Cześć, dzięki za przybycie. Jestem ciekaw Twojej opinii.
Miejscami mocno brutalny tekst! Nie znajdziecie tu “bohaterów”.
Dołączajcie do uczty przy ognisku. Usiądźcie z Sergio i Daxem.
Dziękuję serdecznie betującym! Adexx, Ambush, August
Cześć, dzięki za przybycie. Jestem ciekaw Twojej opinii.
Miejscami mocno brutalny tekst! Nie znajdziecie tu “bohaterów”.
Dołączajcie do uczty przy ognisku. Usiądźcie z Sergio i Daxem.
Dziękuję serdecznie betującym! Adexx, Ambush, August
Gdy stawiał kolejny krok, jego stopa ześlizgnęła się z polerowanego przez tysiące ulew kamienia. Świat zanurkował. Dax chciał zakląć, lecz z gardła wyrwał mu się jedynie nic nieznaczący warkot.
To koniec – pomyślał.
A potem poczuł szarpnięcie. Lewa dłoń wniknęła w szczelinę; ból był ostry, wręcz palący, ale przywrócił go do świata żywych.
Znalazł oparcie dla stóp, najpierw jednej, później drugiej. Dopiero po dłuższej chwili uspokoił oddech.
Głód wciąż ściskał mu żołądek, a ból mięśni sprawiał, że każda myśl o dalszej wędrówce była jak kopniak. Nie myślał jednak o poddaniu się – o nie! Miał do połamania jeszcze kilka kości… nie swoich.
Błyskawica rozerwała świat na dwoje. Przez moment krajobraz rozświetlił się, ukazując setki ton skał, przypominające niekończące się cmentarzysko. Grzmot nadszedł chwilę później – wściekły, rozdzierający uszy ryk czegoś, co czaiło się ponad chmurami.
Noc zapowiadała się zimna i bezlitosna. Spanie pod gołym niebem, z którego bogowie wciąż ciskali błyskawicami dla rozrywki. Nic z tego!
– Vicami, er haine! – ryknął, zadzierając głowę ku górze.
Wciągał powietrze krótkimi, urywanymi haustami, gdy jego wzrok padł na coś, co wywołało u niego spazm gorzkiego śmiechu. Ze skał wystawał spróchniały kij, na którym przywiązano miotany wiatrem skrawek wyblakłego już materiału. Jeżeli bogowie postanowili go jednak ratować, to żałował, że nie obraził ich wcześniej.
Zebrał siły i wyszarpnął ze szczeliny wielką, owłosioną dłoń. Kolejny błysk odsłonił oderwany płat skóry, krew i coś białego.
Kość.
Lepsze to niż sznur kata – pomyślał, gdy do jego nozdrzy napłynął metaliczny zapach krwi.
Splunął na krwawiącą dłoń, zacisnął palce, raz, drugi, trzeci. Ból uderzył z siłą młota, lecz Dax był na niego przygotowany. Droga do wolności często płynie krwią. Dlaczego zawsze moją? – miał ochotę zapytać.
Nie zdobył się na wspinaczkę do miejsca, z którego się ześlizgnął. Skały nad nim były nie do zdobycia w tym stanie. Zamiast tego ruszył w dół. Może znajdzie przejście, które go nie zabije.
– Cholerne robactwo! – warknął, gdy coś ugryzło go w kark. Uderzył odruchowo otwartą dłonią, tą samą, którą przed chwilą niemal zmiażdżył w szczelinie.
Przeklęta głupota. Krew miał wszędzie – na dłoni, na szyi, nawet na kamieniach pod stopami. Teraz nie sposób było stwierdzić, czy zgniótł to coś, czy tylko odgonił. Nawet nie miał jak zająć się raną; nie nadszedł jeszcze moment, aby o siebie zadbać.
Mięśnie ramion i nóg paliły jak żywy ogień, gdy Dax wrócił wreszcie na szlak. To, co wydawało się łagodniejszym wejściem, zostało okupione otarciami i siniakami, które barwiły jego przedramiona i uda niczym brunatne smugi atramentu. Dyszał ciężko, zimno szczypało, ale pot spływał mu po plecach – czuł go nawet mimo deszczu, który na chwilę ustał. Wiedział, że niebo już zbierało się do kolejnego natarcia.
Wyłowił wzrokiem zatknięty na kiju skrawek materiału. Odwiązał go. Dłoń piekła, jak gdyby przyłożył do niej rozpalony pręt, nie zaś mokry materiał. Po chwili poczuł ulgę, krótką jak oddech.
Dax sięgnął po spróchniały kawałek drewna, który najwyraźniej lata temu był włócznią i cisnął go na ziemię.
Podążaj żółtym szlakiem – powtórzył w głowie słowa strażnika. Dlaczego miałbym ułatwiać życie tym, którzy będą szli po mnie? – ta myśl wywołała u niego szeroki, bezczelny uśmiech.
