- Opowiadanie: Bardjaskier - Ciemny las: Tom i Kevin

Ciemny las: Tom i Kevin

Hej, to ostatni  tekst (w kolejności publikacji) o sympatycznych robaczkach, a jednocześnie pierwszy, który napisałem.

 

Miłej lektury :)

 

Zaznaczyłem wulgaryzmy, ale już nie pamiętam czy są, czy nie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

cezary_cezary

Oceny

Ciemny las: Tom i Kevin

 

Po­nie­dzia­łek 6:15

 

– Wsta­waj.

Głos Liu wy­rwał Toma ze snu.

– Która jest? – wy­mam­ro­tał.

– Szó­sta. Kevin oglą­da bajki, zrób mu śnia­da­nie, tylko nic na słod­ko. Ja wy­cho­dzę – Głos Liu od­da­lał się gdzieś we wnę­trzu miesz­ka­nia.

Tom otwo­rzył oczy i się­gnął po pa­pie­ro­sy le­żą­ce na ramie łóżka.

– Zmy­war­ka jest do opróż­nie­nia i prze­łóż pra­nie do su­szar­ki.

Jej głos do­cie­rał do sy­pial­ni to z po­ko­ju dziec­ka, to z go­ścin­ne­go.

Tom wstał i pod­szedł do uchy­lo­ne­go okna. Przez chwi­lę wal­czył z po­ran­nym kasz­lem, na­stęp­nie od­na­lazł na pa­ra­pe­cie za­pal­nicz­kę. Zgrzyt krze­si­wa ocie­ra­ją­ce­go się o ka­mień za­trzy­mał rytm po­ran­nej krzą­ta­ni­ny Liu.

Tom pa­trzył na pło­mień, wsłu­chu­jąc się w ciszę. Przy­pusz­czał, że Liu stoi w przed­po­ko­ju.

– Prze­wietrz miesz­ka­nie – rzu­ci­ła.

Tom od­pa­lił pa­pie­ro­sa. Pierw­sze po­ran­ne star­cie mieli już za sobą.

– Pa, ko­cha­nie – powiedziała do Kevina.

– Pa, mamo.

– Bądź grzecz­ny i nie prze­szka­dzaj tacie w pracy.

Drzwi za­trza­snę­ły się za Liu, jak się zda­wa­ło To­mo­wi, nieco gło­śniej niż zwy­kle.

– Pa, ko­cha­nie – wy­szep­tał do ża­rzą­ce­go się pa­pie­ro­sa.

 

Na ze­wnątrz było ciem­no, całą ulicę wy­peł­nia­ła gęsta mgła. Mimo to było nie­zno­śnie go­rą­co. Tom zga­sił nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce i za­mknął okno. Tylko dla­te­go, że Liu chcia­ła, by było otwar­te.

– Cześć, go­ściu. – Tom, w dro­dze do biur­ka z kom­pu­te­rem, po­gła­dził Ke­vi­na po ciem­nych wło­sach.

– Cześć.

Kevin oglą­dał „Kocię Kicię”, bo­daj­że naj­bar­dziej wku­rza­ją­cą Toma bajkę z ca­łe­go asor­ty­men­tu stre­amin­go­wych kre­skó­wek.

– Co zjesz? – Tom uru­cho­mił kom­pu­ter i za­mknął okno w po­ko­ju.

– Mam ocho­tę na…

Tom prze­szedł do kuch­ni, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na głu­pa­wą bajkę. To, co go naj­bar­dziej zło­ści­ło, to fakt, że Kevin miał już sześć lat, zde­cy­do­wa­nie za dużo, jak na oglą­da­nie tak in­fan­tyl­nych tre­ści.

– No, go­ściu? To co bę­dzie z tym śnia­da­niem?

– Mmm, może…

Z te­le­wi­zo­ra wylał się we­so­ły okrzyk trzech kot­ków:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

Tom włą­czył eks­pres do kawy, przy­glą­da­jąc się pu­stej fi­li­żan­ce. Kie­dyś Liu wy­cho­dząc do pracy, przy­go­to­wy­wa­ła mu kawę. Odkąd prze­sta­li ze sobą roz­ma­wiać, a za­czę­li na sie­bie war­czeć, znaj­do­wał wy­łącz­nie na­czy­nie. Na­szy­ko­wa­ne, jak daw­niej, jed­nak od dłuż­sze­go już czasu puste.

Na ka­len­da­rzu wciąż wid­nia­ły ter­mi­ny wizyt u te­ra­peu­ty. “Ma­gi­ka” od na­pra­wia­nia cu­dzych związ­ków. Prze­sta­li do niego cho­dzić. Oboje po­go­dzi­li się z tym, że w ich zwią­zek nie da się już tchnąć nawet odro­bi­ny magii.

– I jak, go­ściu? Za­sta­no­wi­łeś się?

W od­po­wie­dzi Tom usły­szał Kocię Kicię:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

Wró­cił do po­ko­ju z kawą i miską.

– Masz płat­ki cze­ko­la­do­we – po­wie­dział, kła­dąc je na sto­li­ku.

– Wła­śnie na płat­ki mia­łem ocho­tę – ucie­szył się Kevin.

 

Po­nie­dzia­łek 8:00

 

Tom prze­szedł na pracę zdal­ną po na­ro­dzi­nach Ke­vi­na. Liu krę­ci­ła nosem na po­sy­ła­nie dziec­ka do przed­szko­la, a już na pewno nie chcia­ła sły­szeć o opie­kun­ce.

– Nikt obcy nie bę­dzie wy­cho­wy­wał mo­je­go dziec­ka – grzmia­ła.

A Tom nie chciał, by z po­wo­du Ke­vi­na za­ła­ma­ła się ka­rie­ra Liu. Wy­cho­wa­nie wziął na sie­bie. Pi­sa­nie maili do klien­tów firmy odzie­żo­wej, w któ­rej pra­co­wał, nie wy­ma­ga­ło obec­no­ści w biu­rze, do­pó­ki wy­ra­biał normy.

– Tato, skąd się bie­rze mgła? – za­py­tał Kevin.

– „Dzię­ku­je­my za wy­ro­zu­mia­łość” – Tom od­czy­tał frag­ment maila. – Co się dzie­je, go­ściu?

– No, co to jest mgła? – Kevin po­wtó­rzył, krę­cąc się na pa­ra­pe­cie.

Tom spoj­rzał na sto­lik, pustą miskę po płat­kach i frag­ment ko­lej­ne­go od­cin­ka bajki. Na­stęp­nie na syna, pa­trzą­ce­go przez szybę na mlecz­ną chmu­rę wi­szą­cą na ze­wnątrz.

– Oglą­dasz to jesz­cze?

– Bał miał, bał miał, bał miał!! – ode­zwa­ła się Kocia Kicia.

– Tak.

– Oglą­dasz z pa­ra­pe­tu?

– Słu­cham?

Tom wró­cił do maila i do­pi­sał resz­tę prze­pro­sin.

– Spada z nieba? – za­py­tał Kevin.

– Co spada?

– Mgła.

Tom był po­ko­na­ny. Oparł się na krze­śle i po­pa­trzył na syna w pi­dża­mie ozdo­bio­nej po­sta­cia­mi z bajek Di­sneya.

– Mgła to para uno­szą­ca się z na­grza­nej ziemi – wy­ja­śnił Tom. – Gdy jest mokro i bar­dzo cie­pło, wtedy tak się dzie­je.

Kevin po­pa­trzył na Toma nie­prze­ko­na­ny.

– Ale chyba ta jest inna.

– Co masz na myśli, go­ściu?

– Ta zla­tu­je z nieba i ma takie małe świe­tli­ki.

– Co ty ga­dasz, go­ściu? – uśmiech­nął się Tom. – A może to mgiel­ne wróż­ki?

– Nie – po­wie­dział Kevin po chwi­li za­sta­no­wie­nia. – Bar­dziej przy­po­mi­na­ją ma­leń­kie świa­teł­ka albo te ro­bacz­ki, które mamy w ła­zien­ce.

– Ro­bacz­ki?

– Tak, te, które raz się nie świe­cą, a raz się świe­cą na srebr­no. Tylko że te w mgle świe­cą się na złoto.

Tom wstał od biur­ka. Zga­sił świa­tło. W miesz­ka­niu zro­bi­ło się bar­dzo ciem­no.

– Co jest? – wy­szep­tał Tom i spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie.

Pod­szedł do okna. Ulica była opu­sto­sza­ła. Żad­nych prze­chod­niów i sa­mo­cho­dów. W le­d­wie wi­docz­nych oknach bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko do­strzegł ciem­ne syl­wet­ki ludzi wpa­trzo­nych we mgłę.

