Krótki tekst napisany po przeczytaniu artykułu o nekrobotyce. Wielkie podziękowania betującemu.
Krótki tekst napisany po przeczytaniu artykułu o nekrobotyce. Wielkie podziękowania betującemu.
Zaczęło się niewinnie – od martwych pająków i ich cienkich odnóży, poruszających się mimo śmierci, jakby zapomniały, że ciało już dawno przestało należeć do świata żywych. Człowiek nie poprzestał na insektach.
Wkrótce po ulicach zaczęły chodzić nekroboty – ożywione ciała martwych pupili, sunące bezdźwięcznie między budynkami. Zwierzęta stały się narzędziami do brudnych prac, których nie chciał wykonywać żaden człowiek.
Byliśmy o krok od rewolucji, która wówczas wydawała się czymś wielkim, niemal zbawiennym. Od początku sprzeciwiałem się eksperymentom na ludziach, lecz inni patrzyli na ożywione ciała z zachwytem, widząc w nich nieskończone zastosowania.
Ekspansja kosmosu stanęła pod znakiem zapytania. Czy nie lepiej było wysłać w próżnię półżywe maszyny zamiast człowieka?
Mam to szczęście, że nie dożyłem tych czasów. Jednak to ja zapoczątkowałem coś, co wtedy zdawało się wielkim krokiem naprzód. Niestety – im wyżej się wznosimy, tym boleśniejszy jest upadek.
*
– Łącze ustanowione – rozległ się twardy, męski głos. Bez emocji, zimny.
Czułem się, jakbym spał znacznie dłużej, niż powinienem. Ciało było odrętwiałe, obce, jakby należało do kogoś innego. Nie mogłem otworzyć oczu. Jakby sen nasypał mi pod powieki zbyt wiele piachu, przygniatając je ciężarem nie do uniesienia.
– Wpuścić konserwanty. – Usłyszałem kobiecy głos, a chwilę później kliknięcie. Szum cieczy. Zimno rozlało się w moich żyłach.
Co oni robią? Co mi wstrzykują? – krzyczałem w myślach, niezdolny wydać z siebie choćby dźwięk. Nie czułem bólu, tylko dziwne drapanie. Coś obcego wdzierało się w moje ciało.
– Uruchomić sensory.
Moje powieki otworzyły się gwałtownie. Światło uderzyło brutalnie po długiej ciemności. W przerażeniu zdałem sobie sprawę, że leżę przywiązany do łóżka. Nadgniłe ciało, rozcięta klatka piersiowa, odsłonięte żebra. Z wnętrza wystawały przewody, przez które płynęła niebieska ciecz, pulsująca jak sztuczne życie.
– Nekrobot numer 992 stabilny – powiedziała kobieta w kitlu.
To ja leżałem na stole. Panika zalała mój umysł, lecz ciało nie chciało słuchać. Chciałem uciec, krzyczeć. Wyłem z rozpaczy, ale nikt nie słyszał.
– Włożyć medium.
Mężczyzna podszedł z kawałkiem dziwnej skały trzymanej w rękawicach. Umieścił ją w mojej klatce piersiowej. Poczułem, jak coś rozpiera mnie od środka. Chwilę później prąd przeszył ciało, a żebra wróciły na swoje miejsce, jakby nic się nie stało.
– Obiekt 992 gotowy do pracy w kopalni – powiedziała zadowolona lekarka.
Coście zrobili? Oddajcie mi moje ciało!
Krzyki nic nie znaczyły. Wstałem i ruszyłem mimowolnym krokiem w stronę drzwi, widząc, jak do sali wnoszą następne ciało.
*
Skalpel poruszał się z niezwykłą gracją, sunąc po poszarzałej skórze z precyzją godną chirurga, artysty. Młody mężczyzna scalał poszczególne części kończyny za pomocą specjalnej lutownicy. Z oczami pełnymi pasji przyglądał się rozczłonkowanemu ciału, z którego sterczały kable i metalowe ustrojstwa, splątane z resztkami ścięgien.
Zapach zgnilizny opanował jego nozdrza, rozchodząc się ciężko po pokoju. Z zadowoleniem wpatrywał się w swoje dzieło – efekt miesięcy pracy i dobrowolnie poświęconego ciała babci.
