia­sty roz­glą­da­ły się go­rącz­ko­wo, uszy chyba cze­goś na­słu­chi­wa­ły.

Bose, znie­kształ­co­ne i nie­mal czar­ne stopy za­czę­ły tań­czyć. Ludz­ki szkie­let po­wo­li się ob­ra­cał. Po­rwa­na tu­ni­ka w jed­nej chwi­li przy­wie­ra­ła do ple­ców, eks­po­nu­jąc na nich pio­no­wą linię guz­ków, by w dru­giej chwi­li się od nich od­kle­ić i ło­po­tać na lek­kim wie­trze. Ręce chude ni­czym szcze­py drew­na wy­cią­ga­ły się to raz w górę, jakby chwa­ląc Pana, to raz przed sie­bie, jakby opie­ra­ły się na ra­mio­nach part­ne­ra.

– Będę się za cie­bie mo­dlić – wy­szep­ta­ła za­kon­ni­ca.

Ode­szła szyb­kim kro­kiem. Po dro­dze mi­ja­ła jesz­cze wielu po­dob­nych spo­tka­nej przed chwi­lą nie­wie­ście. Łap­czy­wie pa­trzy­li na ka­le­tę, lecz nie mieli sił, by za­cze­piać czy gonić za­kon­ni­cę.

Na­resz­cie jej oczom uka­zał się rynek. Nie­ste­ty nie przy­po­mi­nał tego sprzed za­le­d­wie dwóch nie­dziel. Próż­no było szu­kać kra­mów czy sto­isk. Na środ­ku placu nie stał żaden stos ani szu­bie­ni­ca, je­dy­nie dyby ledwo opie­ra­ły się drob­nym, acz nie­usta­ją­cym kro­plom desz­czu. Domy pru­skie rów­nież ule­ga­ły znisz­cze­niom; zmur­sza­łe belki nie utrzy­my­wa­ły ich cię­ża­ru i bu­dyn­ki nie­bez­piecz­nie się po­chy­la­ły ku bru­ko­wi, przez co nawet one wy­glą­da­ły, jakby były po­grą­żo­ne w roz­pa­czy.

Elż­bie­ta, przy­gnę­bio­na tym wi­do­kiem, bez­wied­nie po­dą­ży­ła piesz­ni­kiem, za­pusz­cza­jąc się po­mię­dzy opusz­czo­ne do­mo­stwa. Habit miała już kom­plet­nie prze­mo­czo­ny, chcia­ła scho­wać się w noc­le­gow­ni, mając na­dzie­ję, że bu­dy­nek jesz­cze stoi.

Wtedy na jej dro­dze sta­nął ko­lej­ny upiór. Ten jed­nak nie tań­czył, lecz trzy­mał nóż.

Za­kon­ni­ca za­sty­gła. Do­pie­ro gdy na­past­nik zbli­żał się do niej, za­re­ago­wa­ła.

– Tutaj mam dro­go­cen­ny sur­kot, weź go – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem, rzu­ca­jąc do niego ka­le­tę. Mąż nawet nie spoj­rzał na przed­miot. W oczach miał bez­gra­nicz­ny smu­tek, po­pę­ka­ne usta drża­ły, zaś ciem­na skóra na dło­niach w nie­któ­rych miej­scach się od­ry­wa­ła.

– W imię Ojca i Syna, nie krzywdź mnie! – Roz­pacz prze­ję­ła wła­da­nie nad jej gło­sem. – Nie mam nic in­ne­go, nie mam je­dze­nia!

– Prze­pra­szam – wy­char­czał cicho ludz­ki upiór. – Wy­bacz mi, sio­stro.

Ry­chło pod­szedł do niej, za­ma­chu­jąc się nożem. Za­kon­ni­ca od­ru­cho­wo skrzy­żo­wa­ła ręce i krzyk­nę­ła roz­pacz­li­wie. W tym samym mo­men­cie po­czu­ła mocne szarp­nię­cie z tyłu za ra­mio­na, ostry ból prze­szy­wa­ją­cy plecy i głowę, po czym wszyst­ko za­la­ła ciem­ność.

 

 

Dźwię­ki krzą­ta­ni­ny. Ktoś roz­ma­wiał, chyba dwie osoby.

Z pra­wej stro­ny Elż­bie­ta czuła zimno, z lewej przy­jem­ne cie­pło. Była czymś okry­ta.

Otwo­rzy­ła oczy i zo­ba­czy­ła ob­cych ludzi. Męża i bia­ło­gło­wę.

Za­kon­ni­ca pró­bo­wa­ła wstać, lecz jej plecy i czasz­kę prze­szy­ła bły­ska­wi­ca bólu. Jęk­nę­ła gło­śno i opa­dła z po­wro­tem na sien­nik.

Nie­wia­sta od­wró­ci­ła się w jej stro­nę, prze­ry­wa­jąc roz­mo­wę z mężem. Bia­ło­gło­wa o ostrych ry­sach twa­rzy, sło­mia­nych wło­sach i za­cię­tych ustach usia­dła przed Elż­bie­tą.

– Jak się sio­stra czuje? – za­py­ta­ła de­li­kat­nym gło­sem, który za­prze­czał su­ro­we­mu ob­li­czu.

– Gdzie ja je­stem? – Elż­bie­ta zła­pa­ła się za głowę pul­su­ją­cą tępym bólem.

– Nadal na tym świe­cie nie­ste­ty – od­po­wie­dzia­ła nie­wia­sta, po­da­jąc za­kon­ni­cy drew­nia­ny kubek z ja­kimś na­pa­rem. Pod­wij­ka nieco jej się zsu­nę­ła, po­pra­wi­ła ją, za­sła­nia­jąc włosy. – Są­siad chciał sio­strę za­ata­ko­wać, więc wcią­gnę­li­śmy was do środ­ka. Czy­ni­li­śmy to tak ry­chle, że ude­rzy­ła się sio­stra głową o nad­pro­że i upa­dła na plecy, za co pro­si­my o wy­ba­cze­nie.

– Nic się nie stało, niech Bóg wam wy­na­gro­dzi za pomoc – wy­chry­pia­ła za­kon­ni­ca, od­chrząk­nę­ła. Spoj­rza­ła nie­pew­nie na napar.

– To tylko ko­złek le­kar­ski, jesz­cze udało mi się zna­leźć. – Uśmiech­nę­ła się blado bia­ło­gło­wa.

Ere­mit­ka z wdzięcz­no­ścią przy­ję­ła napój. Do­pie­ro wtedy ro­zej­rza­ła się po izbie.

Sien­nik, na któ­rym le­ża­ła, naj­wy­raź­niej był je­dy­ny, bo nie wi­dzia­ła in­ne­go w cia­snym po­miesz­cze­niu. Pod po­wa­łą wi­siał smut­no luźny sznur, na któ­rym ra­czej dawno już nie su­szy­ło się mięso. Jeden kąt chaty był wy­ście­lo­ny brud­ną słomą, za­pew­ne zaj­mo­wa­ny wcze­śniej przez świ­nie czy inne zwie­rzę­ta. Pa­le­ni­sko w środ­ku po­miesz­cze­nia pa­li­ło się ni­kłym ogniem, ale nadal da­wa­ło nieco cie­pła. Mąż sie­dział przed nim, ogrze­wa­jąc zmar­z­nię­te ręce i nogi.

Obec­ność ognia zdzi­wi­ła za­kon­ni­cę. W jaki spo­sób roz­pa­li­li pa­le­ni­sko, skoro wszyst­ko wokół jest po­gni­te i nawet bu­dyn­ki są prze­mok­nię­te do naj­drob­niej­szej drza­zgi? Mu­sia­ła długo wpa­try­wać się w ogień, skoro bia­ło­gło­wa rze­kła:

– Sama nie wiem, jakim cudem pa­le­ni­sko za­pło­nę­ło. Zaraz po tym, gdy wcią­gnę­li­śmy sio­strę do środ­ka, ogień nagle za­czął się palić. To na pewno znak od Boga.

Albo mój ko­cha­ny Ignis nade mną czuwa – po­my­śla­ła za­kon­ni­ca.

– Tak, z pew­no­ścią – przy­tak­nę­ła, upi­ja­jąc nieco go­rą­ce­go na­pa­ru. Cie­pło przy­jem­nie ro­ze­szło się po ciele.

Wpa­try­wa­ła się przez chwi­lę w kubek, urze­czo­na wi­do­kiem uno­szą­cej się pary. My­śla­ła o miłym jej zwie­rzę­ciu, fe­nik­sie, który ukry­wał się w dą­bro­wie, padał na niego bez­li­to­sny deszcz, ale czu­wał nad nią, mimo wszyst­ko. Wy­rzu­ca­ła sobie, że na­ra­zi­ła go na tę po­dróż. Mogła prze­cież zo­sta­wić go w chat­ce pod lasem. Nagle przed ocza­mi sta­nął jej miesz­cza­nin, który wcze­śniej gro­ził nożem.

– Dla­cze­go tam­ten czło­wiek… Chciał mi zro­bić krzyw­dę? Prze­cież za­mie­rza­łam mu oddać moją ka­le­tę. Poza tym widać po moim stro­ju, że nie je­stem za­moż­na.

Mał­żo­nek nie­wia­sty ode­rwał spoj­rze­nie od ognia i spoj­rzał zna­czą­co na żonę. Ta po­trzą­snę­ła prze­czą­co głową, po czym kiw­nę­ła na niego, jakby o coś pro­sząc. Wró­cił ocza­mi do pa­le­ni­ska i po­wie­dział głę­bo­kim gło­sem, jakby do sa­me­go sie­bie:

– Wszy­scy je­ste­śmy cho­dzą­cym mię­sem.

 

 

Elż­bie­ta nie mogła za­snąć. Drę­czy­ła ją myśl, że zaj­mu­je cały sien­nik, pod­czas gdy mał­żeń­stwo śpi w kącie na sło­mie po zwie­rzę­tach. Go­spo­da­rze jed­nak sta­now­czo nie po­zwa­la­li jej ani po­ło­żyć się na zim­nym kle­pi­sku, ani opusz­czać chaty po zmro­ku. Była im bar­dzo wdzięcz­na za go­ści­nę, choć w tyle głowy ko­ła­ta­ła się myśl, że bez ma­gicz­ne­go ognia, który przez cały jej pobyt nie gasł, nie by­li­by aż tak go­ścin­ni. Nie mogła mieć im tego za złe – nie w ta­kich oko­licz­no­ściach.

Po­czu­ła nagłą, silną po­trze­bę pój­ścia do wy­chod­ka, któ­re­go ra­czej w oko­li­cy nie było. Mu­sia­ła po pro­stu wyjść na po­dwó­rze.

Za­kon­ni­ca pró­bo­wa­ła bez­sze­lest­nie wstać z sien­ni­ka, co było nie­moż­li­we. Na szczę­ście go­spo­da­rze się nie zbu­dzi­li.

Sta­nę­ła przed drzwia­mi, bar­dzo się bała. Przy­pusz­cza­ła, że nie stoi za nimi nie­do­szły na­past­nik, ale prze­cież z pew­no­ścią nie był je­dy­nym, który z głodu imał się de­spe­rac­kich czy­nów. Długo nie mogła się zde­cy­do­wać, ale na­glą­ca po­trze­ba skło­ni­ła ją do otwar­cia drzwi.

Po­trze­bo­wa­ła chwi­li, by oswo­ić się z ciem­no­ścią. Szła po omac­ku, opie­ra­jąc się o wi­kli­no­we ścia­ny domu. Gdy oczy pró­bo­wa­ły przy­zwy­cza­ić się do mroku, uszy wy­chwy­ta­ły jęki i płacz boch­nian wy­do­by­wa­ją­ce się z są­sia­du­ją­cych cha­łup.

Wy­szła czym prę­dzej za dom, gdzie krze­wy głogu ma­ja­czy­ły w ciem­no­ści na skra­ju ogród­ka. Już miała przejść do speł­nie­nia na­glą­cej po­trze­by, gdy za krza­ka­mi usły­sza­ła dźwięk ło­pa­ty wbi­ja­nej w zie­mię.

Za­mar­ła i na­słu­chi­wa­ła. Tuż za krze­wa­mi ktoś kopał w ziemi. Stała bez­rad­na, nie wie­dząc, co czy­nić. Nie mogła się ru­szyć, bo po chwi­li ten ktoś zro­bił prze­rwę w ko­pa­niu i do jej uszu za­czę­ły do­bie­gać inne dźwię­ki. Obrzy­dli­we, jakby ktoś coś roz­ry­wał. Coś upa­dło na trawę.

Potem sły­sza­ła już tylko mla­ska­nie i prze­żu­wa­nie.

 

 

– Nie przed­sta­wi­li­śmy się wczo­raj – rze­kła bia­ło­gło­wa, kła­dąc na kle­pi­sku przed Elż­bie­tą miskę zupy z ło­bo­dy. Pły­wa­ły w niej użyte jako za­gęsz­czacz li­ście dębu. – Je­stem Maria, mój mąż to Zbi­gniew, zwany rów­nież Za­rzec­kim. – Usia­dła na kle­pi­sku na­prze­ciw­ko za­kon­ni­cy, ple­ca­mi kie­ru­jąc się do pło­ną­ce­go pa­le­ni­ska. Jej mąż po­szedł do lasu w po­szu­ki­wa­niu cze­go­kol­wiek na­da­ją­ce­go się do prze­żu­cia.

Ere­mit­ka kiw­nę­ła głową, z wdzięcz­no­ścią przyj­mu­jąc go­rą­cy po­si­łek, który w sumie był po czę­ści za­słu­gą jej obec­no­ści. My­śla­ła o fe­nik­sie, mar­twi­ła się o niego.

W oczach nie­wia­sty wy­czy­ta­ła py­ta­nie.

– Ach, prze­pra­szam – rze­kła za­kon­ni­ca, po­pra­wia­jąc się. – Mam na imię Elż­bie­ta; od kilku lat wiodę życie pu­stel­ni­cy, więc nie do końca można mnie na­zwać za­kon­ni­cą.

– Co więc sio­strę spro­wa­dzi­ło do Boch­ni?

Za­kon­ni­ca spoj­rza­ła nie­pew­nie na Marię.

– Głód – szep­nę­ła nie­śmia­ło, jakby to był wstyd.

Nie­wia­sta po­ki­wa­ła głową.

– Nawet lu­dzie, któ­rzy po­świę­ca­ją się Bogu, cier­pią. Nie po­win­no tak być…

– Co masz na myśli?

– Wy­da­wa­ło mi się, że jak ktoś żyje w czy­sto­ści, to Bóg po­wi­nien go oszczę­dzić.

Elż­bie­ta prze­rwa­ła po­si­łek, zmarsz­czy­ła brwi.

– Do­ce­niam twoją go­ści­nę, ale wiedz, że nie po­win­naś się w ten spo­sób wy­po­wia­dać. Nie tobie oce­niać, co Bóg po­wi­nien, a czego nie po­wi­nien.

– Wy­bacz mi, sio­stro, wy­bacz mi, Boże – po­wie­dzia­ła szyb­ko Maria, czy­niąc znak krzy­ża.

– Cięż­kie to czasy na­sta­ły, ro­zu­miem, że różne myśli przy­cho­dzą do głowy. Jed­nak nie na­le­ży wąt­pić w Naj­wyż­sze­go.

Maria par­sk­nę­ła. Elż­bie­ta spoj­rza­ła na nią py­ta­ją­co.

– Co cię tak roz­ba­wi­ło?

Bia­ło­gło­wa mil­cza­ła przez chwi­lę. Usta jej drża­ły, z oczu po­pły­nę­ła łza, którą na­tych­miast wy­tar­ła pod­wij­ką. Unio­sła twarz, spoj­rza­ła przez dym­nik w niebo, wes­tchnę­ła cięż­ko.

