Witam. Chciałbym napisać cos obszerniejszego, wrzucam pierwsze fragmenty. Wrzucam jako fantasy, chociaż takowe elementy jeszcze się nie pojawiły. Są w planach. Proszę o szczere opinie, czy jest sens kontynuować. pozdrawiam.
Witam. Chciałbym napisać cos obszerniejszego, wrzucam pierwsze fragmenty. Wrzucam jako fantasy, chociaż takowe elementy jeszcze się nie pojawiły. Są w planach. Proszę o szczere opinie, czy jest sens kontynuować. pozdrawiam.
Obudził się z potwornym bólem łba. Tak właśnie. Łba. Spróbował sięgnąć po dzban z wodą. Zdał sobie przy tym sprawę, że boli go nie tylko głowa. Żebra zapiekły gwałtownie, gdy wyciągnął się w kierunku nocnego stolika, ale dłoń przecięła pustą przestrzeń. Nie było wody, nie było ratunku.
– Trudno. Zginę tu w takim razie – wymamrotał do siebie. – Ostatni raz, na krew przodków, to był ostatni raz. Zginę tu śmiercią bohatera. Na kaca. Ojciec pęknie z dumy. No nic, zaspokajanie ambicji staruszka może zaczekać. – Ostatnie słowa dopowiedział już w myślach, modląc się przy tym gorliwie o ratunek ze strony służby. Ratunek w postaci zaprawionego ziołami wina, rzecz jasna.
– Obudził się już panicz, doskonale. – Drzwi otworzyły się z bolesnym skrzypnięciem. Bolesnym jak jasna cholera. Służąca rozsunęła ciężkie kotary, wpuszczając do sypialni mocne, słoneczne światło. – Ojciec oczekuje panicza w swoim gabinecie. Natychmiast.
Rodgier nie zdążył nawet poprosić służki o coś do picia. Upewniwszy się, że młody pan nie śpi, Matylda wyszła, nie oglądając się za siebie. Zamknęła za sobą drzwi, właściwie to je zatrzasnęła. Z hukiem. Nie mogła odmówić sobie tej przyjemności. Nie po tym, co wczoraj musiała przejść z tym rozpieszczonym gówniarzem. Z lekkim uśmieszkiem zbiegła schodami na parter, a później do kuchni. Prędzej czy później, ten hultaj znowu będzie chciał się nażreć, nachlać i bogowie raczą wiedzieć, co jeszcze.
Rodgier tymczasem próbował sobie przypomnieć wydarzenia poprzedniej nocy. Film urwał mu się jeszcze w oberży. Pamiętał jak obmacywał żonę właściciela. Zresztą, zbytnio się nie wyrywała. Czemu więc jej mąż tak się rozsierdził? Nie wiadomo. Ale że poważył się pogonić ulicami syna swego pana! Będzie trzeba napomknąć o tym ojcu. Na samą myśl o czekającej go rozmowie powrócił ból głowy, i to ze zdwojoną siłą. Przekręcił się na drugi bok. Nie zamierzał się podnosić przed kolacją, a co tam! Ojczulek mógł przecież zaczekać. A bo to będzie pierwszy raz? Zamknął oczy, potrzebował drzemki. Na to, że Matylda zlituje się nad nim i przyniesie dzban czegokolwiek, stracił całą nadzieję.
Ponowne skrzypnięcie drzwi wbiło ostre igły w jego skronie, zanim sen zdążył otulić go swoimi słodkimi ramionami.
– Precz! Chyba że to ty, Matyldo. Wiedziałem, że mnie tak tu nie zostawisz.
– Matylda? Chyba kpisz! – Rozbrzmiał wesoły głos. Podkute buciory stukały o podłogę, z każdym krokiem powodując pulsujący ból. – No! Wstawaj! Tatuś nie może się już doczekać.
– Ludwiczek, pierwsza zamkowa gnida – syknął Rodgier.
– Ludwik, braciszku. Tyle razy cię prosiłem żebyś tak się do mnie zwracał.
– Czego chcesz? Widzisz przecież, że jestem zajęty. – Dłońmi przetarł oczy, wpadające do komnaty słońce ciągle go raziło. Usiadł na brzegu łóżka, spuszczając nogi na podłogę. Ludwik oparł się o parapet i z nieznikającym z twarzy uśmieszkiem wpatrywał się w młodszego brata. Rodgier gramolił się powoli, zapinając koszulę szukał buta.
– Pod łóżkiem. – Podpowiedział mu, bawiąc się jak nigdy wcześniej, Ludwik.
– Możesz już sobie iść. Powiedz ojcu, że zaraz się zjawię.