– Paweł, obiad! – Głos z dołu przypomniał o potrzebach tak przyziemnych jak jedzenie.
Paweł często o nich zapominał, całkowicie pochłonięty swoją pasją. Studiował nekrobotykę, a właśnie kończył projekt zaliczeniowy. Termin zbliżał się nieubłaganie, a on pragnął stworzyć dzieło życia – maszynę gotową do walk botów organizowanych przez uczelnię.
Szybkim ruchem odsunął kinetyczne krzesło unoszące się kilka centymetrów nad podłogą i podszedł do komputera. Jego palce zatańczyły po klawiaturze z gracją wirtuoza.
– Hmm… Allegro… części używane… kończyny… – dyktował półgłosem.
Na ekranie pojawiły się oferty ludzkich fragmentów posegregowane według wieku i stopnia zakonserwowania.
Dodaj do koszyka.
Budżet był niewielki, więc pozostały tylko części używane. Wybrał dodatkowe ręce – należały do kobiety pracującej niegdyś w przybytku przyjemności.
– Kurtyzana, nie pierwszej świeżości – parsknął śmiechem i kliknął kup teraz.
Po dziesięciu minutach rozległ się dzwonek do drzwi. Przyleciał niewielki dron z pakunkiem. Paweł zbiegł na dół, ignorując matkę, przechwycił przesyłkę i po drodze wpadł do kuchni po miskę rosołu, którą zabrał do pokoju.
– Jak tam się ma mój przyszły nekromanta? – odezwała się matka. Siedziała przy stole z resztą rodziny.
– Zjem na górze, mam masę roboty – rzucił Paweł, pędząc po schodach.
W pokoju ostrożnie rozwinął pakunek. W zielonkawej cieczy pływała kończyna z pomalowanymi paznokciami. Położył ją na biurku i zaczął jeść zupę w akompaniamencie zapachu zgnilizny, brzęku ampułek oraz w otoczeniu porozrzucanych części ludzkich i zwierzęcych.
*
– Babciu, babciu! – krzyczało dziecko, biegając po pokoju z rozwiązanym butem, którego sznurówka wlokła się po podłodze.
– Ile razy mam powtarzać? To nie twoja babcia. To nekrobot – odezwała się matka, poprawiając płaszcz i szykując się do pracy.
– Mamo, a może ty mi zawiążesz? – zapytał chłopiec, zatrzymując się przy niej.
– Nie umiem – odpowiedziała z oburzeniem elegancko ubrana kobieta. – Muszę iść. Dziś ważny dzień.
Pocałowała syna w czoło i ruszyła ku drzwiom.
– Zawiąż mu te sznurówki – rzucił mężczyzna z fotela, nie odrywając wzroku od migającego ekranu telewizora.
Podstarzałe ciało kobiety uklękło posłusznie i zaczęło wiązać sznurówki chłopcu.
Tak wyglądało „życie” Marzeny. Nekrobota, który kiedyś był babcią. Gotowa do wykonania każdego rozkazu.
– Marzena, ugotuj obiad i przynieś piwo! – zaryczał męski głos.
Martwe ciało uniosło się i ruszyło do kuchni.
Sam sobie przynieś, ty obiboku jeden – pomyślała, modląc się w nadziei, że tym razem ktoś ją usłyszy. Nadaremnie.
Patrzyła, jak jej ciało kroi warzywa, myje naczynia, miesza w garnkach – mechanicznie, bez wahania. W przedpokoju chłopiec bawił się sam, zostawiony własnym myślom. Marzena często zastanawiała się, jak inaczej by go wychowała. Może to przez te czasy. Paskudne czasy.
Kiedyś było lepiej. Teraz ludzie pracowali aż do śmierci. Nie było emerytury – a po śmierci czekała ich dalsza praca.
Tak właśnie „żyła” Marzena. O ile w ogóle można to jeszcze nazwać życiem.