***
Legend o Skalnej Dolinie krążyło tyle, co chętnych na darmowe piwo, lecz śmiałków gotowych tam wkroczyć była ledwie garstka. Zresztą wkroczyć nie oznaczało przeżyć, a przeżyć, nie oznaczało być w stanie o tym opowiedzieć.
Przed Cyklem dolina należała do kapłanów i bezimiennych, których każdy rozsądny unikał jak pijackiej zgrai włóczącej się nocnym traktem. Ponoć w jamach i podziemnych labiryntach – wydrążonych bogowie wiedzą, kiedy – wciąż słychać było wrzaski tych, których tam chowali. A może to coś innego krzyczało.
Nietrudno było przewidzieć, że na te pozbawione życia ziemie prędzej czy później przypełznie coś innego. Istot chętnych na ludzkie mięso nie brakowało. Na szczęście ghule i tym podobne poczwary unikały ruchu i hałasu, więc Dax nie zawracał sobie nimi głowy.
Strumienie wody lały się nieprzerwanie z nieba. Błyskawice przecinały ciemność raz po raz, odsłaniając kolejne skały do pokonania. Mężczyzna parł do przodu, ślizgając się, to znów łapiąc równowagę, aż w końcu dotarł do kolejnej chorągiewki. Odwiązał ją i cisnął w błoto.
Zamarł. Oddech ugrzązł mu w piersi, gdy zobaczył, co wyłoniło się z mroku. Przetarł oczy wierzchem dłoni, był jednak tak przemoczony, że niewiele to dało.
Nie dalej niż kilkanaście metrów znajdowała się kolejna chorągiew. I następna. Cała ich zgraja zatknięta wokół niewielkiego wzniesienia niczym znaki ostrzegawcze.
– Światło – wyszeptał, lecz jego głos zniknął gdzieś w nawałnicy.
Wśród skał otoczonych chorągwiami dostrzegł jamę. Z jej wnętrza sączył się blask, który nie pozostawiał wątpliwości: ktoś palił tam ogień.
Po niemal godzinnej wspinaczce dotarł wreszcie naprzeciw otworu.
A niech to, pomyślał, spoglądając w niebo. Czy bogowie postanowili mnie ocalić, czy może wchodzę prosto w paszczę Śmierci?
Płomienie z wnętrza tańczyły wesoło na najbliższej ścianie. Niemal czuł ciepło płynące z ognia, a do ust zaczęła napływać mu ślina – czy to zapach mięsa?
Minęło tak wiele czasu, odkąd jadł coś porządnego. Wrócił myślami do karczmy, gdzie podawano najlepszy gulasz w całym Erkanen oraz importowane piwo, które rzeczywiście dało się pić bez ryzyka zwrócenia zawartości żołądka. Teraz wypiłby nawet i najgorsze szczyny – takie, które podawali na pograniczu.
Dax zagłębił się w otworze, zmuszając do ostrożności. Kamienne, nieociosane ściany mówiły dużo o wieku tego miejsca – grota musiała powstać przed poprzednim Cyklem. Pod stopami chrzęścił tłuczeń, drobne kawałki skał, które zdradzały każdy krok. Skradanie się nie miało sensu, ktokolwiek znajdował się wewnątrz – strachliwy kupiec, czy oddział wojska – na pewno już wiedział o jego przybyciu.
Szedł pewnym krokiem, jakby miał wyłączne prawo do przebywania w tym miejscu. Zatrzymał się dopiero przy ostrym zakręcie w lewo. Ostrożnie wyjrzał, aby nie wejść prosto w pułapkę.
Przy niewielkim ognisku siedziała przygarbiona postać. Długi płaszcz opadał na ziemię, kaptur szczelnie zasłaniał twarz.
– Słabeusz – prychnął Dax, obserwując skulonego przy ogniu cherlawca.
Zlustrował grotę jednym, szybkim spojrzeniem. Ruszył w stronę nieznajomego, gdy tylko upewnił się, że cienie nie kryją nikogo więcej. Wydobył sztylet zza pasa. Ostrze zalśniło w ogniu, a na twarzy pojawił się uśmiech – ten sam, którego tak mocno obawiały się nie tylko jego ofiary, ale i współpracownicy. Uśmiech obiecujący koniec. Krwawy, niespieszny i wyjątkowo brutalny.
Postać przy ognisku najprawdopodobniej trzęsła się już, zdając sobie sprawę z tego, co nastąpi. On jednak postanowił zacząć łagodnie – od imienia i niewinnego kłamstwa.
– Jestem Dax – powiedział, obracając sztylet w palcach. W jego dłoniach wyglądał niemal jak zabawka. – Nie masz się czego lękać.
– Wiem.
Głos należał do starca. Był zachrypnięty, suchy… i dziwnie pozbawiony emocji.