– O nie, mam cię odprowadzić osobiście. Zresztą, nawet jeśli ojciec by mnie o to nie poprosił i tak bym poszedł. Wczoraj przesadziłeś. – W jego głosie było słychać nie tylko drwinę. Może żal? Nieważne, wkrótce się wszystkiego dowie. – Nic cię to nie obchodzi, co? Jak zawsze.
– A możesz jaśniej? Niewiele pamiętam z wczorajszej nocy. – Zachwiał się, wsuwając na stopę drugi but i klapnął tyłkiem na podłogę.
– Zabiłeś oberżystę.
– Co zrobiłem? – wybąkał, otwierając szeroko oczy.
– Zabiłeś oberżystę – powtórzył. – Pijany próbowałeś zgwałcić mu żonkę. Pogonił cię ulicami, a jak już cię dopadł, wbiłeś mu sztylet pod żebra. Jest wielu świadków.
– To… to niemożliwe, ja…
– Czekaj, to jeszcze nie koniec braciszku. Jak konał w błocie, opuściłeś spodnie i na niego naszczałeś. Później jakby nic się nie wydarzyło wróciłeś do oberży, żądając wina. Tam cię znalazła straż. Znaleźli cię pod stołem. I wiesz co?
-Co?
– Nie tylko trupa obszczałeś zeszłej nocy. Siebie też braciszku. Tylko Matyldy szkoda, bo na rozkaz ojca to ona musiała się tobą zająć. Ubrany? No to chodźmy.
Ludwik narzucił mordercze tempo. Celowo. Nie znosił brata, z wzajemnością. Młody, krnąbrny, przynoszący wstyd rodzinie. Rozpieszczony bachor, który nigdy nie dorósł. Może w końcu nadarzyła się okazja do pozbycia się rywala. Co prawda jako młodszy brat miał niewielkie szanse, żeby dziedziczyć, ale ojciec zawsze miał do niego słabość. Aż do wczoraj. Musiał to tylko dobrze rozegrać, przecież nie dało się ukryć, że jego młodszy braciszek jest mordercą. Och, jakże to były dla niego słodkie myśli. Tymczasem Rodgier nie mógł się na niczym skupić. Ledwo nadążał za pędzącym bratem, co jakiś czas podpierając się ręką o ścianę. Jak na złość, ojciec oczekiwał go w Gabinecie Zachodnim. Mały pokoik mieścił się wysoko i daleko od jego sypialni. Ale dobrze, skoro ojciec chce go w ten sposób upokorzyć, przyjmie to godnie. Oby skończyło się tylko na tym. Kto wie, może jeszcze obetnie mu sakiewkę.
Adalbert, pochylony nad ciężkim dębowym stołem, słuchał uważnie swego seniora. Jako dowódca zbrojnych zawsze był przy mieczu i nosił lekką kolczugę. Służył Domowi von Nassau całe swoje życie, zaś od piętnastu lat piastował najwyższe stanowisko w prywatnym wojsku swego pana. Z każdym słowem oczy otwierał szerzej, nie chcąc dać wiary w prawdziwość otrzymanych rozkazów.
– Otrzymasz pisma. Wszystko co potrzeba. Nikt nie podważy twojej, powiedzmy, opieki nad nim. – Namiestnik Hartmut von Nassau miał znudzony, cichy głos.
– Czy jest szansa, panie, że zmienisz zdanie? Jeżeli nie co do kary, to chociaż może wybierzesz kogoś innego, kto mógłby…
– Nie, Adalbercie. To musisz być ty. Podjąłem decyzję – rzekł niemal przyjacielskim tonem. – No gdzież oni są! Powinni już tu być! Obaj moi synowie są do niczego, jeden głupszy od drugiego. Bogowie karzą mnie za grzechy młodości.
Minął niemal kwadrans zanim synowie stanęli przed obliczem Pana Domu. Ludwik wszedł dziarsko. Rodgier skulony, w rozpiętej koszuli, był blady i trząsł się z zimna. Ojciec mierzył synów wzrokiem, po czym kazał starszemu z nich usiąść. Młodszy musiał stać. To był pierwszy policzek dla winowajcy. Zapewne będą kolejne.
– To był ostatni raz. – Każde słowo ojca, wypowiedziane powoli, cięło niczym stal. – Skończyła się dla ciebie łaska. Jutro staniesz przed sądem. Odpowiesz za morderstwo. – Po tych słowach w pokoju zapadła krótka cisza. Ludwik z wysiłkiem powstrzymał uśmiech, ale Adalbert zdążył zauważyć lekki grymas na jego twarzy. Gardził nim. Uważał, że plami honor ojca nie mniej niż młodszy brat.