W nie­ru­cho­mym ob­ło­ku fak­tycz­nie coś mi­go­ta­ło. Ma­leń­kie dro­bin­ki świe­ci­ły, ni­czym złoto wy­płu­ki­wa­ne z rzecz­ne­go mułu. Obłok po­ru­szył się, gdy gdzieś znad da­chów domów w mgłę spły­nę­ła mlecz­na chmu­ra. Całun za­wi­ro­wał, jak gęsty dym, w który ktoś dmuch­nął. Po chwi­li mgła znów za­wi­sła w bez­ru­chu.

– Wi­dzisz? Teraz jest ich wię­cej – Kevin przy­sta­wił palec do szyby.

Tom wi­dział. Mie­nią­cych się dro­bi­nek przy­by­ło.

– Nie otwie­raj okna – po­wie­dział i ru­szył do te­le­wi­zo­ra.

– Ej, mó­wi­łem ci, że słu­cham – po­skar­żył się Kevin, gdy Tom prze­łą­czył obraz na ser­wis in­for­ma­cyj­ny.

 

Po­nie­dzia­łek 16:05

 

– "Służ­by pra­cu­ją nad dziw­nym zja­wi­skiem mgły oraz od­po­wie­dzią na py­ta­nie: co za­sła­nia niebo…". – Tom wy­łą­czył ekran te­le­fo­nu i się­gnął po pall malle. Był już wy­star­cza­ją­co prze­stra­szo­ny.

Kevin bawił się w swoim po­ko­ju.

– Wy­cho­dzę za­pa­lić! – Tom krzyk­nął z przed­po­ko­ju.

Od­gło­sy ba­ta­lii w po­ko­ju syna uci­chły.

– Co?!

– Idę za­pa­lić!

– Dobra!

Tom lubił miesz­kać na par­te­rze. Na­prze­ciw­ko miał tylko jed­nego są­sia­da, bli­sko na ze­wnątrz i piw­ni­cy. Par­ter był też miej­scem przy­pad­ko­wych spo­tkań lo­ka­to­rów.

Ste­ven stał z pa­pie­ro­sem przy uchy­lo­nych drzwiach pro­wa­dzą­cych na plac z dru­giej stro­ny bu­dyn­ku.

– Cześć – przy­wi­tał się Tom.

– Witam.

Ste­ven za­wsze mówił „witam”. Od­ry­wał filtr od pa­pie­ro­sów i miał dziw­ną skłon­ność do do­ty­ka­nia in­nych ludzi. Przy­po­mi­nał tro­chę kow­bo­ja ze spa­ghet­ti we­ster­nów. To spra­wia­ło, że Tom nigdy go nie po­lu­bił, ani też nie po­tra­fił współ­czuć sta­re­mu są­sia­do­wi, choć ten sa­mot­nie wy­cho­wy­wał nie­peł­no­spraw­ne­go syna.

– Cho­ler­na po­go­da – za­czął Ste­ven.

Pa­trzy­li przez szybę drzwi, za którą pa­no­wa­ła cisza skry­ta w bieli.

– Tak – przy­znał w końcu Tom. – Mógł­byś za­mknąć?

– A, tak. Za­po­mnia­łem. – Ste­ven uśmiech­nął się i wy­cią­gnął buta spo­mię­dzy drzwi a fra­mu­gi. – Pa­mię­tam, jak od­je­cha­łeś w cza­sie co­vid-u.

– Dzię­ku­ję.

– Dro­biazg – po­wie­dział Ste­ven. – Po­zwól, że za­py­tam, a raka się nie boisz?

– Boję się tylko tych cho­rób, w które sam się nie wpę­dzam.

– Dobre – Ste­ven ode­rwał ko­lej­ny filtr. – Dasz mi ognia?

Tom wy­cią­gnął za­pal­nicz­kę. Ste­ven za­sło­nił ogień dłoń­mi, choć znaj­do­wa­li się w po­miesz­cze­niu, przy oka­zji do­ty­ka­jąc ręki Toma, który po­czuł mokry man­kiet ko­szu­li.

– Masz… – za­czął Tom, ale urwał, wi­dząc, że nie tylko rękaw, ale i ra­mio­na ko­szu­li są­sia­da były mokre.

– Tak, to przez tę cho­ler­ną mgłę – przy­znał Ste­ven. – Na ze­wnątrz wszyst­ko się lepi, jak, za prze­pro­sze­niem, w piź­dzie.

Tom do­tknął dłoni, na któ­rej po­zo­sta­ła lepka ciecz, przy­po­mi­na­ją­ca w do­ty­ku że­lo­we za­baw­ki Ke­vi­na.

– Co? – za­py­tał Ste­ven na widok twa­rzy Toma. – Za­czy­na ci od­wa­lać?

Tom wpa­try­wał się w czer­wo­ną plamę na szyi Ste­ve­na. Skóra w tym miej­scu była opuch­nię­ta.

– Muszę iść… – za­czął Tom.

Na pię­trze roz­legł się gar­dło­wy krzyk.

– Tak, też będę le­ciał, syn się obu­dził. – Ste­ven wy­cią­gnął dłoń na po­że­gna­nie.

– Ja…

– A, tak, za­po­mnia­łem. – Ste­ven roz­cią­gnął wargi, od­sła­nia­jąc po­żół­kłe zęby. – Za­raz­ki.

Pu­ścił oko do Toma i ru­szył na pię­tro.

 

Po­nie­dzia­łek 20:30

 

– "Le­ka­rze nie są zgod­ni co do po­ja­wia­ją­cych się prze­bar­wień na skó­rze u wciąż na­pły­wa­ją­cych do szpi­ta­li pa­cjen­tów…". – Tom wy­łą­czył te­le­wi­zor, sły­sząc jak Liu wcho­dzi do miesz­ka­nia. Za oknem noc była nie­prze­nik­nio­na, a świa­tła la­tar­ni i okien bu­dyn­ków le­d­wie wi­docz­ne, zda­wa­ły się nik­nąć w pu­st­ce.

– Kevin śpi? – rzu­ci­ła jesz­cze w drzwiach.

– Tak.

– To do­brze.

Była wście­kła, zdję­ła mokre buty i znik­nę­ła w kuch­ni. Po­szedł za nią, po­trze­bo­wał roz­mo­wy. Ubra­na w czar­ną su­kien­kę i nie­bie­ską ko­szu­lę, uzu­peł­nio­ną apasz­ką, wy­glą­da­ła jak wzór ja­poń­skiej biz­ne­swo­man. Jej de­li­kat­ne azja­tyc­kie rysy, przy­po­mi­na­ły To­mo­wi, że wciąż kocha tę zimną ko­bie­tę.

Liu wy­cią­gnę­ła piwo z lo­dów­ki.

– Co? – za­py­ta­ła.

– Nic, tylko sły­sza­łem…

– Pro­szę, nie, bła­gam. Prze­cho­dzi­li­śmy to w trak­cie co­vid-u. – Otwo­rzy­ła pusz­kę i za­czę­ła pić.

– To źle, że się mar­twię?

Liu po­wo­li od­sta­wi­ła pusz­kę na ku­chen­ny blat. Tom prze­czu­wał, że wy­brał naj­gor­szy mo­ment.

– Nie, ty się nie mar­twisz, tylko wpa­dasz w pa­ra­no­ję. Może już nie pa­mię­tasz, więc ci przy­po­mnę. W cza­sie pan­de­mii prze­sze­dłeś pięt­na­ście te­stów na obec­ność wi­ru­sa, wszyst­kie były ne­ga­tyw­ne.

– Źle się czu­łem. – Tom zaraz po­ża­ło­wał, że pod­jął roz­mo­wę.

– Nie, Tom, ty umie­ra­łeś za każ­dym razem, gdy za­czy­na­łeś kasz­leć albo mia­łeś dusz­no­ści. Dwa razy wzy­wa­łam po­go­to­wie. Nie życzę sobie po­dob­ne­go cyrku! Ro­zu­mie­my się!?

– Chcę tylko po­roz­ma­wiać. – Tom cią­gnął roz­mo­wę, choć wie­dział, że zmie­rza­ła ku ka­ta­stro­fie.

– Nie! Ty chcesz się wy­ża­lić! Bo twoja pro­ble­mem nie jest hi­po­chon­dria, nie jest nim de­pre­sja, tylko twój pie­przo­ny ego­cen­tryzm!

– Ale chyba zgo­dzisz się, że to nie jest nor­mal­na sy­tu­acja. – Toma nie po­tra­fił zro­zu­mieć czemu nie może się po pro­stu za­mknąć i brnie dalej w dys­ku­sję.

– Oczy­wi­ście, że nie jest! Covid też nie był, ale co mo­żesz z tym zro­bić, Tom!? Co!?