***
Więzienne cele są jak groby.
Zazwyczaj położone w zimnych lochach głęboko pod ziemią, gdzie strażnicy nie schodzą, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Po miesiącu więzień nabiera przekonania, że jest głuchy i ślepy – a nawet rozważa, czy nie lepiej byłoby mu już leżeć w grobie.
Dax nie planował gościć tam zbyt długo. Pociągnął za odpowiednie sznurki i czekał.
Reputacja pozwalała mu na dużo. Zaczynał co prawda od drobnych kradzieży, ale dość szybko zorientował się, że z taką sylwetką daleko w tym fachu nie zajdzie. Pobicia i wymuszenia przychodziły naturalnie.
Ostatnie cztery lata zajmował się właśnie tym – eliminowaniem problemów. Był tak dobry, że z czasem pozyskał arystokratycznych klientów o sakwach ciężkich od złota.
W mieście walczyły o władzę wielkie frakcje. Czerwoni wypierali Świetlistych. Maski siały zamęt, a imperium kurczyło się z roku na rok. Kłopoty dla jednych, szansa na zarobek dla innych. Zajmował się wrogami politycznymi i przepychankami handlowymi, ale nie zawsze zabijał, bo nie o to chodziło. Wystarczyło odpowiednio nacisnąć, aby skłonić bogatego kupca do lepszych warunków współpracy, złodzieja do przyznania się, a wędrowca do wyjawienia miejsca ukrycia cennego przedmiotu. Łamał kości, wyrywał zęby. Z czasem zaczął używać specjalnej dźwigni, żeby powoli odrywać kończyny. Robił to, co potrafił najlepiej.
Możni królewscy, dworzanie, arystokraci, wszyscy byli mu winni – nikt nie chciał, aby ludzie Daxa wypuścili niewygodne fakty na światło dzienne. Nic dziwnego, że wystarczyło kilka słów do strażnika, a więzienne kraty stanęły dla niego otworem.
Strażnik imieniem Saril przyszedł w wyjątkowo ciemną i zimną noc.
– Podążaj żółtym szlakiem. Nigdy nie wracaj do Erkanen – wycedził przez zęby. – Mój pan spłacił swój dług.
Daxa nie interesowało, o którego pana chodzi. Przyjął sztylet od strażnika i nawet nie planował oglądać się za siebie.
Żółty szlak był śmiertelnie niebezpieczny, jednak dla osób takich jak on stanowił jedyną realną szansę na ucieczkę. Imperium patrolowało wszystkie pozostałe szlaki. Nawet na leśnych dróżkach można było natrafić na wojskowych.
Dax miał nadzieję dotrzeć do Przełęczy Ocalonych, a potem na północ do Vilon. W miejscach takich jak to wiecznie ścierali się majętni ludzie. Tak – w Vilon znajdzie więcej klientów niż grzybów w lesie.
Zaczęcie wszystkiego od zera nawet go podniecało.
***
Dax zrzucił z siebie mokre, zakrwawione łachmany. Z głuchym plaśnięciem uderzyły o kamienie. Kilka dni głodówki odcisnęły na nim piętno. Wciąż jednak był na tyle potężnej budowy, że gdyby tylko chciał, podniósłby wychudzonego nieznajomego i złamał w pół.
Pierwszy raz od opuszczenia celi odnalazł spokój i mógł wysuszyć ubrania. Nieznajomy przy ognisku nawet nie podniósł głowy.
Błąd. Będzie tego żałował – kultury uczy się powoli. I boleśnie.
– Kim jesteś? – Przysunął się do ogniska, ale wciąż nie był w stanie dojrzeć twarzy tamtego. – Może magiem? Zabiłem kiedyś maga. Dziwiło mnie, jak dziecinnie proste było rozłupanie jego czaszki.
Odpowiedziało mu jedynie milczenie. Głuche. Wwiercające się w czaszkę.
Dax spróbował wyłowić wzrokiem jakikolwiek pokarm.
Czyżbym spóźnił się na posiłek? Nie miało to większego znaczenia, zaraz wybebeszy plecak milczka i zabierze wszystko, co uzna za przydatne. Martwi niczego nie potrzebują.
– Ci magiczni, niby tacy potężni, a krwawią jak każdy inny – podjął Dax, wyciągając zmęczone stopy w stronę ognia. Ciepło zaczęło rozpływać się po całym ciele jak po łyku czegoś mocniejszego. Mógłby zasnąć w okamgnieniu, jednak na razie nie mógł sobie na to pozwolić. – Gdyby zabijać ich powoli, krzyczeliby równie głośno co arystokracka hołota.
– Lubisz mówić.
– A ty milczeć.
– Nic się przed tobą nie ukryje.
– Nie drwij – warknął Dax, spluwając w stronę kapturnika. – Mędrcy i ich drobne szpilki… ja też potrafię je wbijać. – Uniósł sztylet na wysokość oczu.