– Ojcze, ja…ja przepraszam. – Rodgier przestraszył się, i to bardzo. Za morderstwo groził szafot. Przecież to niemożliwe, ojciec nie pozwoli go powiesić. Nie może… – To był wypadek, ja nie chciałem! – Płakał, wypowiadając ostatnie słowa.
– Czego nie chciałeś?! – Tego już namiestnik tolerować nie zamierzał. Jego syn był szlachcicem. Może też zaszczanym moczymordą, gwałcicielem i mordercą, ale szlachcicem przede wszystkim. Nie beksą! – Rozmowa zakończona, szybciej niż zamierzałem. Nawet besztać mi się ciebie nie chcę! Żałosny widok! Precz!!!
– Wyprowadzić! – zawołał Adalbert, zanim Rodgier zdołał odpowiedzieć. Dwaj gwardziści wpadli przez drzwi, chwytając młodzieńca za obie ręce. – Do celi na wieży!
– Chyba nie zamierzasz go stracić? – Ludwik liczył na karę, może na wygnanie brata, ale zabić? To by była przesada. – Jeśli trafi pod sąd, cesarski sąd… przecież wiesz… Nie będzie odwrotu.
– Adalbercie – Hartmut nie zaszczycił syna nawet spojrzeniem. – Wyprowadź go, do zakończenia rozprawy nie chcę go widzieć. Nie ma prawa odwiedzać brata. To wszystko.
– Tak jest! Paniczu, proszę za mną. – Ukłonił się namiestnikowi, i nie sprawdzając nawet czy Ludwik za nim podąża, wymaszerował z gabinetu.
Nazywanie komnaty, w której umieszczono więźnia celą, byłoby wielce niesprawiedliwe. Był to naprawdę przytulny pokój gościnny, z widokiem na rozległe włości oraz znaczną część zamku. Tak, z całą pewnością nie przypominał więzienia. Nie licząc oczywiście zbrojnej straży pod drzwiami zamkniętymi na klucz. Mimo to tej niedogodności, Rodgier zaczynał mieć nadzieję, że wybuch ojca jest chwilowy. Potrzyma go tu do jutra, da mu nauczkę i wszystko wróci do normy. Póki co musiał rozwiązać pilniejszy problem.
– Strażnik! – zawołał nie podnosząc się z łóżka. Cisza. – Wiem, że tam ktoś waruje, Euthor, to pewnie ty! – Znowu nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Wstał, podszedł do drzwi i walnął w nie otwartą dłonią. Raz, drugi, trzeci… – Euthor, wiem, że to ty. Chcę tylko coś na kaca, zaraz mi głowa odpadnie. Wiem przecież, że coś tam masz. Za stare czasy, poratuj towarzysza niedoli. Mało razy pożyczałeś ode mnie monetę albo dwie?
Usłyszał odgłos oddalających się kroków. Po chwili strażnik wrócił i rozległ się zgrzyt klucza w zamku. Drzwi uchyliły się ukazując twarz Euthora. W ręce trzymał drewniany kubek.
– Jeśli ktoś się o tym dowie, wpadnę w tarapaty…
– Spokojnie, nikomu przecież nie powiem. – Rzucił Rodgier chwytając naczynie. – Wino?
– Nie, paniczu. Samogończyk. Od kowala. Mocny jak diabli, ale nie mam nic innego. Nie mogę się, poza tym, oddalać.
– Cudownie! Nie zapomnę ci tej przysługi, przyjacielu. – Wypił trunek duszkiem i oddał kubek Euthorowi. Ten zabrał naczynie, zamykając od razu drzwi. Rodgier tymczasem zataczając się doszedł do łóżka i zwalił się na nie ciężko. Bimber był naprawdę mocny i na zmęczonego młodzieńca działał błyskawicznie. Nie minęła minuta i rozległo się głośne chrapanie.
Adalbert po odprowadzeniu panicza do celi dostał od swojego seniora czas wolny. Jego obowiązki miał przejąć zastępca, on zaś miał stawić się przed Hartmutem dopiero jutro. Miał towarzyszyć namiestnikowi w trakcie obiadu i odebrać ostatnie instrukcje. Nie podobał mu się pomysł namiestnika. Ukarać tego pyszałka, owszem. Ale wikłać w to imperialny sąd? Nie lubił intryg, nie chciał też się bawić w opiekuna dla tego młokosa. Co on jest, nauczyciel jakiś, czy dowódca zbrojnych?
– A niech to! Przeklęta służba! – Rzucił jeszcze pod nosem kilka wymierzonych w parszywy los epitetów, opuścił swoje komnaty i ruszył w kierunku kuchni. Wiedział, że ją tam znajdzie.
