Hej, to ostatni tekst (w kolejności publikacji) o sympatycznych robaczkach, a jednocześnie pierwszy, który napisałem.
Miłej lektury :)
Zaznaczyłem wulgaryzmy, ale już nie pamiętam czy są, czy nie.
Hej, to ostatni tekst (w kolejności publikacji) o sympatycznych robaczkach, a jednocześnie pierwszy, który napisałem.
Miłej lektury :)
Zaznaczyłem wulgaryzmy, ale już nie pamiętam czy są, czy nie.
Poniedziałek 6:15
– Wstawaj.
Głos Liu wyrwał Toma ze snu.
– Która jest? – wymamrotał.
– Szósta. Kevin ogląda bajki, zrób mu śniadanie, tylko nic na słodko. Ja wychodzę – Głos Liu oddalał się gdzieś we wnętrzu mieszkania.
Tom otworzył oczy i sięgnął po papierosy leżące na ramie łóżka.
– Zmywarka jest do opróżnienia i przełóż pranie do suszarki.
Jej głos docierał do sypialni to z pokoju dziecka, to z gościnnego.
Tom wstał i podszedł do uchylonego okna. Przez chwilę walczył z porannym kaszlem, następnie odnalazł na parapecie zapalniczkę. Zgrzyt krzesiwa ocierającego się o kamień zatrzymał rytm porannej krzątaniny Liu.
Tom patrzył na płomień, wsłuchując się w ciszę. Przypuszczał, że Liu stoi w przedpokoju.
– Przewietrz mieszkanie – rzuciła.
Tom odpalił papierosa. Pierwsze poranne starcie mieli już za sobą.
– Pa, kochanie – powiedziała do Kevina.
– Pa, mamo.
– Bądź grzeczny i nie przeszkadzaj tacie w pracy.
Drzwi zatrzasnęły się za Liu, jak się zdawało Tomowi, nieco głośniej niż zwykle.
– Pa, kochanie – wyszeptał do żarzącego się papierosa.
Na zewnątrz było ciemno, całą ulicę wypełniała gęsta mgła. Mimo to było nieznośnie gorąco. Tom zgasił niedopałek w popielniczce i zamknął okno. Tylko dlatego, że Liu chciała, by było otwarte.
– Cześć, gościu. – Tom, w drodze do biurka z komputerem, pogładził Kevina po ciemnych włosach.
– Cześć.
Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek.
– Co zjesz? – Tom uruchomił komputer i zamknął okno w pokoju.
– Mam ochotę na…
Tom przeszedł do kuchni, starając się nie zwracać uwagi na głupawą bajkę. To, co go najbardziej złościło, to fakt, że Kevin miał już sześć lat, zdecydowanie za dużo, jak na oglądanie tak infantylnych treści.
– No, gościu? To co będzie z tym śniadaniem?
– Mmm, może…
Z telewizora wylał się wesoły okrzyk trzech kotków:
– Bał miał, bał miał, bał miał!!
Tom włączył ekspres do kawy, przyglądając się pustej filiżance. Kiedyś Liu wychodząc do pracy, przygotowywała mu kawę. Odkąd przestali ze sobą rozmawiać, a zaczęli na siebie warczeć, znajdował wyłącznie naczynie. Naszykowane, jak dawniej, jednak od dłuższego już czasu puste.
Na kalendarzu wciąż widniały terminy wizyt u terapeuty. “Magika” od naprawiania cudzych związków. Przestali do niego chodzić. Oboje pogodzili się z tym, że w ich związek nie da się już tchnąć nawet odrobiny magii.
– I jak, gościu? Zastanowiłeś się?
W odpowiedzi Tom usłyszał Kocię Kicię:
– Bał miał, bał miał, bał miał!!
Wrócił do pokoju z kawą i miską.
– Masz płatki czekoladowe – powiedział, kładąc je na stoliku.
– Właśnie na płatki miałem ochotę – ucieszył się Kevin.
Poniedziałek 8:00
Tom przeszedł na pracę zdalną po narodzinach Kevina. Liu kręciła nosem na posyłanie dziecka do przedszkola, a już na pewno nie chciała słyszeć o opiekunce.
– Nikt obcy nie będzie wychowywał mojego dziecka – grzmiała.
A Tom nie chciał, by z powodu Kevina załamała się kariera Liu. Wychowanie wziął na siebie. Pisanie maili do klientów firmy odzieżowej, w której pracował, nie wymagało obecności w biurze, dopóki wyrabiał normy.
– Tato, skąd się bierze mgła? – zapytał Kevin.
– „Dziękujemy za wyrozumiałość” – Tom odczytał fragment maila. – Co się dzieje, gościu?
– No, co to jest mgła? – Kevin powtórzył, kręcąc się na parapecie.
Tom spojrzał na stolik, pustą miskę po płatkach i fragment kolejnego odcinka bajki. Następnie na syna, patrzącego przez szybę na mleczną chmurę wiszącą na zewnątrz.
– Oglądasz to jeszcze?
– Bał miał, bał miał, bał miał!! – odezwała się Kocia Kicia.
– Tak.
– Oglądasz z parapetu?
– Słucham?
Tom wrócił do maila i dopisał resztę przeprosin.
– Spada z nieba? – zapytał Kevin.
– Co spada?
– Mgła.
Tom był pokonany. Oparł się na krześle i popatrzył na syna w pidżamie ozdobionej postaciami z bajek Disneya.
– Mgła to para unosząca się z nagrzanej ziemi – wyjaśnił Tom. – Gdy jest mokro i bardzo ciepło, wtedy tak się dzieje.
Kevin popatrzył na Toma nieprzekonany.
– Ale chyba ta jest inna.
– Co masz na myśli, gościu?
– Ta zlatuje z nieba i ma takie małe świetliki.
– Co ty gadasz, gościu? – uśmiechnął się Tom. – A może to mgielne wróżki?
– Nie – powiedział Kevin po chwili zastanowienia. – Bardziej przypominają maleńkie światełka albo te robaczki, które mamy w łazience.
– Robaczki?
– Tak, te, które raz się nie świecą, a raz się świecą na srebrno. Tylko że te w mgle świecą się na złoto.
Tom wstał od biurka. Zgasił światło. W mieszkaniu zrobiło się bardzo ciemno.
– Co jest? – wyszeptał Tom i spojrzał na zegarek. Dochodziło południe.