– Dobre py­ta­nie. – Tom nie mógł uwie­rzyć w to, co mówił, bo oboje wie­dzie­li, gdzie leży pro­blem.

– Mo­żesz choć raz za­py­tać: “co u cie­bie sły­chać Liu?” Może choć raz prze­stać my­śleć o swoim świe­cie pa­ra­noi i za­py­tać, jak ja się czuję. Mo­żesz!? Wtedy może byś się do­wie­dział, że pół­rocz­ny plan in­we­sty­cyj­ny, nad któ­rym pra­co­wa­łam, szlag tra­fił, bo klient za­wie­sił fi­nan­so­wa­nie z po­wo­du pie­przo­nej ano­ma­lii po­go­do­wej!

– Liu, lu­dzie tra­fia­ją do szpi­ta­li…

– Z po­wo­du wy­syp­ki!

– Nie tylko, roz­ma­wia­łem ze Ste­ve­nem, miał coś na szyi, on do­tknął mojej ręki. Ona była mokra…

– Za­mknij się.

– Liu?

– Za­mknij się!

Z po­ko­ju Ke­vi­na do­szły ich senne ma­ja­ki syna. Stali chwi­lę w kuch­ni, każde wpa­trzo­ne w pod­ło­gę. Gdy było już pewne, że dziec­ko śpi, pierw­sza ode­zwa­ła się Liu:

– Firma na razie bę­dzie za­mknię­ta, prze­cho­dzi­my na pracę zdal­ną. Za­in­sta­lu­ję się w po­ko­ju Ke­vi­na i będę tam też spać.

– Kto bę­dzie robił za­ku­py?

– A jak my­ślisz? – Ob­rzu­ci­ła go po­gar­dli­wym spoj­rze­niem i wy­szła do po­ko­ju dziec­ka.

 

Środa 12:03

 

"Szpi­ta­le zo­sta­ły oto­czo­ne kor­do­nem po­li­cyj­nym. Mi­ni­ster zdro­wia ape­lu­je: Nie ma żad­nych prze­sła­nek, że prze­bar­wie­nia skór­ne mogą być groź­ne dla zdro­wia. Nie pa­ra­li­żuj­cie pracy szpi­ta­li. W miarę moż­li­wo­ści zo­stań­cie w do­mach…". 

Tom wy­łą­czył trans­mi­sję w te­le­fo­nie.

– Jadę do skle­pu. Kevin, je­dziesz ze mną? – za­py­ta­ła Liu, unikając wzroku Toma.

– Nie, mamo, zo­sta­nę z tatą.

– Od ty­go­dnia nie wy­cho­dzisz.

– Wiem, ale nie chcę, żeby tata się zde­ner­wo­wał.

– Jak chcesz.

– Weź ma­secz­kę – po­pro­sił Tom, ale Liu już zdą­ży­ła wyjść.

Źle zno­si­ła za­mknię­cie w domu, wy­raź­nie schu­dła, a jej blada cera stała się nie­zdro­wo biała. No i prze­bar­wie­nia na rę­kach i szyi, które Tom ob­ser­wo­wał z nie­po­ko­jem, do­pro­wa­dza­ły żonę do szału.

– Dzię­ki, go­ściu – po­wie­dział Tom. – Miło, że po­my­śla­łeś o oj­czul­ku.

Kevin od­sta­wił fi­gur­ki su­per­bo­ha­te­rów, które w śmier­tel­nym po­je­dyn­ku roz­strzy­ga­ły, kto jest naj­więk­szym ba­das­sem.

– To nie dla­te­go zo­sta­łem w domu. – Twarz Ke­vi­na od razu zdra­dza­ła, że ma jakąś ta­jem­ni­cę.

– Kevin… – Tom zszedł z ka­na­py i usiadł na pod­ło­dze obok syna. – Co się dzie­je?

Kevin całą uwagę sku­pił na bajce, jak za­wsze, gdy chciał unik­nąć nie­wy­god­ne­go te­ma­tu.

– Cho­dzi o kłót­nie mię­dzy mamą i tatą? – Tom po­gła­dził syna po karku. – Mo­że­my o tym po­ga­dać, jeśli chcesz.

Czar­ne oczy Ke­vi­na, przy­po­mi­na­ją­ce dwa wę­giel­ki za­to­pio­ne w mleku, za­szkli­ły się de­li­kat­nie.

– Spo­koj­nie, go­ściu – po­wie­dział Tom. – W końcu po­go­dzę się z mamą.

– Nie – wy­mam­ro­tał Kevin.

– Nie mów tak, zo­ba­czysz, że mię­dzy mamą i tatą jesz­cze wszyst­ko bę­dzie…

– Nie o to cho­dzi! – Kevin rzucił jednym z su­per­bo­ha­te­rów o zie­mię.

– To, o co?

– Nie chcę spać z mamą – po­wie­dział, nie pa­nu­jąc nad łzami.

– Spo­koj­nie, nie ma w tym nic złego – ro­ze­śmiał się Tom. – Jak chcesz, mo­żesz spać ze mną. Ale uprze­dzam, że chra­pię i roz­py­cham się w łóżku.

– Wiem, ale to nie jest strasz­ne – przy­znał Kevin.

– Jasne, że nie jest.

– Ale gdy mama na mnie pa­trzy w nocy, już jest.

– Jak pa­trzy? – za­py­tał Tom, utrzy­mu­jąc uśmiech na twa­rzy.

Kevin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No tak dziw­nie, siada na łóżku i pa­trzy.

– Też lubię na cie­bie pa­trzeć. A może mama chce się upew­nić, że śpisz?

– Chyba nie, bo char­czy.

– Char­czy?

– Tak, jak stary pies są­sia­dów, tak dziw­nie. I to mnie budzi.

– I co się wtedy dzie­je?

– Udaję, że śpię, a mama pa­trzy i char­czy.

 

Pią­tek 06:15

 

Biała smuga spły­nę­ła w mgłę. Obłok wi­ro­wał przez chwi­lę, mie­niąc się, nim za­stygł w bez­ru­chu.

– Tato, co się stało z pta­ka­mi?

– Nie wiem. – Tom pa­trzył na syna sie­dzą­ce­go po dru­giej stro­nie pa­ra­pe­tu.

– A czemu nie oglą­dasz już te­le­wi­zji?

– Chyba zro­bi­li sobie wa­ka­cje.

– A ci, któ­rych słu­chasz w in­ter­ne­cie?

Tom za­uwa­żył, że w bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko za­pa­la­ły się świa­tła już tylko w nie­licz­nych miesz­ka­niach.

– Oni nie mają wa­ka­cji – od­po­wie­dział Tom.

– Nie mają, bo muszą opo­wia­dać o mgle?

– Chyba tak, ale mówią tak różne i dziw­ne rze­czy, że chyba prze­sta­nę ich słu­chać.

Ca­ły­mi dnia­mi, w bu­dyn­ku pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza, prze­ry­wa­na cza­sem ję­ka­mi upo­śle­dzo­ne­go syna Ste­ve­na. A w nocy Liu wy­cho­dzi­ła z po­ko­ju Ke­vi­na. Tom sły­szał jej bose stopy na ka­fel­kach, a na­stęp­nie jak je w kuch­ni.

– To będą mogli też po­je­chać? – do­py­ty­wał Kevin.

Na­stęp­nie Liu sta­wa­ła w drzwiach sy­pial­ni. Stała naga, wy­nędz­nia­ła, z wi­docz­ny­mi że­bra­mi. Na każde py­ta­nie Toma od­po­wia­da­ła py­ta­niem:

– Je­dli­ście?

Gdy Tom po­twier­dzał, wra­ca­ła do po­ko­ju Ke­vi­na. W innym przy­pad­ku stała i pa­trzy­ła, char­cząc prze­cią­gle jak asma­tyk. Wtedy Kevin, pod koł­drą, dło­nią szu­kał Toma.

– Co mó­wi­łeś? – Tom ode­rwał spoj­rze­nie od okna.

– Py­ta­łem, czy jak prze­sta­niesz słu­chać tych panów z in­ter­ne­tu, to będą mogli po­je­chać na wa­ka­cje.

– Myślę, że tak – po­wie­dział Tom.

– Czy mama jest chora?

Toma za­sko­czy­ło, z jakim spo­ko­jem Kevin zadał to py­ta­nie.

– Chyba tro­chę jest.

– To po­win­na pójść do szpi­ta­la.

Tom z tru­dem prze­łknął ślinę i po­wie­dział:

– Szpi­ta­le też mają wa­ka­cje.

 

Pią­tek 10:20

 

Tom zła­pał klam­kę. Drzwi do po­ko­ju dzie­cię­ce­go były za­mknię­te. Za­pu­kał. Liu po­de­szła do drzwi i przy­sta­wi­ła twarz. Tom przez mlecz­ną szybę do­tknął po­licz­ka żony.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał.