– Za­zdrosz­czę sio­strze tej głę­bo­kiej wiary – po­wie­dzia­ła w końcu. – Jed­nak, z całym sza­cun­kiem, uwa­żam, że sio­strze ła­twej jest nadal wie­rzyć. Choć­by dla­te­go, że sio­stra nigdy nie miała dzie­ci.

Ere­mit­ka za­sty­gła z łyżką w po­wie­trzu.

– Sio­stra nie wie, jak to jest pa­trzeć na dziec­ko, które nik­nie w oczach – kon­ty­nu­owa­ła Maria, z oczu któ­rej łzy lały się tak gęsto, że nie było nawet sensu ich wy­cie­rać. – Nie wie sio­stra, jak to jest, usły­szeć od córki: Mamo, chcia­ła­bym za­snąć i się nie obu­dzić. Mamo, nie mogę już znieść tego bólu, niech to się skoń­czy. U je­dy­ne­go syna, który prze­żył na­ro­dzi­ny, ob­ser­wo­wać, jak skóra aż brą­zo­wie­je i pęka. Sły­szeć ich nie­ustan­ny płacz, pa­trzeć, jak łamią zęby na korze drze­wa, jak kłócą się o świń­skie łajno! Nie wie sio­stra, jak to jest, bu­dzić się i wi­dzieć swoje dzie­ci mar­twe, wi­dzieć szkie­le­ty ob­le­czo­ne skórą! Jak to jest za­ko­py­wać wła­sne dzie­ci w ogród­ku pod krze­wa­mi głogu, żeby nikt ich nie zna­lazł i… nie zjadł ich zwłok!

Elż­bie­ta mi­mo­wol­nie usły­sza­ła w gło­wie dźwięk ło­pa­ty wbi­ja­nej w zie­mię. Po­czu­ła silne, du­szą­ce go­rą­co, roz­le­wa­ją­ce się z pier­si na całe ciało. Marią wstrzą­sał szloch.

– Więc niech mi sio­stra nie mówi, że nie na­le­ży wąt­pić w Naj­wyż­sze­go. Jaki Bóg po­zwa­la na takie cier­pie­nie? Gdzie on jest? No, gdzie?

– Nie bluź­nij, Mario… Bóg może ze­słać jesz­cze sroż­szą karę, jeśli się od niego od­wró­ci­my… Ro­zu­miem, że czu­jesz się po­rzu­co­na, ale przy­po­mnij sobie Księ­gę Hioba…

– Mam w rzyci Księ­gę Hioba! Sroż­szą karę? Jaka kara może być jesz­cze gor­sza? Co może być gor­sze od pa­trze­nia, jak lu­dzie po­że­ra­ją wła­sne dzie­ci?!

Ere­mit­ka za­mil­kła. Zro­zu­mia­ła, że żad­ny­mi sło­wa­mi nie prze­ko­na cier­pią­cej matki. W szlo­chu Marii brzmia­ło po­czu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści, które długo kłę­bi­ło się w duszy, a teraz wresz­cie zna­la­zło uj­ście.

Elż­bie­ta odło­ży­ła miskę zupy obok sien­ni­ka, przy­su­nę­ła się do nie­wia­sty i przy­tu­li­ła do sie­bie. Po­cze­ka­ła dłuż­szą chwi­lę, aż Maria nieco się uspo­koi.

– Po­mó­dl­my się za twoje dzie­ci – po­wie­dzia­ła cicho.

Bia­ło­gło­wa przy­tak­nę­ła, wy­swo­ba­dza­jąc się z uści­sku za­kon­ni­cy.

Uklę­kły w stro­nę krzy­ża z ga­łę­zi głogu wi­szą­ce­go na le­pio­nej ścian­ce. Po­grą­ży­ły się w mo­dli­twie.

 

 

Zbi­gniew wró­cił do chaty ze zdo­by­cza­mi. Ko­ści­sty­mi dłoń­mi wy­cią­gał z worka po kolei i kładł na ławie szysz­ki, mokrą korę i, naj­lep­szy łup od kilku dni, jaki udało mu się zna­leźć, czyli jaja pta­ków. Maria miała ocho­tę rzu­cić się na nie, by po­żreć je na su­ro­wo, ale po­wstrzy­ma­ła się i za­czę­ła przy­go­to­wy­wać ja­jecz­ni­cę z mie­lo­ny­mi szysz­ka­mi.

Elż­bie­ta za­uwa­ży­ła już, że Zbi­gniew jest z na­tu­ry ma­ło­mów­ny, a obec­ne przy­gnę­bie­nie tylko na­si­la­ło w nim tę cechę. Jed­nak­że w jego oczach tlił się jesz­cze inny ro­dzaj smut­ku.

– Co się stało, Zbi­gnie­wie? – Nie wy­trzy­ma­ła w końcu i za­py­ta­ła, gdy wszy­scy sie­dzie­li wokół pa­le­ni­ska. Może jego też ktoś chciał na­paść i zjeść. Może zo­ba­czył od­ko­pa­ny grób w ogro­dzie. Może po­czuł, że śmierć wy­cią­ga po niego swój ostry sierp…

– Spo­tka­łem po dro­dze Janka, też wra­cał z lasu. – Z jego po­pę­ka­nych ust wresz­cie wy­szły słowa. – Lu­dzie ga­da­ją, że idzie do nas jakaś za­ra­za. Po­dob­no z Włoch przy­la­zła. Całe mia­sta pa­da­ją jak muchy. Mówił, że na uli­cach Flo­ren­cji jest tyle zwłok, że nie idzie ich po­cho­wać, że to kara boska za grze­chy. Jed­ne­go dnia człek jest zdro­wy, dru­gie­go już mar­twy. Po­dob­no wiel­ki pomór naj­bar­dziej pa­no­szy się teraz u Niem­ców… Więc do nas też przyj­dzie.

Na­sta­ła cisza. Wszy­scy wpa­try­wa­li się w hip­no­ty­zu­ją­cy ta­niec pło­mie­ni. Elż­bie­tę z za­my­śle­nia wy­rwał śmiech Marii.

– Ale ty bla­zgo­nisz, Za­rzec­ki! – Bia­ło­gło­wa śmia­ła się w głos. W oczach Zbi­gnie­wa od­bi­ja­ły się za­sko­cze­nie i prze­ra­że­nie. – Jed­ne­go dnia człek jest zdro­wy, dru­gie­go już mar­twy? Nie ist­nie­je taka cho­ro­ba, nie ma cze­goś ta­kie­go. Nawet nie­mow­ląt­ki tak szyb­ko nie umie­ra­ją, a ty pró­bu­jesz nam wmó­wić, że do­ro­śli lu­dzie pa­da­ją chma­ra­mi jak muchy? Wsty­dził­byś się pleść takie dur­noc­twa…

Mąż zmarsz­czył brwi.

– Janek mi nigdy nie ze­łgał – wark­nął. – Poza tym czemu lu­dzi­ska mia­ły­by zmy­ślać? I to w całej Eu­ro­pie? Za­sta­nów się, głu­pia babo, zanim coś po­wiesz…

– Dzie­ci, spo­kój, sza­nuj­cie sie­bie na­wza­jem! – Za­kon­ni­ca po­czu­ła się zo­bo­wią­za­na do za­bra­nia głosu i za­pro­wa­dze­nia po­ko­ju. – Nie dajmy sobie po­stra­dać ro­zu­mów, nie po­gar­szaj­my sy­tu­acji.

Mąż i nie­wia­sta po­słusz­nie za­mil­kli.

Cała trój­ka długo sie­dzia­ła w po­sęp­nej ciszy. Do­pie­ro zmierzch wy­rwał ich z przy­gnę­bia­ją­cych myśli i przy­po­mniał, że czas szy­ko­wać się do snu.

 

 

Elż­bie­tę obu­dził chłód. Prze­tar­ła oczy, pod­nio­sła się i ze zdzi­wie­niem spo­strze­gła, że w pa­le­ni­sku nie pali się ogień, który był je­dy­nym po­cie­szy­cie­lem miesz­kań­ców. Zro­zu­mia­ła prze­kaz fe­nik­sa.

Czas wra­cać do domu.

Go­spo­da­rze przy­ję­li tę wia­do­mość z naj­wyż­szą obo­jęt­no­ścią. Skoń­czył się ogień, skoń­czy­ła się go­ścin­ność.

Za­kon­ni­ca po­dzię­ko­wa­ła za wszyst­ko Marii i Zbi­gnie­wo­wi, ży­cząc im wszyst­kie­go do­bre­go. Obie­ca­ła im też mo­dli­twę, na co nie­wia­sta ledwo za­uwa­żal­nie wy­wró­ci­ła ocza­mi.

Elż­bie­ta wy­szła na ulicę. Strach wró­cił do niej ze zdwo­jo­ną mocą. Sta­ra­ła się iść cicho, choć na mo­krym bruku było to za­da­nie trud­ne do wy­ko­na­nia. Po dro­dze mi­ja­ła ludzi i nie­któ­rzy wo­dzi­li za nią wy­głod­nia­łym wzro­kiem, lecz naj­wy­raź­niej nie mieli siły jej gonić.

Do bram mia­sta do­tar­ła bez przy­gód. Prze­kro­czy­ła mury, prze­szła przez most, kie­ru­jąc się w stro­nę trak­tu ukry­te­go w gę­stej dą­bro­wie.

Gdy tylko za­szy­ła się w gę­stwi­nie drzew, po­czu­ła lekki cię­żar na ra­mie­niu.

Ignis wró­cił i prze­pę­dził sa­mot­ność.

 

 

Ko­ły­sa­ła się na tra­twie z krót­kim masz­tem. Morze miało dziw­ny kolor – za­miast męt­nej zie­le­ni ota­cza­ła ją czer­wień. Prze­ra­zi­ła się – czyż­by to wszyst­ko było krwią? Opar­ła się o deski tra­twy, za­ska­ku­ją­co mięk­kie. Przyj­rza­ła się im: pod sobą nie miała drew­na, lecz… naj­praw­dziw­szy bo­czek! Unio­sła twarz, a wtedy maszt oka­zał się długą, so­czy­stą kieł­ba­są, na któ­rej ło­po­tał za­miast flagi ogrom­ny ka­wa­łek sło­ni­ny.

Elż­bie­ta za­śmia­ła się w głos, łzy po­cie­kły po po­licz­kach. Wró­ci­ła spoj­rze­niem do czer­wo­nej wody – wtedy za­uwa­ży­ła, że morze nie jest gęste, więc nie może to być krew. Za­nu­rzy­ła w nim rękę, na­bra­ła nieco płynu. Nie­śmia­ło wzię­ła kapkę ję­zy­kiem. Toż to było wino! Naj­praw­dziw­sze wino i to chyba nawet fran­cu­skie! Tak za­cne­go trun­ku za­kon­ni­ca jesz­cze nigdy nie piła, nawet pod­czas naj­wy­staw­niej­szych jar­mar­ków…

Gdy już miała się wgryźć w kieł­ba­sia­ny maszt, na ho­ry­zon­cie zo­ba­czy­ła chmu­ry, a z nich za­czął padać mlecz­ny deszcz. Wy­sta­wi­ła język, by po­czuć smak słod­kie­go mleka. Kap, kap… Boże w nie­bio­sach, jakie to pysz­ne! Wró­ci­ła chęć do życia, krew za­czę­ła szyb­ciej krą­żyć, hu­mo­ry się zrów­ny­wa­ły, umysł ja­śniał…

Nie­spo­dzie­wa­nie deszcz zgęst­niał i mleko po­la­ło się wiel­ką falą. Za­kon­ni­ca za­czę­ła się krztu­sić, chcia­ła od­wró­cić głowę, ale nie mogła. Po­czu­ła prze­ra­że­nie, tra­ci­ła dech…

 

 

…ob­ró­ci­ła się gwał­tow­nie na sien­ni­ku, wy­plu­wa­jąc z sie­bie mleko, które nie prze­sta­wa­ło padać na jej twarz. Zdez­o­rien­to­wa­na zo­ba­czy­ła swoją izbę i pło­ną­ce pa­le­ni­sko na środ­ku. Za­sła­nia­jąc się ręką, spoj­rza­ła w górę.

In­ten­syw­ny deszcz ode­rwał ka­wa­łek sło­mia­ne­go dachu i za­wzię­cie ob­le­wał twarz za­kon­ni­cy. Po­wo­li wsta­ła, przy­su­nę­ła się do pa­le­ni­ska, by wszyst­ko osu­szyć.

Pa­trzy­ła na wodę za­le­wa­ją­cą sien­nik i kle­pi­sko, które za­czę­ło przy­po­mi­nać bagno. Chcia­ła wstać, pójść do lasu, na­zbie­rać drwa, jakoś za­ła­tać tę dziu­rę.

Ale nie miała siły. Ledwo do­czoł­ga­ła się do ognia. Wszyst­ko cią­ży­ło – ręce, nogi, głowa. Do tego głód znów po­czął ją dźgać w brzuch nie­wi­dzial­ny­mi wi­dła­mi. Wnętrz­no­ści miała chyba przy­kle­jo­ne do ple­ców.

Wy­cią­gnę­ła ręce do pa­le­ni­ska i z prze­ra­że­niem za­uwa­ży­ła, że w nie­któ­rych miej­scach skóra jej pęka i brą­zo­wie­je. Drżą­ce dło­nie, które miała przed sobą, nie mogły być jej.

Wtedy zro­zu­mia­ła, że staje się upio­rem: jak tam­ten mąż, co chciał ją po­żreć; jak ci wszy­scy lu­dzie pa­trzą­cy na nią wy­głod­nia­łym wzro­kiem; jak Maria i Zbi­gniew, któ­rzy po­mo­gli jej w ludz­kim od­ru­chu, a potem go­ści­li tylko przez wzgląd na ogień.

Po­czu­ła nie­przy­jem­ne ła­sko­ta­nie w nosie i zbli­ża­ją­ce się łzy. Po chwi­li oczy cał­ko­wi­cie za­szły mgłą.

Nagle na ple­cach coś osia­dło, coś su­che­go i mięk­kie­go. Do­tknę­ła ko­ści­stą dło­nią mięk­kie­go pledu. Obej­rza­ła się, otar­ła twarz.

Ignis spoj­rzał na nią mą­dry­mi, czar­ny­mi oczka­mi i uniósł dziób do góry. Za­śpie­wał pięk­nym tre­lem, po czym znów na nią spoj­rzał.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­ta­ła za­kon­ni­ca, za­sko­czo­na, że Ignis po­my­ślał o wy­su­sze­niu pledu.

Do­brze, że miała jesz­cze jego.

Ale… z sa­me­go ognia nie wy­ży­je. Fe­nik­so­wi głód rów­nież dawał się we znaki. Jego czer­wo­no-zło­te pióra nieco zbla­dły, dziób przy­po­mi­nał wy­bla­kłe złoto. Rza­dziej roz­pa­lał ogień, ru­szał się nie­mra­wo, pra­wie w ogóle już nie latał.

Nie damy rady. Prze­pra­szam, że cię okła­ma­łam, przy­ja­cie­lu.

Ptak gwał­tow­nie za­ma­chał dzio­bem na boki, jakby chciał za­prze­czyć.

Nie wy­ży­wię nas. Nie ma je­dze­nia. Jest tylko jedno wyj­ście.

Po­wo­li wsta­ła, pod­pie­ra­jąc się o ławę i wy­szła przed dom. Gęsty deszcz spo­wal­niał jej kroki, za­le­wał twarz, ale ona upar­cie szła dalej. W kilka chwil do­tar­ła za płot, gdzie jesz­cze nie­daw­no dum­nie pięły się w górę fio­le­to­we kwia­ty, a teraz le­ża­ły przy ziemi, przy­gnie­cio­ne przez bujne trawy.

Elż­bie­ta chwy­ci­ła na­mo­kłe od desz­czu płat­ki to­ja­du moc­ne­go. Roz­pacz­li­wie wcie­ra­ła je w twarz i ręce. Gdy już chcia­ła jedno z nich zjeść, coś sil­nie ude­rzy­ło ją w ramię.