Podszedł do okna. Ulica była opustoszała. Żadnych przechodniów i samochodów. W ledwie widocznych oknach budynku naprzeciwko dostrzegł ciemne sylwetki ludzi wpatrzonych we mgłę.
W nieruchomym obłoku faktycznie coś migotało. Maleńkie drobinki świeciły, niczym złoto wypłukiwane z rzecznego mułu. Obłok poruszył się, gdy gdzieś znad dachów domów w mgłę spłynęła mleczna chmura. Całun zawirował, jak gęsty dym, w który ktoś dmuchnął. Po chwili mgła znów zawisła w bezruchu.
– Widzisz? Teraz jest ich więcej – Kevin przystawił palec do szyby.
Tom widział. Mieniących się drobinek przybyło.
– Nie otwieraj okna – powiedział i ruszył do telewizora.
– Ej, mówiłem ci, że słucham – poskarżył się Kevin, gdy Tom przełączył obraz na serwis informacyjny.
Poniedziałek 16:05
– "Służby pracują nad dziwnym zjawiskiem mgły oraz odpowiedzią na pytanie: co zasłania niebo…". – Tom wyłączył ekran telefonu i sięgnął po pall malle. Był już wystarczająco przestraszony.
Kevin bawił się w swoim pokoju.
– Wychodzę zapalić! – Tom krzyknął z przedpokoju.
Odgłosy batalii w pokoju syna ucichły.
– Co?!
– Idę zapalić!
– Dobra!
Tom lubił mieszkać na parterze. Naprzeciwko miał tylko jednego sąsiada, blisko na zewnątrz i piwnicy. Parter był też miejscem przypadkowych spotkań lokatorów.
Steven stał z papierosem przy uchylonych drzwiach prowadzących na plac z drugiej strony budynku.
– Cześć – przywitał się Tom.
– Witam.
Steven zawsze mówił „witam”. Odrywał filtr od papierosów i miał dziwną skłonność do dotykania innych ludzi. Przypominał trochę kowboja ze spaghetti westernów. To sprawiało, że Tom nigdy go nie polubił, ani też nie potrafił współczuć staremu sąsiadowi, choć ten samotnie wychowywał niepełnosprawnego syna.
– Cholerna pogoda – zaczął Steven.
Patrzyli przez szybę drzwi, za którą panowała cisza skryta w bieli.
– Tak – przyznał w końcu Tom. – Mógłbyś zamknąć?
– A, tak. Zapomniałem. – Steven uśmiechnął się i wyciągnął buta spomiędzy drzwi a framugi. – Pamiętam, jak odjechałeś w czasie covid-u.
– Dziękuję.
– Drobiazg – powiedział Steven. – Pozwól, że zapytam, a raka się nie boisz?
– Boję się tylko tych chorób, w które sam się nie wpędzam.
– Dobre – Steven oderwał kolejny filtr. – Dasz mi ognia?
Tom wyciągnął zapalniczkę. Steven zasłonił ogień dłońmi, choć znajdowali się w pomieszczeniu, przy okazji dotykając ręki Toma, który poczuł mokry mankiet koszuli.
– Masz… – zaczął Tom, ale urwał, widząc, że nie tylko rękaw, ale i ramiona koszuli sąsiada były mokre.
– Tak, to przez tę cholerną mgłę – przyznał Steven. – Na zewnątrz wszystko się lepi, jak, za przeproszeniem, w piździe.
Tom dotknął dłoni, na której pozostała lepka ciecz, przypominająca w dotyku żelowe zabawki Kevina.
– Co? – zapytał Steven na widok twarzy Toma. – Zaczyna ci odwalać?
Tom wpatrywał się w czerwoną plamę na szyi Stevena. Skóra w tym miejscu była opuchnięta.
– Muszę iść… – zaczął Tom.
Na piętrze rozległ się gardłowy krzyk.
– Tak, też będę leciał, syn się obudził. – Steven wyciągnął dłoń na pożegnanie.
– Ja…
– A, tak, zapomniałem. – Steven rozciągnął wargi, odsłaniając pożółkłe zęby. – Zarazki.
Puścił oko do Toma i ruszył na piętro.
Poniedziałek 20:30
– "Lekarze nie są zgodni co do pojawiających się przebarwień na skórze u wciąż napływających do szpitali pacjentów…". – Tom wyłączył telewizor, słysząc jak Liu wchodzi do mieszkania. Za oknem noc była nieprzenikniona, a światła latarni i okien budynków ledwie widoczne, zdawały się niknąć w pustce.
– Kevin śpi? – rzuciła jeszcze w drzwiach.
– Tak.
– To dobrze.
Była wściekła, zdjęła mokre buty i zniknęła w kuchni. Poszedł za nią, potrzebował rozmowy. Ubrana w czarną sukienkę i niebieską koszulę, uzupełnioną apaszką, wyglądała jak wzór japońskiej bizneswoman. Jej delikatne azjatyckie rysy, przypominały Tomowi, że wciąż kocha tę zimną kobietę.
Liu wyciągnęła piwo z lodówki.
– Co? – zapytała.
– Nic, tylko słyszałem…
– Proszę, nie, błagam. Przechodziliśmy to w trakcie covid-u. – Otworzyła puszkę i zaczęła pić.
– To źle, że się martwię?
Liu powoli odstawiła puszkę na kuchenny blat. Tom przeczuwał, że wybrał najgorszy moment.
– Nie, ty się nie martwisz, tylko wpadasz w paranoję. Może już nie pamiętasz, więc ci przypomnę. W czasie pandemii przeszedłeś piętnaście testów na obecność wirusa, wszystkie były negatywne.
– Źle się czułem. – Tom zaraz pożałował, że podjął rozmowę.
– Nie, Tom, ty umierałeś za każdym razem, gdy zaczynałeś kaszleć albo miałeś duszności. Dwa razy wzywałam pogotowie. Nie życzę sobie podobnego cyrku! Rozumiemy się!?
– Chcę tylko porozmawiać. – Tom ciągnął rozmowę, choć wiedział, że zmierzała ku katastrofie.
– Nie! Ty chcesz się wyżalić! Bo twoja problemem nie jest hipochondria, nie jest nim depresja, tylko twój pieprzony egocentryzm!
– Ale chyba zgodzisz się, że to nie jest normalna sytuacja. – Toma nie potrafił zrozumieć czemu nie może się po prostu zamknąć i brnie dalej w dyskusję.