Pierwszy raz głowa w kapturze skierowała się w jego stronę. Czarne jak węgiel oczy spojrzały na Daxa, którego przeszedł nagły dreszcz.
Czy on jest człowiekiem? – zastanowił się, lecz nie dał po sobie poznać zaniepokojenia.
Nieznajomy nie odwrócił wzroku.
– Mieszam ludziom w głowach – oświadczył po dłuższym milczeniu.
– Co?
– Pytałeś, kim jestem. Można uznać, że to moja profesja. Szewc robi buty, kowal broń, handlarz handluje…
– Kurwa rucha za pieniądze, a urzędnicy na pieniądze – rzucił Dax, mając już dość tej wyliczanki. – A kuglarz pierdoli? Tym właśnie jesteś, prawda? Zacznę wołać na ciebie: trefniś.
– Jestem Sergio, ale możesz mnie nazywać, jak chcesz – oznajmił wciąż nieruchomy kapturnik. – Saril cię uwolnił, prawda?
Dax zmarszczył brwi. Na chwilę zapatrzył się w ogień, czuł zawroty głowy z głodu.
– Skąd wiesz?
Jakaś cząstka mężczyzny miała ochotę opuścić to miejsce, szybko jednak otrząsnął się z tego uczucia, uznając je za absurdalne. On nigdy nie uciekał – to inni uciekali przed nim. Sergio będzie błagał o śmierć, gdy z nim skończy.
– Skalna Dolina to mój dom. Codziennie inna grota, inna historia przy ognisku. Katakumby w dolinie wyglądają jak nić wyjątkowo pracowitego pająka. Znam Sarila, czasem wysyła mi jedzenie, ale ostatnio tylko takie najgorszego sortu.
Dax zorientował się, że wciąż zaciska dłoń na sztylecie. Chciał go odłożyć, jednak zrezygnował z tego pomysłu.
– No to gdzie masz to jedzenie? – zapytał wreszcie.
Kącik ust pod kapturem drgnął.
– A na co masz ochotę?
– Gulasz z merrtira i warzywa w zasmażce z boczku. Do tego Darkańskie piwo, ale prawdziwe, nie te szczyny, które podają w przydrożnych tawernach. – Dax wyszczerzył żółte zęby. – No i dziwkę, której, jak skończę, nikt nie będzie chciał tknąć nawet kijem.
Sergio bez wahania sięgnął po duży pakunek, którego Dax wcześniej nie zauważył.
Po chwili między nimi stały trzy butelki Darkańskiego, zapieczętowane. Sergio wstawił również dwa kamienne naczynia w ogień. Gdy tak sięgał do ogniska, dało się dostrzec jego nienaturalnie długie, szare palce.
Gdybym je ścisnął, czy pękłyby jak łamane gałązki? – zastanowił się Dax.
– Dużo tam jeszcze masz? – zapytał zamiast tego, wychylając się w stronę pakunku.
– Nie mam tylko dziwki – odpowiedział tym samym dziwnym, zachrypniętym głosem.
Dax sięgnął po odrzucony wcześniej, mokry podkoszulek i owinął nim dłoń. Kiedy podniósł kamienną pokrywę, jego oczom ukazało się parujące danie – gulasz z merrtira, o który prosił.
Zastygł.
Przez ułamek chwili ważył pokrywę w dłoni – wydawała się nienaturalnie ciężka.
– No tak. – Odetchnął i odstawił garnek. – Saril powiedział ci o życzeniu skazańca, prawda? Dobry z ciebie trefniś.
Przysunął do siebie posiłek.
Głód nie pozwolił mu dłużej czekać. Oderwał kawałek mięsa i wpakował go do ust. Przełknął zbyt szybko, od razu sięgając po kolejny kawałek. Mięso było miękkie, rozpadało się w ustach i ociekało tłuszczem.
Sięgnął po butelkę. Odchylił ją bez namysłu. Piwo było gęste, ciężkie, gorzkie – dokładnie takie, jakiego pragnął. Pociągnął jeszcze większy łyk. Piana spłynęła mu po brodzie.
Sergio tylko patrzył.
– Mówisz, że tu mieszkasz – rzucił Dax, przełykając. – Nie boisz się tych stworzeń… tych, co jedzą zwłoki?
– Opowiedz mi o nich.
Dax prychnął, nie przerywając jedzenia.
– W tych grotach mieściły się kiedyś grobowce. – Niepokój odpłynął wraz z ciepłem piwa. Zbyt łatwo. – Jakiś kult, Namnona czy innego gówna, składał tu zmarłych. A potem ghule zaczęły ściągać całymi stadami. Napęczniałe cielska bogatych grubasów to dla nich uczta. – Pociągnął kolejny łyk piwa. – Ponoć te maszkary uciekają przed hałasem, więc nie ma czego się obawiać.