– Nie mogę, wasza rycerska mość. – Matylda umiejętnie wymykała się z uścisków Adalberta, Przemykając zręcznie między stołami.
– Znajdź zastępstwo, mam wolne do jutrzejszego obiadu. Zabiorę cię na przejażdżkę, wyjedziemy za mury. Chyba się nie boisz, co? – Rycerz nie zamierzał się zbyt łatwo poddać.
– Z waszmością, nigdy. – Puściła do niego oczko. – Ale dzisiaj naprawdę nie mogę. Pan von Nassau ma specjalne życzenia odnośnie kolacji. Jutro.
– Zatem jutro. – Adalbert skłonił się po rycersku, co wywołało szeroki uśmiech na twarzy służącej. Pozostało mu tylko iść do oberży, napić się wina i przegrać żołd w karty. Matylda zaś wróciła do gotowania, rozmyślając, cóż to byłby za mezalians. Rycerz i zwykła kucharka. Nie, takie rzeczy się nigdy nie zdarzają. W końcu mu się znudzi i znajdzie sobie następną.
Adalbertowi poszło całkiem nieźle. No, na tyle dobrze, że do swoich komnat nie wrócił całkiem spłukany. Za to całkiem pijany, ot żołnierski los. Mógł sobie na to pozwolić, miał dość czasu, żeby odespać i doprowadzić się do porządku. Na obiad z seniorem był gotowy o czasie, jak zawsze elegancki i przy mieczu. A także bardzo, bardzo głodny. Czekał cierpliwie, aż Hartmut zacznie jeść. Rozpoczęcie uczty jako pierwszy byłoby dużym nietaktem. Było jednak warto, bogato zastawiony stół kusił ponad miarę. Już nawet nie chodziło o kuropatwy i pasztety, cielęcinę i baraninę, sosy, wina, miody i desery. Chodziło o przepych z jakim ten obiad przygotowano. Adalbert wiedział, dlaczego. Von Nassau mówił bez przerwy, z pełnymi ustami, co jakiś czas przepijając winem. Rycerz słuchał, raczej obojętnie. Do momentu aż padło to jedno, jedyne zdanie, którego nie chciał usłyszeć.
– Wiem, że odmówić mi nie możesz. – Namiestnik udawał, że nie zauważył grymasu na twarzy rycerza. – Nie będę się odwoływał do twojej wierności, honoru i tak dalej. Wiem też, czego od ciebie wymagam. Na czas tej, nazwijmy ją, misji specjalnej potrajam twój żołd. Nie będę nic mówił o dalszej protekcji, a także o innych korzyściach, które będziesz czerpał, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli. Zresztą, znasz mnie jak nikt inny.
Znał. Wiedział też, że to mało prawdopodobne. Nigdy nic nie szło zgodnie z planem. Zwłaszcza tam, gdzie mają się udać.
– Posłałem po sędziego. Powinien wkrótce do nas dołączyć.
– Sędzia pofatyguje się tutaj? Ależ panie! Jak?
– Jak to jak? – Adalbert rozbawił Hartmuta. – Dobrze wypchany mieszek załatwił sprawę. No przecież ja nie będę szedł do budynku trybunału. Po co nam gapie, myśl. Zresztą, cała ta rozprawa to farsa. Wyrok już zapadł. Potrzymam dzieciaka pod kluczem jeszcze ze dwa dni, później wyruszycie.
Rozprawa odbyła się w za zamkniętymi drzwiami, całkowicie niezgodnie z cesarskim prawem. Bez świadków, chociaż o takowych nie byłoby trudno. Bez publiki. Bez spisującego protokół kancelisty. Obecni byli tylko sędzia, namiestnik oraz Rodgier. Nawet jeżeli taki skład rozbudził w chłopaku nadzieje, pierwsze słowa przedstawiciela prawa szybko je zgasiły.
– Proces odbył się zaocznie, wina oskarżonego jest bezsprzeczna. Przybyłem tylko po to, aby ogłosić w imieniu cesarza wyrok. Uznaje się Rodgiera winnym morderstwa. Z racji zasług jego ojca, obecnego tu barona Hartmuta von Nassau, wobec oskarżonego zastosowano złagodzenie kary. – Głos sędziego był obojętny, wręcz znudzony.
– Co to dla mnie oznacza? – Rodgier był mocno zdezorientowany.
– To znaczy, że cię nie powieszą chłopcze. Poza tym sąd nie udzielił ci głosu. W imieniu cesarza zostajesz skazany na trzy lata służby w Jarze. – Zakończył sędzia, podnosząc się z krzesła. Rodgier także wstał, cały blady, spoglądając to na ojca, to na urzędnika. W głowie mu wirowało. „Już jestem trupem” pomyślał jeszcze, zanim osunął się z powrotem na krzesło.
Hej, witaj, zajrzałam, przeczytałam. :)
Z fragmentami jest ten problem, że… są fragmentami. :) Wiesz, są wyrwane z kontekstu, trudno je ocenić, więc niewiele osób tutaj będzie zainteresowanych i poświęci swój czas, by dać Ci jakieś wskazówki. Polecam krótkie nawet opowiadania, czy szorty, wtedy, jako całość można zabrać się za jakąś korektę.
Ten kawalę tekstu niewiele mówi o świecie, w którym dzieje się akcja, nie ma, póki co, fantastyki, ale czytało się całkiem spoko, choć styl jest nieco rozwleczony w szczegółach.
No nic, zaspokajanie ambicji staruszka może zaczekać – ostatnie słowa dopowiedział już w myślach, modląc się przy tym gorliwie o ratunek ze strony służby.
Zapis dialogów – tu na portalu znajdziesz poradnik dotyczący zapisu dialogów, bo to bolączka wielu.
Powinna być kropka i po półpauzie wielka litera.
– Obudził się już panicz, świetnie.
Tu mam wątpliwości, czy służba powinna się tak odzywać (chodzi o “świetnie”). Brak otoczki opisującej stosunki służba – pan, ale przyjmuję, że to dosyć współczesna odzywka, a tym bardziej do kogoś, dla kogo pracujemy.
Zresztą, zbytnio się nie wyrywała. Czemu więc jej mąż tak się rozsierdził?
Tu zabrało logiki. To, że się wyrywała nie jest powiązane z gniewem męża. Mąż może się wściekać w każdym przypadku, niezależnie od reakcji żony.
– Zabiłeś oberżystę, – powtórzył – pijany próbowałeś zgwałcić mu żonkę.
Zapis dialogu. Zbędny przecinek i brak kropki po “powtórzył”.
wybierzesz kogoś innego kto mógłby…
przecinek po “innego”
Przecież to nie możliwe,
zapisujemy łącznie
Wyprowadź go, nie chcę go widzieć przez najbliższe dwa dni.
Dlaczego akurat przez dwa dni? Trochę brzmi to niepoważnie. Albo “nie chcę go widzieć”, albo “nie chcę go widzieć przez najbliższe dni”
Nie jestem w stanie ocenić fabuły, bo jest jej niewiele, choć motyw z zabiciem oberżysty wypadł całkiem spoko. Warsztatowo jest całkiem dobrze – unikaj tylko zbyt szczegółowych opisów – typu, że wstał, pochylił się, założył buta – czytelnik nie musi wiedzieć wszystkiego. Zbyt często powtarza się też motyw bólu głowy, wiemy już od początku, że ma kaca, wystarczy tylko potem lekko to zaakcentować.
Proponuję kontynuować, ale tutaj wrzucać teksty, które są całością i na nich ćwiczyć warsztat.
Wszystkie moje opinie są subiektywne i, oczywiście, traktuj je jedynie jako wskazówki, które możesz wykorzystać, lub nie.
Pozdrawiam i powodzenia! :)
Hej JolkaK! Dziękuję za merytoryczny komentarz. Bardzo celne uwagi. Jeżeli chodzi o gniew męża, taki był zamysł. Dla rozkapryszonego szlachcica to miała być rzecz niesłychana, że jakiś "kmiot" śmie zwrócić mu uwagę, o cokolwiek. Wskazane przez Ciebie błędy poprawię w wolnej chwili. Dzięki!
Cieszę się, że się przydało! Polecam skomentowanie czyjegoś tekstu – czasem spotyka to się z wdzięcznością w postaci zajrzenia do Twojego. :)
Pozdrawiam!
JolkaK staram się czytać i komentować w miarę możliwości, ale z czasem u mnie ciężko, niestety. Ps. Błędy poprawione, plus dalsza część fabuły. Pozdrawiam!
nie oglądając się za siebie. Zamknęła za sobą drzwi,
Taka zaimkoza.
Nie powtarzając po przedpiścach, wspomnę że ryzykowne jest mieszanie myśli/odczuć bohaterów z komentarzami wszechwiedzącego narratora.
delulu managment
Hej Ambush, dzięki za przeczytanie. Jako amator zapytam, czemu ryzykowne? Jeżeli jest nad tym kontrola, to powinno być ok. Czy jest raczej coś takiego po prostu źle odbierane przez czytelnika?