Elżbieta nie znosiła wizyt w miastach. Nie cierpiała tłumów, gwaru, stukotu wozów, ryku zarzynanych zwierząt, wszechobecnego smrodu, rynsztoków pełnych najgorszego paskudztwa, jakie człowiek jest w stanie wytworzyć. A najbardziej nienawidziła tych, którzy za nic mieli zasadę, by ostrzec poruszających się piesznikiem przed wylaniem nieczystości z okna.
Niestety sytuacja zmuszała ją do częstszych odwiedzin Bochni. W całym dwudziestoośmioletnim życiu nie przyszło jej jeszcze mierzyć się z takimi przeciwnościami. Coraz trudniej było wyżywić się z ogródka i pola przylegającego do jej samotni w górach. Już drugie lato z rzędu padał bezlitosny deszcz, niszcząc wszystko, co miało odwagę odbić się od ziemi. W ostatnich dniach padało tak srodze, że łany zboża legły przygięte do ziemi, jakby przeszedł przez nie wściekły olbrzym. Większość zapasów w spiżarni zgniła.
Eremitka szła żwawo, chcąc jak najszybciej dotrzeć do targu. Jedną ręką trzymała kurczowo kaletę, drugą naciągała habit na głowę, chroniąc się przed rzęsistymi strugami deszczu. Zamierzała wymienić własnoręcznie zrobioną tunikę na, chociażby, pół korca żyta, albo wór soczewicy… i wracać do siebie. Służba Bogu nie była jedyną przyczyną jej pustelniczego życia.
Nareszcie ciasne uliczki rozstąpiły się przed nią i ukazały upragniony plac. Ujrzała kilka kramów, na szczęście nie wszyscy handlarze zlękli się deszczu. Albo po prostu nie mieli innego wyjścia. Tak jak ona.
Przyspieszyła kroku i zauważyła ludzi tłoczących się na rynku, ustawionych w okręgu wokół czegoś na środku. Zaciekawiona podeszła bliżej.
W pewnym momencie zatrzymała się gwałtownie: nagły smród uderzył bezlitośnie w nozdrza. Pomyślała, że chyba nigdy nie przyzwyczai się do zapachu ludzi. Zatkała nos i przez dłuższą chwilę kluczyła wokół ciżby. W końcu znalazła idealne miejsce, gdzie odór nie był tak dokuczliwy, a jednocześnie obiekt zainteresowania tłumu widoczny.
Na środku placu ułożono stos, lecz winnego Elżbieta nie dostrzegła. Stawała na palcach, wychylała głowę, ale nadal nie widziała nic oprócz stosu.
Co oni, dziecko skazali? Bójcie się Boga… – pomyślała.
Między głowami gapiów dostrzegła jakiś ruch. Przed stosem stanął, sądząc po odzieniu, urzędnik sądowy. Rozwinął pergamin, by odczytać wyrok.
– Oskarżony winny jest podłożenia ognia pod siedem domostw tuże, mieście Bochni oraz na skutek tego doprowadzenia do śmierci człowieka, Mieczysława Jeziornego, ojca, brata, syna i naszego sąsiada. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zwierzę jest chowańcem tudzież sługą naszego największego wroga – szatana, który sprzeciwił się woli Boga. Na mocy prawa boskiego i ludzkiego, ex auctoritate sądu miejskiego, skazuję tegoż… – tu urzędnik się zawahał – ptaka na karę stosowną do jego przewiny, to jest spalenie na stosie.
Krzyki radości, pięści w górze. Elżbieta nie była pewna, czy dobrze usłyszała wyrok. Chcieli spalić ptaka? Ptak podłożył ogień? Czy ich wszystkich diabeł opętał?
Tłum stanowczo domagał się spalenia zwierzęcia. Elżbietę ogarnął nieprzyjemny żar, zimny i gorący jednocześnie. Czuła, że musi coś zrobić. Nie zważając na smród i bliskość ludzi, przepychała się łokciami, by dotrzeć do środka placu. Nie przepraszała, gdy trąciła kogoś łokciem w twarz, jej również nikt nie przeprosił za mocne pchnięcie w ramię. Do nosa eremitki dotarł swąd spalenizny; już wręcz kopała ludzi, chciała tylko dotrzeć do stosu, przerwać to okrutne widowisko…
– Przestańcie! – krzyknęła, ale zagłuszyło ją wycie tłumu. Nie wiedziała, czy bardziej przerażał ją sam wyrok, czy nienawiść wydobywająca się z dziesiątek gardeł.
Nareszcie udało się przebić przez gawiedź, ale niestety było już po wszystkim.
Ogień trawił podnóże stosu. Między płomieniami ukazało się coś niewielkiego i zwęglonego, co jeszcze przed chwilą było ptakiem.
Elżbieta długo wpatrywała się w ten smutny obraz. Z zadumy wyrwał ją dopiero dzwon bijący z wieży pobliskiego kościoła. Wtedy spostrzegła, że tłum opuścił plac.
Ruszyła w poszukiwaniu noclegu.
Noc byłaby cicha i spokojna, gdyby ten przeklęty deszcz w końcu przestał padać. Gęste krople obijały się o belki, przedzierały przez dach gospody, kapały na klepisko. Nieszczelne ściany przepuszczały wiatr, a jakby tego wszystkiego było mało, to poduszkę, na której Elżbieta próbowała wygodnie się ułożyć, z pewnością wypełniono słomą, a nie gęsimi piórami.
Jednak nie brak wygód był powodem jej bezsenności. Nie mogła wyrzucić z głowy obrazu zwęglonego ptaka, a raczej tego, co po nim zostało. Elżbieta kochała zwierzęta chyba nawet mocniej niż święty Franciszek z Asyżu, choć oczywiście nigdy nie odważyłaby się powiedzieć tego na głos. Mieszkając poza miastem, rzadziej miewała styczność z taką bezwzględnością, jak chociażby te tortury, które wydarzyły się przed zachodem słońca. Nie była przyzwyczajona do tak okrutnych widoków.
Próbowała zrozumieć ludzi tak żądnych śmierci zwierzęcia – sędziów nie wahających się skazać na spalenie oraz kata, któremu nawet nie drgnęła powieka, gdy podkładał ogień pod stos. Czy ta ptaszyna miała w ogóle obrońcę? Bardzo wątpliwe.
Podobno ptak podpalił czyjeś domostwo. Nawet jeśli, to pewnie zrobił to nieświadomie – może złapał jakąś płonącą gałązkę i bezwiednie zrzucił na strzechy…
A jeśli istotnie zwierzę było narzędziem szatana? Albo szatanem samym w sobie, który pojawił się wśród nas? Myśląc w ten sposób, nie dziwiła się reakcji sądu i ludu. Trudno było wyobrazić sobie coś gorszego, aniżeli diabła ukrytego za maską zwierzęcia, rozsiewającego choroby i nieszczęścia.
Lecz znów przypomniał jej się widok biednego, spalonego zwierzęcia, które musiało przeżywać trudne do wyobrażenia katusze i na tę myśl w oczach Elżbiety pojawiły się wielkie łzy. A co to zwierzę winne, że akurat na nie padło, że akurat je szatan wybrał, aby zarzewiło ogień pod chałupą? Przecież zwierzęta nie mają rozumu, nie mają duszy, nie wiedzą, co to moralność i nie są świadome swoich czynów, zwłaszcza gdy kieruje nimi szatan. To zwierzę trzeba było ratować przed diabłem, a nie ludzi przed zwierzęciem!
Elżbieta wstała z posłania i w ciemności szukała habitu. Wymacała mokry materiał leżący na ławie, wciągnęła go szybko na siebie. Po wdzianiu równie przemoczonego płaszcza zadrżała z zimna. Wtedy tknęła ją myśl: skąd weźmie pochodnię czy chociażby świecę? Nie chciała budzić nikogo w gospodzie, by nie narazić się na niewygodne pytania. A ona z pewnością nie potrafiłaby na nie znaleźć odpowiedzi – sama nie wiedziała do końca, co zamierza zrobić.
Podeszła do okiennic i je otworzyła. Księżyc świecił jasno, jego światło powinno wystarczyć. Dzięki niemu zdołała też odnaleźć nogawice i buty. Wdziała je, po czym wyszła z noclegowni najciszej, jak potrafiła.
Elżbieta opuściła gospodę. Westchnęła głośno, bo wiedziała już, że czeka ją ciężka przeprawa: wąska uliczka roiła się od worków i wozów, kupek słomy, śmierdzących skór zwierząt zalegających w rynsztokach i Bóg wie, czego jeszcze.
Pocieszała się myślą, że zajazd nie jest położony daleko od placu. Wystarczyło przejść całą uliczkę, skręcić w prawo i już będzie na rynku.
Zaczęła iść, ostrożnie stawiając stopy na śliskim bruku. Tylko by tego brakowało, żeby się poślizgnęła i wylądowała w rynsztoku pełnym ludzkich i zwierzęcych odchodów.
Rychło spostrzegła, że niektóre worki leżące na ulicy nie były tak naprawdę workami. Ludzie przykryci porwanymi płaszczami czy surkotami, leżący na mokrym bruku, skarżyli się na los i nieustanny deszcz, osłabionym głosem prosili o jedzenie. Elżbieta odmawiała im, potrząsając głową – zostawiła kaletę w gospodzie, poza tym sama niewiele posiadała.
Wszechobecna nędza i płaczące cichutko dzieci sprawiły, że niemal zapomniała o swoim celu. Rynek, musiała dostać się na rynek. Zobaczyć… zwęglone zwierzę.
Coś czarnego i małego przebiegło wskroś uliczkę. Eremitka nie zdążyła nawet się wzdrygnąć, bo szczur został złapany przez innego drapieżnika. W świetle księżyca stworzenie przypominało skulonego człowieka, nad wyraz chudego – kości niemal przebijały się przez bliaud. Szczupłe ręce skręciły kark szczurowi i włożyły zwierzę do ust właściciela. Wtedy Elżbieta zrozumiała, że przecież to jest człowiek, tylko wychudzony i znędzniały. Poczuła ucisk w gardle i sercu. Miała ochotę wrócić się do gospody i wziąć coś z tamtejszej kuchni, przynieść temu biednemu człowiekowi… Nie. Nie kradnij.
Poza tym nie był to jedyny głodujący człowiek na tej ulicy. A ilu głodujących było w całej Bochni? Nie potrafiła pomóc tym ludziom.
Ktoś pociągnął ją za płaszcz, ale się nie odwróciła, tylko parła dalej. Nie odpowiedziała nic na mamrotanie biedaka. Gwałtownym ruchem wyrwała płaszcz z jego dłoni i zrobiła kilka szybkich kroków, ryzykując upadkiem.
Ale oto już kończyła się uliczka i zaczynał rynek.
Blask księżyca padał idealnie na środek placu i pozostałości stosu, tak jakby sam Bóg chciał, by Elżbieta dotarła tam jak najszybciej. Rozejrzała się, ale nie zobaczyła niczego podejrzanego. Rynek w porównaniu do ulic wyglądał niemal tak, jakby nędza miała do niego zakaz wstępu. Władze mimo wszystko nadal dbały o najbardziej reprezentacyjną część miasta.
Zakonnica podeszła do miejsca egzekucji niepewnym krokiem, nie wiedząc, czego powinna się spodziewać. Wyobrażała sobie kupkę węgla, czy też szarą bryłkę, w której z trudem można się dopatrzyć kształtu ptaka…
Jednakże przez głowę eremitki nie przeszedłby obraz, który właśnie ukazał się jej oczom. Na dłuższą chwilę zaniemówiła.
Ptak leżał na boku. Żył. Z trudem oddychał, ale żył. Tylko część piór miał osmaloną, a niektóre wyglądały, jakby dopiero co odrosły. Dziób odbijał blask księżyca, lśnił jak srebrne grosze praskie.
Elżbieta długo nie mogła się ruszyć. Zjawisko było tak niesamowite, że aż bała się zrobić cokolwiek, byleby tylko obraz żywego ptaka nie okazał się ułudą.
W końcu odważyła się dotknąć umęczonego zwierzęcia. Nadal oddychało, poruszyło lekko skrzydłem.
Do oczu zakonnicy napłynęły łzy ulgi. Dosłownie poczuła, jak coś ciężkiego spadło jej z piersi, umożliwiło swobodne oddychanie.