Liu cięż­ko dy­sza­ła, jej od­dech za­kłó­cał nie­przy­jem­ny gar­dło­wy char­kot.

– Liu?

– Je­dli­ście? – Py­ta­nie było nie­mal me­cha­nicz­ne, bez cie­nia tro­ski.

– Tak, je­dze­nia jest dużo, zresz­tą wiesz, wy­cho­dzisz do kuch­ni w nocy.

Po­li­czek od­kle­ił się od szyby, a Liu znik­nę­ła w ciem­nym po­ko­ju.

– Liu? Liu?! – Tom ude­rzył pię­ścią w drzwi. – Liu!! Co to, kurwa, ma zna­czyć?! Co?! Je­dli­ście?! Twój syn się mar­twi!

– Tato?

Tom ob­ró­cił się. Kevin stał w sy­pial­ni.

– Obu­dzi­łem cię, prze­pra­szam – po­wie­dział Tom. – Pu­ścić ci bajki? Co byś chciał na śnia­da­nie? Może płat­ki?

– Chciał­bym, żeby mama do nas wy­szła.

– Wiem, ja też tego chcę.

Wziął Ke­vi­na na ręce.

– Tato, ja się boję.

Tom ści­skał syna, który łkał ci­chut­ko. Resz­tę dnia spę­dzi­li tuląc się do sie­bie. Kevin za­snął pod wie­czór. Tom za­niósł go do sy­pial­ni. Mi­ja­jąc pokój syna, spró­bo­wał jesz­cze raz otwo­rzyć drzwi, bez re­zul­ta­tu. W kuch­ni spraw­dził, ile zo­sta­ło im ryżu, ma­ka­ro­nu i płat­ków. Wszyst­ko koń­czy­ło się szyb­ciej, niż przy­pusz­czał. W to­a­le­cie zo­sta­ła ostat­nia rolka pa­pie­ru to­a­le­to­we­go i pół tubki pasty do zębów.

– Prze­cież muszą już coś wie­dzieć – wark­nął i ru­szył do te­le­wi­zo­ra.

Wy­łą­czył plat­for­mę stre­amin­go­wą i prze­szedł na ser­wis in­for­ma­cyj­ny. Wy­świe­tlił się duży ko­mu­ni­kat: „Prze­rwa w nada­wa­niu”. Prze­łą­czył na ko­lej­ny i ko­lej­ny kanał; na wszyst­kich wid­nia­ła ta sama wia­do­mość. Nie­któ­re sta­cje wrzu­ci­ły, za­miast stan­dar­do­wej ra­mów­ki, stare se­ria­le.

Tom wy­cią­gnął te­le­fon i wy­brał numer alar­mo­wy wy­sy­ła­ny przez cen­trum kry­zy­so­we.

– Z po­wo­du prze­cią­że­nia sieci, po­łą­cze­nie nie może być zre­ali­zo­wa­ne – ode­zwał się ko­mu­ni­kat.

Wy­brał numer do ro­dzi­ców Liu. Usły­szał tę samą wia­do­mość, wtedy też zga­sło świa­tło.

 

Piątek 20:00

 

W miesz­ka­niu bez­piecz­ni­ki były w po­rząd­ku. Tom zszedł z krze­sła i po­świe­cił la­tar­ką na drzwi. Chwi­lę się wahał, w końcu prze­krę­cił zamek i wy­szedł na sień. Skrzyn­ka z głów­nym bez­piecz­ni­kiem znaj­do­wa­ła się na pół­pię­trze. W bu­dyn­ku pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza. Wszedł po stop­niach, oświe­tla­jąc ich szczyt. Na­stęp­nie skie­ro­wał stru­mień świa­tła na skrzyn­kę, była otwar­ta.

– Co jest? – wyszeptał.

Tom nie mu­siał znać się na elek­try­ce, by za­uwa­żyć, że wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia są ścią­gnię­te, a bez­piecz­ni­ki od miesz­kań ktoś wy­cią­gnął.

Cichy zgrzyt klam­ki zmu­sił Toma do oświe­tle­nia pierw­sze­go pię­tra. Drzwi miesz­ka­nia tuż przy scho­dach były uchy­lo­ne. Zo­ba­czył wcho­dzą­ce­go na­gie­go męż­czy­znę z wzdę­tym brzu­chem, jak u nie­do­ży­wio­nych dzie­ci.

– Jack? – Głos Toma, mimo że ści­szo­ny, roz­niósł się po sieni.

Jack sta­nął w progu i spoj­rzał w dół scho­dów nie­na­tu­ral­nie du­ży­mi ocza­mi na tle za­pad­nię­tych po­licz­ków. Całe jego ciało po­kry­wa­ły czer­wo­ne, na­puch­nię­te plamy. Coś ści­skał w ko­ści­stej dłoni.

– Jack, czemu wy­cią­gną­łeś bez­piecz­ni­ki? – za­py­tał Tom z tru­dem pa­trząc na sine wargi i prze­bi­ja­ją­ce się przez skórę kości po­licz­ko­we.

– Ja­aaadłeś?

Tom za­marł, sły­sząc py­ta­nie wy­do­by­wa­ją­ce się z ust Jacka wraz z prze­cią­głym char­cze­niem. Wtedy Tom usły­szał syna Ste­ve­na pła­czą­ce­go cicho przy drzwiach miesz­ka­nia.

– Po… – Chło­pak za­no­sił się od szlo­chu. – Po…wocy.

Gar­dło­wy jęk ucichł nagle i rozległ się ryk:

– Nie!!! Tata!! Nie!!! Po­wo­cy!! Nie!!!

Jack wy­trzesz­czył oczy na Toma.

– Ja­aaadłeś – wy­char­czał.

Tom rzu­cił się w dół scho­dów. Kątem oka zo­ba­czył uchy­lo­ne drzwi są­siad­ki z na­prze­ciw­ka.

– Tom! Tom! Co się dzie­je?!!

Słowa Susan le­d­wie do­tar­ły do niego. Wpadł do przed­po­ko­ju. Trzę­są­cy­mi dłoń­mi prze­krę­cił zamek. Krzy­ki na pię­trze uci­chły.

Pod­szedł do sy­pial­ni. Kevin spał. Za­mknął ostroż­nie drzwi. W kuch­ni zna­lazł skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi. Wy­cią­gnął śru­bo­kręt i pod­szedł do po­ko­ju dzie­cię­ce­go. Chwy­cił la­tar­kę w zęby. Wy­ma­cał pła­ską koń­ców­kę po­krę­tła zamka z wy­żło­bie­niem. Umie­ścił w nim głów­kę śru­bo­krę­tu. Na­parł i prze­krę­cił. Zamek zgrzyt­nął i ustą­pił z ci­chym klik­nię­ciem.

Tom na­ci­snął klam­kę i wszedł szyb­ko do środ­ka, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Po­czuł ostrą woń moczu. Wy­cią­gnął z ust la­tar­kę i oświe­tlił pokój. Liu le­ża­ła na nie­dba­le rzu­co­nych po­dusz­kach i prze­ście­ra­dle Ke­vi­na. Jej chude, po­kry­te pla­ma­mi ciało uło­żo­ne na boku przy­po­mi­na­ło li­te­rę “c”. Ze złą­czo­ny­mi rę­ka­mi i no­ga­mi wy­glą­da­ła jak od­po­czy­wa­ją­cy pies lub suka w ciąży z wy­dę­tym brzu­chem. Nagle za­dy­go­ta­ła. Z oko­lic kro­cza Liu do­cho­dził prze­cią­gły świst, jej brzuch za­fa­lo­wał. Na na­pię­tej skó­rze Tom za­uwa­żył jakiś kształt roz­py­cha­ją­cy się we­wnątrz. Ko­lej­ny świst i ciche mla­śnię­cie, uda żony skropiła krew.

– L…Liu? – Usły­szał swój drżą­cy głos.