Przed nią buch­nął ogień tak po­tęż­ny, że nie do­rów­ny­wał­by mu nawet pożar wiel­kiej sto­do­ły. Gdy ulewa wresz­cie go stłu­mi­ła, Elż­bie­ta wciąż nie mogła się po­ru­szyć, zdu­mio­na ogro­mem ży­wio­łu. W stru­gach desz­czu do­strze­gła Igni­sa, uno­szą­ce­go się nad spa­lo­ną trawą, z któ­rej wy­do­by­wał się gęsty dym.

 

***

 

Noc. Deszcz nieco ze­lżał, lecz nadal padał, prze­ni­ka­jąc przez strze­chę i mo­cząc wszyst­ko, co dało się zmo­czyć. Już nie było ognia, który mógł wy­su­szyć cho­ciaż habit albo pled. Od kilku dni Ignis nie roz­pa­lał pa­le­ni­ska, mar­niał w oczach. Dziób wy­pło­wiał mu kom­plet­nie, tak samo jak pióra.

Elż­bie­ta nie mogła spać. Wal­czy­ła z uczu­ciem głodu i zimna. Różne myśli prze­wi­ja­ły jej się przez głowę. Że to jest drugi potop, że to kara za grze­chy. Mąż z nożem w Boch­ni. Maria i Zbi­gniew przy­po­mi­na­ją­cy żywe szkie­le­ty. Dźwięk ło­pa­ty od­ko­pu­ją­cej zwło­ki ich dzie­ci w ogro­dzie, mla­ska­nie, prze­żu­wa­nie. Zbi­gniew mó­wią­cy o wiel­kim po­mo­rze, który się do nich zbli­ża, ko­lej­na kara za grze­chy. Ignis, uko­cha­ny fe­niks, dar od Boga, który lu­dzie chcie­li spa­lić…

Ignis. Wła­śnie. Ptak był nie­wąt­pli­wym do­wo­dem na to, że Bóg miał wobec niej ja­kieś plany, że nie chciał, by umar­ła. Ptak ob­da­rzał ją cie­płem ogni­ska, okry­wał kocem, to­wa­rzy­szył w wę­drów­kach, czu­wał nad nią, gdy prze­by­wa­ła w Boch­ni, ura­to­wał jej życie, gdy chcia­ła zjeść tru­ją­cą ro­śli­nę. Teraz ptak ledwo zipie, nie ma czym na­kar­mić ani jego…

…ani sie­bie. Już nie pa­mię­ta, jak to jest mieć coś zja­dli­we­go w ustach. Coś, co nie jest sple­śnia­łym źdźbłem psze­ni­cy, korą drze­wa, pta­sim łaj­nem…

A fe­niks i tak ledwo zipie. I tak nie­dłu­go umrze…

Elż­bie­ta ob­ró­ci­ła się na sien­ni­ku, pró­bu­jąc wy­pa­trzyć Igni­sa. W mroku za­bły­sły jego mądre oczka.

Padła z po­wro­tem ple­ca­mi na słomę. Po­ja­wi­ły się wy­rzu­ty su­mie­nia.

Bar­dzo to po chrze­ści­jań­sku. Ptak już ci nie jest po­trzeb­ny, więc chcesz go zjeść. Je­steś taka sama jak Maria i Zbi­gniew. Je­steś złym czło­wie­kiem.

Czuła się jak na tor­tu­rach. Cie­le­snych, bo brzuch z głodu skrę­cał się tak, że za­kon­ni­ca mo­dli­ła się, by Bóg to wresz­cie za­koń­czył. Umy­sło­wych, bo wście­kłość pu­ste­go żo­łąd­ka przy­ćmie­wa­ła coraz bar­dziej głos roz­sąd­ku. Była tak głod­na, że nie ob­cho­dzi­ły już jej żadne przy­ka­za­nia, za­rów­no bo­skie jak i ludz­kie. Coś ka­za­ło jej roz­pacz­li­wie wal­czyć o prze­trwa­nie, cena nie grała roli.

I wtedy już wie­dzia­ła, że za­bi­je fe­nik­sa z samym brza­skiem, jak tylko się roz­ja­śni. Łzy cie­kły jej gęsto po po­licz­kach na samą myśl. Nie­na­wi­dzi­ła sie­bie za to, że chce za wszel­ką cenę prze­trwać i że po­tra­fi już my­śleć tylko o sobie.

Sen ła­ska­wie spły­nął na umę­czo­ną ere­mit­kę. Znów była w kra­inie mię­sem i mle­kiem pły­ną­cej. Choć przez chwi­lę nie do­skwie­rał jej ani głód, ani zimno, ani wizja końca świa­ta.

 

 

Chmu­ry nadal upar­cie wstrzy­my­wa­ły słoń­ce, jakby miały do wy­peł­nie­nia jakąś świę­tą misję. Świat po­krył się wodą, sza­ro­ścią, śmier­cią. Wszel­kie ro­śli­ny przy­tu­la­ły się do ziemi, przy­po­mi­na­jąc obraz po tra­gicz­nym hu­ra­ga­nie. W po­wie­trzu uno­sił się nie­ustan­ny za­pach wil­go­ci i ple­śni. Ciszy nie roz­pra­sza­ło pia­nie ko­gu­ta ani trel pta­ków. Tylko deszcz. Prze­klę­ty, rodem z pie­kła, znie­na­wi­dzo­ny przez wszyst­kie ży­ją­ce jesz­cze isto­ty, deszcz.

Elż­bie­ta obu­dzi­ła się po raz ko­lej­ny w tych okrop­nych oko­licz­no­ściach, prze­kli­na­jąc, że nie ode­szła we śnie. Przy­po­mnia­ła sobie o swoim pla­nie, który ob­my­śli­ła w nocy i po­czu­ła w pier­si nie­przy­jem­ny żar.

Ro­zej­rza­ła się po chat­ce, lecz ni­g­dzie nie doj­rza­ła Igni­sa. Zmarsz­czy­ła brwi. Może ma­gicz­nie ozdro­wiał i po­le­ciał na chwi­lę do lasu? Kto wie, w końcu to fe­niks. Wtedy, w Boch­ni, też miał spło­nąć, a jed­nak prze­żył.

Wy­tę­ża­jąc wszyst­kie siły, ere­mit­ka wsta­ła po­wo­li i wy­szła z izby. Sta­nę­ła na po­dwó­rzu, po­czu­ła chłod­ny deszcz na twa­rzy.

Nie mu­sia­ła długo się roz­glą­dać. W oczy rzu­cił jej się blady czer­wo­ny kolor, wy­róż­nia­ją­cy się wśród so­czy­ście zie­lo­nych traw, tuż pod ścia­ną roz­pa­da­ją­cej się chat­ki.

Pod­bie­gła tam tylko po to, by po­twier­dzić naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia. Ignis leżał nie­ru­cho­mo, jego pierś się nie po­ru­sza­ła.

W gło­wie Elż­bie­ty za­pa­no­wał chaos.

Boże, dla­cze­go?

Dla­cze­go naj­pierw mi go dałeś, a potem za­bra­łeś?

Co ja teraz po­cznę?

I tak chcia­łaś go ubić…

Mo­żesz go teraz zjeść…

Wszyst­ko mnie boli, nie­dłu­go umrę…

Zjedz go!

Ostat­nia myśl zwy­cię­ży­ła. Nie­ste­ty po­my­słu nie mogła wcie­lić w życie.

Gdy tylko chcia­ła za­brać ptaka z ziemi, na­tych­miast wy­ło­ni­ły się wokół niego kol­cza­ste ga­łę­zie, ra­niąc za­kon­ni­cę w rękę. Przez dłuż­szą chwi­lę wiły się, prze­pla­ta­ły nie­spiesz­nie, aż w końcu utwo­rzy­ły nad pta­kiem coś w ro­dza­ju ko­pu­ły.

– To ci cuda! – wy­krzyk­nę­ła ere­mit­ka. – Nie­sły­cha­ne, za­praw­dę…

Stała jesz­cze długo, nie spusz­cza­jąc z oczu ro­ślin­nej klat­ki.

Gdy pierw­sze za­sko­cze­nie opu­ści­ło serce za­kon­ni­cy, na jego miej­scu po­ja­wił się żal i smu­tek.

– Też bym chcia­ła tak umrzeć. Na swo­ich wa­run­kach… – szep­nę­ła. – Że­gnaj, przy­ja­cie­lu.

Wró­ci­ła do chat­ki, by skryć się przed desz­czem. Le­ża­ła na sien­ni­ku, przy­kry­wa­jąc się mo­krym ple­dem i długo pła­ka­ła. W końcu, opad­nię­tą z sił, po­now­nie owład­nął sen.

 

 

Pro­mie­nie słoń­ca pró­bo­wa­ły prze­bić się przez po­wie­ki za­kon­ni­cy. Roz­kle­iła je z tru­dem. Oczy mocno pie­kły, wciąż pa­mię­ta­ją­ce po­to­ki łez wy­la­ne po­przed­nie­go wie­czo­ru.

Elż­bie­ta była tak wy­czer­pa­na, że tro­chę dłu­żej za­ję­ło jej zro­zu­mie­nie, dla­cze­go chat­ka wy­glą­da cał­kiem ina­czej. Każdy przed­miot stał się wi­docz­ny, a na skó­rze czuła przy­jem­ne cie­pło.

– Na wszyst­kich świę­tych, słoń­ce! – ze­rwa­ła się, a uczy­ni­ła to tak gwał­tow­nie, że aż się prze­wró­ci­ła i pra­wie roz­bi­ła nos o kle­pi­sko. Nie zwa­ża­jąc na to, pod­nio­sła się ry­chle i wy­bie­gła na ze­wnątrz.

Chmu­ry roz­pierz­chły się osta­tecz­nie, po­ko­na­ne przez wiel­ką kulę słoń­ca. Rosa na gę­stych tra­wach błysz­cza­ła jak drob­ne, dro­go­cen­ne ka­mycz­ki. Twarz za­kon­ni­cy ob­le­wa­ły świa­tłość i cie­pło; do­słow­nie po­czu­ła, jak ka­mień spada z serca i roz­le­wa się w nim żar na­dziei.

Jed­nak zapał nagle zgasł, rów­nie szyb­ko jak się po­ja­wił.

– Gdy przy­był tu ze mną Ignis, słoń­ce też na chwi­lę wy­szło, a potem zni­kło… – mruk­nę­ła.

Wła­śnie, Ignis.

Od­wró­ci­ła spoj­rze­nie w drugą stro­nę ogro­du i onie­mia­ła.

W miej­scu, gdzie jesz­cze dnia po­przed­nie­go le­ża­ło bez­wład­ne ciał­ko fe­nik­sa przy­kry­te kol­ca­mi, stało teraz ogrom­ne drze­wo o roz­ło­ży­stych ga­łę­ziach i czer­wo­no-zło­tych li­ściach. Kora gru­be­go pnia błysz­cza­ła, jakby po­kry­ta sre­brem. Drze­wo tak osza­ła­mia­ło swoim ma­je­sta­tem, że do­pie­ro po chwi­li Elż­bie­ta do­strze­gła na nim coś jesz­cze.

Owoce. Wiel­kie, na­brzmia­łe od soku i miąż­szu owoce, przy­po­mi­na­ją­ce nieco grusz­ki, zwi­sa­ły ze srebr­nych ga­łę­zi. Było ich tyle, że w nie­któ­rych miej­scach ko­na­ry się ugi­na­ły. Owoce miały pięk­ny, żywy, ru­bi­no­wy kolor.

Za­kon­ni­ca znów po­czu­ła ostre kłu­cie w brzu­chu, a su­chość w ustach do­ku­czy­ła jesz­cze bar­dziej. Pod­bie­gła do drze­wa i zanim zdą­ży­ła się za­sta­no­wić, czy owoce nie są tru­ją­ce, po­że­ra­ła je łap­czy­wie.

Roz­kosz­nie słod­ki sok spły­wał do gar­dła, po­zo­sta­wił wspa­nia­łe uczu­cie wil­go­ci na ustach i po­licz­kach. Miąższ owocu obłęd­nie roz­pły­wał się w ustach, a sma­kiem przy­po­mi­nał… Wła­ści­wie, to ere­mit­ka nie wie­dzia­ła, do czego mogła go przy­rów­nać. Nigdy wcze­śniej w życiu nie jadła ni­cze­go pysz­niej­sze­go. Smak był słod­ki i kwa­śny jed­no­cze­śnie.

Jadła, a ra­czej po­że­ra­ła ru­bi­no­we owoce jak opę­ta­na. Gdy już nie mogła zmie­ścić wię­cej, po­ło­ży­ła się na tra­wie, przy srebr­nym pniu, spo­glą­da­jąc na pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ja­ją­ce się przez czer­wo­no-zło­te li­ście. Za­śmia­ła się gło­śno, w ogóle się nie ha­mu­jąc, choć wie­dzia­ła, że tak ru­basz­ny śmiech nie po­do­ba się Bogu.

Jed­nak teraz o to nie dbała. Spodo­bał jej się dźwięk, któ­re­go już bar­dzo dawno nie sły­sza­ła, więc śmia­ła się tylko gło­śniej. I gło­śniej, i jesz­cze gło­śniej.

 

***

 

Mimo że od­czu­wa­ła lekki smu­tek na wspo­mnie­nie Igni­sa, który po­przed­nim razem jej to­wa­rzy­szył, Elż­bie­ta szła raź­nym kro­kiem. Tym razem wszyst­ko wy­glą­da­ło ina­czej, teraz szła do Boch­ni z na­dzie­ją, a nie prze­ra­że­niem w sercu. Ro­ślin­ność już nie gar­bi­ła się jak umie­ra­ją­cy sta­rzec, już nie przy­gnia­tał jej cię­żar ulew­nych desz­czy. Teraz wszel­kie ga­łę­zie, li­ście i kwia­ty dum­nie się wy­cią­ga­ły w stro­nę słoń­ca, które na­resz­cie pie­ści­ło pro­mie­nia­mi umę­czo­ną zie­mię.

Za­kon­ni­ca od­czu­wa­ła tak głę­bo­ką wdzięcz­ność do Boga, że nawet nie wa­dzi­ły jej wiel­kie to­bo­ły, które cią­gnę­ła za sobą na wozie. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła, jak roz­da­je cu­dow­ne owoce umę­czo­nym miesz­kań­com, jak w ich oczach za­pa­la się iskier­ka na­dziei, jak za­czy­na­ją się śmiać.

Po­zdra­wia­ła każdy dąb i każdą brzóz­kę, którą mi­ja­ła. Wi­ta­ła się z kę­pa­mi pa­pro­ci i mchu, kła­nia­ła się krze­wom hor­ten­sji, za­śmie­wa­jąc się gło­śno.

My­śla­ła o Zbi­gnie­wie i Marii, wy­obra­ża­ła sobie, jak po­da­je im owoce, a ich po­sęp­ne twa­rze od razu się roz­ja­śnia­ją. Miała na­dzie­ję, że oboje jesz­cze żyją i że zdąży im się od­wdzię­czyć za ra­tu­nek i go­ści­nę.

 

 

Już nie wie­dzia­ła, po raz który w tym roku ma ocho­tę prze­kląć Boga i który raz ledwo się od tego po­wstrzy­my­wa­ła. Stra­ci­ła ra­chu­bę. Chyba nawet Hiob nie mu­siał tyle przejść, co ona.

Takie myśli prze­cho­dzi­ły jej przez głowę, odkąd prze­kro­czy­ła mury mia­sta. Ra­dość i na­dzie­ja, które jesz­cze do­słow­nie przed kil­ko­ma pa­cie­rza­mi jej to­wa­rzy­szy­ły, ulot­ni­ły się bez­pow­rot­nie.

Smród z uli­czek był za­trwa­ża­ją­cy i wręcz po­ra­ża­ją­cy. Gdy od­wie­dzi­ła Boch­nię ostat­nim razem, my­śla­ła, że go­rzej mia­sto cuch­nąć już nie może. Bar­dzo się wtedy my­li­ła.

