- Opowiadanie: galar - Pamiętaj nas

Pamiętaj nas

Opowiadanie jest jednocześnie początkiem mojej nadchodzącej powieści “Zagreus”, inspirowanej historią Zielonej Góry. Pierwsza (i znacznie różniąca się od obecnej) wersja tego tekstu ukazała się przed laty w antologii “Fantazje Zielonogórskie”.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pamiętaj nas

Pamiętaj nas

 

Arkan Cap długo myślał, że jego nawiedzenie rozpoczęło się od Bachusa, żołnierza z pepeszą i starej czaszki. Choć się mylił, możemy tu zacząć.

 

***

 

Teraz

Posąg Bachusa stoi pośrodku zielonogórskiego deptaka. Odlane z brązu bóstwo spogląda na Winny Gród z wysokości beczki, rozsiadłszy się na niej jak na tronie. Na głowie nosi wieniec z winorośli, wśród którego liści przysiadła sroka. Muskularne ciało bożka okrywają tylko sploty bluszczu. Jego oczy są złote, zimne. Jak ślepia węża.

Paproch, mijając rzeźbę, uniósł laskę w niedbałym salucie.

Laus – powiedział z uśmiechem.

– Co? – uniósł brwi Arkan Cap.

Laus. Chwała.

Przeszli kawałek w milczeniu. Arkan obserwował ojca spod oka.

– Tak, tak – odezwał się Paproch. – Miasto to nie tylko cegły, stal i plastik. To jeszcze duchy, legendy i sny. Czasem nawet fantazje. Zawsze pamięć.

– Rozumiem – skłamał Cap. Zanosiło się na jeden z TYCH spacerów. – Gdzie idziemy?

– Pod miecz.

 

***

 

– To jest miecz? Jesteś pewien?

Stali na placu Bohaterów, w cieniu wyrastającego pośrodku pomnika; kanciasta, socrealistyczna bryła od ponad półwiecza górowała nad głównym placem miasta.

– Nie widzisz? – zachichotał Paproch. – Cytując to, co napisano w mądrych opracowaniach, monument formą ma nawiązywać do rękojeści piastowskiego miecza, głęboko wbitego ostrzem w prasłowiańską ziemię. Żołnierze stoją na jelcu.

Cap zmrużył oczy. Jelcem zapewne była otaczająca główną bryłę płaskorzeźba, przedstawiająca żołnierzy w długich szynelach.

– Tablica z orłem w koronie jest jakby jaśniejsza? – Arkan zatrzymał się, zadzierając głowę.

– Brawo! To zresztą drugi orzeł.

– Drugi? – Cap zapalił papierosa, zanosiło się na dłuższy wykład. Jerzy Paproch był wieloletnim kustoszem w zielonogórskim Muzeum Ziemi Lubuskiej i uwielbiał dzielić się lub, jak mawiali nieżyczliwi, popisywać wiedzą. W jego oczach pojawiał się wtedy młodzieńczy błysk, widoczny nawet zza okularów w masywnych oprawkach, przywodzących na myśl czasy późnego Gomułki. Chudy jak szkielet, nosił od lat tak samo przystrzyżoną – teraz siwą już zupełnie – brodę, srebrne włosy zaczesywał do góry. Jego ramiona okrywała sztruksowa marynarka ze skórzanymi łatami na łokciach. Cap również zdawał się gardzić aktualną modą. Długie włosy, które teraz wiatr co rusz zawiewał mu na twarz i szpakowaty wąs sugerowały, że lata osiemdziesiąte musiały wciąż trwać w jego sercu. Okulary nosili obaj podobne.

– Ano tak, pierwszy jest tam, delikatny zarys orła z piastowskiej pieczęci. – Laska kustosza zatoczyła łuk. – Ten współczesny, z koroną, dołożony został w latach dziewięćdziesiątych, już po zmianie ustroju. Jest dużo większy, oczywiście.

– Oczywiście?

– Musiał zakryć sierp i młot.

Cap uważniej przyjrzał się żołnierzom. Ściskali w kamiennych dłoniach pepesze.