Ko­lej­ny świst. Tom po­ma­łu skie­ro­wał świa­tło la­tar­ki na kro­cze. Zo­ba­czył po­ru­sza­ją­ce się czar­ne ha­czy­ki wy­cho­dzą­ce z od­by­tu, na­pie­ra­ją­ce na mię­sień. Bio­dra Liu za­dy­go­ta­ły. Całe kro­cze za­la­ła krew, gdy zwie­racz gwał­tow­nie zo­stał ro­ze­rwa­ny. Ha­czy­ki wbiły się w po­ślad­ki. Coś na­par­ło od we­wnątrz. Tom naj­pierw zo­ba­czył dłu­gie czuł­ki, a za nimi czar­ną głowę o dwóch ma­syw­nych żu­wacz­kach i za­krwa­wio­nych żół­tych owa­dzich oczach. Obły biały kształt wił się i na­pie­rał, ko­lej­ne ha­czy­ko­wa­te od­nó­ża znaj­do­wa­ły miej­sce do za­cze­pie­nia. Tom zdo­łał zro­bić pół kroku w tył i wpadł na ścia­nę. Przy­warł do niej ple­ca­mi. Biały kor­pus uma­za­ny od krwi wy­padł z ro­ze­rwa­ne­go od­by­tu i mięk­ko wy­lą­do­wał na po­dusz­kach. Wtedy Liu wy­da­ła z sie­bie cichy jęk. Pod­nio­sła się na łok­ciach. To świa­do­mość, że Liu żyje, wy­rwa­ła Toma z prze­ra­ża­ją­ce­go otę­pie­nia.

– Liu? – wy­szep­tał. – Liu? Je­stem przy tobie.

Za­czę­ła wo­dzić wzro­kiem po miesz­ka­niu.

– Liu? Tu je­stem. – Tom ode­rwał się od ścia­ny i zro­bił krok w jej stro­nę.

Biały robak nie­zdar­nie wspiął się na po­dusz­kę, ba­da­jąc czuł­ka­mi oto­cze­nie.

Liu usia­dła ostroż­nie. Jej pier­si zwi­sa­ły na ko­ści­stym ciele, wzdę­ty brzuch za­mie­nił się w zwi­sa­ją­ce fałdy skóry.

– Ko­cha­nie? – Tom zdo­był się na ko­lej­ny krok. – Je­stem przy tobie.

Robak od­na­lazł czuł­ka­mi kor­pus Liu. Wy­cią­gnę­ła do niego ręce. Stwór za­czął peł­znąć po nich, za­cze­pia­jąc się o skórę ostry­mi od­nó­ża­mi i ra­niąc Liu przy każ­dym ruchu.

– Kochanie?! – Tom za­drżał.

Robak prze­miesz­czał się coraz wyżej, zo­sta­wia­jąc krwa­wy ślad na ciele, w końcu przy­warł do ra­mie­nia. Liu się­gnę­ła dło­nią do pę­ka­te­go ciała. Pal­ca­mi prze­je­cha­ła po obłym kształ­cie, de­li­kat­nie, nie­mal czule. Do­kład­nie tak, jak w dniu na­ro­dzin Ke­vi­na, gdy po­łoż­na po­da­ła jej nowo na­ro­dzo­ne­go syna.

 

*

Tom umie­ścił koń­ców­kę śru­bo­krę­ta w wy­żło­bie­niu pła­skiej koń­ców­ki po­krę­tła zamka, w pokoju Kevina, i prze­krę­cił. Od­sta­wił śru­bo­kręt na swoje miej­sce i za­czął pła­kać, gry­ząc kciuk do krwi, by stłu­mić wycie wy­ry­wa­ją­ce się z gar­dła.

 

So­bo­ta 00:30

 

Krzy­ki w ka­mie­ni­cy sta­wa­ły się coraz gło­śniej­sze. Tom go­rącz­ko­wo wy­rzu­cał rze­czy z pudła: ko­szul­ki ulu­bio­nych ze­spo­łów, płyty z au­to­gra­fa­mi, stare bi­le­ty, wej­ściów­ki – wszyst­ko lą­do­wa­ło na pod­ło­dze. W bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko zga­sły ostat­nie świa­tła. Gdy za­war­tość pudła była już na pod­łodze, oświe­tlił całość la­tar­ką.

– Są! – Pod­niósł słu­chaw­ki i ru­szył do sy­pial­ni.

Na szczę­ście syn spał. Tom wszedł ostroż­nie na łóżko i za­ło­żył na uszy Ke­vi­na słu­chaw­ki tłu­mią­ce dźwięk. Wy­glą­dał nie­mal tak, jak wtedy, gdy za­bie­ra­li go na kon­cer­ty. Nim jesz­cze potok co­dzien­nych obo­wiąz­ków zdu­sił to, co roz­pa­la­ło na­mięt­ność w mał­żeń­stwie Toma.

Ktoś na zła­ma­nie karku zbiegł po scho­dach i wpadł na drzwi wej­ścio­we. Ko­lej­ne wrza­ski roz­pa­czy i prze­ra­że­nia do­cie­ra­ły z wyż­szych pię­ter. Tom pod­szedł do okna. Mgła ożyła. Fa­lo­wa­ła i wi­ro­wa­ła, gdy ko­lej­ne cie­nie bie­gły przez nią na oślep, wpa­da­jąc na sie­bie lub prze­szko­dy skry­te za nie­prze­nik­nio­nym ca­łu­nem. Wycie, płacz, prze­kleń­stwa i krzy­ki – nie­któ­re wście­kłe, inne bła­gal­ne – wy­peł­ni­ły ulicę, tych, któ­rzy w ciem­no­ściach gu­bi­li drogę.

Tom wy­brał numer alar­mo­wy. Tym razem po­łą­cze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne bez ko­mu­ni­ka­tu.

Pu­ka­nie do drzwi ro­ze­szło się po miesz­ka­niu. Tom za­marł. Ko­lej­ne, nie­spiesz­ne, jak są­sia­da, który wpadł po­ży­czyć cu­kier. Tom prze­szedł do przed­po­ko­ju, oświe­tla­jąc go po­ma­rań­czo­wym świa­tłem la­tar­ki. Klam­ka po­ru­szy­ła się po­wo­lut­ku w dół. Ktoś szarp­nął drzwi, które za­trzesz­cza­ły w od­po­wie­dzi. Klam­ka nie­spiesz­nie ru­szy­ła w górę. Tom pod­szedł na pal­cach, na­słu­chu­jąc w ciszy, wy­ła­pał prze­cią­głe char­cze­nie. Pu­ka­nie roz­le­gło się tak nie­spo­dzie­wa­nie, że Tom wpadł na po­zo­sta­wio­ne w przed­po­ko­ju buty i runął na zie­mię.

– Tom? Je­steś tam, Tom? – Char­czą­cy głos Ste­ve­na był nie­mal me­cha­nicz­ny, przy­po­mi­nał coś na­śla­du­ją­ce­go mowę są­sia­da.

– Tom, mój syn po­trze­bu­je po­mo­cy. Sły­szysz mnie, Tom? Tom…

Jakiś dźwięk na sieni prze­rwał nie­ocze­ki­wa­ne­mu go­ścio­wi.

– Ste­ven, coś się stało z Mi­kiem? – Tom, usły­szał głos sta­rusz­ki miesz­ka­ją­cej na­prze­ciw­ko.

Wstał i pod­biegł do drzwi, zła­pał po­krę­tło zamka, ale dłoń od­mó­wi­ła wy­ko­na­nia dal­szych czyn­no­ści.

– Ste­ven? – do­py­ty­wa­ła się Susan. – Je­steś tu? Tak bar­dzo się boję, w całym domu jest ciem­no. Wszy­scy krzy­czą.

Głos star­szej pani za­ła­mał się, za­pa­dła głu­cha cisza, prze­ry­wa­na nie­licz­ny­mi krzy­ka­mi z ulicy.

– Ste­ven? – szlo­cha­ła. – Pro­szę, ode­zwij się…

Palce Toma za­ci­snę­ły się na po­krę­tle zamka. 

– Ste­ven? – Głos Susan drżał.

– Za­mknij te pie­przo­ne drzwi – wy­ce­dził przez zęby Tom.

Wtedy usły­szał char­czą­ce:

– Witam.

Coś trza­snę­ło, a na­stęp­nie wal­nę­ło z hu­kiem. Susan krzyk­nę­ła, ale jej głos był słaby, roz­trzę­sio­ny, le­d­wie sły­szal­ny. Głu­che ude­rze­nie i cisza.