Głowa pod kapturem odwróciła się ku wyjściu.
– W takim razie nie będę się obawiał – odparł Sergio. – Martwym i tak nie robi różnicy, czy pożrą ich robale, czy coś większego. Powinieneś raczej lękać się tych, co jedzą żywych.
Piorun uderzył gdzieś blisko. Huk wypełnił grotę, odbił się od ścian i wrócił echem. Dax odruchowo zasłonił uszy.
– Te stworzenia utrzymują ofiarę przy życiu, podczas gdy ją rozrywają, kawałek po kawałku – podjął po chwili Sergio. – Jesteś żywy, ale nie poruszysz się, nie krzykniesz. Gdy już z tobą skończą, zostawiają resztki ghulom.
– Obrzydliwe – odparł Dax, wpychając do ust kolejny kawałek mięsa – ale musisz się bardziej postarać. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, jak można by dać się wziąć żywcem takiemu potworowi.
– Nie wiem, jak to robią – odparł Sergio, wzruszając kościstymi ramionami. – Sposobów jest zapewne wiele. Może potrafią mieszać ludziom w głowie, tak jak ja… a może podają swoim wygłodniałym ofiarom zatrute jedzenie?
Mężczyzna zatrzymał dłoń w połowie ust, spoglądając na ociekającego tłuszczem merrtira. Misa była już prawie pusta, opróżnił dwa piwa, a nieznajomy wciąż trwał w miejscu.
Nawet nie tknął jedzenia. Ta myśl uderzyła go nagle i przyprawiła o mdłości.
– Bez obaw, nie jest zatrute – powiedział Sergio.
– Gdyby te twoje stworzenia miały takie żarcie – uniósł otrzymany od Sergio gulasz i wskazał brodą piwo – to same by je zeżarły, zamiast łapać mnie na wędkę.
Mimo to wściekłość wzięła nad nim panowanie. Nie chciał jej zatrzymać. Wstał i cisnął butelkę w ogień. Nie potrzebował już towarzystwa do rozmowy. Uczta przy akompaniamencie krzyków Sergio wydawała się znacznie ciekawsza.
– Mówiłem, żebyś ze mnie nie drwił – warknął. – Sam się o to prosiłeś.
***
Dax nie próżnował, zanim zamknęli go w tej ciemnej, wilgotnej norze zwanej celą. Niewiele wcześniej dostał polecenie zastraszenia bogatego kupca poprzez zabicie dowolnego członka jego rodziny. Dowolnego – to lubił.
Jego oprychy obserwowały ofiarę dzień i noc: Isnela, jego żonę i śliczne dwunastoletnie bliźniaczki. Choć już wtedy Dax stąpał po cienkim lodzie i myślał o zmianie otoczenia, zdecydował się na tę ostatnią przyjemność. Ze względu na dziewczynki.
– Najpierw paznokcie. Potem zęby – powiedział, jakby opisywał przepis, a nie wspomnienie. – Później wykonałem jeszcze akcję, którą nazywam odwróceniem. Wyłamałem młodej wszystkie palce do zewnątrz.
Czasem mięśnie wciąż drgały, jakby próbowały czegoś dosięgnąć. Zawsze go to bawiło.
– Wtedy mówię: potrzymaj mi łamak, bo muszę zająć się twoimi nóżkami – dodał, spoglądając na Sergio. Kręciło mu się w głowie od piwa, ale kontynuował. – Najważniejsze, żeby ojciec patrzył. Pracowałem dalej, czekając aż strach przegra z rozpaczą. Gdy wiedziałem, że jest już miękki, kazałem przyprowadzić drugą. – Uśmiechnął się i uniósł palec, żeby nadać swoim słowom odpowiedniej wagi. – Tą też mogę się zająć, powiedziałem mu.
Sergio pokiwał głową – Dax nie wiedział, czy z uznaniem, czy tylko na znak, że słucha.
– Lubisz znęcać się nad dziećmi? – zapytał, wbijając w niego diabelskie oczy.
Dax obserwował długie cienie tańczące na ścianie jaskini. Świat wirował.
Ani śladu szkła, uświadomił sobie. Przed chwilą groził nieznajomemu, wstał i cisnął butelką. Rozprysnęła się po kamieniach, prawda?
Do licha! Co tu się wyprawia? Nie miał w zwyczaju zwierzać się swoim przyszłym ofiarom. Jak dał się wciągnąć w opowieść o bliźniaczce?
Ile wypiłem? – zastanowił się, spoglądając na butelkę, na której dnie pozostała resztka gęstego płynu. Nie pamiętał, za dużo.
Muszę się otrząsnąć, powtarzał w głowie raz po raz. Ponownie spojrzał ponad Sergio – ściany zaczęły się rozmywać, albo był tak pijany, albo…
– Czy ja nie żyję? – zapytał wreszcie.