My­li­ła się też co do skali tra­ge­dii. Jesz­cze nie­daw­no była prze­ko­na­na, że nic nie może być gor­sze­go od klę­ski ży­wio­ło­wej i zbio­ro­we­go wy­mie­ra­nia z głodu.

O wiele gor­sze było bo­wiem zbio­ro­we wy­mie­ra­nie od… za­ra­zy.

Nie­ste­ty Zbi­gniew miał rację. Wiel­ki pomór, o któ­rym wspo­mi­nał, bez wąt­pie­nia wdarł się przez mury mia­sta. Elż­bie­ta na­tych­miast za­pra­gnę­ła nie­moż­li­we­go – cof­nię­cia czasu, aby ludz­kość tra­pił je­dy­nie głód.

Bóg mu­siał srogo się roz­gnie­wać, skoro nie­ustan­nie drę­czył gor­sze, śmier­tel­ne wer­sje sa­me­go sie­bie. Naj­pierw ze­słał głód, teraz… To.

Wiel­ki pomór.

Czaił się wszę­dzie. Czy­hał w sto­sach ciał ze­bra­nych na wo­zach lub wrzu­co­nych do wiel­kich, głę­bo­kich dołów. W cia­łach po­kry­tych czar­ny­mi gu­za­mi wiel­ko­ści jabł­ka. Czaił się w chłop­skich cha­tach i miesz­czań­skich do­mach, jesz­cze bar­dziej zruj­no­wa­nych niż przed dwoma nie­dzie­la­mi, bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cych ruiny niż zdat­ne do uży­tecz­no­ści bu­dyn­ki. Za­zna­czał swoją obec­ność za­kre­ślo­ny­mi krzy­ża­mi lub po­szar­pa­ny­mi, czar­ny­mi skraw­ka­mi ma­te­ria­łu za­wie­szo­ny­mi nad drzwia­mi więk­szo­ści domów. Nie było wąt­pli­wo­ści, że do­tarł wszę­dzie i ni­ko­mu nie po­zwo­lił uciec.

Ere­mit­ka po­chło­nię­ta ob­ser­wa­cją tra­ge­dii, późno się zo­rien­to­wa­ła, że już zmierz­cha, a nie usły­sza­ła dzwo­nu z po­bli­skie­go ko­ścio­ła. Naj­pew­niej dzwon­ni­ka rów­nież po­chło­nę­ła za­ra­za.

Elż­bie­ta przy­sta­nę­ła. Opu­ści­ła drągi, za­trzy­mu­jąc wóz. Sa­pa­ła cięż­ko, w końcu wio­zła ze sobą nie­ma­ły cię­żar i prze­szła nie­mal dzień drogi. Za­sta­na­wia­ła się, gdzie spę­dzić noc.

Jej oczy uchwy­ci­ły jedno z nie­wie­lu do­mostw, nad któ­rym ani nie po­wie­wał żaden czar­ny ma­te­riał, ani nie zo­stał na­kre­ślo­ny krzy­żyk. Pełna na­dziei, choć wąt­pli­wej, udała się w jego stro­nę.

Prze­kro­czy­ła wy­so­ki próg i schy­li­ła głowę, pró­bu­jąc się zmie­ścić w cia­snych drzwicz­kach. Gdy tylko we­szła do środ­ka i za­mknę­ła je za sobą, za­miast ulgi po­czu­ła czy­jąś obec­ność i okrop­ny smród.

 

 

Z głębi ciem­ne­go po­miesz­cze­nia wy­do­by­wał się ka­szel. Nie był to jed­nak zwy­kły ka­szel, jaki wy­ry­wa się z pier­si, gdy przy­pad­kiem po­łknie się za dużo dymu przy pie­cze­niu chle­ba. Po tym kasz­lu można było wiele zgad­nąć. Char­czą­cy, rzę­żą­cy, pa­lą­cy płuca, nie­po­zo­sta­wia­ją­cy wła­ści­cie­lo­wi wiele czasu do prze­ży­cia.

Elż­bie­ta za­drża­ła. Śmierć. Tak brzmi śmierć, tak cuch­nie śmierć.

A jak wy­glą­da? Za­kon­ni­ca wo­la­ła tego nie spraw­dzać. Stwier­dzi­ła jed­nak, że nie zo­sta­wi nie­szczę­śni­ka bez mo­dli­twy.

Nie miała oczy­wi­ście świę­ceń ka­płań­skich, ale stwier­dzi­ła, że i tak udzie­li ostat­nie­go na­masz­cze­nia. Warto spró­bo­wać. Osta­tecz­nie po coś Bóg cią­gle ją trzy­mał przy życiu.

Gdy zbli­ża­ła się do cho­re­go, cią­żył jej na pier­si ogrom­ny ka­mień wy­peł­nio­ny stra­chem. Mnó­stwo myśli kłę­bi­ło się w gło­wie, prze­krzy­ki­wa­ły się, za­prze­cza­ły sobie na­wza­jem.

Ucie­kaj, głu­pia, chcesz się za­ra­zić?

Już i tak wcią­gnę­łam w sie­bie mnó­stwo mia­zma­tów. I tak umrę.

Po co żyć, skoro świat się koń­czy? Ni­cze­go już nie ma. To jeden z ostat­nich ludzi na świe­cie.

A jeśli nie? Na pewno wielu prze­ży­ło. Może nie w tym mie­ście, ale…

Nie za­ra­zisz się od po­wie­trza, głu­pia. Lecz z pew­no­ścią za­ra­zisz się, gdy tylko do­tkniesz te żywe zwło­ki…

Ucie­kaj!

Wbrew ostat­niej myśli, do­tar­ła do sien­ni­ka cho­re­go, przy­sta­nę­ła. Schy­li­ła się ku niemu i gdy już miała re­cy­to­wać for­mu­ły, nie­szczę­śnik kaszl­nął. Po­czu­ła wil­got­ne kro­pel­ki na po­licz­kach i smak krwi na ustach. Za­sty­gła prze­ra­żo­na.

A mnie kto teraz udzie­li ostat­nie­go na­masz­cze­nia?

 

 

– Pić… – wy­char­czał męski głos.

Elż­bie­ta prze­rwa­ła wy­po­wia­da­nie for­muł.

– Co rze­czesz? – za­py­ta­ła, nie do­wie­rza­jąc.

– Pić – po­wtó­rzył mąż. Char­czał jesz­cze przez chwi­lę, ale nic wię­cej nie po­wie­dział.

Za­kon­ni­ca wsta­ła po­wo­li z kucek, nie wie­dząc, co ma po­cząć. Skąd ma tutaj wziąć piwo? Nawet wody ni­g­dzie nie było w po­bli­żu.

Nagle ją olśni­ło.

Owoce! Były prze­cież bar­dzo so­czy­ste, z pew­no­ścią za­spo­ko­ją pra­gnie­nie umie­ra­ją­ce­go.

Wy­szła z chat­ki szyb­ko, prze­ci­ska­jąc się przez drzwicz­ki i wró­ci­ła po chwi­li z na­rę­czem czer­wo­nych owo­ców.

– Pro­szę – po­da­ła jeden umę­czo­ne­mu mę­żo­wi.

Jed­nak ten nie wziął je­dze­nia, od­dech mu świsz­czał. Wtedy do­tar­ło do za­kon­ni­cy, że z pew­no­ścią nie­szczę­śnik nie ma siły się­gnąć po je­dze­nie.

Ale w tych ciem­no­ściach trud­no bę­dzie go na­kar­mić. Mu­sia­ła zna­leźć ja­kieś źró­dło świa­tła.

Nie­opo­dal znaj­do­wał się ko­ściół. Tam bez wąt­pie­nia bę­dzie wiele świec.

– Po­cze­kaj chwi­lę, nie­dłu­go po­wró­cę – rze­kła do męża, opusz­cza­jąc izbę i mając na­dzie­ję, że ten jesz­cze bę­dzie żył, gdy ona po­wró­ci.

 

 

Ciem­ność, smród, prze­szko­dy. Bez po­chod­ni, świe­cy czy świa­tła księ­ży­ca zwy­kłe przej­ście przez do­słow­nie kilka uli­czek wią­za­ło się z za­gro­że­niem zdro­wia, a nawet życia.

Jed­nak Elż­bie­ta bo­ha­ter­sko kro­czy­ła w stro­nę ko­ścio­ła, dziel­nie po­wstrzy­mu­jąc za­war­tość trze­wi pod­cho­dzą­cą do gar­dła i omi­ja­jąc licz­ne zwło­ki miesz­kań­ców.

W końcu z mroku wy­ło­ni­ły się ka­mien­ne mury świą­ty­ni. Pia­sko­wiec i wa­pień były do­brze wi­docz­ne nawet pod­czas głę­bo­kich nocy.

Po chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że nie tylko mury roz­ja­śni­ły jej widok.

Przez wi­tra­że prze­bi­ja­ło się nikłe, mi­go­czą­ce świa­tło, jakby w środ­ku ktoś cho­dził z po­chod­nią.

Pierw­szą re­ak­cją za­kon­ni­cy był uśmiech; bo któż inny mógł cho­dzić o tej porze po ko­ście­le? Tylko du­chow­ny. Z pew­no­ścią po­mo­że jej w przy­nie­sie­niu ulgi cier­pie­niom cho­re­go, który teraz na nią cze­kał i udzie­li mu ostat­nie­go na­masz­cze­nia.

Z tą myślą pew­nym kro­kiem prze­kro­czy­ła próg ko­ścio­ła. Jed­nak wnet zro­zu­mia­ła, że była w błę­dzie.

Ogrom­ną nawę i ścia­ny świą­ty­ni oświe­tla­ły dwie po­chod­nie, a nie jedna. Po apa­ry­cji i wy­po­wie­dziach mężów je dzier­żą­cych można było od razu wy­wnio­sko­wać, że nie są du­chow­ny­mi. Klęli, aż uszy wię­dły, śmie­jąc się przy tym głup­ko­wa­to. Poza tym du­chow­ni ra­czej nie mieli by ze sobą wiel­kich worów, do któ­rych wrzu­ca­li wszyst­ko, co im wpa­dło w ręce, bez na­le­ży­tej czci dla świę­tych przed­mio­tów.

Elż­bie­ta scho­wa­ła się za jedną z ław. Gdy uspo­ko­iła od­dech, od­wa­ży­ła się wy­chy­lić nieco głowę i przyj­rzeć sza­brow­ni­kom.

Jeden z nich nosił bliaud o ko­lo­rze, któ­re­go za­kon­ni­ca nigdy wcze­śniej nie wi­dzia­ła – in­ten­syw­ny, ciem­ny nie­bie­ski…? Ma­te­riał był pod­bi­ty fu­trem. Z pew­no­ścią kra­dzio­ny, bo ru­mia­na, za­pi­ja­czo­na twarz obec­ne­go wła­ści­cie­la oraz licz­ne braki w uzę­bie­niu nie sta­no­wi­ły ra­czej o wy­so­kiej po­zy­cji.

Drugi zło­dziej chyba nie zdo­łał zna­leźć ni­cze­go po­dob­ne­go, bo miał na sobie tylko długą, lnia­ną ko­szu­lę i szare no­ga­wi­ce. A śmiał się jesz­cze bar­dziej głup­ko­wa­to niż ten pierw­szy.

Ere­mit­ka po­sta­no­wi­ła, że naj­le­piej bę­dzie prze­cze­kać, aż sza­brow­ni­cy sobie pójdą. W tym mo­men­cie wyj­ście z ko­ścio­ła wią­za­ło się z dużym ry­zy­kiem, bo trud­no cho­dzić po ka­mien­nych po­sadz­kach, nie wy­da­jąc przy tym żad­ne­go dźwię­ku. I tak miała ogrom­ne szczę­ście, że nie usły­sze­li jej, gdy wcho­dzi­ła.

Do­pie­ro wtedy uj­rza­ła obok klę­czą­cą nie­wia­stę, opar­tą o ławę, po­grą­żo­ną w mo­dli­twie. Była do­słow­nie na wy­cią­gnię­cie ręki. Przy­szła tu po pomoc, lecz Bóg jej nie oca­lił. Skóra na twa­rzy już za­czę­ła od­cho­dzić, po­dob­nie jak z dłoni za­ci­śnię­tych na de­skach. Spod szczę­ki wy­ła­nia­ły się ogrom­ne, ciem­ne guzy.

Elż­bie­ta od­ru­cho­wo krzyk­nę­ła, po czym przy­tknę­ła pięść do ust.

Sza­brow­ni­cy za­mil­kli.

Po chwi­li jeden z nich za­py­tał:

– Sły­sza­łeś to?

– Oczy­wi­sta, że sły­sza­łem! Ktoś tu jest…

Elż­bie­ta sły­sza­ła ich żwawe kroki stą­pa­ją­ce po ka­mien­nej po­sadz­ce, coraz gło­śniej­sze i bliż­sze.

Spoj­rza­ła po­now­nie na zwło­ki mo­dlą­cej się nie­wia­sty.

– Wyłaź, bę­kar­cie, kurwi synie! – Głos zło­dzie­ja wi­siał już nie­mal nad jej uchem.

Gdy zaj­rze­li za ławę, wznie­śli taki raban, że za­kon­ni­ca pra­wie ogłu­chła. Wrza­snę­li, jakby kto ich wrząt­kiem polał.

Na­tych­miast ucie­kli z ko­ścio­ła, za­po­mi­na­jąc o swo­ich łu­pach.

– Do kur­wich ma­cie­rzy synów! Co to było?? – Do­tar­ło jesz­cze do uszu Elż­bie­ty, która z mie­sza­nym uczu­ciem obrzy­dze­nia i czci od­kła­da­ła ciało nie­wia­sty słu­żą­ce jej przed chwi­lą za ma­rio­net­kę.

 

 

We­szła do domu, za­mknę­ła drzwicz­ki i na­słu­chi­wa­ła. Z głębi po­miesz­cze­nia do­bie­gło do niej rzę­że­nie i świst wy­do­by­wa­ją­cy się z umie­ra­ją­ce­go. Ode­tchnę­ła z ulgą. Zdą­ży­ła.

Po­ło­ży­ła na kle­pi­sku jedną ze świec, krze­si­wo i hubkę – łupy z ko­ścio­ła. Po chwi­li mrok ustą­pił świa­tłu chy­bo­czą­ce­mu się po gli­nia­nych ścia­nach.

Zbli­ży­ła się do cho­re­go i pra­wie upu­ści­ła świe­cę.

Nie­szczę­śnik nie tylko brzmiał i cuch­nął, ale istot­nie wy­glą­dał, jakby umie­rał. Tuż pod jego sie­dze­niem Elż­bie­ta za­uwa­ży­ła krew. Ko­szu­lę i no­ga­wi­ce miał po­szar­pa­ne, na wskroś prze­po­co­ne. Klat­ka pier­sio­wa mie­ni­ła się fio­le­to­wy­mi, si­ny­mi pla­ma­mi.

Jed­nak za­kon­ni­cę naj­bar­dziej prze­stra­szy­ła jego głowa, a ra­czej to, co znaj­do­wa­ło się pod nią. Guzy na szyi były tak na­brzmia­łe, że aż prze­krzy­wia­ły głowę męża, który wy­glą­dał bar­dzo gro­te­sko­wo i nie­po­ko­ją­co za­ra­zem.

Z ust nie­szczę­śni­ka wy­do­by­wa­ło się rzę­że­nie, z oczu bła­ga­nie.

– Pić… – wy­char­czał.

– Na rany Chry­stu­sa, wy­bacz… – Elż­bie­ta schy­li­ła się po jeden z owo­ców, które wcze­śniej zo­sta­wi­ła w koszu tuż przy sien­ni­ku. Ręka jej mi­mo­wol­nie drża­ła, gdy zbli­ża­ła ją do twa­rzy cho­re­go.

Gdy ten otwo­rzył usta, by wgryźć się w owoc, do­tarł do niej tak przy­kry za­pach, że mu­sia­ła od­wró­cić głowę. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że mąż do­słow­nie gnił i nie do­ży­je rana.