 

Nie­dzie­la 7:20

 

 Kevin obu­dził się, ale nie wstał od razu. Leżał dobrą chwi­lę pod koł­drą, cze­ka­jąc, aż sen­ność minie. W końcu otwo­rzył oczy i prze­cią­gnął się w łóżku. Ręką na­tra­fił na słu­chaw­ki. Obok spał tata. Kevin za­uwa­żył za­ban­da­żo­wa­ną rękę i coś jesz­cze dziw­niej­sze­go. Duża część wło­sów taty zro­bi­ła się bie­lu­teń­ka. Kevin wy­cią­gnął dłoń i po­gła­dził Toma po gło­wie. Nie miał po­ję­cia, czemu tata zmie­nił kolor wło­sów, ale było to cał­kiem za­baw­ne. Wy­szedł z łóżka i wszedł na pa­ra­pet. Wcze­śniej z sy­pial­ni oglą­dał plac zabaw, by spraw­dzić, czy są tam ko­le­dzy. Teraz wszyst­ko prze­sła­nia­ła mlecz­na chmu­ra z mie­nią­cy­mi się dro­bi­na­mi. Kevin i tak wąt­pił, by ro­dzi­ce wy­pu­ści­li któ­re­goś z ko­le­gów, a nawet jeśli, to tata na pewno nie po­zwo­lił­by mu wyjść. Nagle wpadł na świet­ny po­mysł. Mgła wcale nie musi być taka nudna. Po­my­ślał, że można zro­bić eks­pe­ry­ment i spraw­dzić, czy da się ją zła­pać do sło­ika. Była tak gęsta, jak wata cu­kro­wa. Więc czemu by nie spró­bo­wać? Wtedy mógł­by ob­ser­wo­wać świe­cą­ce dro­bin­ki z bli­ska, scho­wa­ny pod koł­drą. Ze­sko­czył z pa­ra­pe­tu i ru­szył do kuch­ni. Za­trzy­ma­ła go gruba linka al­pi­ni­stycz­na przy­wią­za­na z jed­nej stro­ny do klam­ki jego po­ko­ju, a z dru­giej do rury idą­cej wzdłuż prze­ciw­le­głej ścia­ny. Kevin ostroż­nie prze­szedł pod nią i wszedł do kuch­ni. Przy­go­to­wał sobie płat­ki, mleko oraz trzy duże sło­iki i za­niósł wszyst­ko do po­ko­ju go­ścin­ne­go. Chwi­lę wal­czył z te­le­wi­zo­rem, by włą­czyć bajki, ale telewizor nie działał. Skorzystał z telefonu Toma. Od­na­lazł Kocie Kicię i za­czął jeść, oglą­da­jąc sło­iki. Linka alpinistyczna jed­nak nie da­wa­ła mu spo­ko­ju. My­ślał o mamie, samej za­mknię­tej w po­ko­ju. Mu­sia­ło jej być smut­no, może nawet była głod­na. Skoń­czył śnia­da­nie, za­brał płat­ki ze stołu i po­szedł do przed­po­ko­ju. Lina była nie­bie­sko-zie­lo­na. Kevin chwy­cił ją, na­cią­gnął i pu­ścił. Za­drża­ła ni­czym stru­na. Coś po­ru­szy­ło się za drzwia­mi po­ko­ju dzie­cię­ce­go. Kevin prze­szedł pod liną i pod­szedł ostroż­nie.

Usiadł, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o fra­mu­gę i po­ło­żył płat­ki mię­dzy roz­ło­żo­ny­mi no­ga­mi. Za­sta­na­wiał się, czy tata bę­dzie zły, jeśli da mamie jeść. Nie chciał, by znowu do­szło mię­dzy nimi do kłót­ni. Wiele razy sły­szał, jak krzy­cze­li na sie­bie: „A pa­mię­tasz, jak było, nim się uro­dził Kevin?!”, „Jak po­ja­wił się Kevin!”, „Gdyby nie Kevin!”. Przez to po­dej­rze­wał, że mogą kłó­cić się z jego po­wo­du.

Usły­szał tuż za ple­ca­mi prze­cią­głe char­cze­nie.

– Mamo? – za­py­tał. – Przy­nio­słem ci płat­ki.

Zgrzyt­nę­ła klam­ka, lina na­prę­ży­ła się, za­trzy­mu­jąc drzwi w nie­wiel­kim uchy­le.

Kevin od­sko­czył prze­stra­szo­ny. Spoj­rzał w stro­nę sy­pial­ni, skąd do­cho­dzi­ło ciche po­chra­py­wa­nie Toma.

– Kevin, ko­cha­nie. – Głos wy­do­by­wał się z czar­nej szcze­li­ny. – Mama jest głod­na.

– Przy­nio­słem ci płat­ki – po­wie­dział.

– Lubię płat­ki. Mo­żesz mi je podać.

Ke­vi­no­wi nie po­do­ba­ło się char­cze­nie i prze­ra­ża­ła go ciem­ność w po­ko­ju.

– Je­stem bar­dzo głod­na. Kevin, dasz mamie jeść?

– Je­steś chora?

Coś za­chro­bo­ta­ło po pod­ło­dze. Przez chwi­lę sły­chać było je­dy­nie char­kot.

– Je­stem głod­na.

– Po­ło­żę płat­ki przy drzwiach – zaproponował.

Kevin ostroż­nie pod­szedł do uchy­łu i po­ło­żył opa­ko­wa­nie. Z ciem­no­ści wy­ło­ni­ła się biała jak pa­pier, wy­chu­dzo­na ręka. Ko­ści­ste palce wy­prę­ży­ły się, lecz za­le­d­wie mu­snę­ły po­ła­ma­ny­mi pa­znok­cia­mi ety­kie­tę.

– Bli­żej – wy­char­cza­ła Liu.

Kevin pod­szedł, ob­ser­wu­jąc dłoń le­żą­cą na pod­ło­dze, na­chy­lił się i się­gnął po opa­ko­wa­nie. Liu na­par­ła na drzwi, ręka w ca­ło­ści wy­strze­li­ła z wnęki i ko­ści­sta dłoń chwy­ci­ła przed­ra­mię chłop­ca. Jed­nym sil­nym szarp­nię­ciem Liu po­cią­gnę­ła Ke­vi­na do wnęki. Chło­pak ude­rzył głową o fra­mu­gę, wtedy ko­cia­ki z Koci Kici krzyk­nę­ły:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

 

Nie­dzie­la 10:00

 

Toma obu­dził pi­skli­wy wrzask. W sza­leń­czym pę­dzie wpadł z łóżka wprost na uchy­lo­ne drzwi, roz­bi­ja­jąc czoło o ich kra­wędź. Po­le­ciał na szafę, chwie­jąc się, zła­pał klam­kę. Krew z roz­cię­tej skóry spły­wa­ła mu po nosie. Dzi­kie piski i wycie syna pochłonęły wszystko inne. Wy­sko­czył do przed­po­kój. Kevin leżał tuż przy drzwiach. Tom pod­biegł, chwy­cił go za ko­szul­kę i po­cią­gnął, lecz bez­sku­tecz­nie. Całe ramię syna znik­nę­ło w ciem­nym po­ko­ju mię­dzy fra­mu­gą a uchy­lo­ny­mi drzwia­mi. Kevin kopał i wierz­gał; wszę­dzie do­oko­ła wa­la­ły się płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne. Tom zo­ba­czył na twa­rzy dziec­ka ból. Wycie Ke­vi­na prze­szło w dła­wią­cą gar­dło pa­ni­kę, wy­trzesz­czył za­puch­nię­te od łez oczy.

Tom wstał. Dłoń Ke­vi­na za­ci­snę­ła się na ko­szu­li ojca.

– Nie!! Tato!! Nie!!

Tom wy­szar­pał ma­te­riał i wbiegł do kuch­ni. Chwy­cił ku­chen­ny nóż i wpadł do przed­po­ko­ju. Ciął linę, ale ostrze się ze­śli­zgnę­ło. Przy­sta­wił nóż, roz­ci­na­jąc włók­no po włók­nie. Kevin umilkł.

Tom wrza­snął dziko i na­parł na ostrze. Linka pu­ści­ła. Sko­czył i ude­rzył bar­kiem w drzwi po­ko­ju. Coś huk­nę­ło. Tom wpadł do środ­ka. Liu le­ża­ła tuż przy fra­mu­dze, trzy­ma­jąc rękę syna. Dłoń Ke­vi­na za­kry­wał biały, obły kształt o czar­nych od­nó­żach. Tom do­strzegł, jak robak ma­syw­ny­mi żu­wacz­ka­mi od­ry­wa ko­lej­ny frag­ment palca.

– Nie!! – wrza­snął.

Liu rzu­ci­ła się na Toma, ła­piąc go w pasie. Chwy­cił ją za włosy, szarp­nął, od­chy­la­jąc głowę żony. Jej skóra zda­wa­ła się być na­cią­gnię­ta bez­po­śred­nio na czasz­kę, je­dy­nie oczy zdra­dza­ły, że żyje – wy­łu­pia­ste i dzi­kie. Tom uniósł nóż i zamarł. Liu wy­krę­ci­ła głowę i za­to­pi­ła zęby w przed­ra­mie­niu Toma. Wrza­snął i wy­rżnął twarzą żony o fra­mu­gę. Liu zwiot­cza­ła. Tom spoj­rzał na dłoń – ro­ba­ka już nie było. Od­rzu­cił nóż i pod­niósł dziec­ko. Wbiegł do po­ko­ju go­ścin­ne­go i po­ło­żył Ke­vi­na na ka­na­pie. Bie­giem ru­szył do Liu. Drzwi za­mknę­ły się z trza­skiem, usły­szał zgrzyt­nię­cie zamka.