– Oczywiście, że nie jest! Covid też nie był, ale co możesz z tym zrobić, Tom!? Co!?
– Dobre pytanie. – Tom nie mógł uwierzyć w to, co mówił, bo oboje wiedzieli, gdzie leży problem.
– Możesz choć raz zapytać: “co u ciebie słychać Liu?” Może choć raz przestać myśleć o swoim świecie paranoi i zapytać, jak ja się czuję. Możesz!? Wtedy może byś się dowiedział, że półroczny plan inwestycyjny, nad którym pracowałam, szlag trafił, bo klient zawiesił finansowanie z powodu pieprzonej anomalii pogodowej!
– Liu, ludzie trafiają do szpitali…
– Z powodu wysypki!
– Nie tylko, rozmawiałem ze Stevenem, miał coś na szyi, on dotknął mojej ręki. Ona była mokra…
– Zamknij się.
– Liu?
– Zamknij się!
Z pokoju Kevina doszły ich senne majaki syna. Stali chwilę w kuchni, każde wpatrzone w podłogę. Gdy było już pewne, że dziecko śpi, pierwsza odezwała się Liu:
– Firma na razie będzie zamknięta, przechodzimy na pracę zdalną. Zainstaluję się w pokoju Kevina i będę tam też spać.
– Kto będzie robił zakupy?
– A jak myślisz? – Obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem i wyszła do pokoju dziecka.
Środa 12:03
"Szpitale zostały otoczone kordonem policyjnym. Minister zdrowia apeluje: Nie ma żadnych przesłanek, że przebarwienia skórne mogą być groźne dla zdrowia. Nie paraliżujcie pracy szpitali. W miarę możliwości zostańcie w domach…".
Tom wyłączył transmisję w telefonie.
– Jadę do sklepu. Kevin, jedziesz ze mną? – zapytała Liu, unikając wzroku Toma.
– Nie, mamo, zostanę z tatą.
– Od tygodnia nie wychodzisz.
– Wiem, ale nie chcę, żeby tata się zdenerwował.
– Jak chcesz.
– Weź maseczkę – poprosił Tom, ale Liu już zdążyła wyjść.
Źle znosiła zamknięcie w domu, wyraźnie schudła, a jej blada cera stała się niezdrowo biała. No i przebarwienia na rękach i szyi, które Tom obserwował z niepokojem, doprowadzały żonę do szału.
– Dzięki, gościu – powiedział Tom. – Miło, że pomyślałeś o ojczulku.
Kevin odstawił figurki superbohaterów, które w śmiertelnym pojedynku rozstrzygały, kto jest największym badassem.
– To nie dlatego zostałem w domu. – Twarz Kevina od razu zdradzała, że ma jakąś tajemnicę.
– Kevin… – Tom zszedł z kanapy i usiadł na podłodze obok syna. – Co się dzieje?
Kevin całą uwagę skupił na bajce, jak zawsze, gdy chciał uniknąć niewygodnego tematu.
– Chodzi o kłótnie między mamą i tatą? – Tom pogładził syna po karku. – Możemy o tym pogadać, jeśli chcesz.
Czarne oczy Kevina, przypominające dwa węgielki zatopione w mleku, zaszkliły się delikatnie.
– Spokojnie, gościu – powiedział Tom. – W końcu pogodzę się z mamą.
– Nie – wymamrotał Kevin.
– Nie mów tak, zobaczysz, że między mamą i tatą jeszcze wszystko będzie…
– Nie o to chodzi! – Kevin rzucił jednym z superbohaterów o ziemię.
– To, o co?
– Nie chcę spać z mamą – powiedział, nie panując nad łzami.
– Spokojnie, nie ma w tym nic złego – roześmiał się Tom. – Jak chcesz, możesz spać ze mną. Ale uprzedzam, że chrapię i rozpycham się w łóżku.
– Wiem, ale to nie jest straszne – przyznał Kevin.
– Jasne, że nie jest.
– Ale gdy mama na mnie patrzy w nocy, już jest.
– Jak patrzy? – zapytał Tom, utrzymując uśmiech na twarzy.
Kevin wzruszył ramionami.
– No tak dziwnie, siada na łóżku i patrzy.
– Też lubię na ciebie patrzeć. A może mama chce się upewnić, że śpisz?
– Chyba nie, bo charczy.
– Charczy?
– Tak, jak stary pies sąsiadów, tak dziwnie. I to mnie budzi.
– I co się wtedy dzieje?
– Udaję, że śpię, a mama patrzy i charczy.
Piątek 06:15
Biała smuga spłynęła w mgłę. Obłok wirował przez chwilę, mieniąc się, nim zastygł w bezruchu.
– Tato, co się stało z ptakami?
– Nie wiem. – Tom patrzył na syna siedzącego po drugiej stronie parapetu.
– A czemu nie oglądasz już telewizji?
– Chyba zrobili sobie wakacje.
– A ci, których słuchasz w internecie?
Tom zauważył, że w budynku naprzeciwko zapalały się światła już tylko w nielicznych mieszkaniach.
– Oni nie mają wakacji – odpowiedział Tom.
– Nie mają, bo muszą opowiadać o mgle?
– Chyba tak, ale mówią tak różne i dziwne rzeczy, że chyba przestanę ich słuchać.
Całymi dniami, w budynku panowała zupełna cisza, przerywana czasem jękami upośledzonego syna Stevena. A w nocy Liu wychodziła z pokoju Kevina. Tom słyszał jej bose stopy na kafelkach, a następnie jak je w kuchni.
– To będą mogli też pojechać? – dopytywał Kevin.
Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. Na każde pytanie Toma odpowiadała pytaniem:
– Jedliście?
Gdy Tom potwierdzał, wracała do pokoju Kevina. W innym przypadku stała i patrzyła, charcząc przeciągle jak asmatyk. Wtedy Kevin, pod kołdrą, dłonią szukał Toma.
– Co mówiłeś? – Tom oderwał spojrzenie od okna.
– Pytałem, czy jak przestaniesz słuchać tych panów z internetu, to będą mogli pojechać na wakacje.
– Myślę, że tak – powiedział Tom.
– Czy mama jest chora?
Toma zaskoczyło, z jakim spokojem Kevin zadał to pytanie.
– Chyba trochę jest.