*
To już był prawie ten dzień. Jutro miała nadejść Wigilia. Stary mężczyzna stał przy kuchennym blacie, przygotowując śledzie. Z wyprzedzeniem nakrył do stołu – dwanaście kompletów sztućców i jeden dodatkowy, dla nieznajomego. Choć ledwie się poruszał, szykował święta we własnym, powolnym tempie. Kiedyś ich nienawidził. Nie znosił zapachu ryby, nie rozumiał tradycji. Teraz tęsknił – za uśmiechami bliskich i prostym smakiem śledzika.
Po pustym, przestarzałym domu niósł się dźwięk przedpotopowego zegara z kukułką. Cisza i rytmiczne klik… klik…
Mężczyzna opadł bez sił na krzesło, wpatrując się w zegar. Nie było już nikogo, kto mógłby mu pomóc. Nawet sama tradycja świąt zdawała się wymierać. Mało kto je obchodził. Ludzie wypełniali całe życie pracą ponad miarę.
Widok za oknem nie zachęcał do spacerów. Po ulicach snuli się martwi, wykonując rozkazy, których już nikt nie pamiętał.
*
Jak ja skończyłem… – wył w myślach, unosząc kilof ponad głowę.
Uderzenie. Głuchy dźwięk. Ostrze wgryzło się w skałę. Jeszcze niedawno był naukowcem. Teraz…
Obiecywali, że tego nie zrobią. Że nie pójdą dalej.
– Ej… ty tam – rozległ się męski głos.
Nie wiedziałem już, czy naprawdę coś słyszye, czy po prostu oszalałem.
– Jestem tu. Na prawo od ciebie.
Obok stał inny martwy – nekrobot z taczką, czekający na urobek. To nie było złudzenie. Inny nieumarły potrafił z nim rozmawiać.
Ty… mówisz? Ale jak?
– Tego nikt nie wie. Gdy jesteśmy blisko siebie, słyszymy swoje myśli.
Na Boga… w końcu jakiś głos.
Może nie do końca ludzki, ale jakże kojący pośród monotonii uderzeń.
Jak długo oni zamierzają nas tu trzymać? Mam tyle pytań…
Myśli drżały, płynęły jak rzeka, rozbijając się o strach i panikę.
– Jak długo? – Nekrobot zaśmiał się krótko, histerycznie. – Na zawsze. Śmierć jest wieczna.
Po czym odszedł, pchając załadowaną taczkę. Głos zniknął w ciemności.
I znowu sam…
Dni pracy zlewały się w jedno. Czasem trafiał się ktoś, z kim dało się porozmawiać, ale takich jak on było coraz mniej. Aby uśmierzyć ból, zaczął myśleć o dawnym życiu. O pracy naukowca. O tym, co by było, gdyby nigdy nie rozwinął nekrobotyki. Był jednym z najlepszych ekspertów w tej dziedzinie. Czy to on zgotował wszystkim taki los?
– Nie myśl za dużo. I nie śnij! – krzyk wyrwał go z rozmyślań.
Obok stał znajomy nekrobot.
– Jeśli za bardzo pogrążysz się w snach, nigdy nie wrócisz. Większość tak utknęła.
Nie wiedziałem…
– Licz. Czytaj. Cokolwiek. Byle nie wracać do przeszłości.
A co się wtedy ze mną stanie?
– Zamkniesz się w sobie. Na zawsze.
Nekrobot odszedł z ładunkiem, a echo jego słów zostało.
*
Wielkie, okrągłe trybuny pękały w szwach. Oprócz studentów uczelni zebrały się tu tłumy – fani sportu narodowego, w którym Polacy byli naprawdę dobrzy. Nie, nie była to piłka nożna, lecz walki nekrobotów.
To nimi szczycił się naród. Budowaliśmy najlepszych Wiecznych Wędrowców – chodzące zwłoki splecione z cechami ludzkimi i zwierzęcymi, które potem maszerowały na pola bitew, wspierając nekromantów w wojnach. A wojen nie brakowało. Wręcz przeciwnie – było ich coraz więcej. Spokojne, dostatnie czasy sprzyjały produkcji śmierci.
Na wietrze powiewały sztandary domów. Każdy kibicował innej frakcji. Igrzyska były krwawe, brutalne i głośne.
TRACH! Metal uderzył o kość. Coś pękło, a trybuny zawyły.