 

 

– Aua!

Pie­cze­nie oka wy­rwa­ło Elż­bie­tę ze snu. Za­sło­ni­ła je jedną dło­nią, a drugą pod­nio­sła się z pro­wi­zo­rycz­ne­go sien­ni­ka, które nocą ukle­pa­ła sobie ze słomy i worów, przy­nie­sio­nych uprzed­nio z wozu.

To wła­śnie źdźbło słomy było wi­no­waj­cą.

– Niech to dun­der świ­śnie! – za­klę­ła, po czym od­ru­cho­wo się prze­że­gna­ła.

Przy­po­mnia­ła sobie, gdzie się znaj­du­je. Nie­pew­nie spoj­rza­ła w głąb izby.

Mąż spał. O dziwo jego od­dech już nie przy­po­mi­nał skrzy­pią­cych drzwi, które do­ma­ga­ły się nie­zwłocz­nej na­pra­wy. Brzmiał płyt­ko, ale przy­po­mi­nał od­dy­cha­nie zdro­we­go czło­wie­ka.

Nie do­wie­rza­jąc, wsta­ła i zbli­ży­ła się do cho­re­go.

Za­bra­ło jej dech. Na pier­si męża fio­le­to­we plamy zbla­dły, a guzy pod szyją zmniej­szy­ły się na tyle, by mógł już nor­mal­nie uło­żyć głowę.

– To ci cuda… – szep­nę­ła. – Prze­cież to nie­moż­li­we… To…

Na­po­tka­ła wzro­kiem owoce le­żą­ce w koszu pod sien­ni­kiem.

– To te owoce leczą…?

Wy­bie­gła z chaty tak ry­chle, że za­po­mnia­ła o ni­skich drzwicz­kach i wy­so­kim progu. Ude­rzy­ła się w głowę i kost­kę, lecz nie zwa­ża­ła na to.

Owoce le­ża­ły w wozie, na szczę­ście sza­brow­ni­cy ich nie zna­leź­li. Jed­nak praw­do­po­dob­nie nadal byli w mie­ście.

Wró­ci­ła do chat­ki i za­glą­da­ła do róż­nych za­ka­mar­ków w po­szu­ki­wa­niu noża. Kuc­nę­ła przy skrzy­ni. Gdy ją otwie­ra­ła, usły­sza­ła męski głos.

– Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny.

Po­wo­li opu­ści­ła wieko i spoj­rza­ła na niego. Miał zmę­czo­ny, ale jed­no­cze­śnie ra­do­sny wyraz twa­rzy.

– Czego sio­stra szuka?

Wsta­ła z klę­czek i po­de­szła do sien­ni­ka.

– Jak się czu­jesz? – za­py­ta­ła.

– Świet­nie – od­parł. – Chyba umar­łem.

Uśmiech­nę­ła się. Za­prze­czy­ła głową.

– Bo zo­ba­czy­łem anio­ła – dodał, po czym mru­gnął ło­bu­zer­sko.

Elż­bie­ta prych­nę­ła, by za­ma­sko­wać za­kło­po­ta­nie.

– Nie wstyd ci, za­le­cać się do za­kon­ni­cy?

– Ale ja na­praw­dę go zo­ba­czy­łem… – Zmie­nił głos na po­waż­ny. Wy­cią­gnął ko­ści­ste dło­nie w jej stro­nę.

Za­drża­ła, ale się nie cof­nę­ła. Ujął obie­ma rę­ka­mi jej dłoń, a ona po­czu­ła dziw­ną iskier­kę, wę­dru­ją­cą z palca aż do krę­go­słu­pa.

– Bo tylko anioł mógł mnie ura­to­wać – po­wie­dział, pa­trząc jej w twarz.

Od­wza­jem­ni­ła spoj­rze­nie. Oczy męża wy­glą­da­ły cał­kiem ina­czej niż w nocy, już nie za­snu­wa­ła ich mgła. Teraz biła z nich in­ten­syw­na zie­leń, so­czyst­sza od traw w jej ogród­ku, który zo­sta­wi­ła da­le­ko za lasem. Po­czu­ła tę­sk­no­tę za swoim domem, za pro­stym ży­ciem, mo­dli­twą pełną wdzięcz­no­ści, nie­zna­ją­cą pre­ten­sji do Boga. Za Igni­sem.

– Jak ci na imię? – wy­rwał ją z za­my­śle­nia.

– Elż­bie­ta.

– Ka­zi­mierz.

Za­mil­kli, nie od­ry­wa­jąc od sie­bie wzro­ku i nadal trzy­ma­jąc dło­nie w uści­sku.

– Elż­bie­to… – szep­nął po dłuż­szej chwi­li.

Serce za­bi­ło jej moc­niej.

– Tak?

– Czego szu­ka­łaś w mojej skrzy­ni?

 

 

Ka­zi­mierz za­pro­po­no­wał, by wóz zo­sta­wić, bo w ten spo­sób bę­dzie im ła­twiej spraw­dzać, czy ktoś jesz­cze prze­żył w mie­ście. Elż­bie­ta opo­wie­dzia­ła mu wtedy o sza­brow­ni­kach, któ­rych spo­tka­ła ze­szłej nocy w ko­ście­le i ka­te­go­rycz­nie od­mó­wi­ła po­zo­sta­wie­nia wozu. Tak więc nowo po­zna­ny mąż mu­siał przy­stać na jej proś­bę.

Pa­trzy­ła z nie­po­ko­jem na niego, gdy wy­chu­dzo­ny­mi ra­mio­na­mi chwy­tał drągi od wozu. Za­pro­po­no­wa­ła, by może le­piej zo­stał w domu, ale on twier­dził, że czuje się o wiele le­piej, poza tym nie chce, żeby Elż­bie­ta sama cho­dzi­ła po mie­ście.

Spoj­rza­ła na jego szyję. Guzy zni­ka­ły w bły­ska­wicz­nym tem­pie, były już ledwo wi­docz­ne. Nie mogła się na­dzi­wić nad wła­ści­wo­ścia­mi cu­dow­nych owo­ców, po­da­ro­wa­nych jej po­śmiert­nie przez Igni­sa.

Toteż przy­sta­ła na wspól­ną wę­drów­kę. On cią­gnął wóz z owo­ca­mi, ona szła obok niego z nożem w ręce.

Była to na­praw­dę trud­na prze­pra­wa. Słoń­ce wi­szą­ce na po­łu­dniu pie­kło bez­li­to­śnie. Licz­ne ciała zmar­łych za­gra­dza­ły drogę, więc Elż­bie­ta z Ka­zi­mie­rzem mu­sie­li czę­sto przy­sta­wać i od­su­wać zwło­ki na bok. Za­kon­ni­ca nad każ­dym od­ma­wia­ła mo­dli­twę, nie zwa­ża­jąc na skwar ani mia­zma­ty bez­u­stan­nie ata­ku­ją­ce nos.

W pew­nym mo­men­cie na­tknę­li się na po­zo­sta­ło­ści oso­bli­wie odzia­ne­go je­go­mo­ścia. Elż­bie­ta nie po­zna­ła­by go, gdyby nie ma­te­riał, który miał na sobie, bo ka­wa­łek twa­rzy miał od­gry­zio­ny, z pew­no­ścią przez wy­głod­nia­łe psy.

Elż­bie­ta mil­cza­ła, wpa­tru­jąc się w ciem­no­nie­bie­ski bliaud pod­bi­ty fu­trem.

– Aku­rat jego słusz­nie spo­tka­ła boska kara – po­wie­dzia­ła bez cie­nia smut­ku.

– To ten sza­brow­nik? – za­py­tał Ka­zi­mierz.

– Tak.

Nie pod­nio­sła zwłok, tylko kop­nę­ła je mocno, aż się prze­to­czy­ły kilka łokci dalej, po czym kon­ty­nu­owa­ła wę­drów­kę.

– Świę­ci pań­scy! – krzyk­nął Ka­zi­mierz. – Nawet nie po­mo­dlisz się za jego duszę?

– Nie, bo on nie ma duszy – skwi­to­wa­ła.

Ka­zi­mierz miał ocho­tę gwizd­nąć z za­chwy­tu. Nie wie­dział, że za­kon­ni­ce po­tra­fią być tak za­dzior­ne.

– My­śla­łem, że służ­ki Boga są uczo­ne mi­ło­wać każ­de­go – po­wie­dział, pró­bu­jąc ją do­go­nić. – Że w każ­dym czło­wie­ku jest od­zwier­cie­dle­nie Stwór­cy, i takie tam…

Prze­rwał, bo Elż­bie­ta przy­sta­nę­ła tak gwał­tow­nie, że pra­wie na nią wpadł.

Wpa­try­wa­ła się w małą chatę, ule­pio­ną z gliny i wi­kli­ny. Nad ma­ły­mi drzwicz­ka­mi wi­siał za­cze­pio­ny o kij czar­ny sur­kot. Za­rów­no wej­ście jak i okien­ni­ce zo­sta­ły za­bi­te de­ska­mi. Domek ota­cza­ły gęste krze­wy głogu.

Za­kon­ni­ca po­de­szła do drzwi i pró­bo­wa­ła wy­rwać deskę.

– Co ty wy­czy­niasz? – za­py­tał Ka­zi­mierz, ale za­miast od­po­wie­dzi otrzy­mał wy­rzu­ty, czemu nie przyj­dzie jej pomóc.

Pod­biegł więc i wspól­ny­mi si­ła­mi wy­rwa­li jedną deskę, potem drugą, trze­cią. Gdy skoń­czy­li, pot lał się z nich stru­mie­nia­mi. Ktoś na­praw­dę nie chciał, by go­spo­da­rze wy­szli na ze­wnątrz.

Elż­bie­ta prze­szła przez dziu­rę i wy­da­ła z sie­bie krót­ki, acz roz­pacz­li­wy krzyk.

Zro­zu­mie­nie, co wy­da­rzy­ło się w cha­cie, za­ję­ło jej dłuż­szą chwi­lę. Zde­for­mo­wa­ne przez wiel­ki pomór ciała utrud­nia­ły roz­po­zna­nie, ale układ izby i ubiór go­spo­da­rzy nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści, kim byli zmar­li.

Maria i Zbi­gniew.

Oboje mieli czar­ne dło­nie i nogi, jakby spa­lo­no im człon­ki. Ciała usia­ne były gu­za­mi wiel­ko­ści mniej wię­cej ku­rze­go jajka. Maria le­ża­ła tuż przy ścia­nie, nad nią w jed­nym miej­scu było cha­rak­te­ry­stycz­ne wgłę­bie­nie, któ­re­go Elż­bie­ta nie wi­dzia­ła wcze­śniej. Do­my­śli­ła się, że bia­ło­gło­wa pró­bo­wa­ła się wy­do­stać, ale wsku­tek wy­czer­pa­nia nie miała sił prze­bić nawet tak le­ci­wej ścia­ny.

Zbi­gniew leżał z nie­na­tu­ral­nie wy­krę­co­ną głową, lecz nie z po­wo­du ol­brzy­mich guzów, jak to spo­tka­ło Ka­zi­mie­rza. Przy­czy­na mu­sia­ła być inna. Za­kon­ni­ca unio­sła głowę – dach był nieco obe­rwa­ny. Przy­pusz­cza­ła, że nie­szczę­śnik pró­bo­wał wspiąć się na po­wa­łę i przez dym­nik wyjść na ze­wnątrz. Nie­ste­ty trzci­na nie jest zbyt sta­bil­ną kon­struk­cją i mu­sia­ła się ze­rwać.

Ka­zi­mierz sta­nął obok Elż­bie­ty, która za­czę­ła od­ma­wiać mo­dli­twy nad umę­czo­ny­mi cia­ła­mi.

Gdy skoń­czy­ła, usia­dła na sien­ni­ku, na któ­rym jesz­cze nie tak dawno była gosz­czo­na. Spu­ści­ła oczy.

– Zna­łam ich – szep­nę­ła. – Ci lu­dzie mnie ura­to­wa­li.

Jej usta i pod­bró­dek za­drża­ły. Ka­zi­mierz mil­czał.

– Jak można uczy­nić coś ta­kie­go? – Z głosu za­kon­ni­cy biła złość. – Uwię­zić ludzi w ich wła­snym domu…

– I tak by umar­li – po­wie­dział cicho jej to­wa­rzysz.

Pod­nio­sła gwał­tow­nie głowę, wbi­ja­jąc w niego spoj­rze­nie.

– Pomóż mi ich za­ko­pać.

Kiw­nął głową.

– Do­brze, ale gdzie?

– Naj­le­piej bę­dzie na ich wła­snym ogród­ku.

Ka­zi­mierz nieco się spe­szył.

– Eee, nie… Le­piej dać ich gdzie in­dziej – wy­mam­ro­tał.

– Dla­cze­go?

– Cały ogród za­rósł gło­giem… Le­piej ich prze­nieść do dołu, który już jest wy­ko­pa­ny.

Za­kon­ni­ca miała za­pro­te­sto­wać, ale zaraz za­mknę­ła usta. Po­my­śla­ła, że pew­nie Ka­zi­mierz po pro­stu nie ma siły, by kopać. Ona też ledwo cho­dzi­ła ze zmę­cze­nia.

– Do­brze, więc tak uczyń­my.

 

***

 

Mi­ja­ły dni, ty­go­dnie. Ka­zi­mierz i Elż­bie­ta zwie­dzi­li chyba każdą wio­skę w po­bli­żu Boch­ni. Nie­ste­ty wszę­dzie znaj­do­wa­li tylko śmierć. Byli chyba ostat­ni­mi ludź­mi na tym świe­cie. Za­kon­ni­ca na­praw­dę za­czy­na­ła w to wie­rzyć.

Naj­wi­docz­niej po­dob­ne myśli kłę­bi­ły się w gło­wie jej to­wa­rzy­sza, bo pew­ne­go wie­czo­ru, gdy od­po­czy­wa­li po po­wro­cie z jed­nej z wio­sek, rzekł:

– Bóg nas nie­na­wi­dzi.

Za­kon­ni­ca po­cząt­ko­wo zbyła to stwier­dze­nie mil­cze­niem. Ka­zi­mierz wgry­zał się w owoc i jed­no­cze­śnie ob­ser­wo­wał jej re­ak­cję. W końcu za­py­ta­ła:

– Dla­te­go nas stwo­rzył na swoje po­do­bień­stwo?

Mąż prych­nął.

– I cóż z tego, skoro chce nas teraz uni­ce­stwić?

Cisza. Prze­żu­wa­nie, mla­ska­nie, wiatr świsz­czą­cy z okien­nic.

– Może to nie Bóg chce nas znisz­czyć. – Głos Elż­bie­ty bru­tal­nie prze­rwał mil­cze­nie. – Ist­nie­ją takie siły, któ­rych nie poj­mu­ją naj­tęż­sze umy­sły tego świa­ta. Może jest coś jesz­cze po­tęż­niej­sze­go niż Bóg.

Zdzi­wi­ły go słowa, które prze­cież wy­szły z ust za­kon­ni­cy, przy­kład­nej słu­żeb­ni­cy Boga.

A może już nie ta­kiej przy­kład­nej.

Z pew­no­ścią wi­dzia­ła wiele. Wi­dzia­ła wię­cej, niż chcia­ła kie­dy­kol­wiek zo­ba­czyć.

Ale on rów­nież.

Pa­mię­tał, jak jed­ne­go dnia idąc na targ, witał się z ser­decz­nym są­sia­dem, a dru­gie­go dnia na polu zo­ba­czył jego ciało usia­ne fio­le­to­wy­mi, bo­ży­mi zna­mio­na­mi.

Wi­dział, jak córkę po­ra­sta­ją wiel­kie guzy przy­po­mi­na­ją­ce jajka, jak sy­no­wi czer­nie­ją dło­nie i pluje krwią. Pa­mię­tał, jak pew­ne­go dnia obu­dził się z brza­skiem, a oni już nie za­mie­rza­li wsta­wać.

Nagle po­czuł ogrom­ne brze­mię i nie­przy­jem­ny żar w pier­si.

Płacz Elż­bie­ty wy­rwał go z za­my­śle­nia. Jesz­cze nigdy nie sły­szał, by ktoś tak pła­kał, jed­no­cze­śnie cicho, acz in­ten­syw­nie, chwi­la­mi bra­ko­wa­ło jej tchu.

Ka­zi­mierz nie wie­dział, co po­cząć. Jak każdy mąż, nie był dobry w kwe­stiach nie­wie­ścich. Pod­szedł do niej, usiadł obok.

– No już – po­wie­dział nie­zdar­nie. – Wszyst­ko bę­dzie do­brze…

Te słowa były tak wy­łu­ska­ne z sensu, że aż się skrzy­wił od razu po ich wy­po­wie­dze­niu.

Zre­zy­gno­wał więc ze słów. Wy­cie­rał de­li­kat­nie łzy z jej po­licz­ków. Pa­trzył na twarz Elż­bie­ty i czuł się bar­dzo nie­swo­jo. Skoro taka silna nie­wia­sta jak ona, która prze­ży­ła głód i za­ra­zę, która go ura­to­wa­ła, pła­ka­ła teraz rzew­ny­mi łzami, du­si­ła się wręcz bez­rad­no­ścią, to już nie było ra­tun­ku dla ni­ko­go. Nie było ra­tun­ku dla świa­ta.

Mu­sia­ła prze­stać pła­kać. Niech to się skoń­czy.

Chwy­cił ją de­li­kat­nie za dło­nie, wil­got­ne od łez. Elż­bie­ta za­mar­ła za­sko­czo­na i uci­chła na chwi­lę.

– Te dło­nie… – mruk­nął. – Te cu­dow­ne dło­nie. Ule­czy­ły mnie. Te dło­nie chcia­ły ule­czyć świat.

Po­ca­ło­wał je ostroż­nie, chcąc po­dzię­ko­wać za wszyst­ko, co uczy­ni­ła. Spra­co­wa­ne, umę­czo­ne, a jed­no­cze­śnie pięk­ne ręce.

Za­kon­ni­ca po­czu­ła iskier­kę na każ­dym palcu, który ca­ło­wał. Nagle wszyst­kie się zjed­no­czy­ły i po­wę­dro­wa­ły przez serce do pod­brzu­sza.

Ujęła jego twarz. Był tak za­sko­czo­ny, że nie opo­no­wał, gdy po­czuł jej cie­płe usta na swo­ich.

On rów­nież po­czuł iskry, które roz­pa­la­ły się bez opo­rów, wę­dro­wa­ły, rzu­ca­ły się po całym ciele.

Elż­bie­ta nie my­śla­ła. Tylko czuła. Nigdy wcze­śniej nie czy­ni­ła tego, co chcia­ła uczy­nić za chwi­lę, jed­nak pod­skór­nie wie­dzia­ła, że in­stynkt ją po­pro­wa­dzi.

Zdję­ła mu ko­szu­lę, bie­ga­ła dłoń­mi go­rącz­ko­wo po klat­ce pier­sio­wej, która jesz­cze nie­daw­no ją prze­ra­ża­ła. Gła­ska­ła jego twarz, szyję, brzuch, wszyst­kie miej­sca, które jesz­cze nie­daw­no śmierć na­zna­czy­ła swo­imi zna­mio­na­mi i chcia­ła za­brać ze sobą.

Po­ca­łun­ki wę­dru­ją­ce po jej szyi i de­kol­cie były tak go­rą­ce, że aż oba­wia­ła się aktu sa­mo­spa­le­nia.

Zaraz znik­nę, zdą­ży­ła jesz­cze po­my­śleć, zanim osta­tecz­nie prze­ko­na­ła się, że istot­nie można z roz­ko­szy cał­ko­wi­cie znik­nąć.

 

 

Tro­chę nie­po­ko­ił ją fakt, że nie od­czu­wa­ła żad­nej skru­chy.

Bo jeśli trafi do pie­kła, to co z tego? Już do­brze je po­zna­ła. Trud­no by­ło­by do­świad­czyć cze­goś jesz­cze okrut­niej­sze­go niż apo­ka­lip­sa, głód, za­ra­za.

Ka­zi­mierz wszedł do chat­ki, uchy­la­jąc głowę przed ni­skim stro­pem. W ręku miał kosz czer­wo­nych owo­ców.

Uśmiech­nął się do Elż­bie­ty i podał jej jeden z nich.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał, sia­da­jąc obok niej na sien­ni­ku.

– Świet­nie – wy­mru­cza­ła, prze­żu­wa­jąc owoc.

– Nie ża­łu­jesz?

Ob­li­za­ła sok z pal­ców. Spoj­rza­ła na niego wy­mow­nie.

– A my­ślisz, że Bóg ża­łu­je ze­sła­nia na nas naj­pierw głodu, potem za­ra­zy?

Nie cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź, wró­ci­ła do je­dze­nia.

– Czyli co, to był akt ze­msty na Bogu? – za­śmiał się nie­pew­nie.

– Nie bądź głupi. Uczy­ni­łam to, bo chcia­łam. Wcze­śniej całe życie Mu się po­świę­ca­łam, a On ze­słał na nas to. – Po­ka­za­ła ręką do­oko­ła, nie wska­zu­jąc na nic kon­kret­ne­go.

Ka­zi­mierz po­ki­wał głową.

– Rad je­stem, że nie ża­łu­jesz – po­wie­dział.

– Nie po­win­ni­śmy ni­cze­go ża­ło­wać w ta­kich oko­licz­no­ściach. – W jej gło­sie prze­bi­ja­ła się sta­now­czość, może nawet złość. – Je­stem prze­ko­na­na, że lu­dzie nigdy wcze­śniej, ani nigdy póź­niej nie do­świad­czą ta­kich okrop­no­ści. O ile w ogóle ludz­kość prze­trwa.

Ka­zi­mierz chrząk­nął.

– Może i masz rację, lecz jest jed­nak coś, czego bar­dzo ża­łu­ję…

Za­kon­ni­ca spoj­rza­ła na niego z uwagą. Odło­ży­ła ogry­zek na kle­pi­sko.

Ka­zi­mierz wes­tchnął.

– Czy można wy­spo­wia­dać się za­kon­ni­cy?

– Oba­wiam się, że nie masz innej moż­li­wo­ści.

Uśmiech­nę­li się do sie­bie blado, bez­rad­nie.

– No więc… – za­czął nie­pew­nie. Ręce mu drża­ły. – Ja… zro­bi­łem coś okrop­ne­go…

– Jak my wszy­scy…

– Zja­dłem zwło­ki dziec­ka.

Elż­bie­ta za­sty­gła.

– Jesz­cze zanim wiel­ki pomór do­tarł tutaj, nie­prze­rwa­nie padał deszcz… Zresz­tą, wiesz… – Nie­dba­le mach­nął ręką. – Lu­dzie jedli, co po­pa­dło. Naj­pierw sple­śnia­łe zboże, potem łajno zwie­rząt, aż w końcu… – Na­brał dużo po­wie­trza, po czym je wy­pu­ścił. – Mia­łem uro­je­nia, wi­dzia­łem kozły pie­kiel­ne, strasz­ne upio­ry… O wy­pa­czo­nych twa­rzach, szcze­rzy­ły się pa­skud­nie. Bła­ga­łem, żeby ode­szły, albo żeby mnie za­bi­ły. Po­wie­dzia­ły, że nie odej­dą, do­pó­ki nie zjem zwłok dziec­ka. Wska­za­ły mi grób, za domem Zbi­gnie­wa i Marii, pod krze­wem głogu za­ko­pa­li tam có­recz­kę… I ja od­ko­pa­łem ją i…

Prze­rwał, wzniósł oczy do góry, pod­bró­dek mu drżał.

Elż­bie­ta mil­cza­ła. Znów była noc, szła za po­trze­bą, znów sły­sza­ła ko­pa­nie, mla­ska­nie, prze­żu­wa­nie.

Nie za­mie­rza­ła po­tę­piać Ka­zi­mie­rza. Nie był złym czło­wie­kiem. To sza­tan nim kie­ro­wał, głód, bóg nie­szczęść, ten kurwi syn…!

Ja nie mia­łam żad­nych wi­dzeń, a i tak za­mie­rza­łam zjeść Igni­sa, po­my­śla­ła gorz­ko. Z oczu znów po­le­cia­ło kilka łez. Po­czu­ła cie­płe, silne ramię Ka­zi­mie­rza. Pła­ka­li w ob­ję­ciach.

Nie wie­dzie­li, że Bóg po­sta­no­wił prze­rwać cier­pie­nie ludz­ko­ści. Pełen łaski i mi­ło­sier­dzia ob­da­rzył swoje za­gu­bio­ne owce drugą szan­są.

 

***

 

Zwło­ki nie­wia­sty już nie cuch­nę­ły. Wy­su­szo­ne, nie­mal po­zba­wio­ne mięsa, nie od­py­cha­ły już tak bar­dzo.

Elż­bie­ta spoj­rza­ła na swoje po­ra­nio­ne stopy, a potem na buty trupa. Bo­ga­to zdo­bio­ne kra­kow­ce, z bar­dzo dłu­gi­mi no­ska­mi… Ich wła­ści­ciel­ka pew­nie była żoną kupca. Po krót­kiej chwi­li wa­ha­nia za­kon­ni­ca po­czę­ła zdej­mo­wać obu­wie.

Wtedy usły­sza­ła stu­kot kopyt. Za­sty­gła, trzy­ma­jąc jed­ne­go buta.

Od jej lewej stro­ny po bruku stą­pa­ły wolno dwa konie, na któ­rych sie­dzie­li dość bo­ga­to odzia­ni mę­żo­wie. Czyż­by urzęd­ni­cy…?

– Co wy tu ro­bi­cie? – za­py­tał jeden z nich.

Elż­bie­ta była tak za­sko­czo­na przy­by­ciem kogoś spoza mia­sta, że po­wie­dzia­ła praw­dę, zbyt bo­ga­tą w szcze­gó­ły.

– Je­stem za­kon­ni­cą, nie sza­brow­ni­kiem… Ale tamte buty już cał­ko­wi­cie mi się zdar­ły, po­trze­bu­ję no­wych… – Kiw­nę­ła głową w stro­nę zwłok. – Jej już się nie przy­da­dzą.

Urzęd­nik i jego to­wa­rzysz wpa­try­wa­li się w nią nie­pew­nie. Nagle ten pierw­szy uśmiech­nął się lekko.

– Je­ste­ście tu sami, sio­stro?

– Jest jesz­cze Ka­zi­mierz, mój… – prze­rwa­ła zmie­sza­na – mój są­siad – skła­ma­ła i ledwo się po­wstrzy­ma­ła od zro­bie­nia znaku krzy­ża.

Do­stoj­nik ro­zej­rzał się po zruj­no­wa­nych bu­dyn­kach i roz­kła­da­ją­cych się cia­łach.

– Tylko wy prze­ży­li­ście?

– Na to wy­glą­da…

Mąż za­czął wy­da­wać po­le­ce­nia swo­je­mu to­wa­rzy­szo­wi. Spraw­dzić domy, zli­czyć je, osza­co­wać kosz­ta na­pra­wy… Resz­ta wy­po­wie­dzi roz­pły­nę­ła się w zmą­co­nym umy­śle Elż­bie­ty. Za­sta­na­wia­ła się, czy widzi po­sta­ci na sku­tek ognia świę­te­go An­to­nie­go, czy są to po pro­stu duchy zmar­łych, czy praw­dzi­wi lu­dzie…

 

***

 

Ma­rze­nia senne prze­szy­ło pia­nie ko­gu­ta. Elż­bie­ta po­wo­li roz­chy­li­ła po­wie­ki. Po­dźwi­gnę­ła się na łok­ciu, wsta­ła mo­zol­nie z sien­ni­ka, otwo­rzy­ła okien­ni­ce.

Słoń­ce wscho­dzi­ło, obej­mu­jąc świat zło­to-ró­żo­wą łuną. Z oko­licz­nych domów do­bie­ga­ły dźwię­ki garn­ków kła­dzio­nych na piece, by ugo­to­wać owsian­kę. Ktoś kogoś po­ga­niał, by ru­szać w pole. Krowy mu­cza­ły, bo wie­dzia­ły, że zaraz zo­sta­ną wy­do­jo­ne, a kury gda­ka­ły z sobie tylko zna­nych przy­czyn.

Elż­bie­ta wzię­ła ostat­nie czer­wo­ne owoce ze­bra­ne ze Srebr­ne­go Drze­wa, scho­wa­ła do ko­szy­ka, przy­kry­ła chu­s­tą. Ru­szy­ła na targ. Nie mogła uwie­rzyć, że jesz­cze dwa lata temu ulice Boch­ni wy­peł­nia­ła cisza, bezwzględnie na­rzu­co­na przez Wiel­ki Pomór.

Teraz cie­śle ra­to­wa­li wa­lą­ce się domy, fel­cze­rzy i gra­ba­rze uprząt­nę­li już nie­mal wszyst­kie ciała z uli­czek. Ro­dzi­ny z dzieć­mi ma­lo­wa­ły wap­nem ścia­ny do­mostw, a po bruku roz­le­gał się stu­kot kół na­le­żą­cych do wozów wy­peł­nio­nych wo­ra­mi zboża i becz­ka­mi piwa. Nawet mia­ro­wy brzęk ude­rza­nia me­ta­lu o metal wy­do­by­wa­ją­cy się z kuźni nie iry­to­wał już za­kon­ni­cy.

Serce rosło na ten widok, mia­sto po­wo­li od­ży­wa­ło. Wpraw­dzie wiele chat wciąż stało pu­stych, ale z pew­no­ścią wkrót­ce wy­peł­ni je szcze­biot dzie­ci i krzy­ki do­ro­słych.

Elż­bie­ta wy­mie­ni­ła na targu ostat­nie owoce za aż dwa korce zboża, trzy worki so­cze­wi­cy i an­ta­łek piwa. Za­śmia­ła się ser­decz­nie, bo nie pa­mię­ta­ła, kiedy ostat­nio udało jej się coś tak ko­rzyst­nie wy­mie­nić.

Ka­zi­mierz wró­cił do chaty wy­czer­pa­ny, ale szczę­śli­wy. Z wy­pie­ka­mi na twa­rzy opo­wia­dał jej o nowym urzą­dze­niu wpro­wa­dzo­nym w ko­pal­niach.

– Teraz więk­szość pracy wy­ko­nu­ją pompy wodne! – re­la­cjo­no­wał, jed­no­cze­śnie za­gry­za­jąc pod­pło­myk i za­pi­ja­jąc go piwem. – Mówią na nie pa­ter­no­ster. Po pro­stu sys­tem łań­cu­chów z ku­bła­mi wy­no­si wodę do góry, nie mu­si­my już sami wszyst­kie­go dźwi­gać! Chciał­bym, żebyś to zo­ba­czy­ła… Może jutro z sa­me­go rana po­je­dziesz tam ze mną, a potem wró­cisz do mia­sta?

Elż­bie­ta do­la­ła mu piwa do me­ta­lo­we­go kubka, po czym usia­dła na ławie, na­prze­ciw niego.

– Nie po­win­nam jeź­dzić konno…

Po­gła­ska­ła się po brzu­chu.

Ka­zi­mierz pra­wie się za­chły­snął.

– Czy to… czy ty…

Przy­tak­nę­ła.

Odło­żył kubek i chwy­cił dłoń Elż­bie­ty. Jego oczy się śmia­ły.

– Na­praw­dę rad je­stem… Ale… – Spoj­rzał ostroż­nie w górę, jakby ocze­ki­wał ciosu. – My­ślisz, że On ci wy­ba­czy?

Uśmiech­nę­ła się za­dzior­nie.

– Dla­te­go na wszel­ki wy­pa­dek na­zwie­my go Bo­gu­mił.

 

***

 

Serce biło jej mocno – pło­chli­wie, ale jed­no­cze­śnie ra­do­śnie. Oso­bli­we uczu­cie.

Słoń­ce ogrze­wa­ło twarz, a lekki wiatr ła­go­dził nieco upał, po­ru­szał krze­wy pa­pro­ci i hor­ten­sji, ga­łąz­ki brzóz i dębów. Zu­peł­nie tak samo, gdy po­dą­ża­ła tym trak­tem z wozem cięż­kim od owo­ców. Gdy chcia­ła pomóc miesz­kań­com i nie wie­dzia­ła jesz­cze, że spo­tka Ka­zi­mie­rza…

– Mamo, da­le­ko jesz­cze? – wy­rwał ją z za­my­śle­nia Boguś, drep­czą­cy obok.

– Już nie­da­le­ko, skar­bie – od­rze­kła. Uśmiech­nę­ła się, bo roz­po­zna­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny pień dębu, prze­chy­lo­ny i odar­ty z kory, który za­po­wia­dał bli­ski cel po­dró­ży.

Wkrót­ce zza za­krę­tu wy­ło­ni­ło się ono. Srebr­ne Drze­wo.

Bił od niego jesz­cze więk­szy ma­je­stat, niż gdy przed laty opusz­cza­ła chat­kę. Jej dawny dom pod­dał się upły­wo­wi czasu i można go było od­na­leźć je­dy­nie w po­sta­ci zmur­sza­łych desek. Nieco za­smu­cił ją ten widok, ale Srebr­ne Drze­wo znów jej ka­za­ło na sie­bie pa­trzeć.

Nagle coś się po­ru­szy­ło wśród zło­to-czer­wo­nych liści. Elż­bie­ta zmru­ży­ła oczy.

Nie. To nie­moż­li­we… To…

Ignis. Ptak o czer­wo­no-zło­tych pió­rach i srebr­nym dzio­bie. Po­now­nie ożył. I był jesz­cze pięk­niej­szy.

Fe­niks po­chy­lił głowę, wy­pro­sto­wał się i wydał z sie­bie nie­sa­mo­wi­ty trel, w któ­rym Elż­bie­ta i Bo­gu­mił usły­sze­li samą do­broć. Pie­śni po­chwal­ne na cześć wsze­go stwo­rze­nia, słoń­ca, sa­me­go Stwo­rzy­cie­la, nio­sły dobrą no­wi­nę aż po łąki i do­li­ny do sa­mych gór.

Koniec

Komentarze

Przypis od autorki:

Tekst ten wysłałam w zeszłym roku do Redakcji Nowej Fantastyki, jednak został odrzucony. Cytując FAQ redaktorskiego ZEN: “Jeśli do 3 miesięcy nie skontaktuje się z Tobą nikt z redakcji, możesz założyć, że tekst nie został zaakceptowany”. Tak więc minęły trzy miesiące od wysłania i stąd wiem, że opowiadanie zostało odrzucone. Dlatego wrzucam je na portal, w nadziei, że tutaj zostanie chociaż troszkę docenione, bo włożyłam w nie naprawdę dużo pracy i nie chciałabym, żeby zaginęło w przysłowiowej szufladzie.

Dlaczego nie wspomniałam o tym w przedmowie? Cóż, nie chciałam ryzykować, że w głowie czytelnika informacja ta zasieje ziarenko w postaci wniosków: “Skoro tekst został odrzucony, to znaczy, że jest kiepski i nie ma sensu go czytać. Tym bardziej że jest długi”.

A dlaczego w ogóle przyznaję się do tego, że został odrzucony? Chyba jestem zbyt uczciwa. Czułabym się nie w porządku, nie wspominając o porażce. Za bardzo Was cenię :)

Jeśli tu dotarłeś(-łaś), to znaczy, że przeczytałeś(-łaś) opowiadanie. Dziękuję Ci bardzo za poświęcony czas na przeczytanie tej mini-książki! :P

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Cześć, HollyHell91

 Wydaje mi się, że początkowa narracja była lepiej prowadzona, jakby gdzieś po drodze zaczęłaś się męczyć tekstem (ale to tylko wrażenie i nie potrafię tego uzasadnić, dlatego nie bierz do siebie). Opowiadanie czytałem z zaciekawieniem i najbardziej interesował mnie Feniks. Gdzieś słyszałem, że z tym paleniem na stosie i podobnie w pożarach ofiary nie krzyczą, ponieważ zgon następuje dość szybko – zachłyśnięcie się dymem, utrata przytomności i wszystkiego dopełnia ogień. 

Czy dobrze zrozumiałem, że zakonnica odebrała prośbę o wodę, jako o piwo? :-) 

I jak to jest, że w kościele przy świetle pochodni mogła spostrzec braki w uzębieniu szabrownika? Nie twierdzę, że to niemożliwe, ale jakoś trudno mi to sobie wyobrazić. A poza tym, szybko odpuścili. Przeszkadzały mi powtórzenia typu: Elżebieta, Elżbieta, czasami zastępowałaś imię: Eremitka. Kolejną niewytłumaczalną dla mnie kwestią jest przeskok ze świata zarazy do dobrobytu – tutaj zabrakło wzmianki typu, że w przyszłym roku, albo za dwa lata; ot tak sobie, pa bum i nagle pojawiło się jedzenie, piwo itd. Po takiej zarazie, gdzie ludzie umierali jak muchy, a miasta były wyludnione, powrót do normalnego życia nastąpił nagle. 

Następna sprawa – bogobojna zakonnica poucza kobietę, która straciła dzieci podczas zarazy i nawet w momencie, gdy ta opowiada jej o postrzeganiu boga, który pozwala na zjadanie trupów, który zsyła na ludzi głód, w dalszej części, jak gdyby nigdy nic eremitka usprawiedliwia samą siebie po numerku z Kazimierzem, i wtedy już bóg jest dla niej niewiele istotny – niezrozumiałe dla mnie zachowanie. 

Myślałem, że rozwiniesz bardziej motyw Feniksa, ale interesująco zamknęłaś całość. 

I plus za happy end. 

Klik 

Pozdrawiam 

Hej, Hesket!

 

Dzięki za odwiedziny i poświęcenie czasu na to opasłe opowiadanie.

 

Czy dobrze zrozumiałem, że zakonnica odebrała prośbę o wodę, jako o piwo? :-) 

W średniowieczu standardem było picie piwa, nie wody. O czystą wodę wtedy było bardzo trudno. Dlatego podstawowym napitkiem było bardzo rozcieńczone piwo, nawet dzieci go piły.

 

I jak to jest, że w kościele przy świetle pochodni mogła spostrzec braki w uzębieniu szabrownika?

Gdy przyświecał sobie pochodnią podczas szabrowania i przybliżał do twarzy, można było wtedy zobaczyć stan jego uzębienia.

 

A poza tym, szybko odpuścili.

Jakbym zobaczyła ruszającego się trupa, to też bym od razu odpuściła ;p

 

Po takiej zarazie, gdzie ludzie umierali jak muchy, a miasta były wyludnione, powrót do normalnego życia nastąpił nagle. 

Przed betą przeskok był jeszcze bardziej kontrastowy, dopiero po uwagach betujących dodałam fragment, w którym urzędnicy przybywają do miasta. Ale jak widać, nadal się to rzuca w oczy. Pomyślę nad tym.

 

Następna sprawa – bogobojna zakonnica poucza kobietę, która straciła dzieci podczas zarazy i nawet w momencie, gdy ta opowiada jej o postrzeganiu boga, który pozwala na zjadanie trupów, który zsyła na ludzi głód, w dalszej części, jak gdyby nigdy nic eremitka usprawiedliwia samą siebie po numerku z Kazimierzem, i wtedy już bóg jest dla niej niewiele istotny – niezrozumiałe dla mnie zachowanie. 

Trochę minęło czasu, odkąd zakonnica pouczała Marię. Poza tym ludzie zmieniają swoje poglądy i podejście do życia pod wpływem otoczenia, innych ludzi czy sytuacji właśnie. Im dłużej Elżbieta obserwowała pogrom najpierw klęski żywiołowej, potem zarazy, tym bardziej dochodziła do wniosku, że bycie pobożną niczego nie zmienia na lepsze.

 

Myślałem, że rozwiniesz bardziej motyw Feniksa, ale interesująco zamknęłaś całość. 

I plus za happy end. 

Z tego jestem najbardziej dumna, bo mam skłonność do smutnych zakończeń. Chciałam pokazać, że nawet po największej burzy w końcu wychodzi słońce.

 

Klik 

Dziękuję!

 

Pozdrawiam 

Pozdrawiam również i jeszcze raz serdeczne dzięki!

 

 

EDIT: Dodałam taki fragmencik:

Nie mogła przestać się uśmiechać. I nie mogła uwierzyć, że jeszcze dwa lata temu krocząc ulicami Bochni, napotykała jedynie ślady bezlitosnej śmierci.

Teraz cieśle ratowali walące się domy, felczerzy…

 

Czy dwa lata brzmi dość realistycznie, żeby miasto choć trochę się odrodziło? Bo wspominam też potem o pustych domach, więc miasto nie jest jeszcze w pełni zaludnione.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Dzięki za wyjaśnienia.

Pozdrawiam

Hm hm hm.

 

Mamy tu przejmujące i przekonujące opisy niełatwego życia podczas średniowiecznych plag i trudnej relacji zakonnicy z własną wiarą i przekonaniami – tak to odbieram po przeczytaniu, ale przyznam bez bicia, że w trakcie czytania miałem niejaką trudność domyślić się, co to za historia i dokąd ten tekst może zmierzać. Początek zdawał się sugerować, że będzie o miłości do zwierząt, potem zdawało się, że chodzi o te plagi, dopiero jak się nasi bohaterowie zaczęli się ten-tego, zaczęło mi się to spinać.

Nie wiem też, nawet po przeczytaniu, czym miał być ten feniks – bo zakładam, że miał coś symbolizować. Może inni czytelnicy będą bardziej domyślni.

 

Natomiast czytało się fajnie, bo udało Ci się sprawić, bym przejął się losami bohaterki zmagającej sie z wieloma trudnościami – pierwsze, co robi Elżbieta, to niemalże dosłownie “ratuje kotka”. Niby standardowy chwyt, ale fakt, że kotek był feniksem skutecznie odwrócił moją uwagę od tego, że to książkowy numer. Także brawo xd

 

Pozdrawiam

 


 

wtedy zauważyła ludzi tłoczących się na rynku, ustawionych w okręgu wokół czegoś na środku. Zaciekawiona podeszła bliżej.

W pewnym momencie zatrzymała się

Wtedy między głowami gapiów dostrzegła jakiś ruch.

Lecz wtedy znów przypomniał jej się widok biednego,

który właśnie ukazał się jej oczom.

Taka luźna uwaga nie wiem, czy z sensem: dużo używasz określeń czasu jak “wtedy” w takich miejscach, gdzie można by je bez szkody powycinać, bo wiadomo, że wydarzenia następują jedne po drugich. Może gdyby nie to, że w jednym miejscu były zaraz koło siebie, to bym nie zwrócił uwagi.

Mieszkając poza miastem(,) rzadziej miewała styczność z taką bezwzględnością

Hmm przecinek bo imiesłów przysłówkowy?

 

nie mają duszy

Hmm jeśli to katolicka zakonnica, albo jakiegoś z grubsza pokrewnego wyznania, to jej zdaniem powinny mieć.

 

mokry materiał leżący na ławie, wciągnęła go szybko na siebie. Po wdzianiu równie mokrego płaszcza

dotknąć umęczone zwierzę

Po dotknąć nie powinno być dopełniacza?

 

na tyle gęsty, by odnieść wrażenie opieki roztaczanej przez naturę, lecz nie na tyle gęsty

Wywaliłbym przynajmniej “gęsty” w drugiej instancji.

 

Wtedy też zauważyła, że ptakowi przybyło o wiele więcej piór, niż gdy zabrała go spod stosu.

Hmm moim zdaniem “zauważyła, że ptak ma o wiele więcej piór, niż” albo “ptakowi przybyło piór. Miał ich więcej, niż gdy”. Obecna forma sugeruje, że ptakowi przybywało piór w trakcie zabierania, a chyba nie o to chodzi.

 

Przypomniała sobie czasy klasztorne i długie wieczory spędzone w skryptorium, przepisując lub po prostu czytając opasłe księgi obite cielęcą skórą.

Hmm moim zdaniem ładniej “spędzone w skryptorium na przepisywaniu […]”, a nie wykluczam nawet, że ten imiesłów jest tutaj błędny.

 

Rozum. Świadomość. Duszę…?

Nie bluźnij, upomniała się w myślach.

Jak wyżej. Zakładając cały czas, że to katolicka zakonnica – nie mam na razie powodu przypuszczać inaczej – nie powinna mieć problemu ze stwierdzeniem, że zwierzęta mają świadomość i duszę (choć inną, niż ludzka), a przypisywanie im rozumu trudno nazwać bluźnierstwem.

 

Tutaj jest drogocenny surkot

Nie dam sobie ręki uciąć, ale to chyba angielskawe. Może “mam”?

 

lekki ciężar

Może raczej niewielki?

 

Po chwili oczy zaszły całkowitą mgłą.

Hm hm hm raczej całkowicie zaszły, niż całkowitą mgłą.

 

I wtedy już wiedziała, że z samym brzaskiem zabije feniksa, jak tylko się rozjaśni.

Zabije feniksa samym brzaskiem, jak tylko się rozjaśni. Teraz brzmi jakby feniks miał się rozjaśniać, co przy innym typie pierzastego przyjaciele może i by przeszło, ale akurat feniks mógłby się rozjaśnić :D

 

Piaskowiec i wapień był dobrze

Były.

 

wyłuskane z sensu

ładne określenie

 

płacze rzewnymi łzami, zachłystuje się wręcz bezradnością, to już nie ma ratunku dla nikogo.

A czemu czas teraźniejszy?

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Cześć, Galicyjski Zakapiorze!

 

Nie doszukuj się ukrytych metafor i symbolik w tekście. Chciałam sprawdzić, czy po tak tragicznych wydarzeniach uda mi się skręcić w pozytywne zakończenie, bo zawsze mi wychodzi smutek i rozpacz. Myślą przewodnią opowiadania jest zwykłe: Nawet po najstraszniejszej burzy w końcu wychodzi słońce. Możemy mieć różne, nieprzyjemne sytuacje w życiu, ale człowiek jest naprawdę silną istotą i nawet po najokrutniejszych ciosach od losu potrafi się podnieść i cieszyć się życiem. Ot, całe przesłanie.

 

Nie wiem też, nawet po przeczytaniu, czym miał być ten feniks – bo zakładam, że miał coś symbolizować. Może inni czytelnicy będą bardziej domyślni.

Feniks jest po prostu jedyną dobrą rzeczą (a raczej istotą) w tym trudnym okresie dla Elżbiety. Promyczkiem, płomieniem. Każdy z nas w trudnych chwilach ma coś, co daje mu nadzieję i pcha do przodu, jakiegoś przyjaciela, bliską osobę, rodzinę, muzykę, pasję… Cokolwiek, co pozwala przetrwać.

 

Natomiast czytało się fajnie, bo udało Ci się sprawić, bym przejął się losami bohaterki zmagającej sie z wieloma trudnościami – pierwsze, co robi Elżbieta, to niemalże dosłownie “ratuje kotka”. Niby standardowy chwyt, ale fakt, że kotek był feniksem skutecznie odwrócił moją uwagę od tego, że to książkowy numer. Także brawo xd

Haha :) Nie planowałam tego, ale to chyba zawsze na plus. Feniks miał być uroczym, mądrym zwierzątkiem, którego aż chce się przytulić, nie wiem, czy mi się udało to pokazać.

 

Dzięki za klika!

 

Taka luźna uwaga nie wiem, czy z sensem: dużo używasz określeń czasu jak “wtedy” w takich miejscach, gdzie można by je bez szkody powycinać, bo wiadomo, że wydarzenia następują jedne po drugich. Może gdyby nie to, że w jednym miejscu były zaraz koło siebie, to bym nie zwrócił uwagi.

Racja, pousuwam niektóre.

 

Hmm jeśli to katolicka zakonnica, albo jakiegoś z grubsza pokrewnego wyznania, to jej zdaniem powinny mieć.

Właśnie nie. Ludzie średniowiecza podkreślali wyższość człowieka nad zwierzęciem, gdzie tylko i jak tylko się dało. Wynikało to z niepokoju, jakie zwierzęta wywoływały w ówczesnych ludziach, bo już wtedy dostrzegano liczne podobieństwa między człowiekiem a zwierzęciem i to ich przerażało. Z tego powodu najbardziej przeklinano małpy (zbyt podobne do człowieka, sługi szatana!) i zakazywano pozycji keksualnej na pieska, by nie upodabniać się do zwierząt… Taka ciekawostka ;p Jeśli Cię ten temat interesuje, to polecam książkę “Świnia na sądzie ostatecznym” autorstwa Mai Iwaszkiewicz.

 

Po dotknąć nie powinno być dopełniacza?

Powinno. Poprawiam.

 

Jak wyżej. Zakładając cały czas, że to katolicka zakonnica – nie mam na razie powodu przypuszczać inaczej – nie powinna mieć problemu ze stwierdzeniem, że zwierzęta mają świadomość i duszę (choć inną, niż ludzka), a przypisywanie im rozumu trudno nazwać bluźnierstwem.

Jak wyżej.

 

Tutaj jest drogocenny surkot

Nie dam sobie ręki uciąć, ale to chyba angielskawe. Może “mam”?

Hę? Zaraz się okaże, że cały język polski jest angielskawy. Ale zmienię, bo faktycznie mam lepiej brzmi.

 

wyłuskane z sensu

ładne określenie

Dziękuję :)

 

Resztę rzeczy poprawiam bez szemrania.

 

Pozdrawiam serdecznie i wielkie dzięki!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Tekst ten wysłałam w zeszłym roku do Redakcji Nowej Fantastyki, jednak został odrzucony.

 

 

No nic… Nie poddawaj się i stukaj dalej w klawiaturę. A ja już trzymam kciuki za kolejny tekst, który podeślesz do redakcji. 

 

Pamiętam z bety, że bardzo polubiłam główną bohaterkę i z trwogą śledziłam jej losy. Obrazy głodu, śmiertelnej choroby i wyludniającego się miasta były bardzo przygnębiające. Aż zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze ma znieść ta biedna zakonnica. A tu niespodzianka! Szczęśliwe zakończenie, które pozwoliło spojrzeć na całość nie jak na opowieść o cierpieniu, lecz o wytrwałości, nadziei i pojawieniu się nowego życia. I to dosłownie. Pozdrawiam Bogumiła! 

A napisane w taki sposób, że po ponad 78 167 znakach słowo koniec i tak zaskoczyło. :D

 

Użyję supermocy i klikam! :D 

Pozdrawiam! 

 

Hej!

No, spora dawka opowieści, ale tym lepiej, nie kończy się za szybko!

Na wstępie chcę przeprosić, że usterki nie są wypisane po kolei, perfidnie zacięła mi się strona, zapomniałem skopiować komentarza przed odświeżeniem i bezczelnie mi się wszystko usunęło, co wypisywałem na bieżąco. Przez to starałem się znaleźć w tekście to co wypisałem w trakcie czytania. Jeszcze z dwie/trzy rzeczy więcej rzuciły mi się w oczy, gdzieś w głębi tekstu, ale wybacz, nie potrafię ich już znaleźć, te z początku łatwiej wyszukać.

No, ale momenty, które mi zgrzytnęły, może sie przyda:

Za­mie­rza­ła wy­mie­nić wła­sno­ręcz­nie zro­bio­ną tu­ni­kę na, cho­ciaż­by, pół korca żyta, albo wór so­cze­wi­cy… i wra­cać do sie­bie. Służ­ba Bogu nie była je­dy­ną przy­czy­ną jej pu­stel­ni­cze­go życia.

Wydaje mi się, że przecinki przed i po “chociażby” są zbędne.

to jest, spalenie na stosie

Też mi się wydaje, że przecinek zbędny.

Krzyki radości, pięści w górze.

A może: Rozległy się krzyki radości, pięści poszły w górę?

Elż­bie­tę ogar­nął nie­przy­jem­ny żar, zimny i go­rą­cy jed­no­cze­śnie.

Nie odbierz jako czepialstwo, ale dziwny ten opis. Żar jakoś mi się gryzie z uczuciem “zimna”.

Wróciła do gospody najszybciej, a jednocześnie najciszej jak potrafiła

Nie powinno być przecinka przed “jak”?

Chcą spa­lić ptaka?

Czas. Raczej “chcieli”.

Do nosa ere­mit­ki do­tarł swąd spa­le­ni­zny; już wręcz ko­pa­ła ludzi, chcia­ła tylko do­trzeć do stosu,

Ciężko mi to sobie wyobrazić, pcha się i kopie ludzi. Wiem o co Ci chodzi, ale wyszło trochę jak w Asterixie i Obelixie, że ludzie fruwali od jej kopnięć jak wypiła eliksir haha!

 

No, Holly, bardzo mocny tekst. Najbardziej kupiła mnie pierwsza część – głód, miasto, tłum i proces Ignisa są świetnie zbudowane i wiarygodne. Czuć paranoję średniowiecza i to, jak łatwo ludzie w strachu szukają winnego. Relacja Elżbiety z feniksm działa dla mnie głównie symbolicznie i w tej warstwie jest naprawdę poruszająca.

Mam jednak wrażenie, że im bliżej końca, tym symbol zaczyna wygrywać z logika świata. Drzewo z popiołów Ignisa jest mocnym znakiem, ale fabularnie az prosi się o konsekwencje – brak reakcji Kościoła, brak konfliktow wokół takiego cudu trochę zaskakuje, zwłaszcza po wcześniejszej religijnej histerii. Podobnie odbudowa świata następuje bardzo szybko, jakby po apokalipsie od razu wróciła normalność. To akurat tłumaczyłaś w komentarzu, więc uznaję za wytłumaczone.

Kazimierz to ciekawa postać, tylko jego trauma znika chyba zbyt gładko – rozumiem sens metaforyczny, ale jako czytelnik chcialbym choć jednego zgrzytu, który przypomni, co on naprawdę dźwiga.

Mimo tych rzeczy świetnie mi się to czytało. Taka trochę przypowieść. Zdecydowanie zasłużony klik do biblioteki. Gratuluję opowiadania, to naprawdę kawał dobrze wykonanej roboty. Jeszcze z pewnością kiedyś coś Twojego opublikują w NF, masz talent, trzymam kciuki!

Serdecznie pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hejjjjj, Beta-Besti-Fantastyki!

No nic… Nie poddawaj się i stukaj dalej w klawiaturę. A ja już trzymam kciuki za kolejny tekst, który podeślesz do redakcji. 

Klik, klik, stuk, stuk.

 

Cieszę się, że polubiłaś się z Elżbietą i udało mi się zainteresować Ciebie jej losami. Jeszcze raz Ci dziękuję za betę!

 

Pozdrawiam Bogumiła! 

:D

 

A napisane w taki sposób, że po ponad 78 167 znakach słowo koniec i tak zaskoczyło. :D

Awww… heart

 

Użyję supermocy i klikam! :D 

Dzięki! Pozdrawiam również nadserdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Witaj, Michealu!

 

Na wstępie chcę przeprosić, że usterki nie są wypisane po kolei, perfidnie zacięła mi się strona, zapomniałem skopiować komentarza przed odświeżeniem i bezczelnie mi się wszystko usunęło, co wypisywałem na bieżąco.

Ja przeżyłam wczoraj chwilę grozy, bo napisałam dość długi komentarz, kliknęłam “gotowe”, a stronka mieliła i mieliła. I mieliła… I się bałam, że cały komentarz pójdzie w krzaki ;p

 

Wydaje mi się, że przecinki przed i po “chociażby” są zbędne.

Nie są, bo chociażby jest wtrąceniem.

 

to jest, spalenie na stosie

Też mi się wydaje, że przecinek zbędny.

A tu już masz rację.

 

Krzyki radości, pięści w górze.

A może: Rozległy się krzyki radości, pięści poszły w górę?

To było jak najbardziej zamierzone, testuję coś ;p

 

Elżbietę ogarnął nieprzyjemny żar, zimny i gorący jednocześnie.

Nie odbierz jako czepialstwo, ale dziwny ten opis. Żar jakoś mi się gryzie z uczuciem “zimna”.

Rozumiem, aczkolwiek kiedyś autentycznie odczułam coś podobnego. Zastanowię się nad tym, może uda mi się lepiej opisać to uczucie.

 

Wróciła do gospody najszybciej, a jednocześnie najciszej jak potrafiła

Nie powinno być przecinka przed “jak”?

Hm, hm. Właśnie sprawdzam i nadal nie jestem pewna. Ale zmienię.

 

Chcą spalić ptaka?

Czas. Raczej “chcieli”.

Racja!

 

Ciężko mi to sobie wyobrazić, pcha się i kopie ludzi. Wiem o co Ci chodzi, ale wyszło trochę jak w Asterixie i Obelixie, że ludzie fruwali od jej kopnięć jak wypiła eliksir haha!

Hahah ;p No ale ona nic wcześniej nie wypiła, więc w mojej głowie nikt nie fruwa ;p

 

No, Holly, bardzo mocny tekst. Najbardziej kupiła mnie pierwsza część – głód, miasto, tłum i proces Ignisa są świetnie zbudowane i wiarygodne. Czuć paranoję średniowiecza i to, jak łatwo ludzie w strachu szukają winnego. Relacja Elżbiety z feniksm działa dla mnie głównie symbolicznie i w tej warstwie jest naprawdę poruszająca.

heart

 

Drzewo z popiołów Ignisa jest mocnym znakiem, ale fabularnie az prosi się o konsekwencje – brak reakcji Kościoła, brak konfliktow wokół takiego cudu trochę zaskakuje, zwłaszcza po wcześniejszej religijnej histerii.

Eee… Ale kto miał zareagować, skoro wszyscy w okolicy oprócz Elżbiety i Kazimierza umarli?

 

Podobnie odbudowa świata następuje bardzo szybko, jakby po apokalipsie od razu wróciła normalność. To akurat tłumaczyłaś w komentarzu, więc uznaję za wytłumaczone.

Dopisałam też do opowiadania, że minęły dwa lata od tragicznych wydarzeń.

 

Kazimierz to ciekawa postać, tylko jego trauma znika chyba zbyt gładko – rozumiem sens metaforyczny, ale jako czytelnik chcialbym choć jednego zgrzytu, który przypomni, co on naprawdę dźwiga.

Hm, hm.

 

Zdecydowanie zasłużony klik do biblioteki. Gratuluję opowiadania, to naprawdę kawał dobrze wykonanej roboty.

Dziękuję :)

 

Jeszcze z pewnością kiedyś coś Twojego opublikują w NF, masz talent, trzymam kciuki!

Może, może. Dzięki za trzymanie kciuków!

 

Serdecznie pozdrawiam!

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony (długi) czas na przeczytanie i skomentowanie mimo trudności technicznych. Ściskam! 

 

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Nie są, bo chociażby jest wtrąceniem.

“Chociażby” nie daje się usunąć bez zmiany sensu, więc nie wydaje mi się, że jest wtrąceniem, tylko modyfikuje rdzeń informacji. Aż sprawdziłem w internecie, żeby użyć tych ładnych stwierdzeń, bo nie chcę sie kierować tylko na intuicję haha! No ale Ty decydujesz, luźna uwaga.

Eee… Ale kto miał zareagować, skoro wszyscy w okolicy oprócz Elżbiety i Kazimierza umarli?

Hmm. Racja. Zwracam honor, może za daleko wybiegłem myślami, ale to dobrze, bo Twoje opowiadanie naprawdę spowodowało, że wszedłem w ten świat i zadawałem pytania.

Dopisałam też do opowiadania, że minęły dwa lata od tragicznych wydarzeń.

Tak, tak, jednak mimo to przeszło mi to przez myśl jak czytałem. Ale tak jak mówię, jest to wytłumaczone, nie traktuj tego jako zarzut.

Może, może. Dzięki za trzymanie kciuków!

Zawsze!

 

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

“Chociażby” nie daje się usunąć bez zmiany sensu, więc nie wydaje mi się, że jest wtrąceniem, tylko modyfikuje rdzeń informacji. Aż sprawdziłem w internecie, żeby użyć tych ładnych stwierdzeń, bo nie chcę sie kierować tylko na intuicję haha! No ale Ty decydujesz, luźna uwaga.

Przyznam szczerze, że te stwierdzenia są tak ładne, że ich nie rozumiem ;p

Wydaje mi się, że chociażby właśnie spokojnie da się usunąć bez zmiany sensu.

Zamierzała wymienić własnoręcznie zrobioną tunikę na, chociażby, pół korca żyta, albo wór soczewicy…

→ Zamierzała wymienić własnoręcznie zrobioną tunikę na pół korca żyta, albo wór soczewicy…

Usunęłam i sens jest taki sam. Czy może ja czegoś nie rozumiem? :O

 

Hmm. Racja. Zwracam honor, może za daleko wybiegłem myślami, ale to dobrze, bo Twoje opowiadanie naprawdę spowodowało, że wszedłem w ten świat i zadawałem pytania.

:P To prawda!

 

Zawsze!

heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Nie wiem, czy się nie pośpieszyłaś z publikacją. Ten wpis to dawno temu powstał, teraz to chyba dłużej trwa. Najlepiej pewnie wie Ninedin…

Tekst trochę jak baśń, tylko ponury w środku. Trochę mi się ten głód i zarazy dłużyły. Ale ogólnie ciepłe opowiadanie i pozytywne. Happy end robi robotę.

Ciekawa jestem, czy paskudny los Bochni jest związany ze skazaniem feniksa na śmierć.

Babska logika rządzi!

Witaj, Finklo!

 

Nie wiem, czy się nie pośpieszyłaś z publikacją. Ten wpis to dawno temu powstał, teraz to chyba dłużej trwa. Najlepiej pewnie wie Ninedin…

No cóż, to nie moja wina, że tak istotne wątki nie są aktualizowane :P

Poza tym, skoro na samym Portalu opowiadanie wywarło średnie wrażenie, to tym bardziej Redakcja i tak nie zamierzała czy nie zamierza go publikować. Może faktycznie przesadziłam z długością, skazałam Elżbietę (i czytelników) na zbyt długie cierpienie.

 

Dziękuję za klika.

 

Ciekawa jestem, czy paskudny los Bochni jest związany ze skazaniem feniksa na śmierć.

Hmm, no, ciekawa koncepcja. Niewykluczone :)

 

EDIT: Hm, może faktycznie znacznie skrócę to opowiadanie? Już sama nie wiem. Z jednej strony mam wrażenie, że to by poprawiło i ułatwiło odbiór tekstu, ale z drugiej strony tyle serca włożyłam w każde słowo, że aż mnie boli, jak sobie pomyślę, że mam teraz dużo usunąć… Chociaż w sumie na tym polega też pisanie, nie tylko na tworzeniu, ale też wyrzucaniu.

Prześpię się z tą myślą i na dniach zadecyduję.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Czytało się bardzo dobrze (Choć test jest bardzo długi). Świetnie oddajesz klimat średniowiecza, a Twoje wpisy naprawdę tętnią życiem. Mam jednak wrażenie, że feniks – moim zdaniem – został potraktowany nieco po macoszemu i chętnie zobaczyłbym go w większej roli.

To chyba najlepsze opowiadanie z tych, które do tej pory u Ciebie czytałem. Brawo za bardzo udany tekst. Zostawiam kilka i pozdrawiam.

Nowa Fantastyka