Tylko to miało sens. Zginął na szlaku, gdy ześlizgnął się w otchłań. Uważnie spojrzał na dłonie. Lewa wciąż była mocno poharatana, krew zaschła, ale rana była głęboka, aż do kości. Dlaczego nie boli?
– Nie, skądże – odparł rozbawiony pytaniem Sergio. – Żyjesz.
Zapadła zupełna cisza, którą zmąciły nagłe, dzikie wrzaski – ghule. Wyczuły mięso i czaiły się blisko, mając nadzieję na zgarnięcie ochłapów. Może nawet napaści na śpiących podróżnych.
– Sam stwierdziłeś, że boją się żywych – powiedział Sergio, wyczuwając jego wahanie. – Kontynuuj. Lubisz się znęcać nad dziećmi?
– Może i lubię – podjął wreszcie Dax, próbując zyskać więcej czasu na otrzeźwienie. – Natomiast patrzenie w oczy Isnela było… sam nie wiem. Obserwowanie najpierw wściekłości, potem wysłuchiwanie próśb. Na końcu patrzenie, jak w jego oczach gasła nadzieja. To było coś. Zresztą szkoda, że nie widziałeś jego miny, jak wsadziłem łamak w pogruchotaną dłoń dziewczynki, a potem jak gdyby nigdy nic zacząłem obracać drugą dłoń!
Dax zaśmiał się, rozlewając część piwa. Znów wziąłem je do dłoni? Kiedy?
Wiedział, że po tak dużym posiłku i piciu wygłodzony organizm powinien zareagować wymiotami lub choćby drobnymi mdłościami. On czuł się natomiast ogłupiony i ospały. Mógłby zasnąć tu i teraz – w pozycji siedzącej, z głupim uśmieszkiem na twarzy. Zachowywał się jak ktoś całkiem obcy.
– Czy uważasz się za potwora?
Dax nie odpowiedział. Odpływał w objęcia snu. Gdy zamknął oczy, pod powiekami ukazała mu się rozmazana postać. Klęczała nad nim. Z dłoni widma odrywały się mroczne fragmenty cienia i skapywały na ziemię.
Coś uderzyło go w twarz. Natychmiast otworzył oczy.
Wciąż siedział na kamieniu przy strzelającym iskrami ognisku. Sergio znajdował się naprzeciw niego. Nie wstał ani razu, odkąd przyszedł tu Dax.
– Mamy mało czasu – powiedział.
– Nie jestem potworem. Potwory są tam. – Wskazał wyjście z jaskini. – Ghule, Wypaczeni, słudzy ciemności… całe to ścierwo.
Śmiech Sergio odbił się echem od ścian. Zimny, krótki.
Dax obrócił głowę w lewo. Zdawało mu się, że dźwięk dochodził stamtąd – był przy jego uchu.
– Ciekawy punkt widzenia. Ghule i Wypaczeni nie mają świadomości, ale słudzy ciała to inteligentne stworzenia. Ghule jedzą to, co martwe – uśmiechnął się krzywo – my więc jesteśmy gorsi. Zabijamy dla pokarmu, one zjadają to, co znajdą. Są wolne od samego aktu zabijania.
– Ohydztwo! – skwitował Dax, zsuwając się z kamienia i opierając się o niego plecami.
– Inteligentne gatunki są niezwykle zróżnicowane. Nie ma dobrych lub złych ludzi. Są tylko odcienie szarości. Tak samo jest z moją rasą. – Sergio nie patrzył na Daxa. Zdawało się, że mówi o czymś, co fascynowało go od dawna. – Ciekawe, że ci dobrzy, działający zgodnie ze sztucznie wytworzonym kodeksem moralności, uważają że potwory należy zabijać. Czym jest potwór? Niszczycielska bestia bez własnej świadomości i zdolności do wybiegania myślami w przód? A może inteligentne stworzenie, któremu cierpienie innych sprawia radość? – Sergio nachylił się w stronę mężczyzny i dodał: – W pojęciu moralności ludzkiej jesteś potworem, Dax.
Zakapturzony wstał powoli.
Imponował wysokością, nawet przy Daxie. Gdy tylko ruszył się z miejsca, zdawał się sunąć w powietrzu, zamiast kroczyć jak śmiertelnik. Długa szata przylgnęła do ciała, które zdawało się mieć same kości.
Dax przypomniał sobie słowa psalmu jednej ze świętych ksiąg Końca, związanych z Cyklami:
I przyszła Śmierć,
odziana w łachmany.
Nad głową gęsty mrok
ludzkość u jej stóp.
Dax próbował zerwać się na równe nogi.
– Zostaw mnie. Odejdź! – krzyknął.
Nogi odmówiły posłuszeństwa. Odrętwienie ogarnęło go całego i opadł z powrotem na ziemię.