Wsunęła jedną dłoń delikatnie pod ciałko ptaszyny, a drugą podtrzymała jego głowę. Ptaszek pisnął cichutko, ledwo słyszalnie. Otworzył na chwilę oczko, które błysnęło jak czarna perła w blasku świec.
Elżbieta zdjęła kaptur z ramion i owinęła w niego zwierzę. Wróciła do gospody najszybciej, a jednocześnie najciszej, jak potrafiła, omijając po drodze wygłodniałych nędzarzy.
***
Dobrze, że miała swój azyl. Gdyby mieszkała w mieście, bez wątpienia szatan już dawno przejąłby jej zmysły.
Była dumna z tego, że sama wszystko zbudowała. Chatka spleciona z wikliny i ulepiona z lepiku w zupełności jej wystarczała i była dla Elżbiety szczytem zbytku. Więcej nie potrzebowała – w końcu między innymi z tego powodu została najpierw zakonnicą, a potem eremitką. Im więcej rzeczy ma człowiek, tym bardziej się na tych rzeczach skupia, zamiast na sobie i bliskości z Bogiem. Więcej się martwi, bo im więcej się posiada, tym więcej też można stracić.
Poza tym już samo osiedlenie się na stałe w tak pięknym otoczeniu sprawiało, że Elżbieta czuła się najbogatszą niewiastą na świecie. Za chatką widniał las, na tyle gęsty, by odnieść wrażenie opieki roztaczanej przez naturę, lecz nie na tyle, by czuć przerażenie od mroku, trudnego do przebicia spojrzeniem. Z kolei przed domem rozciągała się ogromna polana i łąki, opadające łagodnie w dół, ukazujące góry na dalekim, nieuchwytnym horyzoncie. Wychodząc od chaty, można było spostrzec po lewej stronie wąską rzeczkę, mającą swoje źródło zapewne w tychże dalekich górach. Po prawej stronie Elżbieta zbudowała też prowizoryczną oborę, która opustoszała już przed porą siewów, czyli prawie rok temu. Nieprzerwane deszcze sprawiły, że nie było czym nakarmić żywego inwentarza i w rezultacie też siebie. Zmusiły Elżbietę do ubicia ostatniej świni, która pozwoliła przeżyć najokrutniejszą porę roku – przednówek.
Jednak teraz jej myśli nie mąciła żadna burzowa chmura – umysł miała jasny jak słońce. Gdy dotarła do chatki, była podwójnie szczęśliwa. Po pierwsze: zdołała sprzedać uszytą przez siebie tunikę i nabyć za nią upragnioną soczewicę oraz ćwierć korca zboża, a po drugie: ptaszyna przeżyła wykonanie wyroku bezlitosnego sądu.
Zakonnica położyła delikatnie zawiniątko na ławie i odsunęła powoli poły kaptura.
Serce skoczyło jej do gardła, gdyż zwierzę nie dawało żadnych oznak życia. Już czuła napływające łzy, kiedy pierś ptaszyny uniosła się nieco. Zwierzę błysnęło okiem w stronę zakonnicy. Elżbieta zaśmiała się cicho ze szczęścia, kamień spadł jej z serca.
Zauważyła też, że ptak ma o wiele więcej piór, niż gdy zabrała go spod stosu. Mało tego, wszystkie mieniły się intensywną czerwienią! Wiedziona ciekawością ujęła jedno pióro w palce…
– Aaaa! – krzyknęła przerażona, zanim jeszcze zrozumiała, co się właściwie stało.
Przed oczami śmignęła jej wiązka ognia, nad głową poczuła żar, a w nosie dym. Oniemiała wpatrywała się przez chwilę w dach trawiony przez ogień. Na szczęście oszołomienie szybko ją opuściło: pobiegła po wiadro, nabrała do niego wody z rzeczki i popędziła drabiną na dach, o mało z niej nie spadając. Czynność musiała powtórzyć trzy razy, ale na szczęście zdołała uratować resztę dachu i dobytku.
Wróciła do chaty, spojrzała na dach od środka. Dziura była niewielka; jutro z samego rana narąbie żerdzi na nową łatę i przyniesie pęk słomy, żeby ją dosztukować. Spojrzała na ławę, lecz ptaka na niej nie było.
Usłyszała podmuch w głębi izby, odwróciła głowę. W palenisku pojawiły się małe płomienie, które szybko zaczęły rosnąć. Po krótkiej chwili pomieszczenie wypełniło przyjemne ciepło. Zdumiona Elżbieta rozejrzała się baczniej i dojrzała ptaka siedzącego na ławie naprzeciwko paleniska, który hardo kręcił szyją dokoła i łypał na nią okiem oskarżycielsko. Z błyszczącego dzioba wydobywała się wąska strużka dymu.
– A niech mnie piekło pochłonie… – zaklęła Elżbieta. – Przecież to… najprawdziwszy… feniks!
Ptak, jakby na potwierdzenie tych słów, dołożył jeszcze ognia do paleniska za pomocą dzioba.
Zakonnica stała oszołomiona.
Przypomniała sobie czasy klasztorne i długie wieczory w skryptorium, spędzone na przepisywaniu opasłych ksiąg obitych cielęcą skórą. Niejednokrotnie natknęła się w nich na opisy legendarnych stworzeń, jakimi były feniksy, a szczególnie zapadły jej w pamięć fragmenty z księgi De animalibus libri XXVI Alberta Wielkiego. Wtedy marzyła, by spotkać takie majestatyczne zwierzę.
Teraz nie wiedziała, co począć. Powoli podchodziła do ławy, na której znajdował się ptak. Oboje nie spuszczali z siebie wzroku.
Elżbieta usiadła ostrożnie obok feniksa. Ptak został na swoim miejscu, nadal bacznie przyglądając się człowiekowi.
Wpatrywali się w siebie jeszcze długo, ogrzewani ciepłem bijącym z paleniska. W błyszczących oczkach ptaszyny Elżbieta dojrzała coś, czego nie zaobserwowała jeszcze nigdy wcześniej u żadnego zwierzęcia. Rozum. Świadomość. Duszę…?
Nie bluźnij, upomniała się w myślach.
W tym samym momencie ptak odwrócił opierzoną główkę i rozejrzał się badawczo po chatce. Ku ogromnemu zaskoczeniu Elżbiety podskoczył bliżej niej, na odległość dłoni. Znów spojrzał na nią, ale tym razem surowość w jego oczkach ustąpiła ufności.
Z kolei w oczach eremitki pojawiły się łzy wzruszenia, a w sercu fascynacja przemieszana z lękiem.
– Ty… wiesz, kim jestem… – mówiła nieśmiało. – Ty wiesz, że to ja… zabrałam cię spod stosu?
Ptak pochylił głowę, po czym błyskawicznie się wyprostował. Zaćwierkał pięknym trelem, jakiego Elżbieta jeszcze nie słyszała.
Zachwyciła i przeraziła się jednocześnie.
Na wszystkich świętych, ten ptak mnie rozumie. Boże, czy to jakaś próba? A może faktycznie to sługa szatana? Może ludzie mieli rację…
Nagle w chatce zrobiło się jasno. Zakonnica pierwej zdezorientowana, po chwili zrozumiała, że to przecież światło zachodzącego słońca. Tak dawno go nie widziała, że już zapomniała, jak wygląda…
Wybiegła przed dom z ogromnym uśmiechem na twarzy. Słońce o barwie kwiatu maku przebijało się śmiało przez chmury, obdarzając nadzieją eremitkę i zapewne wszystkich mieszkańców Bochni, o których mimowolnie pomyślała.
– Koniec deszczu! Koniec głodu! Zaprawdę to koniec cierpienia!
Czuła taką radość w sercu, że aż zatańczyła kilka kroków. Ze śmiechem i śpiewem na ustach wróciła do chaty. Ujrzała piękny obraz, tak piękny, że aż zastygła na dłuższą chwilę.
Słońce przebijające się przez dziurę w dachu doskonale oświetlało feniksa, który w tym momencie wyglądał majestatyczniej niż najpiękniejsze iluminacje w klasztornych księgach. Zdawało się, że czerwone pióra odrosły jeszcze bujniej, a ich końcówki mienią się złotem. Dziób lśnił zjawiskowo, niczym diament na naszyjniku opata, który miała okazję widzieć tylko raz w życiu. Ptak przypominał bóstwo, od którego biły mądrość i dobro.
Eremitka miała ochotę upaść na kolana i oddać cześć zwierzęciu. Ledwie się powstrzymała.
– To nie szatan cię zesłał na ten świat – wyszeptała głosem drżącym ze wzruszenia. – Tylko Bóg. Jesteś darem od Boga.
Feniks pochylił głowę, wyprostował się i wydał z siebie niesamowity trel, w którym Elżbieta usłyszała samą dobroć. W izbie rozbrzmiały pieśni pochwalne na cześć wszego stworzenia, słońca, samego Stworzyciela, niosły dobrą nowinę aż po łąki i doliny do samych gór.
Nie rozumiała, dlaczego Bóg tak bardzo wystawiał ją i ludzkość na próbę. Nieustannie wertowała w głowie Księgę Hioba, by jakoś to sobie wytłumaczyć, ale pokora przychodziła jej z coraz większym wysiłkiem. Pocieszała się też obecnością feniksa, którego zesłał Stwórca. Najwyraźniej miał wobec niej konkretne zamiary. Nic się nie dzieje bez przyczyny.
Mimo to Elżbieta, wychodząc do spichlerza, gniewnie kierowała twarz w stronę szarego nieba. Pozwalała deszczowi spływać po policzkach, nasiąkać tunikę, wnikać aż do giezła. Patrzyła w niebo z nienawiścią, bezradnością, niezrozumieniem. Głód przeszywał jej trzewia niemal do pleców.
Jeśli cokolwiek pozostało w spichlerzu, to wszystko zgniło i spleśniało. Zdołała zużyć jedynie połowę tego, co nabyła przed dwoma niedzielami na targu w Bochni. Reszta soczewicy i zboża nie nadawała się do spożycia.
W polu nie uchowało się ani ździebiełko pszenicy. W przydomowym ogrodzie rośliny również się poddały: wszystkie marchewki i cebule wydawały z siebie ohydny fetor zgnilizny.
Jedynie wyprawa do lasu zaowocowała jakimikolwiek zdobyczami. Zakonnica z niemym triumfem wniosła do chaty nieco szczawiu, kory, perzu i pokrzywy.
Feniks, zwany przez zakonnicę Ignisem, towarzyszył we wszystkich wyprawach, nie opuszczał jej ani na krok. Teraz także przyglądał się eremitce, która wprawnie siekała perz na drobno, po czym mieliła go na mąkę. Ptaszek błyskał zdziwiony oczkami, gdy Elżbieta do mąki dodała nieco ususzonej kory drzewnej.
– Samym perzem się nie nasycimy – powiedziała cicho. – Rozpal, proszę, ogień w piecu.
Ptak spełnił jej prośbę; po chacie rozeszło się przyjemne ciepło oraz ciężki zapach dymu.
Niedługo potem spożywali wspólnie placki z perzu, popijając je zupą z pokrzyw. Gdy ptaszek łapczywie dziobał placka, Elżbietę naszła myśl: ani razu nie widziała, by Ignis cokolwiek sam upolował. Ani razu nie przyłapała go z myszą w dziobie, ani czymkolwiek, co przypominało mięso. Zadrżała mimo ciepła bijącego od paleniska.
To znaczy, że jest zdany wyłącznie na mnie… – myślała. – Jeśli ja go nie nakarmię, to…
Placek stanął jej ciężko w gardle, popiła go zupą.
Feniks chyba czytał jej w myślach, bo przestał dziobać jedzenie. Wpatrywał się w swoją bohaterkę przenikliwymi, czarnymi oczkami, przekrzywiał główkę. W świetle ognia z paleniska jego czerwono-złote pióra wyglądały, jakby sam płonął.
– Damy radę – powiedziała uspokajająco. Ten wrócił spojrzeniem i dziobem do posiłku.
