- Opowiadanie: d.pankovski - Mieszko I: Rebranding, który zadziałał

Mieszko I: Rebranding, który zadziałał

„Synowie Korony" to pasty historyczne: opowieści pisane o czasach, które bardzo chciałyby uchodzić za dostojne. Ironia jest celowa. Patos został usunięty w całości.

Napisałem „Synów Korony", bo mam dość historii opowiadanej jak msza: na stojąco, szeptem i bez pytań. Interesują mnie nie pomniki, tylko moment, w którym ktoś umiera, a ktoś inny zostaje z jego decyzjami. Nie wierzę w nieomylność władców ani w to, że państwa powstają z natchnienia - widzę w nich systemy, improwizację i bardzo ludzką potrzebę kontroli. Piszę współczesnym językiem, bo średniowiecze nie było muzeum, tylko chaosem w czasie teraźniejszym. A jeśli ktoś uzna, że to brak szacunku do historii - to trudno. Historia i tak sobie z tym poradzi.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Mieszko I: Rebranding, który zadziałał

Słuchajcie, ja wiem, że dziś każdy ma podcast, kanał na YouTube i wątek na X, gdzie tłumaczy „jak naprawdę było”. Ale ja mam przewagę: ja jestem Bolek. Syn Mieszka. Ten Bolesław, co później wchodzi jak boss na mapę i mówi: „król?”. No to siadajcie, bo opowiem wam, jak wyglądał start tej całej „Polski” od kuchni. I od strony człowieka, który dorastał w cieniu ojca – typa, co miał w oczach wieczne „jeszcze trochę i wszystkich ustawimy”.

Mój ojciec był jak administrator serwera. Niby spokojny, niby nie krzyczy, ale jak coś mu nie działało, to nie było „zrestartuj i zobaczymy”. Było: „gdzie jest topór, gdzie jest drużyna, kto tu zrobił conflict w konfiguracji”. I najgorsze, że on naprawdę nie żartował.

Wyobraźcie sobie, że macie firmę. Rodzinną. Taką, co robi w „logistyce i bezpieczeństwie”. Ludzie wiedzą, że na tym terenie obowiązują wasze zasady – i że ich łamanie kończy się szybko. Firma rośnie, ma ludzi, ma zaplecze, ma wpływy.

Tylko że im większa się robi, tym częściej zaglądają do niej z zewnątrz. Jedni z ciekawości, inni z chęci przejęcia. I nagle ktoś mówi: „Słuchaj, Mieszko, możesz mieć wszystko… ale jak chcesz wejść na poważny rynek europejski, to potrzebujesz certyfikatu”.

I ten certyfikat nazywał się CHRZEST.

Ja wam powiem, że to nie było „oświecenie duchowe”. To był czysty, zimny, strategiczny rebranding. Tata miał taki mózg, że jakbyście mu dali planszę do szachów, to on by nie tylko wygrał – on by jeszcze wam wytłumaczył, że przegraliście, zanim usiedliście.

Tata siedzi, patrzy w ogień.

No i przychodzą „doradcy”, „starszyzna”, „ci od świętych spraw” oraz typy z drużyny, co mają minę, jakby właśnie usłyszeli, że jutro zamiast najazdu jest szkolenie BHP.

– Panie – mówią. – Z południa rośnie presja.

– Z zachodu rośnie presja.

– Z północy… no, tam zawsze rośnie presja, bo to północ.

Tata kiwa głową, jakby mu czytali prognozę pogody.

– To co proponujecie? – pyta.

– Chrzest, panie.

I w tym momencie w oczach zapaliła mu się lampka „aha”. Nie „aha, Bóg”. Tylko: „aha, pieczęcie, sojusze, dyplomacja, prestiż, mniej okazji do legalnego wchodzenia nam na teren”.

Bo w tamtych czasach to było tak: jak nie jesteś w klubie, to każdy może cię pobić „dla sportu” i jeszcze mieć do tego uzasadnienie moralne. A jak jesteś w klubie, to już nie jest takie proste, bo nagle muszą pisać pisma, zwoływać synody i udawać, że chodzi o zasady, a nie o łupy.

No więc tata postanowił: dobra, wchodzimy w to. Ale to nie mogło być takie: „o, przyjmę chrzest, bo serduszko mi drgnęło”. Nie. To musiało być zrobione tak, żeby wszyscy zrozumieli: „On się nie poddał. On właśnie wszedł na wyższy poziom”.

I tu wchodzi ONA. Dobrawa.

Wyobraźcie sobie, że jesteście wojowniczym ziomkiem, macie państwo w trybie „wczesny access”, cały czas ktoś testuje waszą obronę, a wy nagle bierzecie sobie żonę z Czech. Z Czech, czyli z tej strony, gdzie już są w klubie, mają księży, mają kontakty, mają PR, mają „cywilizację” i umieją pisać. A umiejętność pisania w tamtych czasach to był cheat code. Jak ktoś umiał pisać, to mógł zrobić z każdego wydarzenia oficjalną prawdę. A jak nie umiał – to mógł co najwyżej krzyczeć.

Dobrawa nie była „ładnym dodatkiem do dworu”. Dobrawa była pakietem strategicznym:

sojusz polityczny,

import know-how,

wsparcie wizerunkowe,

i bonusowy DLC: chrzest w zestawie.

Tata niby twardziel, ale jak Dobrawa coś mówiła, to on słuchał. Nie dlatego, że się bał. Tylko dlatego, że miał instynkt: „ta kobieta wie, jak działa świat poza moją granicą”.

Zaczęły się przygotowania. Nagle wszędzie kręcą się ludzie w dziwnych szatach, co nie pachną jak las i dym, tylko jak… księga. Tak, księga ma zapach. Trochę jak suchy pergamin, trochę jak kurz, trochę jak cudza pewność siebie.

I oni mówią takie rzeczy jak:

– Trzeba zbudować miejsca kultu.

– Trzeba nauczyć ludzi nowych obrzędów.

– Trzeba przekonać starszyznę.

A drużyna patrzy na nich jak na ludzi, którzy przyszli do wilków z ulotkami o wegetarianizmie.

Największy problem z chrztem był taki, że to nie był tylko „jeden event”. To był system. Jak wgrywasz nowy system, to stary zaczyna się buntować. Bo ludzie byli przyzwyczajeni do swoich rytuałów, do swoich świętych gajów, do tego, że jak chcesz, żeby plony były, to idziesz, składasz ofiarę i nie zadajesz pytań.

A tu przychodzą księża i mówią: „Ofiarę? Owszem. Ale duchową. I jeszcze dziesięcinę.”

Dziesięcina to był pierwszy prawdziwy test wiary, jakiego doświadczyli moi rodacy.

Bo wiecie, jak przekonać wojownika do nowej religii? Powiedzieć mu: „Będziesz miał zbawienie”. On mówi: „Dobra, spoko”. Ale jak mu powiesz: „Oddaj część zboża”, to on mówi: „A to już brzmi jak okup”.

Tata to rozumiał. Dlatego całą operację rozegrał jak logistyk. Najpierw elity. Najpierw dwór. Najpierw ci, którzy mają wpływ. A dopiero potem reszta. Bo jak przekonasz liderów, to reszta albo pójdzie za nimi, albo z nimi zginie. Proste.

I wreszcie przyszedł ten dzień, ten rok: 966.

Ludzie dziś mówią: „Chrzest Polski”. Jakby to była jedna scena, jeden kadr, jak w filmie. A w rzeczywistości to było jak wielka aktualizacja, która trwa, boli, ma błędy i wymaga patchy.

Woda. Zimno. Twarz ojca. Tak mi to potem opowiadali ci, którzy stali najbliżej: że nie drgnął nawet na moment, że stał nieruchomo, jakby to była bitwa, tylko bez krzyku. A jednocześnie wszyscy czuli, że w środku mu się kotłuje – nie ze strachu, tylko z kalkulacji. Bo on wiedział, że to jest ten moment, w którym przestaje być „lokalnym graczem” i staje się kimś, kto ma papier.

A papier w tamtych czasach był potężniejszy niż miecz.

Po chrzcie nie było „i żyli szczęśliwie”. Po chrzcie zaczęła się robota.

Zachód przestał mieć tak prosty pretekst do wchodzenia nam na teren, ale to nie znaczy, że przestał chcieć. Tylko teraz musiał udawać, że jest uprzejmy. A uprzejmość w polityce to jest jak uśmiech u rekina – nie oznacza, że cię nie zje, tylko że zrobi to elegancko.

W kraju też nie było kolorowo. Bo część ludzi była zachwycona: „o, nowe, europejskie, prestiż, może nam dadzą jakieś fajne rzeczy, może będziemy mieli kamienne budowle”. A część była wkurzona: „jak to, stary porządek odchodzi? Jak to, święty gaj już nie święty? Jak to, mamy słuchać obcych ludzi, co mówią niezrozumiałym językiem?”

I wtedy tata zrobił coś, co jest absolutnie mieszaną wersją geniuszu i bezwzględności.

On nie kłócił się z oporem. On go… zarządzał.

Tam, gdzie trzeba było, dawał marchewkę: nagrody, urzędy, wpływy. Tam, gdzie marchewka nie działała, wchodziła drużyna. Drużyna była argumentem, który nigdy nie przegrywa.

Wiecie, co jest najdziwniejsze w byciu synem takiego człowieka? Że ty nie masz luksusu na „romantyczne myślenie”. Ty widzisz, że każde słowo ma koszt, każdy gest ma cel, każda decyzja ma konsekwencję.

Mój ojciec nie budował „narodu”. On budował strukturę. Sieć. System.

Gniezno, Poznań – to nie były tylko miejsca. To były węzły w jego układance. Jak masz węzły, możesz przerzucać zasoby. Jak możesz przerzucać zasoby, możesz prowadzić wojny, bronić granic, budować przewagę.

I tu dochodzimy do momentu, który ludzie uwielbiają w podręcznikach, bo jest dramatyczny i ma w sobie to „o, Niemcy, o, cesarz, o, wielka polityka”.

Rok 972. Cedynia.

Ja byłem młody, ale pamiętam atmosferę. To było tak, jakby cały kraj wstrzymał oddech. Bo z zachodu przychodził margrabia Hodon i testował, czy ten cały „rebranding” to tylko farba, czy naprawdę pod spodem jest stal.

Tata nie był typem, co się tłumaczy. Tata był typem, co odpowiada. I odpowiedział.

Bitwa była jak burza. Krótka, brutalna, pełna krzyków. I wiecie, co jest najważniejsze? Że po niej nikt już nie mógł mówić: „Mieszko to jakiś tam słowiański wódz”. Nie. On był graczem. Takim, co jak trzeba, to wstaje od stołu i przewraca go, jeśli zasady mu nie pasują.

Po Cedyni przyszła kolejna rzecz, której ludzie nie rozumieją: dyplomacja.

Bo czasem wygrywasz bitwę i przegrywasz narrację. A mój ojciec nie chciał przegrywać narracji. Więc wchodzi w to zjazd, sądy, spotkania z cesarstwem – takie „rozmowy na wysokim szczeblu”, gdzie wszyscy mówią spokojnie, ale w środku liczą, kto kogo może udusić traktatem.

I ja wtedy zrozumiałem: siła ojca polegała na tym, że on miał dwa tryby i oba działały.

1. Tryb wojny – szybki, bezpośredni.

2. Tryb polityki – cierpliwy, obliczony.

A ludzie, którzy mają dwa tryby, są niebezpieczni. Bo nie wiesz, w którym momencie przełączą.

No i teraz dochodzimy do wątku, który zawsze wywołuje emocje, bo jest rodzinny, a polityka rodzinna to najbrudniejsza polityka.

Bo mój ojciec miał nie tylko mnie.

Miał też układ. Plan. I jak każdy plan – musiał uwzględnić, że ludzie mają ambicje, a ambicje lubią podpalać dom od środka.

Tata pod koniec życia zrobił ruch, który w teorii miał zabezpieczyć przyszłość, a w praktyce… no cóż, powiedzmy, że jak w firmie robisz zbyt skomplikowany podział udziałów, to potem rodzeństwo spotyka się nie na święta, tylko w sądzie. Tylko że u nas sąd miał miecze.

Mówimy o dokumencie, który dziś jest znany jako „Dagome iudex”. Brzmi jak nazwa jakiegoś rzymskiego prawnika, co sprzedaje ci abonament na prawo. A w skrócie: tata próbuje opisać, czym jest jego państwo, komu podlega, jak je zabezpieczyć. Tak, mój ojciec – wojownik z lasu – nagle wchodzi w papierologię.

Dlaczego? Bo zrozumiał, że jeśli chcesz, żeby coś przetrwało, to musisz to wpisać w system większy od siebie.

I to była jego największa lekcja.

Tylko że w tym systemie większym od siebie są też ludzie, którzy mają własne cele.

Dobrawa już nie żyła. W domu pojawiły się nowe układy, nowe wpływy. Oda – druga żona – miała swoje interesy. Jej dzieci miały swoje interesy. I nagle ja, Bolek, byłem nie tylko synem ojca, ale też elementem w równaniu, które inni próbowali przeliczyć na swoją korzyść.

Nie będę udawał świętego. Ja też miałem ambicję. Ja też patrzyłem na tron jak na coś, co mi się należy, bo byłem wychowany w przekonaniu, że ciągłość władzy to nie „może”, tylko „musi”.

Ale ja też wiedziałem, że jeśli pozwolę, żeby to się rozpadło, to cały wysiłek ojca pójdzie w piach.

Wiecie, co jest najgorsze? Że władza nie znosi próżni. Jak ty nie zajmiesz miejsca, zajmie je ktoś inny. A ja nie zamierzałem oddać miejsca komuś, kto nie rozumie, jak działa ten organizm.

Kiedy ojciec umierał, w powietrzu wisiała cisza, która nie była żałobą. To była cisza kalkulacji.

Ja patrzyłem na jego twarz i myślałem: „Stary, zbudowałeś to. Teraz ja muszę sprawić, żeby to nie zniknęło”.

I wtedy zrozumiałem, że mój ojciec nie zostawił mi „krainy”. Zostawił mi maszynę. I ja mam ją przejąć.

Tylko że maszyna miała kilka kluczy. A nie każdy klucz był w moich rękach.

Koniec

Komentarze

Cześć d.pankovski !!!

 

Powiem ci, że ciekawie się czytało. Ja lubię teksty z których mogę coś wartościowego wynieść. Sam nie znam się na polityce i historii :) Natomiast tekst nie ma w sobie fantastyki. Nie pasuje tu. Zobaczymy co inni napiszą.

 

Pozdrawiam serdecznie i Wszystkiego Najlepszego na Nowy Rok.

Jestem niepełnosprawny...

Witam dawidiq150

Dziękuję za te kilka słów. Jeśli chodzi o samą treść, to czy zawiera ona elementy fantastyki, czy nie, w dużej mierze zależy od punktu widzenia. Chętnie zobaczyłbym także opinię kogoś innego z długim stażem, o czym wspominasz.

W warstwie stylistycznej „Synowie Korony” czerpią z estetyki mythpunku, wykorzystując język, ironię oraz współczesne metafory do dekonstrukcji dawnych mitów władzy. Tradycyjne narracje historyczne zostają tu świadomie „złamane” przez nowoczesną, subiektywną perspektywę narratora.

 

Życzę Szczęśliwego Nowego Roku.:)

Nowa Fantastyka