– To powinna pójść do szpitala.
Tom z trudem przełknął ślinę i powiedział:
– Szpitale też mają wakacje.
Piątek 10:20
Tom złapał klamkę. Drzwi do pokoju dziecięcego były zamknięte. Zapukał. Liu podeszła do drzwi i przystawiła twarz. Tom przez mleczną szybę dotknął policzka żony.
– Jak się czujesz? – zapytał.
Liu ciężko dyszała, jej oddech zakłócał nieprzyjemny gardłowy charkot.
– Liu?
– Jedliście? – Pytanie było niemal mechaniczne, bez cienia troski.
– Tak, jedzenia jest dużo, zresztą wiesz, wychodzisz do kuchni w nocy.
Policzek odkleił się od szyby, a Liu zniknęła w ciemnym pokoju.
– Liu? Liu?! – Tom uderzył pięścią w drzwi. – Liu!! Co to, kurwa, ma znaczyć?! Co?! Jedliście?! Twój syn się martwi!
– Tato?
Tom obrócił się. Kevin stał w sypialni.
– Obudziłem cię, przepraszam – powiedział Tom. – Puścić ci bajki? Co byś chciał na śniadanie? Może płatki?
– Chciałbym, żeby mama do nas wyszła.
– Wiem, ja też tego chcę.
Wziął Kevina na ręce.
– Tato, ja się boję.
Tom ściskał syna, który łkał cichutko. Resztę dnia spędzili tuląc się do siebie. Kevin zasnął pod wieczór. Tom zaniósł go do sypialni. Mijając pokój syna, spróbował jeszcze raz otworzyć drzwi, bez rezultatu. W kuchni sprawdził, ile zostało im ryżu, makaronu i płatków. Wszystko kończyło się szybciej, niż przypuszczał. W toalecie została ostatnia rolka papieru toaletowego i pół tubki pasty do zębów.
– Przecież muszą już coś wiedzieć – warknął i ruszył do telewizora.
Wyłączył platformę streamingową i przeszedł na serwis informacyjny. Wyświetlił się duży komunikat: „Przerwa w nadawaniu”. Przełączył na kolejny i kolejny kanał; na wszystkich widniała ta sama wiadomość. Niektóre stacje wrzuciły, zamiast standardowej ramówki, stare seriale.
Tom wyciągnął telefon i wybrał numer alarmowy wysyłany przez centrum kryzysowe.
– Z powodu przeciążenia sieci, połączenie nie może być zrealizowane – odezwał się komunikat.
Wybrał numer do rodziców Liu. Usłyszał tę samą wiadomość, wtedy też zgasło światło.
Piątek 20:00
W mieszkaniu bezpieczniki były w porządku. Tom zszedł z krzesła i poświecił latarką na drzwi. Chwilę się wahał, w końcu przekręcił zamek i wyszedł na sień. Skrzynka z głównym bezpiecznikiem znajdowała się na półpiętrze. W budynku panowała zupełna cisza. Wszedł po stopniach, oświetlając ich szczyt. Następnie skierował strumień światła na skrzynkę, była otwarta.
– Co jest? – wyszeptał.
Tom nie musiał znać się na elektryce, by zauważyć, że wszystkie zabezpieczenia są ściągnięte, a bezpieczniki od mieszkań ktoś wyciągnął.
Cichy zgrzyt klamki zmusił Toma do oświetlenia pierwszego piętra. Drzwi mieszkania tuż przy schodach były uchylone. Zobaczył wchodzącego nagiego mężczyznę z wzdętym brzuchem, jak u niedożywionych dzieci.
– Jack? – Głos Toma, mimo że ściszony, rozniósł się po sieni.
Jack stanął w progu i spojrzał w dół schodów nienaturalnie dużymi oczami na tle zapadniętych policzków. Całe jego ciało pokrywały czerwone, napuchnięte plamy. Coś ściskał w kościstej dłoni.
– Jack, czemu wyciągnąłeś bezpieczniki? – zapytał Tom z trudem patrząc na sine wargi i przebijające się przez skórę kości policzkowe.
– Jaaaadłeś?
Tom zamarł, słysząc pytanie wydobywające się z ust Jacka wraz z przeciągłym charczeniem. Wtedy Tom usłyszał syna Stevena płaczącego cicho przy drzwiach mieszkania.
– Po… – Chłopak zanosił się od szlochu. – Po…wocy.
Gardłowy jęk ucichł nagle i rozległ się ryk:
– Nie!!! Tata!! Nie!!! Powocy!! Nie!!!
Jack wytrzeszczył oczy na Toma.
– Jaaaadłeś – wycharczał.
Tom rzucił się w dół schodów. Kątem oka zobaczył uchylone drzwi sąsiadki z naprzeciwka.
– Tom! Tom! Co się dzieje?!!
Słowa Susan ledwie dotarły do niego. Wpadł do przedpokoju. Trzęsącymi dłońmi przekręcił zamek. Krzyki na piętrze ucichły.
Podszedł do sypialni. Kevin spał. Zamknął ostrożnie drzwi. W kuchni znalazł skrzynkę z narzędziami. Wyciągnął śrubokręt i podszedł do pokoju dziecięcego. Chwycił latarkę w zęby. Wymacał płaską końcówkę pokrętła zamka z wyżłobieniem. Umieścił w nim główkę śrubokrętu. Naparł i przekręcił. Zamek zgrzytnął i ustąpił z cichym kliknięciem.
Tom nacisnął klamkę i wszedł szybko do środka, zamykając za sobą drzwi. Poczuł ostrą woń moczu. Wyciągnął z ust latarkę i oświetlił pokój. Liu leżała na niedbale rzuconych poduszkach i prześcieradle Kevina. Jej chude, pokryte plamami ciało ułożone na boku przypominało literę “c”. Ze złączonymi rękami i nogami wyglądała jak odpoczywający pies lub suka w ciąży z wydętym brzuchem. Nagle zadygotała. Z okolic krocza Liu dochodził przeciągły świst, jej brzuch zafalował. Na napiętej skórze Tom zauważył jakiś kształt rozpychający się wewnątrz. Kolejny świst i ciche mlaśnięcie, uda żony skropiła krew.
– L…Liu? – Usłyszał swój drżący głos.
Kolejny świst. Tom pomału skierował światło latarki na krocze. Zobaczył poruszające się czarne haczyki wychodzące z odbytu, napierające na mięsień. Biodra Liu zadygotały. Całe krocze zalała krew, gdy zwieracz gwałtownie został rozerwany. Haczyki wbiły się w pośladki. Coś naparło od wewnątrz. Tom najpierw zobaczył długie czułki, a za nimi czarną głowę o dwóch masywnych żuwaczkach i zakrwawionych żółtych owadzich oczach. Obły biały kształt wił się i napierał, kolejne haczykowate odnóża znajdowały miejsce do zaczepienia. Tom zdołał zrobić pół kroku w tył i wpadł na ścianę. Przywarł do niej plecami. Biały korpus umazany od krwi wypadł z rozerwanego odbytu i miękko wylądował na poduszkach. Wtedy Liu wydała z siebie cichy jęk. Podniosła się na łokciach. To świadomość, że Liu żyje, wyrwała Toma z przerażającego otępienia.
– Liu? – wyszeptał. – Liu? Jestem przy tobie.
Zaczęła wodzić wzrokiem po mieszkaniu.
– Liu? Tu jestem. – Tom oderwał się od ściany i zrobił krok w jej stronę.
Biały robak niezdarnie wspiął się na poduszkę, badając czułkami otoczenie.
Liu usiadła ostrożnie. Jej piersi zwisały na kościstym ciele, wzdęty brzuch zamienił się w zwisające fałdy skóry.
– Kochanie? – Tom zdobył się na kolejny krok. – Jestem przy tobie.
Robak odnalazł czułkami korpus Liu. Wyciągnęła do niego ręce. Stwór zaczął pełznąć po nich, zaczepiając się o skórę ostrymi odnóżami i raniąc Liu przy każdym ruchu.
– Kochanie?! – Tom zadrżał.
Robak przemieszczał się coraz wyżej, zostawiając krwawy ślad na ciele, w końcu przywarł do ramienia. Liu sięgnęła dłonią do pękatego ciała. Palcami przejechała po obłym kształcie, delikatnie, niemal czule. Dokładnie tak, jak w dniu narodzin Kevina, gdy położna podała jej nowo narodzonego syna.
*
Tom umieścił końcówkę śrubokręta w wyżłobieniu płaskiej końcówki pokrętła zamka, w pokoju Kevina, i przekręcił. Odstawił śrubokręt na swoje miejsce i zaczął płakać, gryząc kciuk do krwi, by stłumić wycie wyrywające się z gardła.
Sobota 00:30
Krzyki w kamienicy stawały się coraz głośniejsze. Tom gorączkowo wyrzucał rzeczy z pudła: koszulki ulubionych zespołów, płyty z autografami, stare bilety, wejściówki – wszystko lądowało na podłodze. W budynku naprzeciwko zgasły ostatnie światła. Gdy zawartość pudła była już na podłodze, oświetlił całość latarką.
– Są! – Podniósł słuchawki i ruszył do sypialni.
Na szczęście syn spał. Tom wszedł ostrożnie na łóżko i założył na uszy Kevina słuchawki tłumiące dźwięk. Wyglądał niemal tak, jak wtedy, gdy zabierali go na koncerty. Nim jeszcze potok codziennych obowiązków zdusił to, co rozpalało namiętność w małżeństwie Toma.
Ktoś na złamanie karku zbiegł po schodach i wpadł na drzwi wejściowe. Kolejne wrzaski rozpaczy i przerażenia docierały z wyższych pięter. Tom podszedł do okna. Mgła ożyła. Falowała i wirowała, gdy kolejne cienie biegły przez nią na oślep, wpadając na siebie lub przeszkody skryte za nieprzeniknionym całunem. Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – wypełniły ulicę, tych, którzy w ciemnościach gubili drogę.
Tom wybrał numer alarmowy. Tym razem połączenie zostało przerwane bez komunikatu.
Pukanie do drzwi rozeszło się po mieszkaniu. Tom zamarł. Kolejne, niespieszne, jak sąsiada, który wpadł pożyczyć cukier. Tom przeszedł do przedpokoju, oświetlając go pomarańczowym światłem latarki. Klamka poruszyła się powolutku w dół. Ktoś szarpnął drzwi, które zatrzeszczały w odpowiedzi. Klamka niespiesznie ruszyła w górę. Tom podszedł na palcach, nasłuchując w ciszy, wyłapał przeciągłe charczenie. Pukanie rozległo się tak niespodziewanie, że Tom wpadł na pozostawione w przedpokoju buty i runął na ziemię.
– Tom? Jesteś tam, Tom? – Charczący głos Stevena był niemal mechaniczny, przypominał coś naśladującego mowę sąsiada.
– Tom, mój syn potrzebuje pomocy. Słyszysz mnie, Tom? Tom…
Jakiś dźwięk na sieni przerwał nieoczekiwanemu gościowi.
– Steven, coś się stało z Mikiem? – Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.
Wstał i podbiegł do drzwi, złapał pokrętło zamka, ale dłoń odmówiła wykonania dalszych czynności.
– Steven? – dopytywała się Susan. – Jesteś tu? Tak bardzo się boję, w całym domu jest ciemno. Wszyscy krzyczą.
Głos starszej pani załamał się, zapadła głucha cisza, przerywana nielicznymi krzykami z ulicy.
– Steven? – szlochała. – Proszę, odezwij się…
Palce Toma zacisnęły się na pokrętle zamka.
– Steven? – Głos Susan drżał.
– Zamknij te pieprzone drzwi – wycedził przez zęby Tom.
Wtedy usłyszał charczące:
– Witam.
Coś trzasnęło, a następnie walnęło z hukiem. Susan krzyknęła, ale jej głos był słaby, roztrzęsiony, ledwie słyszalny. Głuche uderzenie i cisza.
Niedziela 7:20
Kevin obudził się, ale nie wstał od razu. Leżał dobrą chwilę pod kołdrą, czekając, aż senność minie. W końcu otworzył oczy i przeciągnął się w łóżku. Ręką natrafił na słuchawki. Obok spał tata. Kevin zauważył zabandażowaną rękę i coś jeszcze dziwniejszego. Duża część włosów taty zrobiła się bieluteńka. Kevin wyciągnął dłoń i pogładził Toma po głowie. Nie miał pojęcia, czemu tata zmienił kolor włosów, ale było to całkiem zabawne. Wyszedł z łóżka i wszedł na parapet. Wcześniej z sypialni oglądał plac zabaw, by sprawdzić, czy są tam koledzy. Teraz wszystko przesłaniała mleczna chmura z mieniącymi się drobinami. Kevin i tak wątpił, by rodzice wypuścili któregoś z kolegów, a nawet jeśli, to tata na pewno nie pozwoliłby mu wyjść. Nagle wpadł na świetny pomysł. Mgła wcale nie musi być taka nudna. Pomyślał, że można zrobić eksperyment i sprawdzić, czy da się ją złapać do słoika. Była tak gęsta, jak wata cukrowa. Więc czemu by nie spróbować? Wtedy mógłby obserwować świecące drobinki z bliska, schowany pod kołdrą. Zeskoczył z parapetu i ruszył do kuchni. Zatrzymała go gruba linka alpinistyczna przywiązana z jednej strony do klamki jego pokoju, a z drugiej do rury idącej wzdłuż przeciwległej ściany. Kevin ostrożnie przeszedł pod nią i wszedł do kuchni. Przygotował sobie płatki, mleko oraz trzy duże słoiki i zaniósł wszystko do pokoju gościnnego. Chwilę walczył z telewizorem, by włączyć bajki, ale telewizor nie działał. Skorzystał z telefonu Toma. Odnalazł Kocie Kicię i zaczął jeść, oglądając słoiki. Linka alpinistyczna jednak nie dawała mu spokoju. Myślał o mamie, samej zamkniętej w pokoju. Musiało jej być smutno, może nawet była głodna. Skończył śniadanie, zabrał płatki ze stołu i poszedł do przedpokoju. Lina była niebiesko-zielona. Kevin chwycił ją, naciągnął i puścił. Zadrżała niczym struna. Coś poruszyło się za drzwiami pokoju dziecięcego. Kevin przeszedł pod liną i podszedł ostrożnie.
Usiadł, opierając się plecami o framugę i położył płatki między rozłożonymi nogami. Zastanawiał się, czy tata będzie zły, jeśli da mamie jeść. Nie chciał, by znowu doszło między nimi do kłótni. Wiele razy słyszał, jak krzyczeli na siebie: „A pamiętasz, jak było, nim się urodził Kevin?!”, „Jak pojawił się Kevin!”, „Gdyby nie Kevin!”. Przez to podejrzewał, że mogą kłócić się z jego powodu.
Usłyszał tuż za plecami przeciągłe charczenie.
– Mamo? – zapytał. – Przyniosłem ci płatki.
Zgrzytnęła klamka, lina naprężyła się, zatrzymując drzwi w niewielkim uchyle.
Kevin odskoczył przestraszony. Spojrzał w stronę sypialni, skąd dochodziło ciche pochrapywanie Toma.
– Kevin, kochanie. – Głos wydobywał się z czarnej szczeliny. – Mama jest głodna.
– Przyniosłem ci płatki – powiedział.
– Lubię płatki. Możesz mi je podać.
Kevinowi nie podobało się charczenie i przerażała go ciemność w pokoju.
– Jestem bardzo głodna. Kevin, dasz mamie jeść?
– Jesteś chora?
Coś zachrobotało po podłodze. Przez chwilę słychać było jedynie charkot.
– Jestem głodna.
– Położę płatki przy drzwiach – zaproponował.
Kevin ostrożnie podszedł do uchyłu i położył opakowanie. Z ciemności wyłoniła się biała jak papier, wychudzona ręka. Kościste palce wyprężyły się, lecz zaledwie musnęły połamanymi paznokciami etykietę.
– Bliżej – wycharczała Liu.
Kevin podszedł, obserwując dłoń leżącą na podłodze, nachylił się i sięgnął po opakowanie. Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła z wnęki i koścista dłoń chwyciła przedramię chłopca. Jednym silnym szarpnięciem Liu pociągnęła Kevina do wnęki. Chłopak uderzył głową o framugę, wtedy kociaki z Koci Kici krzyknęły:
– Bał miał, bał miał, bał miał!!
Niedziela 10:00
Toma obudził piskliwy wrzask. W szaleńczym pędzie wpadł z łóżka wprost na uchylone drzwi, rozbijając czoło o ich krawędź. Poleciał na szafę, chwiejąc się, złapał klamkę. Krew z rozciętej skóry spływała mu po nosie. Dzikie piski i wycie syna pochłonęły wszystko inne. Wyskoczył do przedpokój. Kevin leżał tuż przy drzwiach. Tom podbiegł, chwycił go za koszulkę i pociągnął, lecz bezskutecznie. Całe ramię syna zniknęło w ciemnym pokoju między framugą a uchylonymi drzwiami. Kevin kopał i wierzgał; wszędzie dookoła walały się płatki kukurydziane. Tom zobaczył na twarzy dziecka ból. Wycie Kevina przeszło w dławiącą gardło panikę, wytrzeszczył zapuchnięte od łez oczy.
Tom wstał. Dłoń Kevina zacisnęła się na koszuli ojca.
– Nie!! Tato!! Nie!!
Tom wyszarpał materiał i wbiegł do kuchni. Chwycił kuchenny nóż i wpadł do przedpokoju. Ciął linę, ale ostrze się ześlizgnęło. Przystawił nóż, rozcinając włókno po włóknie. Kevin umilkł.
Tom wrzasnął dziko i naparł na ostrze. Linka puściła. Skoczył i uderzył barkiem w drzwi pokoju. Coś huknęło. Tom wpadł do środka. Liu leżała tuż przy framudze, trzymając rękę syna. Dłoń Kevina zakrywał biały, obły kształt o czarnych odnóżach. Tom dostrzegł, jak robak masywnymi żuwaczkami odrywa kolejny fragment palca.
– Nie!! – wrzasnął.
Liu rzuciła się na Toma, łapiąc go w pasie. Chwycił ją za włosy, szarpnął, odchylając głowę żony. Jej skóra zdawała się być naciągnięta bezpośrednio na czaszkę, jedynie oczy zdradzały, że żyje – wyłupiaste i dzikie. Tom uniósł nóż i zamarł. Liu wykręciła głowę i zatopiła zęby w przedramieniu Toma. Wrzasnął i wyrżnął twarzą żony o framugę. Liu zwiotczała. Tom spojrzał na dłoń – robaka już nie było. Odrzucił nóż i podniósł dziecko. Wbiegł do pokoju gościnnego i położył Kevina na kanapie. Biegiem ruszył do Liu. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, usłyszał zgrzytnięcie zamka.
– Kurwa! – Tom walnął pięścią w drzwi.
Podbiegł do łazienki. Wysypał zawartość apteczki do umywalki. Zabrał gazę, bandaż, wodę utlenioną i zasypkę.
Kevin stracił środkowy palec i większą część serdecznego. Tom wytarł z twarzy łzy i krew. Usiadł na łóżku i zaczął dezynfekować dłoń syna. Nałożył na rany zasypkę, a następnie gazę. Przez cały czas bał się spojrzeć na Kevina. Myśl, że syn może nie oddychać, paraliżowała go całkowicie. Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina, gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.
Niedziela 18:00
Kevin otworzył oczy. Zobaczył twarz ojca.
– Tato.
– Tak?
– Boli mnie rączka.
Na twarzy Toma coś drgnęło.
– Wiem, Kevin, ale musisz być silny, jak superbohater.
– Ale strasznie boli. – Kevin chciał spojrzeć na dłoń, ale ojciec nie pozwolił mu jej wyciągnąć spod kołdry.
– Napij się tego, pomoże – powiedział Tom i przystawił do ust syna butelkę syropu z paracetamolem.
– Przepraszam, tato. – Usta Kevina wygięły się, a oczy zaszkliły.
– To nie twoja wina, gościu. Powinienem ci powiedzieć… Ale zasnąłem. Powinienem cię lepiej pilnować.
– Nie płacz, tato. Obiecuję, że już nie pójdę sam do mamy. – Kevin, widząc ocierającego policzki Toma, zdawał się nabrać więcej odwagi. – Ale nie będziecie się przeze mnie kłócić z mamą?
– Nie będę, obiecuję.
Niedziela 20:10
Bateria zamrugała na czerwono. Poziom wskazywał cztery procent. Kevin kciukiem wybrał ikonę YouTube. Na telefonie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciemną ikoną. Kevin spojrzał na drzemiącego ojca, chwilę wahał się, w końcu nacisnął ikonę. Zapaliło się nieprzyjemne białe światło. Nieogolona twarz mężczyzny wypełniła ekran telefonu.
– Cóż mogę powiedzieć. To, że jesteśmy skończonymi durniami, to chyba już wiecie. – Mówił nieskładnie, nerwowo, na wychudłej twarzy było widać brak snu i jedzenia. – Jest taka hipoteza, dlaczego nie mogliśmy nawiązać kontaktu z żywymi istotami w kosmosie. Nie dlatego, że jesteśmy tacy wyjątkowi i tylko my potrafimy się komunikować. Nie mogliśmy nawiązać kontaktu, bo wszystkie formy życia w kosmosie są na tyle inteligentne, by nie wysyłać gdzie popadnie sygnałów: „Hej! Patrzcie! Tu jesteśmy!” Dlaczego? Dlatego, bo ktoś mógłby je zauważyć.
Coś zatrzeszczało za plecami mężczyzny, który odwrócił się od obiektywu. Białe światło oświetlało wnętrze piwnicy. Na środku ustawiono materac, a na nim śpiwór. Wokół posłania walały się puste puszki po konserwach. W rogu, przy rdzewiejącej rurze, leżał humanoidalny kształt wielkości nastoletniego dziecka, szczelnie owinięty nićmi, oblepiającymi kąt, rozciągniętymi między mokrymi ścianami. Wewnątrz kokonu poruszyło się, naprężając wierzchnią warstwę. Twarz mężczyzny znów wypełniła obiektyw.
– Tę hipotezę nazywano ciemnym lasem. Poczytajcie sobie, jeśli doskwiera wam nuda. To tyle ode mnie na dzisiaj. „Życie zawsze będzie dążyło do pozostania przy życiu”.
– Kevin?
– Przepraszam, tato, ja… Ja chciałem tylko zobaczyć bajkę.
Tom podniósł się na łóżku i spojrzał, najpierw na poziom baterii, następnie na film.
– Przepraszam – powtórzył Kevin, widząc minę ojca, tę samą, która poprzedzała wszelkie reprymendy.
– To nic.
Kevin patrzył, jak twarz Toma zaczyna marnieć, tak jak wtedy, gdy po kłótni z mamą siadał przy oknie i palił papierosa za papierosem.
– Czy mam…, czy ona też…
– Nie wiem. – Tom objął Kevina mocno. – Ale nie możemy dłużej zostać w domu.
Niedziela 22:45
Tom usłyszał zgrzyt przekręcanego zamka w pokoju dziecięcym. Nie zapalając latarki, ostrożnie wstał z łyżką, zostawiając śpiącego Kevina, podszedł w ciemnościach do drzwi sypialni. Oparł się o nie plecami. Usłyszał kroki, a po chwili charczenie. Klamka drgnęła, a Tom zaparł się nogami, przyciskając tors do drzwi. Liu nie była w stanie przesunąć męża. Kroki bosych stóp zaczęły się oddalać, a po chwili Tom usłyszał hałas dochodzący z kuchni. Odsunął skrzydło szafy i zapalił latarkę. Znalazł klucz dwunastkę, był zdecydowanie za mały. Przez chwilę rozważał użycie pasek od spodni, ale wiedział, że nie będzie w stanie udusić Liu. W końcu zdecydował się na aluminiową rurę od odkurzacza.
Wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Po drodze oświetlił pokój Kevina. Oprócz poduszek, prześcieradła i pierzyn na podłodze, Liu wykorzystała większość pluszaków syna. Wszystko w legowisku oblepiała biała wydzielina. Z kuchni dochodził odgłos mlaskania i przeżuwania, jakby stołował się tam sporych rozmiarów pies. Tom, idąc korytarzem, skierował światło latarki na podłogę. Stanął przy wejściu i oświetlił wnętrze. Liu siedziała oparta o szafki kuchenne z szeroko rozstawionymi nogami. Rozsypała na podłodze większość suchego jedzenia i tego w puszkach. Robak badał czułkami każdy kąsek, nim zaczął je drobić żuwaczkami. Tłuste, obłe ciało zdawało się urosnąć, miał długość piszczela. Nagie ciało Liu przypominało wysuszone zwłoki. Czerwone plamy ściemniały, przybierając ciemnobrązowy kolor; kości przebijały się przez skórę. W innych okolicznościach Tom byłby pewien, że nie żyje. Palce Liu pomału zacisnęły się na rączce kuchennego noża. Przekręciła trupią twarz i spojrzała wprost w światło latarki. Robak momentalnie wspiął się na nogę, następnie po klatce piersiowej na ramię i zniknął gdzieś na plecach, podnoszącej się z ziemi Liu. Tom miał świetną okazję, by rozłupać czaszkę żony, ale nadal nie potrafił. Liu ruszyła w jego stronę, powłócząc nogami. Tom uniósł nad głowę rurę.
– Żegnaj – wyszeptał, gdy się zbliżyła.
Wtedy usłyszał za plecami:
– Tato?
Liu zaatakowała szybciej, niż Tom się spodziewał. Ostrze przecięło wierzch lewej dłoni; Tom upuścił latarkę, zrobił krok w tył i wpadł na Kevina. Obaj przewrócili się na podłogę. Liu skoczyła na nich z uniesionym nożem. Tom zasłonił syna ramieniem. Poczuł ból, gdy ostrze przebiło biceps. Nie krzyczał, patrzył w przerażoną twarz Kevina. Liu wspięła się na plecy Toma, prawie nic nie ważyła, ledwie czuł jej ciężar.
– Tato!!
Krzyk syna wyrwał Toma z szoku. Kątem oka dostrzegł czarny łeb robaka, dwie masywne żuwaczki i czułki dotykające policzków Kevina. Tom wstał, dźwigając uczepioną pleców Liu, i rzucił się na ścianę. Usłyszał pisk i trzask. Obły kształt przemknął po podłodze, znikając w kuchni. Liu z nienaturalnie wykręconą ręką osunęła się po ścianie. Tom uniósł rurę.
– Taaaato!
Kevin patrzył na wszystko zalany łzami.
– Taaaato! – piszczał, zanosząc się od płaczu.
Liu patrzyła na syna wytrzeszczonymi oczyma, charcząc coraz głośniej.
Tom chwycił Kevina za rękę i pociągnął do sypialni. Zamknął drzwi i złapał go za ramiona.
– To już nie jest mama. Kevin, rozumiesz, to nie jest…
Dłoń Kevina trafiła w policzek Toma.
– Posłuchaj!
Kevin uderzył znowu i znowu. Tom objął syna i przycisnął do piersi. Chłopak próbował się wyrwać, w końcu zaczął krzyczeć:
– Nie rób jej krzywdy…! Nie krzywdź mamy…! Nie krzywdź…!
– Dobrze, gościu. Spokojnie. – Tom przytulał chłopaka, głaszcząc po włosach. – Już dobrze.
*
Siedzieli na podłodze w ciemnej sypialni.
– Tato?
– Tak?
– Twoja ręka jest cała mokra.
– To nic, zaraz się tym zajmiemy, gościu.
Poniedziałek 8:21
Resztę bandaży i gazy Tom wykorzystał na opatrzenie ręki. Spakował paczkę płatków śniadaniowych i trzy puszki fasoli. Zabrał kilka narzędzi, scyzoryk i rurę od odkurzacza. Założył na twarz Kevina maseczkę, na głowę naciągnął kominiarkę, a na oczy gogle narciarskie. Siebie zabezpieczył podobnie; zamiast kominiarki założył kaptur bluzy i ściągnął go sznurkami.
Ostrożnie wyszli z sypialni. Drzwi pokoju dziecięcego były zamknięte. Tom złapał klamkę. Poczuł, jak Kevin mocniej ściska mu dłoń.
– Spokojnie, gościu. Tak, jak się umawialiśmy – powiedział.
Uchylił drzwi. Cienkie białe nitki opadły powoli na podłogę. Tom oświetlił pokój. Większość pomieszczenia pokrywały nieregularnie rozciągnięte włókna ociekające przezroczystą wydzieliną. Liu leżała wśród pluszaków i poduszek. Nici oblepiły jej ciało. Spoglądała na Toma dziko, szeroko otwartymi oczyma z trupiej twarzy. Przez chwilę Tomowi zdawało się, że coś przebiegło i wypełzło pod łóżko Kevina. Nie miało to już znaczenia.
– Jak się czuje mama? – odezwał się z przedpokoju Kevin.
– Dobrze, odpoczywa – powiedział Tom i zamknął drzwi. – Gotowy, gościu?
– Mogę zobaczyć…?
– Nie. Umawialiśmy się, prawda?
– Tak. – Kevin spuścił głowę.
– To co? Idziemy?
– Tak.
Tom wyciągnął z kieszeni cienką linę alpinistyczną i obwiązał nią syna w pasie. Drugi koniec przeciągnął przez pasek spodni i zawiązał na supeł.
Chwilę nasłuchiwali przy drzwiach. Na sieni panowała głucha cisza.
Tom wyszedł pierwszy, obserwując uchylone drzwi do mieszkania Susan. Złapał Kevina za dłoń. Zeszli po kilku stopniach i zatrzymali się przy wyjściu z budynku, spoglądając przez szybę w drzwiach na biel migającą złotymi drobinkami, wypełniającą świat na zewnątrz. Tom złapał klamkę.
– Będę dzielny, tato.
– Ja też, synu.
Wyszli na zewnątrz i po chwili zniknęli we mgle.
Hmm, skąd ja kojarzę ten tekst…? ;)
Cześć, Bardzie!
W pewnym sensie wpadam pobetowo… ;) Historia Toma, Liu i Kevina zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie za pierwszym razem i teraz nie jest inaczej. Obserwowanie, jak "przypadłość" pochłania Liu samo w sobie jest intrygujące. Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.
No i te obleśne żuwaczki… ;)
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Hej Cezary :)
dziękuję za betę, bo to była beta w każdym senesie :). Tekst, na to wychodzi, od początku był skazany na NF i oto wraca do macierzy :). W historii o robaczkach, jest pięciu bohaterów – trzech już przedstawiłem, więc nadszedł czas na Toma i Kevina, ale to będzie ostatni tekst z tej serii, bo forum nie znosi stagnacji :), ale mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba innym użytkownikom, tak jak podoba się Tobie :). Chociaż słowo “podoba” może być nieodpowiednie ;)
Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.
Tak, muszę przyznać, że nie hamowałem się przy tym tekście :).
Dziękuję za klika i odwiedziny i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."