Elżbieta wpatrywała się bezwiednie w słoje drzewne ławy. Głód już nie wbijał tak zajadle swoich igieł, ale zakonnica wiedziała, że uczucie ulgi potrwa zaledwie kilka pacierzy. Placki z perzu i kory drzewnej nie były zbyt sycącym posiłkiem, nie mówiąc już o cienkiej zupie z pokrzyw.
Objęła spojrzeniem swoją chatkę, cały swój dobytek. Palenisko, piec, garnki, siennik, skrzynia… Może znalazłoby się w niej coś jeszcze, coś, co dałoby się sprzedać lub wymienić na jakiekolwiek jedzenie.
Przerwała posiłek, podeszła do skrzyni i uniosła wieko. Na dnie wyczuła coś miękkiego. Wyciągnęła materiał i przybliżyła do paleniska.
Surkot o przenikliwie białej barwie, wykończony na rękawach, przy szyi i u dołu złotą nicią. To miała na sobie jej matka w dniu ślubu. Jedyna pamiątka po niej.
Elżbieta ostrożnie położyła odzienie na siennik. Pokręciła głową.
Nie, nie mogę. Co by powiedziała matula? – Głowa zakonnicy wybuchała od rozpaczliwych myśli. – Będzie się na mnie gniewać w niebie, nigdy mi nie wybaczy…
Głód znów przypomniał o sobie w postaci bolesnych skurczy. Elżbieta zgięła się wpół, oczy zaszły łzami.
Zauważyła, że feniks w tym momencie przerwał posiłek i przez stelaż do garnka nad paleniskiem uchwyciła jego karcące spojrzenie.
W głowie eremitki pojawiły się nagle inne myśli.
Co by matula powiedziała? Powiedziałaby: dziecko, ratuj się, jak możesz.
***
Na wąskich uliczkach Bochni panowała upiorna cisza, przerywana czasem jękiem cierpiących. Zamilkł młot kowalski i ryk zarzynanych zwierząt. Tawerny świeciły pustkami, zza okiennic nie dobiegał ani śmiech dzieci, ani kłótnie dorosłych. Bruk zamiast odbijać stukot wozów, odbijał jedynie stukot deszczu.
Deszczu, który tak bardzo nienawidził ludzkości.
Bezradność wywołana wszechobecną tragedią kurczyła dłoń Elżbiety na kalecie, w której niosła surkot matki. Przez zasłonę łez nie widziała dokładnie twarzy ludzi czepiających się jej habitu. Każdy fragment ciała napinał się jak postronki, serce ściskało się z bólu, a żołądek ze smrodu i z głodu.
Ludzie jedli dosłownie wszystko, co dało się włożyć do ust. Trawa była delikatesem. Umierający chwytali w dłonie spleśniałą pszenicę, ptasie łajno. Zakonnica z przerażeniem stwierdziła, że nawet nie widzi już na ulicach szczurów, które za jej ostatniej wizyty były tak liczne.
Ktoś szarpnął za kaletę. Elżbieta ujrzała męża, który bardziej przypominał żywy szkielet pokryty brązową, popękaną skórą.
– Jeść… – wychrypiał niewieścim głosem. – Pomóż…
Dopiero wtedy eremitka zorientowała się, że ma przed sobą niewiastę. Do tej chwili nie miała pojęcia, że głód może aż tak zniekształcić człowieka.
– Nie mam tu jedzenia, przykro mi… – Elżbiecie zadrżał głos ze strachu i ze współczucia. Wyrwała kaletę z rąk niewiasty. – Będę się za ciebie modlić, dziecko…
Ludzki upiór zdawał się już tego nie słyszeć. Jego twarz nagle się rozjaśniła, rozszerzyła usta w najbardziej niepokojącym uśmiechu, jaki był dany widzieć zakonnicy. Większość zębów bezpowrotnie zaginęła, w środku panowała czarna otchłań. Oczy niewiasty rozglądały się gorączkowo, uszy chyba czegoś nasłuchiwały.
Bose, zniekształcone i niemal czarne stopy zaczęły tańczyć. Ludzki szkielet powoli się obracał. Porwana tunika w jednej chwili przywierała do pleców, eksponując na nich pionową linię guzków, by w drugiej chwili się od nich odkleić i łopotać na lekkim wietrze. Ręce chude niczym szczepy drewna wyciągały się to raz w górę, jakby chwaląc Pana, to raz przed siebie, jakby opierały się na ramionach partnera.
– Będę się za ciebie modlić – wyszeptała zakonnica.
Odeszła szybkim krokiem. Po drodze mijała jeszcze wielu podobnych spotkanej przed chwilą niewieście. Łapczywie patrzyli na kaletę, lecz nie mieli sił, by zaczepiać czy gonić zakonnicę.
Nareszcie jej oczom ukazał się rynek. Niestety nie przypominał tego sprzed zaledwie dwóch niedziel. Próżno było szukać kramów czy stoisk. Na środku placu nie stał żaden stos ani szubienica, jedynie dyby ledwo opierały się drobnym, acz nieustającym kroplom deszczu. Domy pruskie również ulegały zniszczeniom; zmurszałe belki nie utrzymywały ich ciężaru i budynki niebezpiecznie się pochylały ku brukowi, przez co nawet one wyglądały, jakby były pogrążone w rozpaczy.
Elżbieta, przygnębiona tym widokiem, bezwiednie podążyła piesznikiem, zapuszczając się pomiędzy opuszczone domostwa. Habit miała już kompletnie przemoczony, chciała schować się w noclegowni, mając nadzieję, że budynek jeszcze stoi.
Wtedy na jej drodze stanął kolejny upiór. Ten jednak nie tańczył, lecz trzymał nóż.
Zakonnica zastygła. Dopiero gdy napastnik zbliżał się do niej, zareagowała.
– Tutaj mam drogocenny surkot, weź go – powiedziała drżącym głosem, rzucając do niego kaletę. Mąż nawet nie spojrzał na przedmiot. W oczach miał bezgraniczny smutek, popękane usta drżały, zaś ciemna skóra na dłoniach w niektórych miejscach się odrywała.
– W imię Ojca i Syna, nie krzywdź mnie! – Rozpacz przejęła władanie nad jej głosem. – Nie mam nic innego, nie mam jedzenia!
– Przepraszam – wycharczał cicho ludzki upiór. – Wybacz mi, siostro.
Rychło podszedł do niej, zamachując się nożem. Zakonnica odruchowo skrzyżowała ręce i krzyknęła rozpaczliwie. W tym samym momencie poczuła mocne szarpnięcie z tyłu za ramiona, ostry ból przeszywający plecy i głowę, po czym wszystko zalała ciemność.
Dźwięki krzątaniny. Ktoś rozmawiał, chyba dwie osoby.
Z prawej strony Elżbieta czuła zimno, z lewej przyjemne ciepło. Była czymś okryta.
Otworzyła oczy i zobaczyła obcych ludzi. Męża i białogłowę.
Zakonnica próbowała wstać, lecz jej plecy i czaszkę przeszyła błyskawica bólu. Jęknęła głośno i opadła z powrotem na siennik.
Niewiasta odwróciła się w jej stronę, przerywając rozmowę z mężem. Białogłowa o ostrych rysach twarzy, słomianych włosach i zaciętych ustach usiadła przed Elżbietą.
– Jak się siostra czuje? – zapytała delikatnym głosem, który zaprzeczał surowemu obliczu.
– Gdzie ja jestem? – Elżbieta złapała się za głowę pulsującą tępym bólem.
– Nadal na tym świecie niestety – odpowiedziała niewiasta, podając zakonnicy drewniany kubek z jakimś naparem. Podwijka nieco jej się zsunęła, poprawiła ją, zasłaniając włosy. – Sąsiad chciał siostrę zaatakować, więc wciągnęliśmy was do środka. Czyniliśmy to tak rychle, że uderzyła się siostra głową o nadproże i upadła na plecy, za co prosimy o wybaczenie.
– Nic się nie stało, niech Bóg wam wynagrodzi za pomoc – wychrypiała zakonnica, odchrząknęła. Spojrzała niepewnie na napar.
– To tylko kozłek lekarski, jeszcze udało mi się znaleźć. – Uśmiechnęła się blado białogłowa.
Eremitka z wdzięcznością przyjęła napój. Dopiero wtedy rozejrzała się po izbie.
Siennik, na którym leżała, najwyraźniej był jedyny, bo nie widziała innego w ciasnym pomieszczeniu. Pod powałą wisiał smutno luźny sznur, na którym raczej dawno już nie suszyło się mięso. Jeden kąt chaty był wyścielony brudną słomą, zapewne zajmowany wcześniej przez świnie czy inne zwierzęta. Palenisko w środku pomieszczenia paliło się nikłym ogniem, ale nadal dawało nieco ciepła. Mąż siedział przed nim, ogrzewając zmarznięte ręce i nogi.
Obecność ognia zdziwiła zakonnicę. W jaki sposób rozpalili palenisko, skoro wszystko wokół jest pognite i nawet budynki są przemoknięte do najdrobniejszej drzazgi? Musiała długo wpatrywać się w ogień, skoro białogłowa rzekła:
– Sama nie wiem, jakim cudem palenisko zapłonęło. Zaraz po tym, gdy wciągnęliśmy siostrę do środka, ogień nagle zaczął się palić. To na pewno znak od Boga.
Albo mój kochany Ignis nade mną czuwa – pomyślała zakonnica.
– Tak, z pewnością – przytaknęła, upijając nieco gorącego naparu. Ciepło przyjemnie rozeszło się po ciele.
Wpatrywała się przez chwilę w kubek, urzeczona widokiem unoszącej się pary. Myślała o miłym jej zwierzęciu, feniksie, który ukrywał się w dąbrowie, padał na niego bezlitosny deszcz, ale czuwał nad nią, mimo wszystko. Wyrzucała sobie, że naraziła go na tę podróż. Mogła przecież zostawić go w chatce pod lasem. Nagle przed oczami stanął jej mieszczanin, który wcześniej groził nożem.
– Dlaczego tamten człowiek… Chciał mi zrobić krzywdę? Przecież zamierzałam mu oddać moją kaletę. Poza tym widać po moim stroju, że nie jestem zamożna.
Małżonek niewiasty oderwał spojrzenie od ognia i spojrzał znacząco na żonę. Ta potrząsnęła przecząco głową, po czym kiwnęła na niego, jakby o coś prosząc. Wrócił oczami do paleniska i powiedział głębokim głosem, jakby do samego siebie:
– Wszyscy jesteśmy chodzącym mięsem.
Elżbieta nie mogła zasnąć. Dręczyła ją myśl, że zajmuje cały siennik, podczas gdy małżeństwo śpi w kącie na słomie po zwierzętach. Gospodarze jednak stanowczo nie pozwalali jej ani położyć się na zimnym klepisku, ani opuszczać chaty po zmroku. Była im bardzo wdzięczna za gościnę, choć w tyle głowy kołatała się myśl, że bez magicznego ognia, który przez cały jej pobyt nie gasł, nie byliby aż tak gościnni. Nie mogła mieć im tego za złe – nie w takich okolicznościach.
Poczuła nagłą, silną potrzebę pójścia do wychodka, którego raczej w okolicy nie było. Musiała po prostu wyjść na podwórze.
Zakonnica próbowała bezszelestnie wstać z siennika, co było niemożliwe. Na szczęście gospodarze się nie zbudzili.
Stanęła przed drzwiami, bardzo się bała. Przypuszczała, że nie stoi za nimi niedoszły napastnik, ale przecież z pewnością nie był jedynym, który z głodu imał się desperackich czynów. Długo nie mogła się zdecydować, ale nagląca potrzeba skłoniła ją do otwarcia drzwi.
Potrzebowała chwili, by oswoić się z ciemnością. Szła po omacku, opierając się o wiklinowe ściany domu. Gdy oczy próbowały przyzwyczaić się do mroku, uszy wychwytały jęki i płacz bochnian wydobywające się z sąsiadujących chałup.
Wyszła czym prędzej za dom, gdzie krzewy głogu majaczyły w ciemności na skraju ogródka. Już miała przejść do spełnienia naglącej potrzeby, gdy za krzakami usłyszała dźwięk łopaty wbijanej w ziemię.