– Z kilku hełmów przy okazji skuto też gwiazdy. A od święta to i portret Piłsudskiego teraz nad głowami sołdatów wieszamy. – Paproch już się nie uśmiechał. Mówił coraz szybciej, postukując laską w bruk. – Zabawna rzecz z tą pamięcią. Udaje, że pozwala nam się formować, korygować, gdy zmieniają się ustroje, metafizyki i duch czasu, ale…

– Hm… – mruknął Arkan Cap. – Do rzeczy?

– To też maska. Albo echo. Pod jednym napisem był inny, a pod nim jeszcze jeden. Palimpsest.

– Hm?

– Tu stał już kiedyś pomnik, obelisk z gwiazdą na szczycie, wokół figury dumnych krasnoarmiejców, armaty… Stawiali sobie takie wszędzie, gdzie przeszła Armia Czerwona, na każdym swoim cmentarzu…

– Cmentarzu? – Cap zmarszczył brwi.

– A tak, cmentarzu! Jak tylko front się przetoczył, Rosjanie pochowali na tym placu swoich poległych, kazali postawić Pomnik Wdzięczności na środku, robili tak i w innych zdobytych, przepraszam, wyzwolonych miastach. Jakby odciskali pieczęć.

Cap poczuł nagły chłód, rozejrzał się po placu. Było ciepłe przedpołudnie, drzewa szeleściły czerwienią i złotem. Stragany kwiaciarek stały dziś puste, na masztach jeszcze nie było flag.

Arkan zasunął zamek motocyklowej kurtki, poszurał butem po bruku.

– Oni tu, hm, ciągle są?

– O ile ekshumacja była dokładna, to nie, choć słyszałem i o takich, kiedy wykopywano tylko głowy… Cmentarz przeniesiono pod koniec lat 50., dekadę później pomnik rozebrano i postawiono ten, na który patrzymy, wtedy Braterstwa Broni, a dziś Bohaterów. Nie pamiętasz, bo jeszcze nie chodziłeś po tym świecie. – Paproch patrzył gdzieś w siebie, gdzie gniły półwieczne wspomnienia.

– A wcześniej? Coś tu stało?

– Cesarz Wilhelm. Inni ludzie, którzy miasto nazywali wtedy Grünbergiem, składali pod nim kwiaty i machali flagami. – Kustosz wzruszył ramionami i spojrzał na zegarek.

– Chodźmy stąd, spóźnimy się.

Ruszyli szybkim krokiem. Cap obejrzał się ostatni raz, nim weszli w Aleję Niepodległości.

Nadal jakoś nie widział tego cholernego miecza.

 

***

 

– Właśnie zakończono prace rewitalizacyjne w Parku Tysiąclecia. Zobaczymy, co wyszło – tłumaczył po drodze podekscytowany Paproch. – Mówię ci, najwyższy czas, żeby przywrócić mieszkańcom przestrzeń tego miejsca, pamięć o nim…

– Chwalebne – mruknął niezobowiązująco Cap; Park Tysiąclecia kojarzył mu się dotąd z prostym winem obalanym na ławce w coraz odleglejszych latach młodości i miejscem, gdzie po zmroku nie należało zapuszczać się bez noża. Po prawdzie, przed zmrokiem również.

Jednak teraz, wchodząc w zielony cień, odprężył się. Park zajmował dół stoku łagodnego wzgórza, powyżej zza drzew majaczyły zarysy neogotyckiej budowli z czerwonej cegły, miejskiego szpitala. Chwilę później jego oczy zaatakowały falujące plamy koloru.

Balony. Były ich setki, przywiązanych do gałęzi drzew, krzewów, ławek lub swobodnie migrujących z wiatrem, przetaczających się po ścieżkach i trawnikach. Paproch stanął w nurcie barwnych kul, na jego twarzy malowała się bezradność. Nieopodal ustawiono scenę, grała skoczna muzyka, trochę dalej urządzano pokaz gotowania, w powietrzu mieszały się zapachy potraw. Na placu zabaw szalała dzieciarnia, szumiały fontanny.

– Cóż, można i tak – westchnął stary kustosz. Trącił jeden z balonów czubkiem laski.