– Kurwa! – Tom wal­nął pię­ścią w drzwi.

Pod­biegł do ła­zien­ki. Wy­sy­pał za­war­tość ap­tecz­ki do umy­wal­ki. Za­brał gazę, ban­daż, wodę utle­nio­ną i za­syp­kę.

Kevin stra­cił środ­ko­wy palec i więk­szą część ser­decz­ne­go. Tom wy­tarł z twa­rzy łzy i krew. Usiadł na łóżku i za­czął de­zyn­fe­ko­wać dłoń syna. Na­ło­żył na rany za­syp­kę, a na­stęp­nie gazę. Przez cały czas bał się spoj­rzeć na Ke­vi­na. Myśl, że syn może nie od­dy­chać, pa­ra­li­żo­wa­ła go cał­ko­wi­cie. Skoń­czył za­wią­zy­wać ban­daż na nad­garst­ku i po­ło­żył dłoń na pier­si Ke­vi­na, gdy po­czuł, że palce uno­szą się wraz z klat­ką pier­sio­wą, usiadł na ziemi, łka­jąc jak dziec­ko.

 

Nie­dzie­la 18:00

 

Kevin otwo­rzył oczy. Zo­ba­czył twarz ojca.

– Tato.

– Tak?

– Boli mnie rącz­ka.

Na twa­rzy Toma coś drgnę­ło.

– Wiem, Kevin, ale mu­sisz być silny, jak su­per­bo­ha­ter.

– Ale strasz­nie boli. – Kevin chciał spojrzeć na dłoń, ale oj­ciec nie po­zwo­lił mu jej wy­cią­gnąć spod koł­dry.

– Napij się tego, po­mo­że – po­wie­dział Tom i przy­sta­wił do ust syna bu­tel­kę sy­ro­pu z pa­ra­ce­ta­mo­lem.

– Prze­pra­szam, tato. – Usta Ke­vi­na wy­gię­ły się, a oczy za­szkli­ły.

– To nie twoja wina, go­ściu. Po­wi­nie­nem ci po­wie­dzieć… Ale za­sną­łem. Po­wi­nie­nem cię le­piej pil­no­wać.

– Nie płacz, tato. Obie­cu­ję, że już nie pójdę sam do mamy. – Kevin, wi­dząc ocie­ra­ją­ce­go po­licz­ki Toma, zda­wał się na­brać wię­cej od­wa­gi. – Ale nie bę­dzie­cie się prze­ze mnie kłó­cić z mamą?

– Nie będę, obie­cu­ję.

 

Nie­dzie­la 20:10

 

Ba­te­ria za­mru­ga­ła na czer­wo­no. Po­ziom wska­zy­wał czte­ry pro­cent. Kevin kciu­kiem wy­brał ikonę YouTu­be. Na te­le­fo­nie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciem­ną ikoną. Kevin spoj­rzał na drze­mią­ce­go ojca, chwi­lę wahał się, w końcu na­ci­snął ikonę. Za­pa­li­ło się nie­przy­jem­ne białe świa­tło. Nie­ogo­lo­na twarz męż­czy­zny wy­peł­ni­ła ekran te­le­fo­nu.

– Cóż mogę po­wie­dzieć. To, że je­ste­śmy skoń­czo­ny­mi dur­nia­mi, to chyba już wie­cie. – Mówił nie­skład­nie, ner­wo­wo, na wy­chu­dłej twa­rzy było widać brak snu i je­dze­nia. – Jest taka hi­po­te­za, dla­cze­go nie mo­gli­śmy na­wią­zać kon­tak­tu z ży­wy­mi isto­ta­mi w ko­smo­sie. Nie dla­te­go, że je­ste­śmy tacy wy­jąt­ko­wi i tylko my po­tra­fi­my się ko­mu­ni­ko­wać. Nie mo­gli­śmy na­wią­zać kon­tak­tu, bo wszyst­kie formy życia w ko­smo­sie są na tyle in­te­li­gent­ne, by nie wy­sy­łać gdzie po­pad­nie sy­gna­łów: „Hej! Pa­trz­cie! Tu je­ste­śmy!” Dla­cze­go? Dla­te­go, bo ktoś mógł­by je za­uwa­żyć.

Coś za­trzesz­cza­ło za ple­ca­mi męż­czy­zny, który od­wró­cił się od obiek­ty­wu. Białe świa­tło oświe­tla­ło wnę­trze piw­ni­cy. Na środ­ku usta­wio­no ma­te­rac, a na nim śpi­wór. Wokół po­sła­nia wa­la­ły się puste pusz­ki po kon­ser­wach. W rogu, przy rdze­wie­ją­cej rurze, leżał hu­ma­no­idal­ny kształt wiel­ko­ści na­sto­let­nie­go dziec­ka, szczel­nie owi­nię­ty nićmi, ob­le­pia­ją­cy­mi kąt, roz­cią­gnię­ty­mi między mo­kry­mi ścia­na­mi. We­wnątrz ko­ko­nu po­ru­szy­ło się, na­prę­ża­jąc wierzch­nią war­stwę. Twarz męż­czy­zny znów wy­peł­ni­ła obiek­tyw.

– Tę hi­po­te­zę na­zy­wa­no ciem­nym lasem. Po­czy­taj­cie sobie, jeśli do­skwie­ra wam nuda. To tyle ode mnie na dzi­siaj. „Życie za­wsze bę­dzie dą­ży­ło do po­zo­sta­nia przy życiu”.

– Kevin?

– Prze­pra­szam, tato, ja… Ja chcia­łem tylko zo­ba­czyć bajkę.

Tom pod­niósł się na łóżku i spoj­rzał, naj­pierw na po­ziom ba­te­rii, na­stęp­nie na film.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzył Kevin, wi­dząc minę ojca, tę samą, która po­prze­dza­ła wszel­kie re­pry­men­dy.

– To nic.

Kevin pa­trzył, jak twarz Toma za­czy­na mar­nieć, tak jak wtedy, gdy po kłót­ni z mamą sia­dał przy oknie i palił pa­pie­ro­sa za pa­pie­ro­sem.

– Czy mam…, czy ona też…

– Nie wiem. – Tom objął Ke­vi­na mocno. – Ale nie mo­że­my dłu­żej zo­stać w domu.

 

Nie­dzie­la 22:45

 

Tom usły­szał zgrzyt prze­krę­ca­ne­go zamka w po­ko­ju dzie­cię­cym. Nie za­pa­la­jąc la­tar­ki, ostroż­nie wstał z łyżką, zo­sta­wia­jąc śpią­ce­go Ke­vi­na, pod­szedł w ciem­no­ściach do drzwi sy­pial­ni. Oparł się o nie ple­ca­mi. Usły­szał kroki, a po chwi­li char­cze­nie. Klam­ka drgnę­ła, a Tom za­parł się no­ga­mi, przy­ci­ska­jąc tors do drzwi. Liu nie była w sta­nie prze­su­nąć męża. Kroki bo­sych stóp za­czę­ły się od­da­lać, a po chwi­li Tom usły­szał hałas do­cho­dzą­cy z kuch­ni. Od­su­nął skrzy­dło szafy i za­pa­lił la­tar­kę. Zna­lazł klucz dwu­nast­kę, był zde­cy­do­wa­nie za mały. Przez chwi­lę roz­wa­żał uży­cie pasek od spodni, ale wie­dział, że nie bę­dzie w sta­nie udu­sić Liu. W końcu zde­cy­do­wał się na alu­mi­nio­wą rurę od od­ku­rza­cza.