Na arenie jeden nekrobot wyrwał drugiemu kończynę. Posypały się iskry, strzępy ścięgien, fragmenty pancerza. Mechaniczne ryki mieszały się z trzaskiem łamanych kości i sykiem pary wydobywającej się z uszkodzonych przewodów.
– DAWAJ! – ryknął tłum.
– ROZERWIJ GO!
Na trybunach siedział Paweł, pochłonięty walką. Uczył się. W końcu i on miał zostać nekromantą. Zawód wzniosły, okryty chwałą walki w służbie ojczyzny i – co równie ważne – znakomicie płatny.
Jego twarz była pomalowana w barwy domu, któremu kibicował. W powietrzu falował szal z obelgami kierowanymi ku konkurencji. Paweł krzyczał razem z innymi.
Obok niego siedziała staruszka ubrana na czarno. Tylko ona milczała, patrząc na arenę z cichym smutkiem.
ŁUP! Nekrobot runął na piach. Ciecz wyciekała z rozszarpanego torsu.
– Czy nie uważacie, że walka, w której nie ma życia, jest bez sensu? – powiedziała bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Paweł rzucił jej krótkie spojrzenie i natychmiast wrócił wzrokiem na arenę.
– To nie rzymskie Koloseum – ciągnęła staruszka – tylko jego marna podróbka.
– O czym pani mówi? Jakie Koloseum? – zapytał Paweł, na chwilę odrywając się od widowiska.
– Nieważne. Stare, dobre czasy… – Splunęła na ziemię. – Nawet walką nie można tego nazwać. To przedstawienie.
– Skoro się pani nie podoba, to czemu pani przyszła? – rzucił, siadając razem z resztą widowni, gdy w przerwie obsługa zbierała szczątki poległych.
Ciała zniknęły za metalową bramą.
– Mam dużo czasu. W zasadzie aż za dużo. Przyszłam z ciekawości.
– Nie pracuje pani?
– Zabrano mi pracę dawno temu – odpowiedziała poirytowana. – Powiedz mi tylko… co wy w tym widzicie?
– Emocje. Walki są dynamiczne. Ludzie tak nie potrafią. Poza tym to sport narodowy.
– Ech… przynajmniej w tym jesteście dobrzy. Jak przypomnę sobie piłkę nożną, zbiera mnie na wymioty. – Ziewnęła, ukazując czarne, zniszczone zęby.
– Co to jest piłka nożna? – zapytał Paweł.
– Nie zaprzątaj sobie tym głowy.
*
Po skończonych obowiązkach Marzena, jak zawsze, stała przy drzwiach wyjściowych. Nieruchoma. Jak eksponat w pustym domu, w którym jedynym dźwiękiem były rozmowy dziecka dobiegające z telefonu. Rodzice – jak zwykle – w pracy. Dziecko – jak zwykle – samo.
Co to za czasy, by zostawiać dziecko same w czterech ścianach?
Chłopiec miał osiem lat. Ledwo czytał. Rodzicom powiedziano, że ma ADHD, że rozwija się wolniej – etykieta współczesnych czasów, w których uwaga skakała jak spłoszony zając. Marzenę bolało to, że nie mogła mu pomóc. Zamknięta w mechaniczno-cielesnej powłoce, była więźniem własnego martwego ciała.
Rodzice pracowali po piętnaście godzin dziennie. Nie mieli czasu. Nie pomyśleli o tym, gdy sprowadzali go na świat – teraz chłopiec zajmował się sobą sam. Tylko on znał słodką tajemnicę Marzeny.
Gdy wybiła dwunasta, był już ubrany. Jak zawsze.
Ciało nekrobota zareagowało instynktownie – dłoń sięgnęła po klamkę, drzwi otworzyły się same. Marzena nie wiedziała jak, ale jakby ciało pamiętało dawne życie. Zawsze o tej porze zmierzało tam, gdzie powinno.
Kilka przystanków dalej stał teatr.
Usiadła z chłopcem w fotelu w niemal pustej sali, obok już obecnej staruszki w ciemnym płaszczu. Rozbrzmiała muzyka. Na scenie tańczyli nieumarli w ciasnych kostiumach, a obok nich grała martwa orkiestra. Ludzie nie mieli już czasu uczyć się muzyki. Po zdobieniach i pęknięciach ścian można było poznać, że teatr dawno przestał być odwiedzany.
– Taaak… to jest to… – westchnęła staruszka.
– Ale co? – zapytał chłopiec, dłubiąc w nosie.
– Nowy Świat Dworzaka – odpowiedziała z uśmiechem. – Słyszysz? Ten rytm… to pociąg, to konie, to podróż.
Tylko Marzena patrzyła bez ruchu w scenę.
– Widzę, że przyszedłeś z koleżanką. – zaśmiała się staruszka.
– To moja babcia – odparł chłopiec. – Tata mówi, że nią nie jest. Ale ja myślę, że gdzieś w środku ona wciąż tam jest.
– Twój tata to idiota. – Machnęła ręką. – Tak, to twoja babcia. Nie bez powodu zawsze tu przychodzi.
Chłopiec skinął głową.
– Nie wiem czemu, ale lubię tu być. Z nią nie jestem sam.
– Twoja mama miała siostrę – powiedziała nagle staruszka.
– Zna pani moją rodzinę?
– Znam wszystkich. – zaśmiała się cicho. – Siostra twojej mamy tańczyła pięknie. Nazywano ją Łabędziem.
– A gdzie jest teraz? – zapytał z nadzieją.
– Umarła. Ciała nigdy nie znaleziono. Twoja babcia miała być na tym spektaklu… nie zdążyła zobaczyć ostatniego tańca córki.
– To chyba smutne… – Spojrzał na Marzenę. – A pani? Czemu pani tu jest?
– Wypełniam czas przed pracą. Ostatnie godziny wolności.
– A czym się pani zajmuje?
– Zabieram to, co zostało przyrzeczone – odpowiedziała, wstając. – Powinieneś wracać do domu. Spędzić ostatnie chwile z rodziną. Wkrótce wszyscy zachorują.
Odeszła, nucąc pod nosem słowa, których chłopiec nie rozumiał.
Zawsze znajdę sposób. Odbiorę to, co przyrzeczone… Natura zawsze znajdzie drogę. Dżuma. COVID…
Marzena patrzyła na scenę z tęsknotą. To nie była jej córka, lecz muzyka przynosiła dziwny spokój. Po raz pierwszy nie obwiniała się już za śmierć dziecka. Ten moment był jedynym światłem w nieprzeniknionej ciemności.
Za życia nie zrobiła nic. Teraz było już za późno na jakiekolwiek działanie. Żal trawił jej nieumarłe ciało.
*
Tak. To był już ten dzień.
Pierwsza gwiazdka. Wigilia. Czas zasiąść do stołu. Mężczyzna usiadł na krześle przed stołem, na którym ustawił dwanaście potraw. Złożył dłonie do modlitwy. Łzy spłynęły mu po twarzy, ciche i ciężkie. Był sam. Tylko on i pustka miejsc, które kiedyś zajmowali inni. Rodzina nie żyła. Został ostatni.
Czuł palący żal – za życia tak bardzo nienawidził świąt. Teraz były wszystkim.
Drżącymi rękami wziął opłatek. Chodził od miejsca do miejsca, łamiąc go w powietrzu, składając życzenia tym, którzy istnieli już tylko w pamięci. Każde krzesło było imieniem. Każdy talerz – wspomnieniem.
Ciszę, przerywaną jedynie tykaniem starego zegara z kukułką, rozdarł nagle dzwonek do drzwi.
Mężczyzna podszedł do wizjera. Zobaczył starą kobietę ubraną na czarno.
Otworzył drzwi z trudem.
– Czy mogę wejść? – zapytała łagodnym, niemal czułym głosem. – Nie chcę spędzać Wigilii sama.
– Zapraszam – odpowiedział.
Staruszka weszła do mieszkania i skierowała się prosto do pokoju. Usiadła przy stole, zajmując wolne miejsce.
– Co za czasy… – westchnęła. – Jest pan jedynym, który mnie ugościł. Niektórzy nawet nie wiedzieli, czym jest Wigilia.
– Młodzi już nie znają tego zwyczaju – odpowiedział mężczyzna.
Wziął opłatek i przełamał się z nią.
– Życzę pani szczęścia, spokoju… i zdrowia. Bo jak zdrowie jest, to nic więcej nie potrzeba.
Staruszka spojrzała na niego uważnie.
– A ja życzę ci, Antoni, byś znów spotkał swoją rodzinę. Byś zaznał spokoju. I wolności od bólu życia.
Zamarł.
Nie wiedział, skąd znała jego imię.
Odwrócił się – i wtedy zobaczył. Na krześle, przy stole, siedziało jego ciało. Nieruchome. Puste.
– Wpuściłeś mnie i ugościłeś jako jedyny – powiedziała cicho. – Czeka cię nagroda. Chodź ze mną. Niedługo zobaczysz swoją rodzinę.
*
Chłopiec stał pośrodku chodnika wraz z grupą rówieśników, trzymając telefon wysoko nad głową. Czerwone światełko kamery pulsowało jak oko drapieżnika. Nagrywali TikToka.
Na środku ulicy tańczyła banda trupów. Nekroboty poruszały się w rytm muzyki płynącej z głośnika – szybko, gwałtownie, nienaturalnie. Ich ruchy były poszarpane, kanciaste, jakby ciało nie nadążało za rozkazem. Stawy trzaskały, metal ocierał się o kość. Jednemu z nich odpadła ręka, ale taniec trwał dalej. Inny zapadł się w sobie, ciągnąc za sobą plątaninę kabli, a jego nogi wciąż wybijały rytm.
Dzieci skandowały, klaszcząc w takt bitu.
– DAWAJ!
– SZYBCIEJ!
– JESZCZE!
Śmiali się, wskazując palcami, gdy fragmenty ciał odpadały i toczyły się po bruku. Ktoś rzucił puszką. Ktoś inny kopnął oderwaną stopę pod rytm muzyki. Algorytm kochał chaos.
Tak właśnie wyglądało życie młodzieży w sieci. Gdy odkryli, że nie muszą już robić głupot sami – że ktoś inny może wykonać je za nich – rozpoczął się potworny wyścig absurdu.
Nekro-TikTok. Im głupiej, tym lepiej.
Tylko jedna postać stała nieruchomo na skraju sceny.
Staruszka w czerni. Zgarbiona, drobna, jakby wiatr mógł ją złamać. Jej oczy nie odbijały świateł telefonów. Patrzyła na tańczące ciała z czymś, co nie było już nawet gniewem – raczej zmęczeniem.
– BUUUU! – krzyknęła, unosząc ręce. – Zero poszanowania dla zmarłych!
Tłum eksplodował śmiechem.
– Zamknij się, stara!
– Wracaj do grobu!
– Patrzcie, babcia się zesrała!
Słowa padały jak kamienie. Dzieci krzyczały, przekrzykiwały muzykę, obrażając ją bez litości, bez refleksji. Telefony skierowały się teraz na nią – nowy obiekt drwin.
Staruszka westchnęła.
– Ech… szkoda słów. – Machnęła ręką.
Jej głos, gdy przemówiła ponownie, był inny. Zimny. Głęboki. Nieludzki.
– Powiadam wam jedno. Taki szacunek, jaki okazaliście starszym i zmarłym… taki sam dostaniecie od życia.
Muzyka nagle ucichła.
Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę ze świata.
Tłum zamilkł.
Dzieci patrzyły na nią w ciszy, której nie potrafiły nazwać. Coś było nie tak. Coś w jej spojrzeniu. W sposobie, w jaki odwróciła się i odeszła, znikając między budynkami, jakby nie dotykała ziemi.
Przez krótką chwilę nikt się nie poruszył. Potem ktoś nerwowo się zaśmiał.
– Dobra, dobra… wracamy do nagrania!
Muzyka znów ruszyła. Nekroboty zatańczyły. Telefony uniosły się w górę. Ale coś już zostało. Niepokój. Ciężar w klatce piersiowej. Dziwne uczucie, że ktoś ich policzył. I że kiedyś przyjdzie po resztę.
*
Nadal pracowałem w kopalni. Dni mijały jak sekundy, a sekundy rozciągały się w wieczność. Nie było zmian – tylko kamień, pył i oddech, którego nie potrzebowałem. Czasem słyszałem szept. Krótkie rozmowy z tymi, którzy jeszcze zachowali resztki świadomości. Nekroboty, tak jak ja, uwięzione pomiędzy ruchem a sensem.
Poczucie upływu czasu było nie do zniesienia.
Nie bolało ciało – bolała ciągłość.
To tak spędzę wieczność?
Kuć bez przerwy w martwy kamień?
Kiedyś byłem naukowcem. Kimś wielkim, jak wtedy sądziłem. A teraz?
Żal rozrywał mnie od środka. Moja nauka – całe życie poświęcone nekrobotyce – okazała się śmieszna wobec śmierci. Pył. Iluzja kontroli. Wtedy usłyszałem rytmiczne, powolne kroki.
Nienależące do żadnego z nas. Echo niosło je przez tunel, aż do jaskini wkroczył kształt ubrany na czarno.
Staruszka. Ziewnęła przeciągle, jakby właśnie się obudziła z długiego snu, i rozprostowała kości. Przeciągnęła się leniwie. Jej szkielet wydał z siebie suche, rytmiczne trzasknięcie, jak łamane gałęzie.
– No i co pan narobił… – powiedziała, patrząc prosto na mnie.
Zamarłem.
Zaraz… czy ona mówi do mnie? – Pomyślałem.
– A do kogo innego, młokosie?! – wrzasnęła, a jej głos odbił się echem po całej jaskini. – Zabrał mi pan pracę!
Ja… nikomu niczego nie zabierałem – odpowiedziałem niepewnie, choć moje ciało nadal kuło skałę, posłuszne rozkazom, których nie wydawałem.
– Takiego galimatiasu jeszcze nikt mi nie narobił – westchnęła teatralnie. – Ale może to i dobrze. Wkrótce natura sama zaprowadzi porządek.
Jaki porządek?
Staruszka przechyliła głowę.
– Czy nie uważa pan, że martwi powinni być martwi… a żywi żyć?
To chyba… naturalne – odpowiedziałem beznamiętnie.
Uśmiechnęła się krzywo.
– Nie w dzisiejszych czasach. Są rzeczy, których człowiek nie powinien dotykać. A pan dotknął.
Nadal nie rozumiem – powiedziałem, czując, że rozumiem aż za dobrze.
Staruszka nachyliła się ku mnie. Jej oczy błyszczały drapieżnie.
– Choroba strawi żywych. A martwi… pozostaną martwi. – Wyprostowała się, jakby wygłosiła morał.
Jej śmiech odbił się w tunelach, a ja dalej kułem kamień – wiedząc już, że to nie jest kara.
*
Wkrótce na świecie wybuchła epidemia, jakiej nikt nie znał. Nie miała imienia. Nie potrzebowała go. Przyszła cicho – szybciej niż strach. Ulice zasłały się trupami żywych.
Ludzie zastygali tam, gdzie dopadł ich bezruch: przy stołach, w łóżkach, w windach między piętrami. Mieszkania puchły od ciszy i cuchnęły zgnilizną, jakby samo powietrze zaczęło gnić wraz z nimi. Oczy pozostawały otwarte, wpatrzone w nic.
Tylko nekroboty się poruszały. Jedne wykonywały swoje zaprogramowane obowiązki – zamiatały puste ulice, kopały w jaskiniach. Inne stały nieruchomo, zwrócone ku niebu, jakby czekały na dalsze instrukcje… albo na sens.
Miasto oddychało ciszą. Spokój przeciął jedynie odgłos roweru. Metaliczny, lekki, niemal radosny.
Drobna staruszka jechała środkiem ulicy, uśmiechnięta, nucąc pod nosem starą melodię. Koła toczyły się po ciałach jak po nierównej drodze, miękko, bez oporu.
– Ups… coś rozjechałam. – zaśmiała się głośno. – Ciekawe, co to było?
Pod kołami został mokry ślad krwi, cienka czerwona linia znacząca nowy porządek świata.
– W końcu tak powinno być – dodała pogodnie.
Skręciła w pustą alejkę i zniknęła w wejściu, jakby nigdy jej tam nie było.
*
Minęły tysiące lat i nekroboty, jak każde inne dzieło stworzone ręką ludzką, zostały strawione przez czas. Niczym posągi dawnej ery stały nieruchome, porośnięte roślinnością, popadając w ruinę. Czas pożarł prawie wszystkie nekroboty. Ostał się jeden – nieśmiertelny, samotny w trzewiach kopalni. Jego kilof uderza w skałę, a dźwięk ten płynie jak melodia, która nigdy nie zna ciszy.
Ziemia poradziła sobie bez dawnych jej mieszkańców znacznie lepiej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Natura nie lubi próżni, więc nastała kolej nowych stworzeń rozumnych – innych niż poprzednie, które zmarnowały swoją szansę. Może życie to nieustanny cykl tworzenia i destrukcji? A to, co nowe, zawsze przychodzi lepsze?
Czy są na tym świecie rzeczy, których nie powinniśmy dotykać? Gdzie przebiega granica – jeśli w ogóle istnieje? A może nigdy jej nie było.
Może przesuwamy ją bez końca, krok po kroku, wynalazek po wynalazku, aż w końcu nie zostanie już nic… oprócz skutków.
I wtedy, po spustoszonej ziemi, będą kroczyć ludzie. Albo to, co po nich zostało. Może cykl będzie się powtarzać. Czy natura stworzy w końcu dzieło idealne?

Witaj. :)
Dziękuje za wskazanie wulgaryzmów. :)
Kwestie językowe i moje wątpliwości oraz sugestie (jak zawsze – tylko do przeanalizowania):
Panika zalała mój umysł, lecz ciało nie chciało słuchać. Chciałem uciec, krzyczeć. – powtórzenie?
Chwilę później prąd przeszył ciało, a żebra wróciły na swoje miejsce, jakby nic się nie stało. – aliteracja?
Oprócz studentów uczelni zebrały się tu tłumy – fani sportu narodowego, w którym Polacy byli naprawdę dobrzy. Nie, nie była to piłka nożna, lecz walki nekrobotów. – powtórzenie?
W powietrzu falował szal z obelgami kierowanymi ku konkurencji. – aliteracja?
Była zamknięta w mechaniczno-cielesnej powłoce, więźniem własnego martwego ciała. – składniowy?
Nie pomyśleli o tym, gdy sprowadzali go na świat – teraz chłopiec zajmował się sobą sam. – aliteracja?
Marzena nie wiedziała (przecinek?) jak, ale jakby ciało pamiętało dawne życie.
Zawsze o tej porze zmierzało tam, gdzie powinno. – dokąd?
Tylko Marzena patrzyła w scenę bez ruchu. – składniowy?
– Znam wszystkich. – Zaśmiała się cicho. – małą literą?
Bo (przecinek?) jak zdrowie jest, to nic więcej nie potrzeba.
Inny zapadł się w sobie, ciągnąc za sobą plątaninę kabli, a jego nogi wciąż wybijały rytm. – stylistyczny/powtórzenie?
– No i co pan narobił… – powiedziała, patrząc prosto na mnie. – aliteracja?
Ja… nikomu niczego nie zabierałem – odpowiedziałem niepewnie, choć moje ciało nadal kuło skałę, posłuszne rozkazom, których nie wydawałem. – i tu?
– Takiego galimatiasu jeszcze nikt mi nie narobił. – Westchnęła teatralnie. – małą literą?
– Ups… coś rozjechałam. – Zaśmiała się głośno. – i tu?
Poza tym – mam wątpliwości, czy liczebników nie powinno się pisać słownie (?).
Plus dodatkowy – za świetnie dobraną ilustrację. :)
Piękna, moralizatorsko-filozoficzna opowieść, pełna dramaturgii, przestrogi, nauki i fantastyki. :) Spodobał mi się pomysł oraz główny narrator i jego emocje, postać staruszki, a także opisane, rozmaite przypadki. Przytłaczająca wizja naszej przyszłości – oby nieprawdziwa.
Klik podwójny, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Dzięki bruce. Pozdrawiam.
I ja dziękuję, powodzenia. :)
Pecunia non olet