– To przecież tylko park. Całkiem ładnie to zrobili – zaczął Cap, gdy Paproch gwałtownie mu przerwał.

– Tylko park?! – ryknął, aż z okolicznych drzew poderwały się ptaki, a przechodnie obok przyspieszyli kroku. – Tylko park?! Znajdujemy się – rozłożył szeroko ramiona – pośrodku największej nekropolii naszego miasta!

– Znowu cmentarz? – Cap rozejrzał się po kolorowym festynie. – Serio?

– Nie byle jaki cmentarz – warknął Paproch – bo przed wojną największy, a dziś najbardziej zapomniany. Cmentarz Zielonego Krzyża, blisko cztery wieki pochówków!

– Niemiecki, znaczy – rzucił, przechodzący obok, pan z pieskiem – po co przypominać?

– Choćby po to, żeby pan szanowny, nieświadomie psa szczać na mogiły nie prowadzał! – odwarknął kustosz, ale tamten zdążył już się oddalić. – Po wojnie, w polskim znów mieście, cmentarz zresztą nadal działał – nasrożył się Paproch. – I to całkiem długo, o czym ten cymbał oczywiście też nie wie. Zupełnie, jakby miasto narodziło się wczoraj! Fidrygałki, baloniki, postawimy tu sobie tężnię, może jeszcze znów rozkręcimy dyskotekę w starym krematorium! A napomknij tylko, że można choć małe lapidarium postawić, zaraz cię ktoś o podstępną regermanizację posądzi!

Westchnął. Trącił laską inny balonik.

– Ale to, co było, nigdzie sobie przecież nie pójdzie. To się nie zagoi, nie zarośnie, nie zniknie. – Odkaszlnął głucho. – Nawiedzi nas, prędzej czy później.

Przeszedł kilka kroków, zaszurał butem w jasnym żwirze alejki.

– Zielona Góra jest stara. Stara, pobliźniona i nosiła różne imiona. Gdziekolwiek wbijesz łopatę, historia wyłazi spod ziemi i łypie na ciebie pustym oczodołem! Dziwna, mroczna, czasem straszna. Pod naszymi stopami płynie nie tylko zasypana sto lat temu rzeka i te wszystkie stare sny kiedyś, kiedyś… – stary kustosz nagle się zadyszał, sięgnął do kieszeni, pociągnął kilka łyków z małej buteleczki. Nozdrza Arkana podrażniła mdląca woń waleriany.

Poprowadził ojca do najbliższej ławki. Stary przez chwilę łapał oddech.

– Po wojnie temat nie istniał programowo – kontynuował już spokojniej – bo Ziemie Odzyskane, bo po co jakieś obce wątki przypominać. Czasy piastowskie, jak najbardziej, ale potem biała plama, aż po rok czterdziesty piąty. To się oczywiście teraz zmienia, ale niektórym nadal odpowiada.

– Ja chciałbym wiedzieć – powiedział nagle Arkan, samemu nie wiedząc, czy z potrzeby ducha, czy żeby starego pocieszyć. – Jestem ciekaw.

Nad poidełkiem wrzasnęła sroka, tak ochryple i głośno, że obaj podskoczyli.

Paproch uśmiechnął się pierwszy i poklepał go po ramieniu. Przez chwilę nic nie mówili.

– Chodźmy stąd. – Podniósł się ciężko kustosz. – Obiecałem wnukowi karuzelę.

 

***

 

Wesołe miasteczko rozłożyło się, jak zawsze, przy rondzie PCK, na okolonym drzewami placyku, który – zdecydowanie na wyrost – figurował na mapach Zielonej Góry jako Park Św. Trójcy. Symboliczne zadrzewienie, kilka osik i starych lip, nie przeszkadzało za to w rozstawianiu tu, od dziesięcioleci, karuzel i zjeżdżalni.

Kiedy Sargon, wnuk Paprocha i syn Arkana, z radosnym piskiem ujeżdżał drewniane konie, stary kustosz odzyskał werwę.

– Właściwie, nie powinienem się był tak denerwować, gdy duch czasu przemawiał – rzucił znad gofra. – Komu pamięć nie ciąży, ten i na grobach zatańczy.

Arkan oderwał spojrzenie od małego jeźdźca i wbił je w ziemię.

– Nie? Tu też?

– Też. Kiedyś cmentarz, dziś park, nawet nazwy nie zmieniono.

 

***

 

Arkan Cap prowadził na co dzień trudny żywot artysty malarza. Jego pracownia, mieszcząca się w dawnej Wieży Głodowej, zawsze była mu zarazem miejscem pracy i azylem. Jednak nie dziś.

Od kiedy wszedł, czuł napięcie wibrujące w pełnym kurzu powietrzu. Sięgnął po szkicowniki, zaczął coś bazgrać, odłożył. Zaczęte obrazy, na których majaczyły zarysy statków kosmicznych i półnagich kobiet, nagle przestały go wzywać.

Jeśli nie wy, to kto?

Podstawił sobie taboret, bo stojąc na nim, mógł dosięgnąć półki nad wąskim oknem. Skrzynka nie była ciężka, tylko gruba warstwa kurzu osiadła na wieku. Arkan postawił ją na stole, otworzył. Dobrą chwilę bezmyślnie patrzył na kulę koloru gliny, nim jego umysł właściwie sklasyfikował cienie i wypukłości. Oczodoły czaszki odpowiedziały wtedy ślepym spojrzeniem.

Paproch przyniósł mu ją już dawno, „do obrazów” jak powiedział, najwyraźniej mając romantyczne wyobrażenie o wyglądzie pracowni malarskiej. Podobno czaszka pochodziła z dziewiętnastowiecznych wykopalisk na terenie miasta, gdzieś ze stoków Winnego Wzgórza. Cap podziękował wtedy uprzejmie i gdy ojciec wyszedł, schował podarunek poza zasięgiem wzroku.

Do teraz.

Wyjął czaszkę z pudła, obrócił w dłoniach. Z pewnością była bardzo stara, brązowa i bezzębna, upstrzona odpryskami i plamami; pręga rdzy znaczyła kość czołową. Dolnej szczęki brakowało. Cap zapatrzył się w wypełniający oczodoły mrok.

– Kim byłeś? – szepnął. – Czy chodziliśmy po tych samych ulicach?

Skarcił się w myślach za banał, gdy nagle czaszka zaszeleściła. Arkan podskoczył, ale nie wypuścił jej z rąk. Potrząsnął energicznie czerepem nad stołem, coś wypadło na drewniany blat.

Chrząszcz nie był duży, może jak pół paznokcia. Matowoczarny, leżał na grzbiecie, bezradnie przebierając odnóżami.

– Spokojnie… – Cap powoli wyciągnął dłoń.

A potem, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, błyskawicznie chwycił owada i wepchnął do ust. Strzeliła rozgryzana chityna.

I wtedy świat zniknął.

 

***

 

Arkan Cap śni, choć jest tego świadom. Unosi się pod sklepieniem ciasnej ceglanej klitki, ponad stołem, na którym leży czaszka. Siedzi tam też mężczyzna, jego czoło wsparte jest o blat, nie daje znaku życia. Nie poświęca swojemu ciału więcej uwagi, przenika gruby mur i już szybuje pod nocnym niebem. Nie ma chmur, ale nie ma i gwiazd; nad światem otwiera się otchłań idealnej czerni. To nieważne, nie w górę śniący ma patrzeć.

Powoli, niemal nie machając skrzydłami, leci nad miastem, ale nie jest to miasto, które pamięta. Ulice płoną czerwienią jak rany wyrżnięte w mroku. Ich siatka jest znajoma… w ogólnych zarysach. Jeszcze starówka się zgadza, krwisty czworokąt z czarnym kształtem ratusza pośrodku, ale dalej… Cap widzi purpurowe wysięki wokół kościołów. Nie tylko, są też u zbiegu niektórych ulic. Plac Bohaterów jarzy się jak tarcza słonecznego zegara z czarnym gnomonem pomnika, jego cień pełznie robaczo, sięga w ciemności, a tam inne płonące bryzgi. „Groby, cmentarze…” – szepcze wspomnienie Paprocha i Arkan czuje, jak wznosi się coraz wyżej, aż miasto pod nim wygląda jak rozżarzony ukwiał.

I wtedy spada.

Nie zatrzymuje go glina ani bruk, ziemia przepuszcza cień sroki i sen człowieka.

Spływa w głąb przez warstwy asfaltu, płyt chodnikowych, ułożonych jedne na drugich pokładach bruków, przez pasma gliny i żwiru, czarne błony popiołów.

Pamiętam!

Miasto pod miastem tonie w ciemnej czerwieni. Arkan idzie teraz ulicą, nad głową glina, pulsujące węzły żył, drogę flankują ślepe ściany wrastające w sklepienie. Cap wie, jak wie się we śnie, że to korzenie domów Miasta na Górze. Idzie ulicą, której zarys prawie rozpoznaje i nie idzie nią sam, o nie! Otacza go zbity tłum, łachmany, szmaty przesiąknięte błotem, ciała gliniaste, skurczone i czaszki, czaszki, czaszki…

Czerepy koloru iłu, piasku i pleśni, pełne owadziego truchtu, bezmyślnego tańca glist. Arkan daje się nieść ludzkiej fali. Słyszy szum, zrazu cichy, potem potężniejący ponad robacze szmery. To rzeka. Rzeka, nad którą zbudowano miasto. Sen podpowiada, że rok po roku znikała z powierzchni ziemi, zamykana w rurach, kanałach, ale wciąż tu jest, pulsuje silną strugą czarnego nurtu.

Płyną. Woda ich unosi, obejmuje, piastuje. Arkan czuje, jakby leżał w uścisku wielkiej dłoni, kochającej, czułej. Oto i drugi brzeg. Ta ulica jest szersza, korzenie domów większe i wyrastają rzadziej. Tłum idzie pod górę, stok wznosi się tarasami. Są tu już inni, długie szeregi wspinających się pielgrzymów; szczytu nie widać, wrasta w gliniaste sklepienie. Cap nagle czuje, że nie powinien tu być, zawraca. Rozstępują się przed nim, schodzi powoli, grunt jest śliski i niepewny. Upada. Dłonie wczepiają się w ziemię, ale nie znajdują oparcia, glina jest jak mięso – sprężysta i mokra. Schodzi więc ze stoku na czworakach, jak zwierzę, blade glisty wiją się między palcami. U podnóża pada nań długi cień i teraz pełznie naprzód tą ścieżką ciemności. Inni na nią nie wchodzą, mijają go obojętnie, czaszki lśnią mętną wilgocią. Cap pełznie.

I nagle może wstać. Tym razem plac nie jest pusty, stoją równymi szeregami; długie szynele, skorupy hełmów. Pośrodku wielki blok z piaskowca jak korzeń lub monstrualny stalagmit. Tamci stoją i milczą, a chrząszcze kłębią się w ich głowach. Cap wie, że to sen, wizja, że przecież ich przeniesiono, wykopano. A jednak tu stoją, milczący strzęp armii, zapomnianej pod brukiem.

– Dlaczego ja? – pyta, a głos dudni, jakby mówił pod wodą.

Żołnierze milczą, ich oczodoły zwrócone są w stronę pomnika, nikt nie zwraca na Arkana uwagi. Cap szarpie najbliższego, wyrywa z szeregu, potrząsa jak szmacianą kukłą.

– Dlaczego ja?! – krzyczy, ale żołnierz nie reaguje, w jego twarzy porusza się tylko glista. Arkan odpycha go, sołdat bezwładnie wali się na ziemię. A potem zaczyna się eksodus, z leżącego truchła na wszystkie strony rozbiega się robactwo, uciekają chrząszcze, żuki, stonogi, dostojnie odpełza tłusty biały czerw. I znowu bezruch kłębu brudnych szmat, tylko kilka kroków dalej kolebie się przestrzelony hełm.

Cap podchodzi do korzenia pomnika. Nie ma tu tablic ani płaskorzeźb, nie ma napisów i dat. Głaszcze dłonią wilgotny piaskowiec, kamień pokrywają plamy pleśni. Ręka Arkana wyczuwa niesłyszalną wibrację, dalekie echo tętna.

– Wszystko wciąż tu jest…

Wraca nad rzekę, milczące tłumy idą brzegiem, wszyscy owinięci w błotniste szmaty, nie do rozróżnienia. Jest ich tak wielu, miasto jest przecież stare, a oni wszyscy szli tu w ziemię stulecie za stuleciem. Czarny nurt prowadzi wciąż dalej, porusza zbutwiałe młyńskie koła, niesie puste łodzie.

Cap dochodzi do miejsca, gdzie zaczyna się długa ściana z polnych kamieni, rzeka obmywa ją łagodnie. Arkan przypomina sobie, że podobnie wygląda na górze zachowany fragment miejskiego muru. Tam to raptem kilkumetrowy odcinek, ale tutaj ciągnie się niewzruszonym masywem. Nie ma w nim okien ani strzelnic, tylko obłe kamienie poprzerastane pleśnią i grzybem, szczeliny wypełniają kości. Cap idzie wzdłuż ściany, brnie w sięgającej kolan wodzie. Czuje, jak jakieś zwinne kształty dotykają jego nóg, ale nie budzi to w nim strachu ani obrzydzenia. To sen, a on jest jego częścią.

Brama to tylko przerwa w murze, nad nią kanciasty występ; Arkan rozpoznaje zarys swojej wieży. Wie, że tam wyżej, nad warstwą mięsa i ziemi, śpi z głową na blacie stołu.

Szelest, Cap się odwraca. W świetle bramy ktoś stoi; wysoki, owinięty gliniastym całunem. Wspiera się na ciężkim kosturze, w którego okutej żelazem głowicy płonie biały ogień. Arkan podchodzi, tamten góruje nad nim, jak dorosły góruje nad dzieckiem. Na trupim czerepie resztki wieńca, liście są szare i kruche, winne grona zeschłe.

– Pamiętaj… – To nawet nie jest szept, słowa utkane z szelestu.

– Co?

– Pamiętaj nas… – Postać z pochodnią tkwi w trupim bezruchu, tylko w bezdennej głębi oczodołów coś się kłębi, chitynowe pancerzyki połyskują w takt słów. – Pamiętaj…

Na drugim ramieniu olbrzyma coś się porusza w fałdach przegniłej materii, majaczy w mroku sklejone futro, grzywa, kły, zasnute bielmem oko. Wielkolud odwraca się nagle i odchodzi, znikając w przesuwającym się za bramą tłumie.

Cap rozumie, że więcej już nie usłyszy, ale rozumie też więcej. Wie, czyich słów słuchał, innym wzrokiem patrzy na stojące nad rzeką mrowie. Całuny, glina, czerepy pełne szeleszczącego szeptu.

I wtedy się budzi.

 

***

 

Przez wąskie okno do pracowni wpadało pomarańczowe światło ulicznej latarni. Czaszka leżała na blacie. Nic w niej nie chrobotało.

Cap rozmasował zdrętwiały kark.

– Dlaczego ja? – zapytał cicho, a potem jego wzrok padł na stojące pod ścianami płótna, sztalugę i gotowe do malowania pędzle.

Przypomniał sobie słowa ojca rzucone przy rzeźbie na deptaku.

I już wiedział.

Zapalił papierosa, rozkoszował się przez chwilę dymem. Wstał, znalazł czystą paletę, wycisnął farby. Wybrał jeden z czystych blejtramów, ustawił na sztaludze, rzucił niedopałek na podłogę, przydeptał. Wziął pędzel do ręki. Obejrzał się przez ramię, czaszka leżała na stole cicha i nieruchoma.

Arkan Cap mrugnął do niej porozumiewawczo i zaczął malować.

Koniec

Komentarze

Cześć galar !!!!

 

Mimo, że w tekście nie ma jakichś wielu fajerwerków. Czytało się bardzo dobrze. I tekst mi się podoba. Fajne było jak zjadł chrząszcza. Tylko nie wiem dlaczego to zrobił. Wydaję mi się też, że tekstu do końca nie rozumiem. Natomiast wizja ciekawa.

 

Wszystkiego Najlepszego na Nowy Rok!!!

Jestem niepełnosprawny...

Nowa Fantastyka