Wy­szedł na ko­ry­tarz i za­mknął za sobą drzwi. Po dro­dze oświe­tlił pokój Ke­vi­na. Oprócz po­du­szek, prze­ście­ra­dła i pie­rzyn na pod­ło­dze, Liu wy­ko­rzy­sta­ła więk­szość plu­sza­ków syna. Wszyst­ko w le­go­wi­sku ob­le­pia­ła biała wy­dzie­li­na. Z kuch­ni do­cho­dził od­głos mla­ska­nia i prze­żu­wa­nia, jakby sto­ło­wał się tam spo­rych roz­mia­rów pies. Tom, idąc ko­ry­ta­rzem, skie­ro­wał świa­tło la­tar­ki na pod­ło­gę. Sta­nął przy wej­ściu i oświe­tlił wnę­trze. Liu sie­dzia­ła opar­ta o szaf­ki ku­chen­ne z sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi. Roz­sy­pa­ła na pod­ło­dze więk­szość su­che­go je­dze­nia i tego w pusz­kach. Robak badał czuł­ka­mi każdy kąsek, nim za­czął je dr­obić żu­wacz­ka­mi. Tłu­ste, obłe ciało zda­wa­ło się uro­snąć, miał dłu­gość pisz­cze­la. Nagie ciało Liu przy­po­mi­na­ło wy­su­szo­ne zwło­ki. Czer­wo­ne plamy ściem­nia­ły, przy­bie­ra­jąc ciem­no­brą­zo­wy kolor; kości prze­bi­ja­ły się przez skórę. W in­nych oko­licz­no­ściach Tom byłby pe­wien, że nie żyje. Palce Liu po­ma­łu za­ci­snę­ły się na rącz­ce ku­chen­ne­go noża. Prze­krę­ci­ła tru­pią twarz i spoj­rza­ła wprost w świa­tło la­tar­ki. Robak mo­men­tal­nie wspiął się na nogę, na­stęp­nie po klat­ce pier­sio­wej na ramię i znik­nął gdzieś na ple­cach, pod­no­szą­cej się z ziemi Liu. Tom miał świet­ną oka­zję, by roz­łu­pać czasz­kę żony, ale nadal nie po­tra­fił. Liu ru­szy­ła w jego stro­nę, po­włó­cząc no­ga­mi. Tom uniósł nad głowę rurę.

– Że­gnaj – wy­szep­tał, gdy się zbli­ży­ła.

Wtedy usły­szał za ple­ca­mi:

– Tato?

Liu za­ata­ko­wa­ła szyb­ciej, niż Tom się spo­dzie­wał. Ostrze prze­cię­ło wierzch lewej dłoni; Tom upu­ścił la­tar­kę, zro­bił krok w tył i wpadł na Ke­vi­na. Obaj prze­wró­ci­li się na pod­ło­gę. Liu sko­czy­ła na nich z unie­sio­nym nożem. Tom za­sło­nił syna ra­mie­niem. Po­czuł ból, gdy ostrze prze­bi­ło bi­ceps. Nie krzy­czał, pa­trzył w prze­ra­żo­ną twarz Ke­vi­na. Liu wspię­ła się na plecy Toma, pra­wie nic nie wa­ży­ła, le­d­wie czuł jej cię­żar.

– Tato!!

Krzyk syna wy­rwał Toma z szoku. Kątem oka do­strzegł czar­ny łeb ro­ba­ka, dwie ma­syw­ne żu­wacz­ki i czuł­ki do­ty­ka­ją­ce po­licz­ków Ke­vi­na. Tom wstał, dźwi­ga­jąc ucze­pio­ną ple­ców Liu, i rzu­cił się na ścia­nę. Usły­szał pisk i trzask. Obły kształt prze­mknął po pod­ło­dze, zni­ka­jąc w kuch­ni. Liu z nie­na­tu­ral­nie wy­krę­co­ną ręką osu­nę­ła się po ścia­nie. Tom uniósł rurę.

– Ta­aaato!

Kevin pa­trzył na wszyst­ko za­la­ny łzami.

– Ta­aaato! – pisz­czał, za­no­sząc się od pła­czu.

Liu pa­trzy­ła na syna wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma, char­cząc coraz gło­śniej.

Tom chwy­cił Ke­vi­na za rękę i po­cią­gnął do sy­pial­ni. Za­mknął drzwi i zła­pał go za ra­mio­na.

– To już nie jest mama. Kevin, ro­zu­miesz, to nie jest…

Dłoń Ke­vi­na tra­fi­ła w po­li­czek Toma.

– Po­słu­chaj!

Kevin ude­rzył znowu i znowu. Tom objął syna i przy­ci­snął do pier­si. Chło­pak pró­bo­wał się wy­rwać, w końcu za­czął krzy­czeć:

– Nie rób jej krzyw­dy…! Nie krzywdź mamy…! Nie krzywdź…!

– Do­brze, go­ściu. Spo­koj­nie. – Tom przy­tu­lał chło­pa­ka, głasz­cząc po wło­sach. – Już do­brze.

 

*

Sie­dzie­li na pod­ło­dze w ciem­nej sypialni.

– Tato?

– Tak?

– Twoja ręka jest cała mokra.

– To nic, zaraz się tym zaj­mie­my, go­ściu.

 

Poniedziałek 8:21

 

Resz­tę ban­da­ży i gazy Tom wy­ko­rzy­stał na opa­trze­nie ręki. Spa­ko­wał pacz­kę płat­ków śnia­da­nio­wych i trzy pusz­ki fa­so­li. Za­brał kilka na­rzę­dzi, scy­zo­ryk i rurę od od­ku­rza­cza. Za­ło­żył na twarz Ke­vi­na ma­secz­kę, na głowę na­cią­gnął ko­mi­niar­kę, a na oczy gogle nar­ciar­skie. Sie­bie za­bez­pie­czył po­dob­nie; za­miast ko­mi­niar­ki za­ło­żył kap­tur bluzy i ścią­gnął go sznur­ka­mi.

Ostroż­nie wy­szli z sy­pial­ni. Drzwi po­ko­ju dzie­cię­ce­go były za­mknię­te. Tom zła­pał klam­kę. Po­czuł, jak Kevin moc­niej ści­ska mu dłoń.

– Spo­koj­nie, go­ściu. Tak, jak się uma­wia­li­śmy – po­wie­dział.

Uchy­lił drzwi. Cien­kie białe nitki opa­dły po­wo­li na pod­ło­gę. Tom oświe­tlił pokój. Więk­szość po­miesz­cze­nia po­kry­wa­ły nie­re­gu­lar­nie roz­cią­gnię­te włók­na ocie­ka­ją­ce prze­zro­czy­stą wy­dzie­li­ną. Liu le­ża­ła wśród plu­sza­ków i po­du­szek. Nici ob­le­pi­ły jej ciało. Spo­glą­da­ła na Toma dziko, sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma z tru­piej twa­rzy. Przez chwi­lę To­mo­wi zda­wa­ło się, że coś prze­bie­gło i wy­peł­zło pod łóżko Ke­vi­na. Nie miało to już zna­cze­nia.

– Jak się czuje mama? – ode­zwał się z przed­po­ko­ju Kevin.

– Do­brze, od­po­czy­wa – po­wie­dział Tom i za­mknął drzwi. – Go­to­wy, go­ściu?

– Mogę zo­ba­czyć…?

– Nie. Uma­wia­li­śmy się, praw­da?

– Tak. – Kevin spu­ścił głowę.

– To co? Idzie­my?

– Tak.

Tom wy­cią­gnął z kie­sze­ni cien­ką linę al­pi­ni­stycz­ną i ob­wią­zał nią syna w pasie. Drugi ko­niec prze­cią­gnął przez pasek spodni i za­wią­zał na supeł.

Chwi­lę na­słu­chi­wa­li przy drzwiach. Na sieni pa­no­wa­ła głu­cha cisza.

Tom wy­szedł pierw­szy, ob­ser­wu­jąc uchy­lo­ne drzwi do miesz­ka­nia Susan. Zła­pał Ke­vi­na za dłoń. Ze­szli po kilku stop­niach i za­trzy­ma­li się przy wyj­ściu z bu­dyn­ku, spo­glą­da­jąc przez szybę w drzwiach na biel mi­ga­ją­cą zło­ty­mi dro­bin­ka­mi, wy­peł­nia­ją­cą świat na ze­wnątrz. Tom zła­pał klam­kę.

– Będę dziel­ny, tato.

– Ja też, synu.

Wy­szli na ze­wnątrz i po chwi­li znik­nę­li we mgle.

 

Koniec

Komentarze

Hmm, skąd ja kojarzę ten tekst…? ;)

 

Cześć, Bardzie! 

 

W pewnym sensie wpadam pobetowo… ;) Historia Toma, Liu i Kevina zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie za pierwszym razem i teraz nie jest inaczej. Obserwowanie, jak "przypadłość" pochłania Liu samo w sobie jest intrygujące. Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.

 

No i te obleśne żuwaczki… ;)

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Hej Cezary :)

 

dziękuję za betę, bo to była beta w każdym senesie :). Tekst, na to wychodzi, od początku był skazany na NF i oto wraca do macierzy :). W historii o robaczkach, jest pięciu bohaterów – trzech już przedstawiłem, więc nadszedł czas na Toma i Kevina, ale to będzie ostatni tekst z tej serii, bo forum nie znosi stagnacji :), ale mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba innym użytkownikom, tak jak podoba się Tobie :). Chociaż słowo “podoba” może być nieodpowiednie ;)

 

Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.

 

Tak, muszę przyznać, że nie hamowałem się przy tym tekście :). 

 

Dziękuję za klika i odwiedziny i pozdrawiam :)  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka