- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Morgan Rentals

Morgan Rentals

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Morgan Rentals

Orbitalna stacja wypożyczalni „Morgan Rentals” wisiała na niskiej orbicie Crotilusa, otoczona ciszą próżni i błękitno-białą tarczą planety w oddali. Przy punkcie dokującym numer 2, za grubą szybą z poliwęglanu, czekał właśnie zwrócony pojazd – mały, dwuosobowy skoczek marki „Swifter”, z lekko zadrapaną osłoną termiczną i smugami sadzy na dyszach manewrowych.

Atlas – chłopak, który dopiero kilka lat temu osiągnął dorosłość i który od jakiegoś czasu samodzielnie, z mniejszym lub większym powodzeniem, prowadził odziedziczoną po dziadku wypożyczalnię – westchnął pod nosem i sprawdził na tablecie holograficznym:

„Zwrot nr 44821 – klient twierdzi, że wszystko w porządku”.

Wiedział już, że to oznacza przynajmniej godzinę inspekcji zewnętrznej.

Włożył codzienny kombinezon roboczy, zrobiony z solidnego inteligentnego materiału – mógł on przybrać dowolny kształt i wygląd; wybierało się go z panelu umieszczonego na rękawie, można było za jego pomocą zakupić również nowe wzory i modele dostępne w aktualnym katalogu. Tego dnia Atlas zdecydował się na klasyczny zestaw: zwykłe jeansy i szarą bluzę z kapturem. Kombinezon nie tylko idealnie dostosowywał rozmiar i imitował wybrany materiał, ale też samoregulował temperaturę i dzięki specjalnemu wzmocnieniu był odporny na mikrometeoryty. Był też przez to trochę cięższy, ale w przestrzeni kosmicznej nie miało to znaczenia. Na to zarzucił lekki pas z narzędziami. Na końcu założył kask: półprzezroczystą sferę z wąską butlą filtrującą przyczepioną z tyłu, przypominającą stary plecak. W butli znajdowały się, jak sam je nazywał, „gloniaki” – zielona maź, która cały czas przetwarzała wydychany przez niego dwutlenek węgla w tlen. Po chwili uszczelnienie zaskoczyło z cichym sykiem, a na wewnętrznej stronie wizjera pojawiły się dane telemetryczne.

Przeszedł do śluzy osobowej. Drzwi zewnętrzne otworzyły się bezdźwięcznie. Atlas wyszedł na zewnątrz stacji. Dzięki swojemu kombinezonowi mógł swobodnie chodzić wokół statku. Stopy w sterowanych impulsami mózgowymi butach z modułem tworzenia punktowego pola oporu grawitacyjnego stukały lekko o kadłub hangaru, gdy szedł po korytarzu.

Swifter unosił się kilka metrów dalej, przycumowany do ramienia dokującego. Co jakiś czas podrygiwał nieznacznie, pchany wyrzucanym z Crotilusa strumieniem zimnego powietrza. W świetle reflektorów stacji wyglądał jak srebrna ryba złapana w sieć. Planeta za nim obracała się powoli, rzucając błękitne refleksy na jego kadłub.

Nie przepadał za tym modelem – owszem, był tani w zakupie i eksploatacji, ale miał jedną irytującą wadę: jego sztuczna inteligencja nie była zbyt zaawansowana. Na krótkie przeskoki między najbliższymi orbitalnymi stacjami czy na sąsiednią planetę radził sobie sam, ale jeśli ktoś chciał lecieć dalej, system wymagał obowiązkowo dwóch osób na pokładzie. „Dla bezpieczeństwa” – jak twierdził producent, nieudolnie maskując, że prawdziwym powodem jest niedopracowany model AI, który nie radził sobie z obsługą większej ilości operacji i zżerał nieproporcjonalnie dużo energii. W praktyce oznaczało to, że często odmawiał samotnym podróżnikom wynajmu tego modelu i musiał proponować inne, co – z uwagi na wyższą cenę i wyższą wymaganą kwotę depozytu – zazwyczaj powodowało mniejsze lub większe awantury. Czy to taki problem doczytać przy rezerwacji, że ten model jest niedostępny dla osób wynajmujących indywidualnie?

Zatrzymał się przy dziobie. Przesunął dłonią po powierzchni – palce w cienkich rękawicach wyczuły mikropęknięcia w powłoce ablacyjnej.

– Ktoś tu lądował bez pełnego wyhamowania, co? – mruknął do siebie, choć wiedział, że klient i tak tego nie usłyszy.

Przeszedł wzdłuż boku, sprawdzając anteny, sensory i dysze. Na ogonie zauważył coś nowego: drobny ślad po uderzeniu – prawdopodobnie kawałek kosmicznego śmiecia. Nie krytyczne, ale będzie trzeba wymienić płytkę.

Spojrzał przez chwilę w dół – w stronę Crotilusa. Chmury nad lądem tworzyły idealne spirale, a stacja właśnie wchodziła nad Lodowy Ocean Północny. Na moment zapomniał o pracy. Lubił ten widok. Często zastanawiał się, po co mieszkańcy galaktyki przybywają na ten kawał wyrzuconej w przestrzeń bryły lodu, ale takie chwile pozwalały mu zrozumieć. Oczywiście był jeszcze Hydroargofoswocośtam, potocznie zwany Harfą, który podobno działał odmładzająco. Tak przynajmniej twierdziły reklamy wyświetlane w najróżniejszy sposób we wszystkich mediach.

Potem wrócił do rzeczywistości. Aktywował drona inspekcyjnego z pasa – mała kula z kamerami oderwała się i zaczęła oblatywać pojazd dookoła, przesyłając obrazy na wizjer i porównując go z obrazami zrobionymi przed rozpoczęciem wynajmu.

– Dobra – pomyślał, klepiąc kadłub. – Zobaczmy, co jeszcze Ci zrobili. Przy odrobinie szczęścia wlecisz kiedyś w deszcz meteorytów i jeszcze na siebie zarobisz.

Atlas wrócił do śluzy osobowej po blisko godzinie oględzin. Dron zakończył już skanowanie, a raport na wizjerze nie pozostawiał wątpliwości: Swifter poleciał znacznie dalej niż na sąsiednią planetę. Ślady promieniowania jonizującego na osłonach, mikrouszkodzenia od pyłu międzygwiezdnego i niemal wyczerpane rezerwy paliwa do skoku nadprzestrzennego – wszystko wskazywało na podróż do innego układu. Dodatkowo w luku bagażowym brakowało jednej kapsuły medyczno-noclegowej. Pan Jon Hoffman będzie musiał dopłacić solidną kwotę nie tylko za nadprzestrzenny skok, ale też za zgubioną kapsułę. Atlas pokręcił głową pod kaskiem. Pewnie zapomnieli ją wciągnąć z powrotem na pokład i została na planecie wraz z drugim pilotem. Klienci często korzystali z tych kapsuł na powierzchni Crotilusa, żeby zaoszczędzić na hotelach – rozkładało się je gdzieś w ustronnym miejscu, podłączało do lokalnego źródła energii i miało się wygodny nocleg z pełną recyrkulacją powietrza i podstawową opieką medyczną.

W tym miesiącu wszystkie rachunki zostaną opłacone – pomyślał z lekką satysfakcją, choć wiedział, że rozmowa o dopłacie nie będzie przyjemna.

Zdehermetyzował kask, zdjął go i zawiesił na haczyku przy śluzie. Przetarł dłonią spocone czoło i ruszył korytarzem do swojego biura – niewielkiej przestrzeni wydzielonej w części dla personelu.

Drzwi rozsunęły się cicho. W środku, na starej, wygodnej kanapie ustawionej pod ścianą, spał klient. Nie powinno go tu być. Jon Hoffman – mężczyzna w średnim wieku, z kilkudniowym zarostem przetykanym siwizną, w wygniecionym kombinezonie turystycznym – leżał zwinięty pod cienkim kocem termicznym. Twarz miał zmęczoną, pooraną głębokimi liniami, jakby ostatnie dni wyssały z niego resztki sił. Oddychał powoli, niemal bezgłośnie. Był sam.

– Pewnie zostawił drugiego pilota na Crotilusie – pomyślał Atlas.

Niektórzy tak robili: jeden wracał skoczkiem, drugi zostawał na „kuracji” przy Harfie.

Podszedł cicho do biurka z wbudowanymi ekranami sterującymi stacją. Biuro było małe: poza biurkiem i kanapą znajdowały się tylko drzwi do jego mikroskopijnej części mieszkalnej oraz przeszklone przejście do sali obsługi klienta, gdzie stały trzy staromodne, wygodne fotele z prawdziwej skóry – pozostałość po dziadku, który twierdził, że „ludzie wolą rozmawiać, siedząc w czymś, co nie wygląda jak krzesło w biurze przesłuchań straży galaktycznej”.

Właśnie chciał delikatnie obudzić Hoffmana, gdy z głośników dobiegł cichy sygnał: drzwi wejściowe do punktu obsługi właśnie się otworzyły.

Spojrzał na harmonogram – zero zaplanowanych wydań ani zwrotów na dzisiaj. Dziwne.

Wziął głęboki oddech, aktywował gestem małą, srebrną kulę robota tłumaczącego – urządzenie uniosło się bezszelestnie, mrugając delikatnie niebieskim światłem gotowości – przywołał na twarz swój służbowy uśmiech i ruszył w stronę sali obsługi, zostawiając śpiącego Hoffmana za zamkniętymi drzwiami biura.

Przeszedł przez drzwi i stanął przed ladą.

– Dzień dobry – powiedział uprzejmie, choć w głowie już zastanawiał się, które statki są dostępne i równocześnie kalkulował, ile czasu zajmie mu wyjaśnienie sytuacji z dopłatą, gdy tylko nieoczekiwany gość w jego biurze postanowi się obudzić.

Do pomieszczenia weszło czterech mężczyzn.

Byli to Aracordianie – rasa, którą widywał głównie na holoreklamach i w portowych spelunach. Wysocy, szerocy w barach, o skórze w odcieniu głębokiej, matowej zieleni, z wystającymi górnymi kłami i ciężkimi, pooranymi bliznami twarzami. Ich oczy, małe i żółtawe, błyszczały spod grubych łuków brwiowych. Uszy mieli spiczaste, włosy czarne i szorstkie, związane w krótkie, praktyczne warkocze.

Ubrani byli identycznie: ciemne, niemal czarne mundury o prostym, wojskowym kroju, z wysokimi kołnierzami i wzmocnionymi ramionami. Na piersiach mieli naszyte emblematy – okrągłe tarcze z symbolem, którego nie rozpoznawał: stylizowana, czarna pięść z rozcapierzonymi palcami, opleciona łańcuchem.

Jeden z nich, najwyższy, wystąpił o krok do przodu. Otworzył usta i wydał z siebie serię niskich, gardłowych warknięć, przypominających bardziej zwierzęce warczenie niż mowę.

Latająca kulka tłumacza uniosła się wyżej, zamigotała zielonym światłem i przetłumaczyła czystym, neutralnym głosem:

– Gdzie pilot, który przyleciał tym Swifterem?

Poczuł, jak kark mu sztywnieje. Spojrzał instynktownie w stronę ściany oddzielającej salę obsługi od jego biura. Z tej strony była mlecznobiała, całkowicie nieprześwitująca – zwykły panel z kompozytu, bez żadnych szyb czy wizjerów. Hoffman spał po drugiej stronie, mniej niż pięć metrów dalej, kompletnie nieświadomy sytuacji.

Chłopak wrócił wzrokiem do Aracordian. Patrzyli na niego w milczeniu, czekając.

– Chwileczkę – powiedział. – Sprawdzę w systemie.

Jednocześnie dyskretnie ustawił sobie w panelu szybkiego wybierania aktywację systemów bezpieczeństwa.

– Proszę usiąść – dodał, wskazując na staromodne fotele dla klientów.

– Siadać, muszę coś sprawdzić – wywarczał tłumacz w nieznanym Atlasowi języku.

Najwyższy z Aracordian zmrużył żółte oczy i pochylił się lekko nad ladą. Jego kły błysnęły w sztucznym świetle sali obsługi. Wydał z siebie serię krótkich, ostrych warknięć – brzmiących jak metalowy skrobot na kamieniu.

Kula tłumacza zamigotała czerwonym światłem i przetłumaczyła bezbarwnym głosem:

– Nic nie będziesz sprawdzał. Nie testuj mojej cierpliwości. Mów natychmiast, gdzie on jest.

Pozostali niemal jednocześnie zrobili krok do przodu. Ich ciężkie buty zadudniły o podłogę. W powietrzu zapachniało ozonem i czymś ostrym, jakby spaloną skórą.

Atlas powoli, bardzo ostrożnie, cofnął się o krok w stronę drzwi prowadzących do jego biura. Dłoń miał już na krawędzi lady, gotową do szybkiego ruchu w tył.

– Nie chcę mieć z wami żadnych problemów. Jak chcecie… to możecie go sobie zabrać – powiedział.

Tłumacz zamigotał i zawarczał w języku Aracordian:

– Nie jesteście dla mnie żadnym problemem. Jak chcecie, to chodźcie i sami go sobie weźcie.

Lider Aracordian wyprostował się gwałtownie, a jego żółte oczy zapłonęły gniewem. Wydał z siebie niski, gardłowy ryk, który wypełnił salę obsługi jak grzmot w ciasnej jaskini. Kula tłumacza zamigotała na czerwono, a jej neutralny głos przetłumaczył jego słowa:

– Zajebać gówniarza.

Dwaj stojący dotąd z tyłu przybysze wykonali szybki gest dłońmi. Z ukrytych kieszeni ich mundurów, dotąd niewidocznych dzięki jakiejś technologii maskującej, zmaterializowały się kompaktowe karabiny plazmowe: smukłe, czarne lufy z pulsującymi niebieskimi rdzeniami energetycznymi. Broń wydała cichy, wysokotonowy świst, ładując się do działania.

Atlas nie czekał ani sekundy dłużej. Jego palce, już gotowe na panelu szybkiego wybierania, nacisnęły niewidoczny przycisk aktywacji systemów bezpieczeństwa. Z głośników stacji rozległ się krótki, ostrzegawczy pisk, a potem powietrze w sali obsługi zadrżało. Drzwi wejściowe na stację zostały zatrzaśnięte a między ladą a resztą pomieszczenia zmaterializowało się pole siłowe – przezroczysta, migocząca bariera z błękitnymi iskrami, odgradzająca część dla klientów od biura i reszty stacji. Pole zahuczało cicho, stabilizując się w ułamku sekundy. Aracordianie nie tracili czasu. Dwaj uzbrojeni mężczyźni unieśli karabiny i otworzyli ogień. Strumienie plazmy – gorące, jaskrawe pociski energii – uderzyły w pole siłowe z hukiem, rozpryskując się w fontannach iskier i falując powierzchnią bariery jak woda pod gradem. Zapach ozonu nasilił się, a powietrze wypełniło się ostrym, metalicznym swędem przegrzanej elektroniki. Pole wytrzymało pierwsze salwy, ale zaczęło migotać ostrzegawczo – systemy stacji nie były zaprojektowane na długotrwały ostrzał. Chłopak cofnął się gwałtownie, wpadając plecami na drzwi do biura. W uszach dudniło mu echo strzałów. W głowie kołatała się jedna myśl:

-Spierdalać!

Nagle głośniki ożyły, wyjąc syreną, a automatyczne komunikaty rozbrzmiały w kilku językach:

-Ewakuacja! Naruszenie bezpieczeństwa! Wezwano służby orbitalne!

Lider Aracordian ryknął coś jeszcze, co tłumacz, nadal wykonujący swoje obowiązki przełożył jako:

– Rozjebcie to! Szybciej!

Jego towarzysze zwiększyli tempo ognia, a trzeci z nich zaczął manipulować przy jakimś urządzeniu na nadgarstku. Pole siłowe jęknęło pod naporem, a z głośników popłynął głos:

 – Integralność pola: 78%. Czas do destabilizacji: 5 minut.

Chwycił hełm wiszący na haczyku przy śluzie – ten sam, który zdjął zaledwie kilkanaście minut wcześniej – i rzucił się biegiem w przeciwnym kierunku: korytarzem w stronę hangaru dokującego. Stopy w kombinezonie stukały o metalową podłogę, a za nim, po drugiej stronie pola siłowego, Aracordianie nie ustępowali.

Dowódca napastników warknął głośno, a tłumacz który posłusznie podążał za swoim właścicielem zamigotał i zakomunikował:

– Dziękujemy za skorzystanie z usług robota tłumaczącego marki Azar. Osiągnąłeś dzienny limit darmowych tłumaczeń. Jeśli chcesz zwiększyć swój pakiet podaj sześciocyfrowy kod do twojego profilu. W tej chwili mamy dla ciebie przygotowaną specjalną ofertę rabatową. Zachęcamy do zakupu!

Dwaj uzbrojeni zwiększyli tempo ognia, a trzeci manipulował przy urządzeniu na nadgarstku. Pole siłowe jęknęło pod naporem, migocząc coraz bardziej chaotycznie. Z głośników popłynął komunikat:

-Integralność pola: 70%. Czas do destabilizacji: 4 minuty i 30 sekund.

Atlas biegł, ile sił w nogach. W locie nacisnął uszczelkę hełmu – sfera zaskoczyła z sykiem, a wizjer ożył danymi telemetrycznymi. „Gloniaki” w butli zaczęły pracować, zielona maź pulsowała delikatnie za jego plecami. Oddychał szybko, płytko, tlen już płynął.

Korytarz hangaru był tuż przed nim. Drzwi śluzy osobowej rozsuwały się automatycznie na jego zbliżenie. Za sobą słyszał coraz głośniejszy huk plazmy uderzającej w barierę.

Wpadł do śluzy, walnął dłonią w panel zewnętrzny. Drzwi do łącznika prowadzącego na statek zaczęły się powoli otwierać. Przez chwilę stał, oparty o ścianę, łapiąc oddech. Na wizjerze migało ostrzeżenie: „Pole siłowe w sektorze obsługi klientów – destabilizacja za 180 sekund”.

Swifter unosił się kilka metrów dalej, wciąż przycumowany, wciąż czekający. Srebrny kadłub odbijał światła stacji i błękit planety.

Atlas szybko przebiegł przestrzeń dzielącą go od otwartego luku, w stronę jedynej szansy na ucieczkę.

Wpadł przez niego jak pocisk, odbijając się od krawędzi rękami, by wyhamować w zerowej grawitacji. Kombinezon automatycznie przyczepił się magnetycznymi podeszwami do podłogi kabiny, a on już pędził w stronę fotela pilota. Luk za nim powoli zamknął się z głośnym sykiem – zdalnie aktywowany z panelu przy rękawie. Nie było czasu na pełne procedury. Palce latały po holograficznych konsolach.

– Uruchomienie awaryjne! – krzyknął do systemu statku.

Swifter ożył natychmiast. Silniki manewrowe zawyły cicho, dysze rozgrzały się błękitnym blaskiem. Pompy zaczęły wtłaczać powietrze – wentylatory zahuczały, a w kabinie pojawił się znajomy zapach recyrkulowanej atmosfery. Wszystkie grodzie i luki zaskoczyły z metalicznym łoskotem, odcinając dostęp z zewnątrz. Na głównym ekranie zamigotało zielone „GOTOWY DO ODLOTU”.

Atlas zerknął przez boczną szybę kokpitu. Stacja oddalała się powoli, ale w polu widzenia miał punkt dokujący numer 4 – tam, gdzie cumował mały, czarny transporter Aracordian. Smukły, kanciasty kadłub z tym samym symbolem pięści w łańcuchu na boku. Wciąż podłączony rękawem dokującym.

Uśmiechnął się pod nosem – krótko, nerwowo. Zdalny dostęp do systemów stacji miał wciąż aktywny przez kombinezon. Szybki gest na panelu nadgarstka i…Ręka dokująca transportera odpięła się z hukiem. Kable zasilające i przewody paliwowe odskoczyły, a cały statek Aracordian został odepchnięty lekkim impulsem awaryjnego systemu. Nie poleci nigdzie bez ponownego zadokowania i ręcznego podłączenia – to da mu przynajmniej kilka minut przewagi.

Swifter oderwał się od ramienia dokującego numer 2. Silniki manewrowe wypaliły krótkimi seriami, oddalając statek od stacji. Atlas skierował dziób w stronę Crotilusa – błękitno-białej tarczy planety, która wypełniała teraz całe przednie okno. Najbliższa osłona, najłatwiejsza kryjówka w atmosferze lub wśród chmur Lodowego Oceanu Północnego.

Stacja „Morgan Rentals” malała szybko za nim, stając się tylko błyszczącym punktem na orbicie.

I kiedy już myślał, że uda mu się jakoś wyjść z tego cało usłyszał za sobą spokojny, lekko ochrypły głos w którym dało się wyczuć lekką nutę rozbawienia.

– Chyba nie chciałeś mnie tam zostawić, co?

 

Atlas odwrócił głowę.

– Jak kurwa? – zapytał.

– Szybko, chłopcze, szybko – odpowiedział Jon Hoffman, stojący w tylnej części pokładu. – Oczywiście nie tak dynamicznie jak ty, ale mimo wszystko wystarczająco szybko – dodał z lekkim uśmiechem.

Jon spokojnie przeszedł przez ciasną kabinę Swiftera, mijając konsolę ładunkową i skrzynkę z narzędziami. Jego kroki były miarowe, niemal leniwe – jakby nie uciekali właśnie przed uzbrojonymi najemnikami, a spacerowali po parku. Usiadł w fotelu drugiego pilota, pasy automatycznie zapięły się na nim z cichym kliknięciem. Z wewnętrznej kieszeni wygniecionego kombinezonu turystycznego wyciągnął małą, metalową piersiówkę. Odkręcił nakrętkę, bez pośpiechu pociągnął solidny łyk. Zapach ostrego alkoholu rozszedł się po kabinie, mieszając się z recyrkulowanym powietrzem i lekkim zapachem ozonu z osłon. Wytarł usta grzbietem dłoni i podał piersiówkę Atlasowi.

– Napij się młody – powiedział – Na uspokojenie nerwów. Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć.

Atlas zignorował wyciągniętą do niego butelkę.

– Chcieli mnie przez ciebie zabić! Przyszli po ciebie! O co tu, kurwa, chodzi?!

Słowa wypadały z niego szybko, jakby bał się, że jeśli zwolni, to wszystko się zawali. Statek drgnął lekko, wchodząc w gęstszą warstwę chmur – na zewnątrz widać było już tylko wirującą biel i ciemne cienie lodowych bloków unoszące się w powietrzu.

Hoffman przez chwilę patrzył na niego w milczeniu, czekając czy coś jeszcze powie. Ten otworzył kilkukrotnie usta, ale w końcu schował twarz w dłoniach nie zdolny do zadania kolejnego pytania.  Jon nie spuszczając z niego wzroku, znów wyciągnął piersiówkę, odkręcił nakrętkę i pociągnął kolejny solidny łyk – tym razem dłuższy, jakby potrzebował go bardziej niż wcześniej. Zakręcił naczynie, schował je do kieszeni i powiedział:

-Opanuj się trochę, chłopcze. Nie przywykłem, żeby przeklinał na mnie ktoś w twoim wieku.

Atlas otworzył usta, żeby coś wyrzucić, ale Hoffman uniósł dłoń krótkim ale stanowczym gestem.

– W tej chwili skupmy się nie na tym, dlaczego do tego doszło, tylko na tym jak się z tego wykaraskać. Mam wrażenie, że oni tak łatwo nie odpuszczą – dodał.

– Pierdol się – odparował Atlas.

Hoffman nie podniósł głosu. Nie zmienił nawet pozycji w fotelu.

– To ostatni raz kiedy cię ostrzegam – powiedział najnormalniej w świecie, jakby komentował pogodę za oknem. – Ze swojego dość bogatego doświadczenia życiowego wiem, że nie warto testować mojej cierpliwości. Naprawdę nie warto.

Było coś w jego spokojnym spojrzeniu i w jego postawie, która nagle zmieniła się mimo braku wykonania jakiekolwiek ruchu.

Atlas poczuł, jak gniew nagle opada, zastąpiony chłodnym dreszczem na karku. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok na przednią szybę, gdzie lodowe bloki sunęły leniwie w mlecznej mgle.

– Dobrze – powiedział Jon – Skoro to już mamy ustalone to możemy skupić się na naszym priorytecie. Chyba zgodzisz się, że mamy w tej chwili wspólny cel: przeżyć.

W tym momencie Swifter zadrżał gwałtownie, jakby coś mocno pchnęło go z tyłu. Kadłub zawibrował niskim, nieprzyjemnym pomrukiem, a na tylnym ekranie rozbłysło jaskrawe, pomarańczowo-białe światło.

Atlas niespiesznie, w odrętwieniu spojrzał w tamtą stronę.

W tej samej sekundzie holograficzny rękaw jego kombinezonu zamigotał czerwono. Wyświetlił się komunikat: „Brak komunikacji z serwerem głównym. Stacja 'Morgan Rentals' – status: offline.”

Chwilę później na rękawie rozbłysła kolorowa reklama – wesoły, trójwymiarowy hologram uśmiechniętej rodziny na tle gwiazd:

-Ubezpieczenia majątkowe Polinstar – dla ciebie i twoich bliskich! Skontaktuj się z naszym holoagentem już teraz i wybierz najlepszy pakiet dla siebie. Nie pozwól, by w jednej chwili cały wszechświat zwalił ci się na głowę! – oznajmił miły, kobiecy głos.

W tym samym momencie przed przednią szybą, w niewielkiej odległości od ich statku, przemknął powoli duży fragment metalu – poszarpana, osmolona płyta z częściowo wytopionym napisem „organ Renta”. Obracał się leniwie w chmurze, jakby machał na pożegnanie.

– Kurwa – powiedział Atlas.

– Wybaczam – odpowiedział Hoffman.

Przez długą chwilę w kabinie panowała cisza – ciężka, gęsta jak mgła wokół nich. Atlas wpatrywał się w przednią szybę, gdzie wirująca biel przerywana była tylko ciemnymi, nieregularnymi cieniami.

Hoffman przejął sterowanie i pewnie prowadził statek pilnując aby cały czas pozostawał on niewidoczny. Sprawnie omijał wyłaniające się co jakiś czas góry lodowe.

– Cudowny latający lód Crotilusa – pomyślał Atlas.

Był to jeden z głównych produktów eksportowych planety – chyba najbardziej niezwykły. Ogromne bloki, czasem wielkości sporego promu międzygwiezdnego, dryfowały w górnych warstwach atmosfery dzięki swojej wyjątkowej lekkości. Nie miały stanu ciekłego: przechodziły prosto z gazowego w stały i odwrotnie. Utleniały się dopiero w znacznie wyższych temperaturach niż zwykły wodny lód, a kiedy to następowało, wydzielały czysty, świeży zapach – coś pomiędzy morską bryzą a iglastym lasem po deszczu. Właśnie ta właściwość sprawiła, że stały się pożądanym surowcem w luksusowych systemach chłodniczych najdroższych hoteli i rezydencji w galaktyce. Niewielka kostka takiego lodu kosztowała więcej niż miesięczny zarobek na orbitalnej stacji. Niestety poziomy ich wydobycia i związane z tym licencje były restrykcyjnie limitowane przez Crotilusański Urząd Dziedzictwa Naturalnego i Eksportu w skrócie CUDNiE.

– Źle lecimy – powiedział Atlas wyrywając się z błahych myśli i przerywając ciszę panującą w kabinie – najbliższe miasto jest w drugą stronę. Jest tam jednostka straży galaktycznej.

Hoffman nie odwrócił wzroku od ekranów. Palce delikatnie skorygowały kurs, omijając kolejnego lodowego kolosa, który wyłonił się z mgły jak widmowy statek.

– Przyjrzałeś się ich statkowi? – zapytał spokojnie, zmieniając temat tak gwałtownie, że Atlas wyprostował się zaskoczony.

Zmarszczył brwi, próbując nadążyć za tą nagłą zmianą.

– No… tak – odparł po chwili. – Klasyczny Morgius 3800 w wersji ze zwiększoną przestrzenią załadunkową i prawdopodobnie ze wzmocnionym systemem osłon.

– Dokładnie – potwierdził Jon, kiwając głową.

Swifter płynnie przesunął się w cień kolejnej lodowej góry, znikając całkowicie z potencjalnego pola widzenia.

– A ile takich pojazdów miałeś dostępnych do wynajmu?

Atlas spojrzał na niego nieufnie.

– Zero – odpowiedział krótko.

– I dlaczego? – dopytał Hoffman, wciąż nie odrywając wzroku od konsoli.

– Bo… Morgiusy 3800 są sprzedawane tylko w zestawie z okrętem międzygwiezdnym Paradus – wyjaśnił Atlas, czując, jak w głowie zaczyna mu świtać coś nieprzyjemnego. – I tylko na nim mogą być ładowane ich baterie. To specjalny system zasilania, kompatybilny wyłącznie z reaktorem Paradusa. Bez macierzystego okrętu są praktycznie bezużyteczne na dłuższe dystanse.

Hoffman pozwolił, by cisza trwała jeszcze kilka sekund – tylko cichy szum silników manewrowych i odległe skrzypienie lodowych bloków ocierających się o atmosferę.

– Już wiesz, o co mi chodzi? – zapytał w końcu, zerkając na niego kątem oka.

Atlas wiedział.

– Oni… mają gdzieś w pobliżu okręt macierzysty– wyszeptał. – Duży, uzbrojony, z hangarem na kilka Morgiusów i prawdopodobnie z całym oddziałem najemników na pokładzie.

– A jeżeli nie obstawiają właśnie teraz wszystkich punktów straży galaktycznej i co większych lądowisk, to ja oficjalnie jestem latającym borutosem wolnokopulującym – powiedział Hoffman.

– Czym? – zapytał Atlas, którego barwność tego porównania wybiła na chwilę z ponurych myśli.

– Takim włochatym gryzoniem z Kardopelisy – odpowiedział Jon. – Słynął z tego, że…

– Chyba domyślam się, z czego – wtrącił Atlas.

– …że jako jedyny z gryzoni przez całe swoje życie lata – dokończył swoją myśl starszy mężczyzna, a na jego twarzy pojawił się dziwny uśmiech, który nie pasował ani do niego, ani do całej sytuacji.

W tej właśnie chwili przed przednią szybą przemknął olbrzymi orzeł czteroskrzydły – majestatyczna, pierzasta bestia, której cztery potężne skrzydła biły powietrze z leniwą gracją. Wielkością niewiele ustępował Swifterowi; kadłub statku zadrżał lekko od podmuchu wywołanego przez jego przelot. Stworzenie rzuciło na kabinę długi cień, po czym zniknęło w mlecznej mgle, kierując się ku wyższym warstwom chmur. Atlas odprowadził go wzrokiem.

– W takim razie musimy lecieć na Złoty Księżyc Północny – powiedział cicho, ponownie przerywając ciszę. – Powinniśmy tam dotrzeć za około trzy godziny.

Hoffman uniósł brew, nie odrywając rąk od sterów.– Dlaczego tam?

– Mam tam przyjaciół – odparł Atlas, wzruszając ramionami. – Na pewno mi pomogą. Ukryją, dadzą czas na przemyślenie co dalej.

Hoffman milczał przez chwilę, omijając kolejny lodowy blok. Potem, nieoczekiwanie zmieniając temat po raz kolejny, zapytał:

– Masz Starconecta?

Atlas spojrzał na niego zaskoczony.

– A co? Chcesz dodać mnie do znajomych?

– Masz czy nie? – powtórzył Jon.

Nagle skaner zapikał cicho – odległy, ale wyraźny sygnał. Na bocznym ekranie pojawił się mały, ruchomy punkt, zbliżający się z górnych warstw atmosfery.

Hoffman nie powiedział ani słowa. Palce błyskawicznie zatańczyły po konsoli – seria krótkich impulsów silników manewrowych. Swifter skręcił ostro, wchodząc w cień jednej z największych lodowych gór w okolicy – płaskiej, szerokiej bryły wielkości dużego promu, dryfującej leniwie wśród chmur. Statek osiadł na jej powierzchni z delikatnym stuknięciem magnetycznych podwozi. Hoffman natychmiast wyłączył główne systemy: silniki, osłony, aktywny skaner, oświetlenie kabiny a nawet systemy grzewcze i pompy wtłaczające powietrze. W środku zapadła mrok, nieprzerywany nawet bladym światłem diod awaryjnych.

Starszy mężczyzna wykonał krótki, ale jednoznaczny gest: cisza absolutna.

Atlas zamarł w fotelu, wstrzymując oddech. Przez przednią szybę widzieli tylko wirującą mgłę i poszarpaną, krystaliczną powierzchnię lodu pod nimi.

Chwilę później w chmurach zaczęło majaczyć coś dużego – ciemny, kanciasty cień przesuwający się powoli obok ich kryjówki. Kształt stopniowo się wyostrzał: smukły kadłub, wzmocnione osłony, charakterystyczne dysze manewrowe. Morgius 3800 – bez wątpienia.

Statek przeleciał blisko, na tyle blisko, że słychać było cichy szum jego sensorów przeszukujących okolicę. Atlas poczuł, jak serce mu wali – wydawało mu się, że za chwilę zobaczą błysk aktywnego skanowania, że promień trafi prosto w ich kadłub.

I wtedy, jakby na zamówienie, z mgły wyłoniły się dwa olbrzymie orły czteroskrzydłe. Ich cztery potężne skrzydła biły powietrze z gracją drapieżników – stworzenia były ogromne, niemal tak duże jak Morgius. Przeleciały dokładnie między lodową górą a szukającym statkiem, zmuszając pilota najemników do minimalnej korekty kursu – lekkiego uniku, by nie wejść w kolizję z miejscową fauną.

Morgius skręcił delikatnie, oddalając się o kilkadziesiąt metrów – wystarczająco, by jego sensory ominęły ukryty Swifter. Orły poleciały dalej, znikając w chmurach tak szybko, jak się pojawiły.

Cień poszukiwaczy oddalił się powoli, aż w końcu zniknął całkowicie w mlecznej bieli.

Hoffman odczekał jeszcze długie minuty – może dziesięć, może piętnaście – nie ruszając się, nie włączając niczego. W środku zaczęło robić się duszno i zimno. Dopiero gdy skaner pasywny potwierdził całkowity brak sygnałów, uruchomił ciche silniki manewrowe i pompy powietrza. Żadnych osłon, żadnego aktywnego skanowania, żadnego ogrzewania, minimalna moc – tylko delikatne impulsy, które ledwo poruszały statkiem.

Swifter oderwał się od lodowej powierzchni niemal bezgłośnie, wsuwając się z powrotem w gęste chmury. Większość systemów wspomagających pozostała wyłączona – nawigacja na podstawowych czujnikach inercyjnych, oświetlenie kabiny na najniższym poziomie.

– Szczęście początkującego – mruknął w końcu Hoffman, głosem tak cichym, że ledwo było go słychać nad szumem wentylacji. – Albo te ptaszyska naprawdę nas lubią.

Atlas wciąż wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknął Morgius.

– To nie było szczęście – powiedział cicho. – One zawsze tak robią. Przyciąga ich dźwięk silników i chyba lubią ciepło bijące od osłon.

Hoffman zerknął na niego kątem oka.

– Może. A może po prostu mamy dziś farta.

Swifter sunął dalej, ukryty wśród lodowych gór i mgły – wolno, ostrożnie, niemal bez śladu.

– Mam – powiedział po chwili Atlas.

– Co masz? – zapytał Jon ciągle skupiony na manewrowaniu pozbawionym większości systemów statkiem.

– Mam Starconecta – odpowiedział Atlas.

Hoffman kiwnął głową, jakby właśnie potwierdziło się jego przypuszczenie.

– A tak… W takim razie na pewno masz tam dodanych swoich „przyjaciół”. A jeżeli mamy do czynienia z zawodowcami – a zakładając po budżecie, mamy – to już wiedzą o tobie wszystko. Profil, połączenia, ostatnie logowania, wiadomości, zdjęcia. Starają się przewidzieć każdy twój ruch. Złoty Księżyc Północny będzie pierwszym miejscem, które sprawdzą.

Atlas poróżowiał na twarzy i powiedział

– A dlaczego mieliby mnie kur…

Jedno spojrzenie Hoffmana – spokojne, ale ciężkie jak lód wokół nich – wystarczyło. Atlas dokończył już dużo ciszej, prawie szeptem:

– …dlaczego mieliby mnie sprawdzać? Przecież to ciebie szukają…

Hoffman nie odwrócił wzroku od ekranów, tylko delikatnie skorygował kurs, wchodząc w gęstsze skupisko chmur.

– Z kilku powodów – odparł spokojnie. – Po pierwsze, nie mają pojęcia, dokąd ja się udam. Więc jesteś ich jedynym punktem zaczepienia.

– A gdzie właściwie chcesz się udać? – zapytał Atlas.

– Chcemy – poprawił go Hoffman.

– Chcemy? – Chłopak wydawał się szczerze zaskoczony.

– Chcąc nie chcąc, nie mamy wyboru. W dłuższej podróży nie mogę pilotować tego złomu samodzielnie, a ty i tak nie masz w tej chwili nic lepszego do roboty. Prawda?

Atlas zamyślił się, rozważając swoje położenie. Nagle o czymś sobie przypomniał.

– Nie wracasz po niego?

Teraz to Hoffman wyglądał na szczerze zaskoczonego.

– Po kogo? – zapytał.

– Po tego gościa, z którym wynajmowałeś statek. Nie pamiętam, jak się nazywał.

– A, o niej mówisz – na twarzy Jona pojawiło się zrozumienie. – to była kobieta.

– Możliwe – powiedział Atlas – ciężko spamiętać wszystkich najemców.

– Nie, nie wracam po nią. Nasze drogi już się rozeszły. – powiedział Hoffman.

Nastała chwila ciszy.

– A co po drugie? – zapytał Atlas.

W tej chwili w polu widzenia pojawiło się mnóstwo mniejszych brył lodu – mniejszych, ale nadal zdolnych uszkodzić statek, zwłaszcza przy wyłączonych osłonach. Jon skupił całą uwagę na panelu sterującym. Na jego czole pojawiły się krople potu.

– Po drugie? – zapytał przez zaciśnięte zęby.

– Mówiłeś „po pierwsze – nie mogą skupić się na tobie”. Skoro jest po pierwsze, to pewnie jest i po drugie – powiedział Atlas również z niepokojem wpatrując się we wskazania sensorów.

– Racja – przyznał Jon, omijając wyjątkowo dużą bryłę. Coś niewielkiego uderzyło w kadłub z cichym łupnięciem. „Panel do wymiany” – pomyślał automatycznie Atlas. 

– Po drugie, jesteś świadkiem. A tacy jak… – Jon skupił się na ominięciu kolejnej bryły lodu, rozległo się kolejne głuche uderzenie – …ja i oni zazwyczaj nie zostawiają za sobą nikogo, kto mógłby ich rozpoznać.

Atlas spojrzał na niego uważnie. Wszystkie emocje zniknęły z jego twarzy, zastąpione wyrazem zimnego i zaskakująco spokojnego zrozumienia.

– Tacy jak ty i oni? – zapytał

Hoffman zacisnął usta. Przez chwilę milczał – tylko silniki manewrowe cicho buczały, gdy omijał kolejne kawałki lodu. W końcu Swifter znów znalazł się w spokojnych objęciach mlecznobiałych chmur.

– Kurwa – powiedział w końcu, prawie bezgłośnie, jakby do siebie.

– Ty chuju – odpowiedział Atlas.

Koniec

Komentarze

Orbitalna stacja wypożyczalni „Morgan Rentals” wisiała na niskiej orbicie Crotilusa, otoczona ciszą próżni i błękitno-białą tarczą planety w oddali.

 

Orbitalna na orbicie do poprawy, może bez pierwszej?

 

solidnego inteligentnego

Rozdzieliłabym przecinkiem. 

 

 

wybierało się go z panelu umieszczonego na ąękawie,

Ja bym wolała na panelu. 

 

można było za jego pomocą zakupić również nowe wzory i modele dostępne w aktualnym katalogu.

Przez rękaw na końcu zdania nie wiadomo, czy za pomocą rękawa, czy panelu.

 

ale też samoregulował temperaturę i dzięki specjalnemu wzmocnieniu był odporny na mikrometeoryty.

Raczej regulował.

 

Poradnik zapisu dialogu znajdziesz tu: https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

 

 

Wrócę.

 

Nowa Fantastyka