Zamarła i nasłuchiwała. Tuż za krzewami ktoś kopał w ziemi. Stała bezradna, nie wiedząc, co czynić. Nie mogła się ruszyć, bo po chwili ten ktoś zrobił przerwę w kopaniu i do jej uszu zaczęły dobiegać inne dźwięki. Obrzydliwe, jakby ktoś coś rozrywał. Coś upadło na trawę.
Potem słyszała już tylko mlaskanie i przeżuwanie.
– Nie przedstawiliśmy się wczoraj – rzekła białogłowa, kładąc na klepisku przed Elżbietą miskę zupy z łobody. Pływały w niej użyte jako zagęszczacz liście dębu. – Jestem Maria, mój mąż to Zbigniew, zwany również Zarzeckim. – Usiadła na klepisku naprzeciwko zakonnicy, plecami kierując się do płonącego paleniska. Jej mąż poszedł do lasu w poszukiwaniu czegokolwiek nadającego się do przeżucia.
Eremitka kiwnęła głową, z wdzięcznością przyjmując gorący posiłek, który w sumie był po części zasługą jej obecności. Myślała o feniksie, martwiła się o niego.
W oczach niewiasty wyczytała pytanie.
– Ach, przepraszam – rzekła zakonnica, poprawiając się. – Mam na imię Elżbieta; od kilku lat wiodę życie pustelnicy, więc nie do końca można mnie nazwać zakonnicą.
– Co więc siostrę sprowadziło do Bochni?
Zakonnica spojrzała niepewnie na Marię.
– Głód – szepnęła nieśmiało, jakby to był wstyd.
Niewiasta pokiwała głową.
– Nawet ludzie, którzy poświęcają się Bogu, cierpią. Nie powinno tak być…
– Co masz na myśli?
– Wydawało mi się, że jak ktoś żyje w czystości, to Bóg powinien go oszczędzić.
Elżbieta przerwała posiłek, zmarszczyła brwi.
– Doceniam twoją gościnę, ale wiedz, że nie powinnaś się w ten sposób wypowiadać. Nie tobie oceniać, co Bóg powinien, a czego nie powinien.
– Wybacz mi, siostro, wybacz mi, Boże – powiedziała szybko Maria, czyniąc znak krzyża.
– Ciężkie to czasy nastały, rozumiem, że różne myśli przychodzą do głowy. Jednak nie należy wątpić w Najwyższego.
Maria parsknęła. Elżbieta spojrzała na nią pytająco.
– Co cię tak rozbawiło?
Białogłowa milczała przez chwilę. Usta jej drżały, z oczu popłynęła łza, którą natychmiast wytarła podwijką. Uniosła twarz, spojrzała przez dymnik w niebo, westchnęła ciężko.
– Zazdroszczę siostrze tej głębokiej wiary – powiedziała w końcu. – Jednak, z całym szacunkiem, uważam, że siostrze łatwej jest nadal wierzyć. Choćby dlatego, że siostra nigdy nie miała dzieci.
Eremitka zastygła z łyżką w powietrzu.
– Siostra nie wie, jak to jest patrzeć na dziecko, które niknie w oczach – kontynuowała Maria, z oczu której łzy lały się tak gęsto, że nie było nawet sensu ich wycierać. – Nie wie siostra, jak to jest, usłyszeć od córki: Mamo, chciałabym zasnąć i się nie obudzić. Mamo, nie mogę już znieść tego bólu, niech to się skończy. U jedynego syna, który przeżył narodziny, obserwować, jak skóra aż brązowieje i pęka. Słyszeć ich nieustanny płacz, patrzeć, jak łamią zęby na korze drzewa, jak kłócą się o świńskie łajno! Nie wie siostra, jak to jest, budzić się i widzieć swoje dzieci martwe, widzieć szkielety obleczone skórą! Jak to jest zakopywać własne dzieci w ogródku pod krzewami głogu, żeby nikt ich nie znalazł i… nie zjadł ich zwłok!
Elżbieta mimowolnie usłyszała w głowie dźwięk łopaty wbijanej w ziemię. Poczuła silne, duszące gorąco, rozlewające się z piersi na całe ciało. Marią wstrząsał szloch.
– Więc niech mi siostra nie mówi, że nie należy wątpić w Najwyższego. Jaki Bóg pozwala na takie cierpienie? Gdzie on jest? No, gdzie?
– Nie bluźnij, Mario… Bóg może zesłać jeszcze sroższą karę, jeśli się od niego odwrócimy… Rozumiem, że czujesz się porzucona, ale przypomnij sobie Księgę Hioba…
– Mam w rzyci Księgę Hioba! Sroższą karę? Jaka kara może być jeszcze gorsza? Co może być gorsze od patrzenia, jak ludzie pożerają własne dzieci?!
Eremitka zamilkła. Zrozumiała, że żadnymi słowami nie przekona cierpiącej matki. W szlochu Marii brzmiało poczucie niesprawiedliwości, które długo kłębiło się w duszy, a teraz wreszcie znalazło ujście.
Elżbieta odłożyła miskę zupy obok siennika, przysunęła się do niewiasty i przytuliła do siebie. Poczekała dłuższą chwilę, aż Maria nieco się uspokoi.
– Pomódlmy się za twoje dzieci – powiedziała cicho.
Białogłowa przytaknęła, wyswobadzając się z uścisku zakonnicy.
Uklękły w stronę krzyża z gałęzi głogu wiszącego na lepionej ściance. Pogrążyły się w modlitwie.
Zbigniew wrócił do chaty ze zdobyczami. Kościstymi dłońmi wyciągał z worka po kolei i kładł na ławie szyszki, mokrą korę i, najlepszy łup od kilku dni, jaki udało mu się znaleźć, czyli jaja ptaków. Maria miała ochotę rzucić się na nie, by pożreć je na surowo, ale powstrzymała się i zaczęła przygotowywać jajecznicę z mielonymi szyszkami.
Elżbieta zauważyła już, że Zbigniew jest z natury małomówny, a obecne przygnębienie tylko nasilało w nim tę cechę. Jednakże w jego oczach tlił się jeszcze inny rodzaj smutku.
– Co się stało, Zbigniewie? – Nie wytrzymała w końcu i zapytała, gdy wszyscy siedzieli wokół paleniska. Może jego też ktoś chciał napaść i zjeść. Może zobaczył odkopany grób w ogrodzie. Może poczuł, że śmierć wyciąga po niego swój ostry sierp…
– Spotkałem po drodze Janka, też wracał z lasu. – Z jego popękanych ust wreszcie wyszły słowa. – Ludzie gadają, że idzie do nas jakaś zaraza. Podobno z Włoch przylazła. Całe miasta padają jak muchy. Mówił, że na ulicach Florencji jest tyle zwłok, że nie idzie ich pochować, że to kara boska za grzechy. Jednego dnia człek jest zdrowy, drugiego już martwy. Podobno wielki pomór najbardziej panoszy się teraz u Niemców… Więc do nas też przyjdzie.
Nastała cisza. Wszyscy wpatrywali się w hipnotyzujący taniec płomieni. Elżbietę z zamyślenia wyrwał śmiech Marii.
– Ale ty blazgonisz, Zarzecki! – Białogłowa śmiała się w głos. W oczach Zbigniewa odbijały się zaskoczenie i przerażenie. – Jednego dnia człek jest zdrowy, drugiego już martwy? Nie istnieje taka choroba, nie ma czegoś takiego. Nawet niemowlątki tak szybko nie umierają, a ty próbujesz nam wmówić, że dorośli ludzie padają chmarami jak muchy? Wstydziłbyś się pleść takie durnoctwa…
Mąż zmarszczył brwi.
– Janek mi nigdy nie zełgał – warknął. – Poza tym czemu ludziska miałyby zmyślać? I to w całej Europie? Zastanów się, głupia babo, zanim coś powiesz…
– Dzieci, spokój, szanujcie siebie nawzajem! – Zakonnica poczuła się zobowiązana do zabrania głosu i zaprowadzenia pokoju. – Nie dajmy sobie postradać rozumów, nie pogarszajmy sytuacji.
Mąż i niewiasta posłusznie zamilkli.
Cała trójka długo siedziała w posępnej ciszy. Dopiero zmierzch wyrwał ich z przygnębiających myśli i przypomniał, że czas szykować się do snu.
Elżbietę obudził chłód. Przetarła oczy, podniosła się i ze zdziwieniem spostrzegła, że w palenisku nie pali się ogień, który był jedynym pocieszycielem mieszkańców. Zrozumiała przekaz feniksa.
Czas wracać do domu.
Gospodarze przyjęli tę wiadomość z najwyższą obojętnością. Skończył się ogień, skończyła się gościnność.
Zakonnica podziękowała za wszystko Marii i Zbigniewowi, życząc im wszystkiego dobrego. Obiecała im też modlitwę, na co niewiasta ledwo zauważalnie wywróciła oczami.
Elżbieta wyszła na ulicę. Strach wrócił do niej ze zdwojoną mocą. Starała się iść cicho, choć na mokrym bruku było to zadanie trudne do wykonania. Po drodze mijała ludzi i niektórzy wodzili za nią wygłodniałym wzrokiem, lecz najwyraźniej nie mieli siły jej gonić.
Do bram miasta dotarła bez przygód. Przekroczyła mury, przeszła przez most, kierując się w stronę traktu ukrytego w gęstej dąbrowie.
Gdy tylko zaszyła się w gęstwinie drzew, poczuła lekki ciężar na ramieniu.
Ignis wrócił i przepędził samotność.
Kołysała się na tratwie z krótkim masztem. Morze miało dziwny kolor – zamiast mętnej zieleni otaczała ją czerwień. Przeraziła się – czyżby to wszystko było krwią? Oparła się o deski tratwy, zaskakująco miękkie. Przyjrzała się im: pod sobą nie miała drewna, lecz… najprawdziwszy boczek! Uniosła twarz, a wtedy maszt okazał się długą, soczystą kiełbasą, na której łopotał zamiast flagi ogromny kawałek słoniny.
Elżbieta zaśmiała się w głos, łzy pociekły po policzkach. Wróciła spojrzeniem do czerwonej wody – wtedy zauważyła, że morze nie jest gęste, więc nie może to być krew. Zanurzyła w nim rękę, nabrała nieco płynu. Nieśmiało wzięła kapkę językiem. Toż to było wino! Najprawdziwsze wino i to chyba nawet francuskie! Tak zacnego trunku zakonnica jeszcze nigdy nie piła, nawet podczas najwystawniejszych jarmarków…
Gdy już miała się wgryźć w kiełbasiany maszt, na horyzoncie zobaczyła chmury, a z nich zaczął padać mleczny deszcz. Wystawiła język, by poczuć smak słodkiego mleka. Kap, kap… Boże w niebiosach, jakie to pyszne! Wróciła chęć do życia, krew zaczęła szybciej krążyć, humory się zrównywały, umysł jaśniał…
Niespodziewanie deszcz zgęstniał i mleko polało się wielką falą. Zakonnica zaczęła się krztusić, chciała odwrócić głowę, ale nie mogła. Poczuła przerażenie, traciła dech…
…obróciła się gwałtownie na sienniku, wypluwając z siebie mleko, które nie przestawało padać na jej twarz. Zdezorientowana zobaczyła swoją izbę i płonące palenisko na środku. Zasłaniając się ręką, spojrzała w górę.
Intensywny deszcz oderwał kawałek słomianego dachu i zawzięcie oblewał twarz zakonnicy. Powoli wstała, przysunęła się do paleniska, by wszystko osuszyć.
Patrzyła na wodę zalewającą siennik i klepisko, które zaczęło przypominać bagno. Chciała wstać, pójść do lasu, nazbierać drwa, jakoś załatać tę dziurę.
Ale nie miała siły. Ledwo doczołgała się do ognia. Wszystko ciążyło – ręce, nogi, głowa. Do tego głód znów począł ją dźgać w brzuch niewidzialnymi widłami. Wnętrzności miała chyba przyklejone do pleców.
Wyciągnęła ręce do paleniska i z przerażeniem zauważyła, że w niektórych miejscach skóra jej pęka i brązowieje. Drżące dłonie, które miała przed sobą, nie mogły być jej.
Wtedy zrozumiała, że staje się upiorem: jak tamten mąż, co chciał ją pożreć; jak ci wszyscy ludzie patrzący na nią wygłodniałym wzrokiem; jak Maria i Zbigniew, którzy pomogli jej w ludzkim odruchu, a potem gościli tylko przez wzgląd na ogień.
Poczuła nieprzyjemne łaskotanie w nosie i zbliżające się łzy. Po chwili oczy całkowicie zaszły mgłą.
Nagle na plecach coś osiadło, coś suchego i miękkiego. Dotknęła kościstą dłonią miękkiego pledu. Obejrzała się, otarła twarz.
Ignis spojrzał na nią mądrymi, czarnymi oczkami i uniósł dziób do góry. Zaśpiewał pięknym trelem, po czym znów na nią spojrzał.
– Dziękuję – wyszeptała zakonnica, zaskoczona, że Ignis pomyślał o wysuszeniu pledu.
Dobrze, że miała jeszcze jego.
Ale… z samego ognia nie wyżyje. Feniksowi głód również dawał się we znaki. Jego czerwono-złote pióra nieco zbladły, dziób przypominał wyblakłe złoto. Rzadziej rozpalał ogień, ruszał się niemrawo, prawie w ogóle już nie latał.
Nie damy rady. Przepraszam, że cię okłamałam, przyjacielu.
Ptak gwałtownie zamachał dziobem na boki, jakby chciał zaprzeczyć.
Nie wyżywię nas. Nie ma jedzenia. Jest tylko jedno wyjście.
Powoli wstała, podpierając się o ławę i wyszła przed dom. Gęsty deszcz spowalniał jej kroki, zalewał twarz, ale ona uparcie szła dalej. W kilka chwil dotarła za płot, gdzie jeszcze niedawno dumnie pięły się w górę fioletowe kwiaty, a teraz leżały przy ziemi, przygniecione przez bujne trawy.
Elżbieta chwyciła namokłe od deszczu płatki tojadu mocnego. Rozpaczliwie wcierała je w twarz i ręce. Gdy już chciała jedno z nich zjeść, coś silnie uderzyło ją w ramię.
Przed nią buchnął ogień tak potężny, że nie dorównywałby mu nawet pożar wielkiej stodoły. Gdy ulewa wreszcie go stłumiła, Elżbieta wciąż nie mogła się poruszyć, zdumiona ogromem żywiołu. W strugach deszczu dostrzegła Ignisa, unoszącego się nad spaloną trawą, z której wydobywał się gęsty dym.
***
Noc. Deszcz nieco zelżał, lecz nadal padał, przenikając przez strzechę i mocząc wszystko, co dało się zmoczyć. Już nie było ognia, który mógł wysuszyć chociaż habit albo pled. Od kilku dni Ignis nie rozpalał paleniska, marniał w oczach. Dziób wypłowiał mu kompletnie, tak samo jak pióra.
Elżbieta nie mogła spać. Walczyła z uczuciem głodu i zimna. Różne myśli przewijały jej się przez głowę. Że to jest drugi potop, że to kara za grzechy. Mąż z nożem w Bochni. Maria i Zbigniew przypominający żywe szkielety. Dźwięk łopaty odkopującej zwłoki ich dzieci w ogrodzie, mlaskanie, przeżuwanie. Zbigniew mówiący o wielkim pomorze, który się do nich zbliża, kolejna kara za grzechy. Ignis, ukochany feniks, dar od Boga, który ludzie chcieli spalić…
Ignis. Właśnie. Ptak był niewątpliwym dowodem na to, że Bóg miał wobec niej jakieś plany, że nie chciał, by umarła. Ptak obdarzał ją ciepłem ogniska, okrywał kocem, towarzyszył w wędrówkach, czuwał nad nią, gdy przebywała w Bochni, uratował jej życie, gdy chciała zjeść trującą roślinę. Teraz ptak ledwo zipie, nie ma czym nakarmić ani jego…
…ani siebie. Już nie pamięta, jak to jest mieć coś zjadliwego w ustach. Coś, co nie jest spleśniałym źdźbłem pszenicy, korą drzewa, ptasim łajnem…
A feniks i tak ledwo zipie. I tak niedługo umrze…
Elżbieta obróciła się na sienniku, próbując wypatrzyć Ignisa. W mroku zabłysły jego mądre oczka.
Padła z powrotem plecami na słomę. Pojawiły się wyrzuty sumienia.
Bardzo to po chrześcijańsku. Ptak już ci nie jest potrzebny, więc chcesz go zjeść. Jesteś taka sama jak Maria i Zbigniew. Jesteś złym człowiekiem.
Czuła się jak na torturach. Cielesnych, bo brzuch z głodu skręcał się tak, że zakonnica modliła się, by Bóg to wreszcie zakończył. Umysłowych, bo wściekłość pustego żołądka przyćmiewała coraz bardziej głos rozsądku. Była tak głodna, że nie obchodziły już jej żadne przykazania, zarówno boskie jak i ludzkie. Coś kazało jej rozpaczliwie walczyć o przetrwanie, cena nie grała roli.
I wtedy już wiedziała, że zabije feniksa z samym brzaskiem, jak tylko się rozjaśni. Łzy ciekły jej gęsto po policzkach na samą myśl. Nienawidziła siebie za to, że chce za wszelką cenę przetrwać i że potrafi już myśleć tylko o sobie.
Sen łaskawie spłynął na umęczoną eremitkę. Znów była w krainie mięsem i mlekiem płynącej. Choć przez chwilę nie doskwierał jej ani głód, ani zimno, ani wizja końca świata.
Chmury nadal uparcie wstrzymywały słońce, jakby miały do wypełnienia jakąś świętą misję. Świat pokrył się wodą, szarością, śmiercią. Wszelkie rośliny przytulały się do ziemi, przypominając obraz po tragicznym huraganie. W powietrzu unosił się nieustanny zapach wilgoci i pleśni. Ciszy nie rozpraszało pianie koguta ani trel ptaków. Tylko deszcz. Przeklęty, rodem z piekła, znienawidzony przez wszystkie żyjące jeszcze istoty, deszcz.
Elżbieta obudziła się po raz kolejny w tych okropnych okolicznościach, przeklinając, że nie odeszła we śnie. Przypomniała sobie o swoim planie, który obmyśliła w nocy i poczuła w piersi nieprzyjemny żar.
Rozejrzała się po chatce, lecz nigdzie nie dojrzała Ignisa. Zmarszczyła brwi. Może magicznie ozdrowiał i poleciał na chwilę do lasu? Kto wie, w końcu to feniks. Wtedy, w Bochni, też miał spłonąć, a jednak przeżył.
Wytężając wszystkie siły, eremitka wstała powoli i wyszła z izby. Stanęła na podwórzu, poczuła chłodny deszcz na twarzy.
Nie musiała długo się rozglądać. W oczy rzucił jej się blady czerwony kolor, wyróżniający się wśród soczyście zielonych traw, tuż pod ścianą rozpadającej się chatki.
Podbiegła tam tylko po to, by potwierdzić najgorsze przypuszczenia. Ignis leżał nieruchomo, jego pierś się nie poruszała.
W głowie Elżbiety zapanował chaos.
Boże, dlaczego?
Dlaczego najpierw mi go dałeś, a potem zabrałeś?
Co ja teraz pocznę?
I tak chciałaś go ubić…
Możesz go teraz zjeść…
Wszystko mnie boli, niedługo umrę…
Zjedz go!
Ostatnia myśl zwyciężyła. Niestety pomysłu nie mogła wcielić w życie.
Gdy tylko chciała zabrać ptaka z ziemi, natychmiast wyłoniły się wokół niego kolczaste gałęzie, raniąc zakonnicę w rękę. Przez dłuższą chwilę wiły się, przeplatały niespiesznie, aż w końcu utworzyły nad ptakiem coś w rodzaju kopuły.
– To ci cuda! – wykrzyknęła eremitka. – Niesłychane, zaprawdę…
Stała jeszcze długo, nie spuszczając z oczu roślinnej klatki.
Gdy pierwsze zaskoczenie opuściło serce zakonnicy, na jego miejscu pojawił się żal i smutek.
– Też bym chciała tak umrzeć. Na swoich warunkach… – szepnęła. – Żegnaj, przyjacielu.
Wróciła do chatki, by skryć się przed deszczem. Leżała na sienniku, przykrywając się mokrym pledem i długo płakała. W końcu, opadniętą z sił, ponownie owładnął sen.
Promienie słońca próbowały przebić się przez powieki zakonnicy. Rozkleiła je z trudem. Oczy mocno piekły, wciąż pamiętające potoki łez wylane poprzedniego wieczoru.
Elżbieta była tak wyczerpana, że trochę dłużej zajęło jej zrozumienie, dlaczego chatka wygląda całkiem inaczej. Każdy przedmiot stał się widoczny, a na skórze czuła przyjemne ciepło.
– Na wszystkich świętych, słońce! – zerwała się, a uczyniła to tak gwałtownie, że aż się przewróciła i prawie rozbiła nos o klepisko. Nie zważając na to, podniosła się rychle i wybiegła na zewnątrz.
Chmury rozpierzchły się ostatecznie, pokonane przez wielką kulę słońca. Rosa na gęstych trawach błyszczała jak drobne, drogocenne kamyczki. Twarz zakonnicy oblewały światłość i ciepło; dosłownie poczuła, jak kamień spada z serca i rozlewa się w nim żar nadziei.
Jednak zapał nagle zgasł, równie szybko jak się pojawił.
– Gdy przybył tu ze mną Ignis, słońce też na chwilę wyszło, a potem znikło… – mruknęła.
Właśnie, Ignis.
Odwróciła spojrzenie w drugą stronę ogrodu i oniemiała.
W miejscu, gdzie jeszcze dnia poprzedniego leżało bezwładne ciałko feniksa przykryte kolcami, stało teraz ogromne drzewo o rozłożystych gałęziach i czerwono-złotych liściach. Kora grubego pnia błyszczała, jakby pokryta srebrem. Drzewo tak oszałamiało swoim majestatem, że dopiero po chwili Elżbieta dostrzegła na nim coś jeszcze.
Owoce. Wielkie, nabrzmiałe od soku i miąższu owoce, przypominające nieco gruszki, zwisały ze srebrnych gałęzi. Było ich tyle, że w niektórych miejscach konary się uginały. Owoce miały piękny, żywy, rubinowy kolor.
Zakonnica znów poczuła ostre kłucie w brzuchu, a suchość w ustach dokuczyła jeszcze bardziej. Podbiegła do drzewa i zanim zdążyła się zastanowić, czy owoce nie są trujące, pożerała je łapczywie.
Rozkosznie słodki sok spływał do gardła, pozostawił wspaniałe uczucie wilgoci na ustach i policzkach. Miąższ owocu obłędnie rozpływał się w ustach, a smakiem przypominał… Właściwie, to eremitka nie wiedziała, do czego mogła go przyrównać. Nigdy wcześniej w życiu nie jadła niczego pyszniejszego. Smak był słodki i kwaśny jednocześnie.
Jadła, a raczej pożerała rubinowe owoce jak opętana. Gdy już nie mogła zmieścić więcej, położyła się na trawie, przy srebrnym pniu, spoglądając na promienie słońca przebijające się przez czerwono-złote liście. Zaśmiała się głośno, w ogóle się nie hamując, choć wiedziała, że tak rubaszny śmiech nie podoba się Bogu.
Jednak teraz o to nie dbała. Spodobał jej się dźwięk, którego już bardzo dawno nie słyszała, więc śmiała się tylko głośniej. I głośniej, i jeszcze głośniej.
***
Mimo że odczuwała lekki smutek na wspomnienie Ignisa, który poprzednim razem jej towarzyszył, Elżbieta szła raźnym krokiem. Tym razem wszystko wyglądało inaczej, teraz szła do Bochni z nadzieją, a nie przerażeniem w sercu. Roślinność już nie garbiła się jak umierający starzec, już nie przygniatał jej ciężar ulewnych deszczy. Teraz wszelkie gałęzie, liście i kwiaty dumnie się wyciągały w stronę słońca, które nareszcie pieściło promieniami umęczoną ziemię.
Zakonnica odczuwała tak głęboką wdzięczność do Boga, że nawet nie wadziły jej wielkie toboły, które ciągnęła za sobą na wozie. Oczami wyobraźni widziała, jak rozdaje cudowne owoce umęczonym mieszkańcom, jak w ich oczach zapala się iskierka nadziei, jak zaczynają się śmiać.
Pozdrawiała każdy dąb i każdą brzózkę, którą mijała. Witała się z kępami paproci i mchu, kłaniała się krzewom hortensji, zaśmiewając się głośno.
Myślała o Zbigniewie i Marii, wyobrażała sobie, jak podaje im owoce, a ich posępne twarze od razu się rozjaśniają. Miała nadzieję, że oboje jeszcze żyją i że zdąży im się odwdzięczyć za ratunek i gościnę.
Już nie wiedziała, po raz który w tym roku ma ochotę przekląć Boga i który raz ledwo się od tego powstrzymywała. Straciła rachubę. Chyba nawet Hiob nie musiał tyle przejść, co ona.
Takie myśli przechodziły jej przez głowę, odkąd przekroczyła mury miasta. Radość i nadzieja, które jeszcze dosłownie przed kilkoma pacierzami jej towarzyszyły, ulotniły się bezpowrotnie.
Smród z uliczek był zatrważający i wręcz porażający. Gdy odwiedziła Bochnię ostatnim razem, myślała, że gorzej miasto cuchnąć już nie może. Bardzo się wtedy myliła.
Myliła się też co do skali tragedii. Jeszcze niedawno była przekonana, że nic nie może być gorszego od klęski żywiołowej i zbiorowego wymierania z głodu.
O wiele gorsze było bowiem zbiorowe wymieranie od… zarazy.
Niestety Zbigniew miał rację. Wielki pomór, o którym wspominał, bez wątpienia wdarł się przez mury miasta. Elżbieta natychmiast zapragnęła niemożliwego – cofnięcia czasu, aby ludzkość trapił jedynie głód.
Bóg musiał srogo się rozgniewać, skoro nieustannie dręczył gorsze, śmiertelne wersje samego siebie. Najpierw zesłał głód, teraz… To.
Wielki pomór.
Czaił się wszędzie. Czyhał w stosach ciał zebranych na wozach lub wrzuconych do wielkich, głębokich dołów. W ciałach pokrytych czarnymi guzami wielkości jabłka. Czaił się w chłopskich chatach i mieszczańskich domach, jeszcze bardziej zrujnowanych niż przed dwoma niedzielami, bardziej przypominających ruiny niż zdatne do użyteczności budynki. Zaznaczał swoją obecność zakreślonymi krzyżami lub poszarpanymi, czarnymi skrawkami materiału zawieszonymi nad drzwiami większości domów. Nie było wątpliwości, że dotarł wszędzie i nikomu nie pozwolił uciec.
Eremitka pochłonięta obserwacją tragedii, późno się zorientowała, że już zmierzcha, a nie usłyszała dzwonu z pobliskiego kościoła. Najpewniej dzwonnika również pochłonęła zaraza.
Elżbieta przystanęła. Opuściła drągi, zatrzymując wóz. Sapała ciężko, w końcu wiozła ze sobą niemały ciężar i przeszła niemal dzień drogi. Zastanawiała się, gdzie spędzić noc.
Jej oczy uchwyciły jedno z niewielu domostw, nad którym ani nie powiewał żaden czarny materiał, ani nie został nakreślony krzyżyk. Pełna nadziei, choć wątpliwej, udała się w jego stronę.
Przekroczyła wysoki próg i schyliła głowę, próbując się zmieścić w ciasnych drzwiczkach. Gdy tylko weszła do środka i zamknęła je za sobą, zamiast ulgi poczuła czyjąś obecność i okropny smród.
Z głębi ciemnego pomieszczenia wydobywał się kaszel. Nie był to jednak zwykły kaszel, jaki wyrywa się z piersi, gdy przypadkiem połknie się za dużo dymu przy pieczeniu chleba. Po tym kaszlu można było wiele zgadnąć. Charczący, rzężący, palący płuca, niepozostawiający właścicielowi wiele czasu do przeżycia.
Elżbieta zadrżała. Śmierć. Tak brzmi śmierć, tak cuchnie śmierć.
A jak wygląda? Zakonnica wolała tego nie sprawdzać. Stwierdziła jednak, że nie zostawi nieszczęśnika bez modlitwy.
Nie miała oczywiście święceń kapłańskich, ale stwierdziła, że i tak udzieli ostatniego namaszczenia. Warto spróbować. Ostatecznie po coś Bóg ciągle ją trzymał przy życiu.
Gdy zbliżała się do chorego, ciążył jej na piersi ogromny kamień wypełniony strachem. Mnóstwo myśli kłębiło się w głowie, przekrzykiwały się, zaprzeczały sobie nawzajem.
Uciekaj, głupia, chcesz się zarazić?
Już i tak wciągnęłam w siebie mnóstwo miazmatów. I tak umrę.
Po co żyć, skoro świat się kończy? Niczego już nie ma. To jeden z ostatnich ludzi na świecie.
A jeśli nie? Na pewno wielu przeżyło. Może nie w tym mieście, ale…
Nie zarazisz się od powietrza, głupia. Lecz z pewnością zarazisz się, gdy tylko dotkniesz te żywe zwłoki…
Uciekaj!
Wbrew ostatniej myśli, dotarła do siennika chorego, przystanęła. Schyliła się ku niemu i gdy już miała recytować formuły, nieszczęśnik kaszlnął. Poczuła wilgotne kropelki na policzkach i smak krwi na ustach. Zastygła przerażona.
A mnie kto teraz udzieli ostatniego namaszczenia?
– Pić… – wycharczał męski głos.
Elżbieta przerwała wypowiadanie formuł.
– Co rzeczesz? – zapytała, nie dowierzając.
– Pić – powtórzył mąż. Charczał jeszcze przez chwilę, ale nic więcej nie powiedział.
Zakonnica wstała powoli z kucek, nie wiedząc, co ma począć. Skąd ma tutaj wziąć piwo? Nawet wody nigdzie nie było w pobliżu.
Nagle ją olśniło.
Owoce! Były przecież bardzo soczyste, z pewnością zaspokoją pragnienie umierającego.
Wyszła z chatki szybko, przeciskając się przez drzwiczki i wróciła po chwili z naręczem czerwonych owoców.
– Proszę – podała jeden umęczonemu mężowi.
Jednak ten nie wziął jedzenia, oddech mu świszczał. Wtedy dotarło do zakonnicy, że z pewnością nieszczęśnik nie ma siły sięgnąć po jedzenie.
Ale w tych ciemnościach trudno będzie go nakarmić. Musiała znaleźć jakieś źródło światła.
Nieopodal znajdował się kościół. Tam bez wątpienia będzie wiele świec.
– Poczekaj chwilę, niedługo powrócę – rzekła do męża, opuszczając izbę i mając nadzieję, że ten jeszcze będzie żył, gdy ona powróci.
Ciemność, smród, przeszkody. Bez pochodni, świecy czy światła księżyca zwykłe przejście przez dosłownie kilka uliczek wiązało się z zagrożeniem zdrowia, a nawet życia.
Jednak Elżbieta bohatersko kroczyła w stronę kościoła, dzielnie powstrzymując zawartość trzewi podchodzącą do gardła i omijając liczne zwłoki mieszkańców.
W końcu z mroku wyłoniły się kamienne mury świątyni. Piaskowiec i wapień były dobrze widoczne nawet podczas głębokich nocy.
Po chwili zorientowała się, że nie tylko mury rozjaśniły jej widok.
Przez witraże przebijało się nikłe, migoczące światło, jakby w środku ktoś chodził z pochodnią.
Pierwszą reakcją zakonnicy był uśmiech; bo któż inny mógł chodzić o tej porze po kościele? Tylko duchowny. Z pewnością pomoże jej w przyniesieniu ulgi cierpieniom chorego, który teraz na nią czekał i udzieli mu ostatniego namaszczenia.
Z tą myślą pewnym krokiem przekroczyła próg kościoła. Jednak wnet zrozumiała, że była w błędzie.
Ogromną nawę i ściany świątyni oświetlały dwie pochodnie, a nie jedna. Po aparycji i wypowiedziach mężów je dzierżących można było od razu wywnioskować, że nie są duchownymi. Klęli, aż uszy więdły, śmiejąc się przy tym głupkowato. Poza tym duchowni raczej nie mieli by ze sobą wielkich worów, do których wrzucali wszystko, co im wpadło w ręce, bez należytej czci dla świętych przedmiotów.
Elżbieta schowała się za jedną z ław. Gdy uspokoiła oddech, odważyła się wychylić nieco głowę i przyjrzeć szabrownikom.
Jeden z nich nosił bliaud o kolorze, którego zakonnica nigdy wcześniej nie widziała – intensywny, ciemny niebieski…? Materiał był podbity futrem. Z pewnością kradziony, bo rumiana, zapijaczona twarz obecnego właściciela oraz liczne braki w uzębieniu nie stanowiły raczej o wysokiej pozycji.
Drugi złodziej chyba nie zdołał znaleźć niczego podobnego, bo miał na sobie tylko długą, lnianą koszulę i szare nogawice. A śmiał się jeszcze bardziej głupkowato niż ten pierwszy.
Eremitka postanowiła, że najlepiej będzie przeczekać, aż szabrownicy sobie pójdą. W tym momencie wyjście z kościoła wiązało się z dużym ryzykiem, bo trudno chodzić po kamiennych posadzkach, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. I tak miała ogromne szczęście, że nie usłyszeli jej, gdy wchodziła.
Dopiero wtedy ujrzała obok klęczącą niewiastę, opartą o ławę, pogrążoną w modlitwie. Była dosłownie na wyciągnięcie ręki. Przyszła tu po pomoc, lecz Bóg jej nie ocalił. Skóra na twarzy już zaczęła odchodzić, podobnie jak z dłoni zaciśniętych na deskach. Spod szczęki wyłaniały się ogromne, ciemne guzy.
Elżbieta odruchowo krzyknęła, po czym przytknęła pięść do ust.
Szabrownicy zamilkli.
Po chwili jeden z nich zapytał:
– Słyszałeś to?
– Oczywista, że słyszałem! Ktoś tu jest…
Elżbieta słyszała ich żwawe kroki stąpające po kamiennej posadzce, coraz głośniejsze i bliższe.
Spojrzała ponownie na zwłoki modlącej się niewiasty.
– Wyłaź, bękarcie, kurwi synie! – Głos złodzieja wisiał już niemal nad jej uchem.
Gdy zajrzeli za ławę, wznieśli taki raban, że zakonnica prawie ogłuchła. Wrzasnęli, jakby kto ich wrzątkiem polał.
Natychmiast uciekli z kościoła, zapominając o swoich łupach.
– Do kurwich macierzy synów! Co to było?? – Dotarło jeszcze do uszu Elżbiety, która z mieszanym uczuciem obrzydzenia i czci odkładała ciało niewiasty służące jej przed chwilą za marionetkę.
Weszła do domu, zamknęła drzwiczki i nasłuchiwała. Z głębi pomieszczenia dobiegło do niej rzężenie i świst wydobywający się z umierającego. Odetchnęła z ulgą. Zdążyła.
Położyła na klepisku jedną ze świec, krzesiwo i hubkę – łupy z kościoła. Po chwili mrok ustąpił światłu chyboczącemu się po glinianych ścianach.
Zbliżyła się do chorego i prawie upuściła świecę.
Nieszczęśnik nie tylko brzmiał i cuchnął, ale istotnie wyglądał, jakby umierał. Tuż pod jego siedzeniem Elżbieta zauważyła krew. Koszulę i nogawice miał poszarpane, na wskroś przepocone. Klatka piersiowa mieniła się fioletowymi, sinymi plamami.
Jednak zakonnicę najbardziej przestraszyła jego głowa, a raczej to, co znajdowało się pod nią. Guzy na szyi były tak nabrzmiałe, że aż przekrzywiały głowę męża, który wyglądał bardzo groteskowo i niepokojąco zarazem.
Z ust nieszczęśnika wydobywało się rzężenie, z oczu błaganie.
– Pić… – wycharczał.
– Na rany Chrystusa, wybacz… – Elżbieta schyliła się po jeden z owoców, które wcześniej zostawiła w koszu tuż przy sienniku. Ręka jej mimowolnie drżała, gdy zbliżała ją do twarzy chorego.
Gdy ten otworzył usta, by wgryźć się w owoc, dotarł do niej tak przykry zapach, że musiała odwrócić głowę. Nie miała wątpliwości, że mąż dosłownie gnił i nie dożyje rana.
– Aua!
Pieczenie oka wyrwało Elżbietę ze snu. Zasłoniła je jedną dłonią, a drugą podniosła się z prowizorycznego siennika, które nocą uklepała sobie ze słomy i worów, przyniesionych uprzednio z wozu.
To właśnie źdźbło słomy było winowajcą.
– Niech to dunder świśnie! – zaklęła, po czym odruchowo się przeżegnała.
Przypomniała sobie, gdzie się znajduje. Niepewnie spojrzała w głąb izby.
Mąż spał. O dziwo jego oddech już nie przypominał skrzypiących drzwi, które domagały się niezwłocznej naprawy. Brzmiał płytko, ale przypominał oddychanie zdrowego człowieka.
Nie dowierzając, wstała i zbliżyła się do chorego.
Zabrało jej dech. Na piersi męża fioletowe plamy zbladły, a guzy pod szyją zmniejszyły się na tyle, by mógł już normalnie ułożyć głowę.
– To ci cuda… – szepnęła. – Przecież to niemożliwe… To…
Napotkała wzrokiem owoce leżące w koszu pod siennikiem.
– To te owoce leczą…?
Wybiegła z chaty tak rychle, że zapomniała o niskich drzwiczkach i wysokim progu. Uderzyła się w głowę i kostkę, lecz nie zważała na to.
Owoce leżały w wozie, na szczęście szabrownicy ich nie znaleźli. Jednak prawdopodobnie nadal byli w mieście.
Wróciła do chatki i zaglądała do różnych zakamarków w poszukiwaniu noża. Kucnęła przy skrzyni. Gdy ją otwierała, usłyszała męski głos.
– Niech będzie pochwalony.
Powoli opuściła wieko i spojrzała na niego. Miał zmęczony, ale jednocześnie radosny wyraz twarzy.
– Czego siostra szuka?
Wstała z klęczek i podeszła do siennika.
– Jak się czujesz? – zapytała.
– Świetnie – odparł. – Chyba umarłem.
Uśmiechnęła się. Zaprzeczyła głową.
– Bo zobaczyłem anioła – dodał, po czym mrugnął łobuzersko.
Elżbieta prychnęła, by zamaskować zakłopotanie.
– Nie wstyd ci, zalecać się do zakonnicy?
– Ale ja naprawdę go zobaczyłem… – Zmienił głos na poważny. Wyciągnął kościste dłonie w jej stronę.
Zadrżała, ale się nie cofnęła. Ujął obiema rękami jej dłoń, a ona poczuła dziwną iskierkę, wędrującą z palca aż do kręgosłupa.
– Bo tylko anioł mógł mnie uratować – powiedział, patrząc jej w twarz.
Odwzajemniła spojrzenie. Oczy męża wyglądały całkiem inaczej niż w nocy, już nie zasnuwała ich mgła. Teraz biła z nich intensywna zieleń, soczystsza od traw w jej ogródku, który zostawiła daleko za lasem. Poczuła tęsknotę za swoim domem, za prostym życiem, modlitwą pełną wdzięczności, nieznającą pretensji do Boga. Za Ignisem.
– Jak ci na imię? – wyrwał ją z zamyślenia.
– Elżbieta.
– Kazimierz.
Zamilkli, nie odrywając od siebie wzroku i nadal trzymając dłonie w uścisku.
– Elżbieto… – szepnął po dłuższej chwili.
Serce zabiło jej mocniej.
– Tak?
– Czego szukałaś w mojej skrzyni?
Kazimierz zaproponował, by wóz zostawić, bo w ten sposób będzie im łatwiej sprawdzać, czy ktoś jeszcze przeżył w mieście. Elżbieta opowiedziała mu wtedy o szabrownikach, których spotkała zeszłej nocy w kościele i kategorycznie odmówiła pozostawienia wozu. Tak więc nowo poznany mąż musiał przystać na jej prośbę.
Patrzyła z niepokojem na niego, gdy wychudzonymi ramionami chwytał drągi od wozu. Zaproponowała, by może lepiej został w domu, ale on twierdził, że czuje się o wiele lepiej, poza tym nie chce, żeby Elżbieta sama chodziła po mieście.
Spojrzała na jego szyję. Guzy znikały w błyskawicznym tempie, były już ledwo widoczne. Nie mogła się nadziwić nad właściwościami cudownych owoców, podarowanych jej pośmiertnie przez Ignisa.
Toteż przystała na wspólną wędrówkę. On ciągnął wóz z owocami, ona szła obok niego z nożem w ręce.
Była to naprawdę trudna przeprawa. Słońce wiszące na południu piekło bezlitośnie. Liczne ciała zmarłych zagradzały drogę, więc Elżbieta z Kazimierzem musieli często przystawać i odsuwać zwłoki na bok. Zakonnica nad każdym odmawiała modlitwę, nie zważając na skwar ani miazmaty bezustannie atakujące nos.
W pewnym momencie natknęli się na pozostałości osobliwie odzianego jegomościa. Elżbieta nie poznałaby go, gdyby nie materiał, który miał na sobie, bo kawałek twarzy miał odgryziony, z pewnością przez wygłodniałe psy.
Elżbieta milczała, wpatrując się w ciemnoniebieski bliaud podbity futrem.
– Akurat jego słusznie spotkała boska kara – powiedziała bez cienia smutku.
– To ten szabrownik? – zapytał Kazimierz.
– Tak.
Nie podniosła zwłok, tylko kopnęła je mocno, aż się przetoczyły kilka łokci dalej, po czym kontynuowała wędrówkę.
– Święci pańscy! – krzyknął Kazimierz. – Nawet nie pomodlisz się za jego duszę?
– Nie, bo on nie ma duszy – skwitowała.
Kazimierz miał ochotę gwizdnąć z zachwytu. Nie wiedział, że zakonnice potrafią być tak zadziorne.
– Myślałem, że służki Boga są uczone miłować każdego – powiedział, próbując ją dogonić. – Że w każdym człowieku jest odzwierciedlenie Stwórcy, i takie tam…
Przerwał, bo Elżbieta przystanęła tak gwałtownie, że prawie na nią wpadł.
Wpatrywała się w małą chatę, ulepioną z gliny i wikliny. Nad małymi drzwiczkami wisiał zaczepiony o kij czarny surkot. Zarówno wejście jak i okiennice zostały zabite deskami. Domek otaczały gęste krzewy głogu.
Zakonnica podeszła do drzwi i próbowała wyrwać deskę.
– Co ty wyczyniasz? – zapytał Kazimierz, ale zamiast odpowiedzi otrzymał wyrzuty, czemu nie przyjdzie jej pomóc.
Podbiegł więc i wspólnymi siłami wyrwali jedną deskę, potem drugą, trzecią. Gdy skończyli, pot lał się z nich strumieniami. Ktoś naprawdę nie chciał, by gospodarze wyszli na zewnątrz.
Elżbieta przeszła przez dziurę i wydała z siebie krótki, acz rozpaczliwy krzyk.
Zrozumienie, co wydarzyło się w chacie, zajęło jej dłuższą chwilę. Zdeformowane przez wielki pomór ciała utrudniały rozpoznanie, ale układ izby i ubiór gospodarzy nie pozostawiały wątpliwości, kim byli zmarli.
Maria i Zbigniew.
Oboje mieli czarne dłonie i nogi, jakby spalono im członki. Ciała usiane były guzami wielkości mniej więcej kurzego jajka. Maria leżała tuż przy ścianie, nad nią w jednym miejscu było charakterystyczne wgłębienie, którego Elżbieta nie widziała wcześniej. Domyśliła się, że białogłowa próbowała się wydostać, ale wskutek wyczerpania nie miała sił przebić nawet tak leciwej ściany.
Zbigniew leżał z nienaturalnie wykręconą głową, lecz nie z powodu olbrzymich guzów, jak to spotkało Kazimierza. Przyczyna musiała być inna. Zakonnica uniosła głowę – dach był nieco oberwany. Przypuszczała, że nieszczęśnik próbował wspiąć się na powałę i przez dymnik wyjść na zewnątrz. Niestety trzcina nie jest zbyt stabilną konstrukcją i musiała się zerwać.
Kazimierz stanął obok Elżbiety, która zaczęła odmawiać modlitwy nad umęczonymi ciałami.
Gdy skończyła, usiadła na sienniku, na którym jeszcze nie tak dawno była goszczona. Spuściła oczy.
– Znałam ich – szepnęła. – Ci ludzie mnie uratowali.
Jej usta i podbródek zadrżały. Kazimierz milczał.
– Jak można uczynić coś takiego? – Z głosu zakonnicy biła złość. – Uwięzić ludzi w ich własnym domu…
– I tak by umarli – powiedział cicho jej towarzysz.
Podniosła gwałtownie głowę, wbijając w niego spojrzenie.
– Pomóż mi ich zakopać.
Kiwnął głową.
– Dobrze, ale gdzie?
– Najlepiej będzie na ich własnym ogródku.
Kazimierz nieco się speszył.
– Eee, nie… Lepiej dać ich gdzie indziej – wymamrotał.
– Dlaczego?
– Cały ogród zarósł głogiem… Lepiej ich przenieść do dołu, który już jest wykopany.
Zakonnica miała zaprotestować, ale zaraz zamknęła usta. Pomyślała, że pewnie Kazimierz po prostu nie ma siły, by kopać. Ona też ledwo chodziła ze zmęczenia.
– Dobrze, więc tak uczyńmy.
***
Mijały dni, tygodnie. Kazimierz i Elżbieta zwiedzili chyba każdą wioskę w pobliżu Bochni. Niestety wszędzie znajdowali tylko śmierć. Byli chyba ostatnimi ludźmi na tym świecie. Zakonnica naprawdę zaczynała w to wierzyć.
Najwidoczniej podobne myśli kłębiły się w głowie jej towarzysza, bo pewnego wieczoru, gdy odpoczywali po powrocie z jednej z wiosek, rzekł:
– Bóg nas nienawidzi.
Zakonnica początkowo zbyła to stwierdzenie milczeniem. Kazimierz wgryzał się w owoc i jednocześnie obserwował jej reakcję. W końcu zapytała:
– Dlatego nas stworzył na swoje podobieństwo?
Mąż prychnął.
– I cóż z tego, skoro chce nas teraz unicestwić?
Cisza. Przeżuwanie, mlaskanie, wiatr świszczący z okiennic.
– Może to nie Bóg chce nas zniszczyć. – Głos Elżbiety brutalnie przerwał milczenie. – Istnieją takie siły, których nie pojmują najtęższe umysły tego świata. Może jest coś jeszcze potężniejszego niż Bóg.
Zdziwiły go słowa, które przecież wyszły z ust zakonnicy, przykładnej służebnicy Boga.
A może już nie takiej przykładnej.
Z pewnością widziała wiele. Widziała więcej, niż chciała kiedykolwiek zobaczyć.
Ale on również.
Pamiętał, jak jednego dnia idąc na targ, witał się z serdecznym sąsiadem, a drugiego dnia na polu zobaczył jego ciało usiane fioletowymi, bożymi znamionami.
Widział, jak córkę porastają wielkie guzy przypominające jajka, jak synowi czernieją dłonie i pluje krwią. Pamiętał, jak pewnego dnia obudził się z brzaskiem, a oni już nie zamierzali wstawać.
Nagle poczuł ogromne brzemię i nieprzyjemny żar w piersi.
Płacz Elżbiety wyrwał go z zamyślenia. Jeszcze nigdy nie słyszał, by ktoś tak płakał, jednocześnie cicho, acz intensywnie, chwilami brakowało jej tchu.
Kazimierz nie wiedział, co począć. Jak każdy mąż, nie był dobry w kwestiach niewieścich. Podszedł do niej, usiadł obok.
– No już – powiedział niezdarnie. – Wszystko będzie dobrze…
Te słowa były tak wyłuskane z sensu, że aż się skrzywił od razu po ich wypowiedzeniu.
Zrezygnował więc ze słów. Wycierał delikatnie łzy z jej policzków. Patrzył na twarz Elżbiety i czuł się bardzo nieswojo. Skoro taka silna niewiasta jak ona, która przeżyła głód i zarazę, która go uratowała, płakała teraz rzewnymi łzami, dusiła się wręcz bezradnością, to już nie było ratunku dla nikogo. Nie było ratunku dla świata.
Musiała przestać płakać. Niech to się skończy.
Chwycił ją delikatnie za dłonie, wilgotne od łez. Elżbieta zamarła zaskoczona i ucichła na chwilę.
– Te dłonie… – mruknął. – Te cudowne dłonie. Uleczyły mnie. Te dłonie chciały uleczyć świat.
Pocałował je ostrożnie, chcąc podziękować za wszystko, co uczyniła. Spracowane, umęczone, a jednocześnie piękne ręce.
Zakonnica poczuła iskierkę na każdym palcu, który całował. Nagle wszystkie się zjednoczyły i powędrowały przez serce do podbrzusza.
Ujęła jego twarz. Był tak zaskoczony, że nie oponował, gdy poczuł jej ciepłe usta na swoich.
On również poczuł iskry, które rozpalały się bez oporów, wędrowały, rzucały się po całym ciele.
Elżbieta nie myślała. Tylko czuła. Nigdy wcześniej nie czyniła tego, co chciała uczynić za chwilę, jednak podskórnie wiedziała, że instynkt ją poprowadzi.
Zdjęła mu koszulę, biegała dłońmi gorączkowo po klatce piersiowej, która jeszcze niedawno ją przerażała. Głaskała jego twarz, szyję, brzuch, wszystkie miejsca, które jeszcze niedawno śmierć naznaczyła swoimi znamionami i chciała zabrać ze sobą.
Pocałunki wędrujące po jej szyi i dekolcie były tak gorące, że aż obawiała się aktu samospalenia.
Zaraz zniknę, zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim ostatecznie przekonała się, że istotnie można z rozkoszy całkowicie zniknąć.
Trochę niepokoił ją fakt, że nie odczuwała żadnej skruchy.
Bo jeśli trafi do piekła, to co z tego? Już dobrze je poznała. Trudno byłoby doświadczyć czegoś jeszcze okrutniejszego niż apokalipsa, głód, zaraza.
Kazimierz wszedł do chatki, uchylając głowę przed niskim stropem. W ręku miał kosz czerwonych owoców.
Uśmiechnął się do Elżbiety i podał jej jeden z nich.
– Jak się czujesz? – zapytał, siadając obok niej na sienniku.
– Świetnie – wymruczała, przeżuwając owoc.
– Nie żałujesz?
Oblizała sok z palców. Spojrzała na niego wymownie.
– A myślisz, że Bóg żałuje zesłania na nas najpierw głodu, potem zarazy?
Nie czekając na jego odpowiedź, wróciła do jedzenia.
– Czyli co, to był akt zemsty na Bogu? – zaśmiał się niepewnie.
– Nie bądź głupi. Uczyniłam to, bo chciałam. Wcześniej całe życie Mu się poświęcałam, a On zesłał na nas to. – Pokazała ręką dookoła, nie wskazując na nic konkretnego.
Kazimierz pokiwał głową.
– Rad jestem, że nie żałujesz – powiedział.
– Nie powinniśmy niczego żałować w takich okolicznościach. – W jej głosie przebijała się stanowczość, może nawet złość. – Jestem przekonana, że ludzie nigdy wcześniej, ani nigdy później nie doświadczą takich okropności. O ile w ogóle ludzkość przetrwa.
Kazimierz chrząknął.
– Może i masz rację, lecz jest jednak coś, czego bardzo żałuję…
Zakonnica spojrzała na niego z uwagą. Odłożyła ogryzek na klepisko.
Kazimierz westchnął.
– Czy można wyspowiadać się zakonnicy?
– Obawiam się, że nie masz innej możliwości.
Uśmiechnęli się do siebie blado, bezradnie.
– No więc… – zaczął niepewnie. Ręce mu drżały. – Ja… zrobiłem coś okropnego…
– Jak my wszyscy…
– Zjadłem zwłoki dziecka.
Elżbieta zastygła.
– Jeszcze zanim wielki pomór dotarł tutaj, nieprzerwanie padał deszcz… Zresztą, wiesz… – Niedbale machnął ręką. – Ludzie jedli, co popadło. Najpierw spleśniałe zboże, potem łajno zwierząt, aż w końcu… – Nabrał dużo powietrza, po czym je wypuścił. – Miałem urojenia, widziałem kozły piekielne, straszne upiory… O wypaczonych twarzach, szczerzyły się paskudnie. Błagałem, żeby odeszły, albo żeby mnie zabiły. Powiedziały, że nie odejdą, dopóki nie zjem zwłok dziecka. Wskazały mi grób, za domem Zbigniewa i Marii, pod krzewem głogu zakopali tam córeczkę… I ja odkopałem ją i…
Przerwał, wzniósł oczy do góry, podbródek mu drżał.
Elżbieta milczała. Znów była noc, szła za potrzebą, znów słyszała kopanie, mlaskanie, przeżuwanie.
Nie zamierzała potępiać Kazimierza. Nie był złym człowiekiem. To szatan nim kierował, głód, bóg nieszczęść, ten kurwi syn…!
Ja nie miałam żadnych widzeń, a i tak zamierzałam zjeść Ignisa, pomyślała gorzko. Z oczu znów poleciało kilka łez. Poczuła ciepłe, silne ramię Kazimierza. Płakali w objęciach.
Nie wiedzieli, że Bóg postanowił przerwać cierpienie ludzkości. Pełen łaski i miłosierdzia obdarzył swoje zagubione owce drugą szansą.
***
Zwłoki niewiasty już nie cuchnęły. Wysuszone, niemal pozbawione mięsa, nie odpychały już tak bardzo.
Elżbieta spojrzała na swoje poranione stopy, a potem na buty trupa. Bogato zdobione krakowce, z bardzo długimi noskami… Ich właścicielka pewnie była żoną kupca. Po krótkiej chwili wahania zakonnica poczęła zdejmować obuwie.
Wtedy usłyszała stukot kopyt. Zastygła, trzymając jednego buta.
Od jej lewej strony po bruku stąpały wolno dwa konie, na których siedzieli dość bogato odziani mężowie. Czyżby urzędnicy…?
– Co wy tu robicie? – zapytał jeden z nich.
Elżbieta była tak zaskoczona przybyciem kogoś spoza miasta, że powiedziała prawdę, zbyt bogatą w szczegóły.
– Jestem zakonnicą, nie szabrownikiem… Ale tamte buty już całkowicie mi się zdarły, potrzebuję nowych… – Kiwnęła głową w stronę zwłok. – Jej już się nie przydadzą.
Urzędnik i jego towarzysz wpatrywali się w nią niepewnie. Nagle ten pierwszy uśmiechnął się lekko.
– Jesteście tu sami, siostro?
– Jest jeszcze Kazimierz, mój… – przerwała zmieszana – mój sąsiad – skłamała i ledwo się powstrzymała od zrobienia znaku krzyża.
Dostojnik rozejrzał się po zrujnowanych budynkach i rozkładających się ciałach.
– Tylko wy przeżyliście?
– Na to wygląda…
Mąż zaczął wydawać polecenia swojemu towarzyszowi. Sprawdzić domy, zliczyć je, oszacować koszta naprawy… Reszta wypowiedzi rozpłynęła się w zmąconym umyśle Elżbiety. Zastanawiała się, czy widzi postaci na skutek ognia świętego Antoniego, czy są to po prostu duchy zmarłych, czy prawdziwi ludzie…
***
Marzenia senne przeszyło pianie koguta. Elżbieta powoli rozchyliła powieki. Podźwignęła się na łokciu, wstała mozolnie z siennika, otworzyła okiennice.
Słońce wschodziło, obejmując świat złoto-różową łuną. Z okolicznych domów dobiegały dźwięki garnków kładzionych na piece, by ugotować owsiankę. Ktoś kogoś poganiał, by ruszać w pole. Krowy muczały, bo wiedziały, że zaraz zostaną wydojone, a kury gdakały z sobie tylko znanych przyczyn.
Elżbieta wzięła ostatnie czerwone owoce zebrane ze Srebrnego Drzewa, schowała do koszyka, przykryła chustą. Ruszyła na targ. Nie mogła uwierzyć, że jeszcze dwa lata temu ulice Bochni wypełniała cisza, bezwzględnie narzucona przez Wielki Pomór.
Teraz cieśle ratowali walące się domy, felczerzy i grabarze uprzątnęli już niemal wszystkie ciała z uliczek. Rodziny z dziećmi malowały wapnem ściany domostw, a po bruku rozlegał się stukot kół należących do wozów wypełnionych worami zboża i beczkami piwa. Nawet miarowy brzęk uderzania metalu o metal wydobywający się z kuźni nie irytował już zakonnicy.
Serce rosło na ten widok, miasto powoli odżywało. Wprawdzie wiele chat wciąż stało pustych, ale z pewnością wkrótce wypełni je szczebiot dzieci i krzyki dorosłych.
Elżbieta wymieniła na targu ostatnie owoce za aż dwa korce zboża, trzy worki soczewicy i antałek piwa. Zaśmiała się serdecznie, bo nie pamiętała, kiedy ostatnio udało jej się coś tak korzystnie wymienić.
Kazimierz wrócił do chaty wyczerpany, ale szczęśliwy. Z wypiekami na twarzy opowiadał jej o nowym urządzeniu wprowadzonym w kopalniach.
– Teraz większość pracy wykonują pompy wodne! – relacjonował, jednocześnie zagryzając podpłomyk i zapijając go piwem. – Mówią na nie paternoster. Po prostu system łańcuchów z kubłami wynosi wodę do góry, nie musimy już sami wszystkiego dźwigać! Chciałbym, żebyś to zobaczyła… Może jutro z samego rana pojedziesz tam ze mną, a potem wrócisz do miasta?
Elżbieta dolała mu piwa do metalowego kubka, po czym usiadła na ławie, naprzeciw niego.
– Nie powinnam jeździć konno…
Pogłaskała się po brzuchu.
Kazimierz prawie się zachłysnął.
– Czy to… czy ty…
Przytaknęła.
Odłożył kubek i chwycił dłoń Elżbiety. Jego oczy się śmiały.
– Naprawdę rad jestem… Ale… – Spojrzał ostrożnie w górę, jakby oczekiwał ciosu. – Myślisz, że On ci wybaczy?
Uśmiechnęła się zadziornie.
– Dlatego na wszelki wypadek nazwiemy go Bogumił.
***
Serce biło jej mocno – płochliwie, ale jednocześnie radośnie. Osobliwe uczucie.
Słońce ogrzewało twarz, a lekki wiatr łagodził nieco upał, poruszał krzewy paproci i hortensji, gałązki brzóz i dębów. Zupełnie tak samo, gdy podążała tym traktem z wozem ciężkim od owoców. Gdy chciała pomóc mieszkańcom i nie wiedziała jeszcze, że spotka Kazimierza…
– Mamo, daleko jeszcze? – wyrwał ją z zamyślenia Boguś, drepczący obok.
– Już niedaleko, skarbie – odrzekła. Uśmiechnęła się, bo rozpoznała charakterystyczny pień dębu, przechylony i odarty z kory, który zapowiadał bliski cel podróży.
Wkrótce zza zakrętu wyłoniło się ono. Srebrne Drzewo.
Bił od niego jeszcze większy majestat, niż gdy przed laty opuszczała chatkę. Jej dawny dom poddał się upływowi czasu i można go było odnaleźć jedynie w postaci zmurszałych desek. Nieco zasmucił ją ten widok, ale Srebrne Drzewo znów jej kazało na siebie patrzeć.
Nagle coś się poruszyło wśród złoto-czerwonych liści. Elżbieta zmrużyła oczy.
Nie. To niemożliwe… To…
Ignis. Ptak o czerwono-złotych piórach i srebrnym dziobie. Ponownie ożył. I był jeszcze piękniejszy.
Feniks pochylił głowę, wyprostował się i wydał z siebie niesamowity trel, w którym Elżbieta i Bogumił usłyszeli samą dobroć. Pieśni pochwalne na cześć wszego stworzenia, słońca, samego Stworzyciela, niosły dobrą nowinę aż po łąki i doliny do samych gór.