– Nie mam zamiaru się zbliżać – odparł Sergio spokojnie. – To była miła pogawędka.
– Nie zabijesz mnie?
Jedzenie było zatrute, zostawi mnie na pastwę ghuli. Ta myśl sprawiła, że ponownie spróbował dźwignąć się na nogi. Tym razem z sukcesem.
– Mój drogi… – Sergio przesunął się bliżej ogniska. Światło musnęło jego twarz. Na szarej, kościstej twarzy zakwitł uśmiech zbyt szeroki, by był ludzki. Zęby cienkie, długie, przypominały igły. – Dziękuję za ucztę.
– Przecież nic nie zjadłeś – powiedział Dax, rozglądając się bezradnie.
– Ależ to ty nic nie zjadłeś – zaśmiał się cicho.
Gulasz zniknął.
Nie rozsypał się, nie wyparował – po prostu go nie było. Tak samo pozostałych dań, a nawet kamiennych mis. Tylko ognisko strzelało iskrami.
Dax cofnął się o krok. Dopiero wtedy to zobaczył. Przy ognisku leżał mężczyzna. Brzuch miał rozpruty, a wnętrzności niemal zniknęły. Dax wpatrywał się w ciało, próbując zrozumieć, skąd się wzięło.
Sergio już tam był. Klęczał nad zwłokami, pochylony, z dłońmi czerwonymi od krwi. Jego usta szeptały coś do leżącego.
Ależ zjadłem. To ty nic nie zjadłeś.
Słowa zabrzmiały w głowie Daxa.
I wtedy ciało poruszyło się. Jęknęło cicho.
– Co to za magia?! – krzyknął Dax.
– Co to za magia?! – powtórzyła jak echo zjadana ofiara.
Świat zawirował. Ogień, kamienie, jaskinia – wszystko obróciło się i runęło. Dax leżał teraz na plecach, sparaliżowany, a nad nim pochylał się Sergio.
Czarne jak smoła oczy wpatrywały się w niego z bliska.
– Lubię tak czasem pogawędzić podczas posiłku – szepnął. – Nie ma tu zbyt wiele stworzeń. Tylko te, które mi podsyłają. – Nachylił się jeszcze bliżej. – Niestety muszę już iść.
Dax leżał na zimnym podłożu, czuł się, jakby ktoś wbijał w niego tysiące małych igieł, a świadomość ciała wracała falami. Chciał wtedy krzyczeć, lecz nie był w stanie.
– Przestaje działać – powiedział Sergio tonem, który imitował zatroskanie.
Dax mógł tylko obserwować, jak ostre zęby Sergio zbliżają się do jego karku. Spodziewał się kolejnej fali bólu. Zamiast tego poczuł znajome ugryzienie – dokładnie to samo, które poczuł, gdy ześlizgnął się z kamieni i rozerwał dłoń.
Czy cała reszta była iluzją? Sergio prowadził go tutaj jak owieczkę na rzeź.
– To powinno pomóc na ból – powiedział Sergio – i utrzymać cię przy życiu jeszcze chwilę.
Dax próbował krzyczeć. Nie był w stanie poruszyć swego ciała nawet o cal. Krzyk uwiązł mu w gardle. W uszach odbijały mu się jedynie słowa Sergio oraz powarkiwania żądnych mięsa ghuli.
Proszę… nie! – powtarzał w myślach, jakby spodziewając się, że ktokolwiek go usłyszy. Kątem oka dostrzegł zwabione zapachem stworzenia, wdzierające się do wnętrza jaskini, szare, opuchnięte i cuchnące zgnilizną. Ich ciała były powykręcane niczym ludzkie karykatury.
– Tak jak mówiłem, muszę już iść. – Sergio stanął na równe nogi i zaczął sunąć w stronę wyjścia. – Ghule się niecierpliwią.
Dax zamknął oczy, modląc się, by jad złagodził ból.
Bardzo dobrze się czytało. Świetnie ukazujesz moralność i jej odcienie szarości. Tworzysz wciągający klimat – z przyjemnością przeczytam coś więcej z tego uniwersum. Zostawiam klika i pozdrawiam.
Mocne, duszne i bardzo skuteczne: otwarcie na skałach świetnie „czuć” w ciele, Dax jest konsekwentnie odrażający (bez usprawiedliwiania), a Sergio buduje niepokój detalem i spokojem aż do naprawdę dobrego, nie-taniego twistu z „ucztą”. Gdybym mógł kliknąć kilka razy, kliknąłbym za klimat, konstrukcję napięcia i finał, który zostaje pod skórą.
Melendur88
Hej, Adexx
Dziękuję za miły komentarz i za klik – no i za betę!
Na pewno coś z uniwersum jeszcze wrzucę, chociaż nie wiem jeszcze, kiedy to będzie. Po głowie chodzą mi 3 szorty, które pewnie rozciągną się na 25 tys. znaków ;)
Hej, melendur88
Twój komentarz to miód na moje uszy. Cieszę się, że twist okazał się smakowity ;)
a Sergio buduje niepokój detalem i spokojem
Sergio, plus klimat, to były dwie rzeczy, nad którymi chciałem najmocniej popracować przy tym opowiadaniu.
Gdybym mógł kliknąć kilka razy, kliknąłbym za klimat, konstrukcję napięcia i finał, który zostaje pod skórą.
Miło mi bardzo :)
Pozdrawiam!
Początek trochę mi się dłużył – bohater się wspina, wspina i właściwie niewiele się dzieje. Ale po spotkaniu faceta w kapturze zaczęło być ciekawie.
Ciekawe, w jaki sposób skłonił ludzi, żeby przysyłali mu posiłki. Pewnie odpowiedni faceci zawsze znajdą kogoś odpowiedniego i nie trzeba ich długo przekonywać…
Babska logika rządzi!
Hej, Finkla
Dziękuję za przeczytanie – i za klik :)
Początek trochę mi się dłużył
No… przyznam, że nie bardzo się śpieszyłem w tym opowiadaniu. Chwała betującym, bo dzięki nim ten początek i tak został skrócony.
Ciekawe, w jaki sposób skłonił ludzi, żeby przysyłali mu posiłki. Pewnie odpowiedni faceci zawsze znajdą kogoś odpowiedniego i nie trzeba ich długo przekonywać…
Gość taki jak Sergio, ma swoje sposoby ;) Mam nadzieję, że jeszcze wrócę do tego w innych tekstach.
Pozdrawiam :)
Prawda, utalentowana postać. ;-)
Babska logika rządzi!
Witaj. :)
Fragment Przedmowy: „Dołączajcie do uczty przy ognisku” skojarzył mi się ze słynnym przebojem Kabaretu Elita. :)
Osobne ukłony za wskazanie wulgaryzmów oraz brutalności – wiem, z czym się będę mierzyć. :))
Wątpliwości oraz sugestie co do strony językowej (zawsze – tylko do przemyślenia):
Dax chciał zakląć, lecz z gardła wyrwał mu się jedynie nic nieznaczący warkot.
To koniec – przemknęło mu przez głowę. – powtórzenie?
Noc zapowiadała się zimna i bezlitosna. Spanie pod gołym niebem, z którego bogowie wciąż ciskali błyskawicami dla rozrywki.
– Vicami, er haine! – ryknął w stronę nieba. – powtórzenie; środkowe zdanie wydaje się nie mieć dokończenia, jakby było urwane (?)
Nie dalej niż kilkanaście metrów, znajdowała się kolejna chorągiew. – zbędny przecinek?
Wśród skał otoczonych chorągwiami, dostrzegł jamę. – i tu?
Teraz wypiłby nawet i najgorsze szczyny (przecinek lub myślnik?) takie, które podawali na pograniczu.
Kamienne, nieociosane ściany mówiły dużo o wieku tego miejsca – grota musiała powstać przed poprzednim Cyklem. – aliteracja?
Skradanie się nie miało sensu, ktokolwiek znajdował się wewnątrz – strachliwy kupiec (przecinek?) czy oddział wojska – na pewno już wiedział o jego przybyciu.
Ostrze zalśniło w ogniu, a na jego twarzy pojawił się uśmiech – ten sam, którego tak mocno obawiały się nie tylko jego ofiary, ale i współpracownicy. – powtórzenie?
Pociągnął za odpowiednie sznurki i czekał. Przez lata udało mu się zdobyć odpowiednią reputację. – i tu?
Ostatnie cztery lata zajmował się właśnie tym – eliminowaniem problemów. Był w tym tak dobry, że z czasem pozyskał arystokratycznych klientów o sakwach ciężkich od złota. – i tu?
Żółty szlak był śmiertelnie niebezpieczny, jednak dla osób takich (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) jak on, stanowił jedyną realną szansę na ucieczkę.
Kilka dni głodówki odcisnęły na nim piętno. – składniowy?
Gdyby zabijać ich powoli, krzyczeliby równie głośno (przecinek?) co arystokracka hołota.
Pierwszy raz, głowa w kapturze skierowała się w jego stronę. – zbędny przecinek?
Zacznę wołać na ciebie (dwukropek i potem kursywą?) trefniś.
– No i dziwkę, z którą jak skończę, nikt nie będzie chciał tknąć nawet kijem. – składniowy?
Przez ułamek chwili ważył pokrywę w dłoni – wydawała się nienaturalnie ciężka.
– No tak. – Wypuścił ciężko powietrze i odstawił garnek. – powtórzenie?
Jakiś kult, Namnona czy innego gówna, zaczął tu składać zmarłych. A potem ghule zaczęły ściągać całymi stadami. – i tu?
– W takim razie nie będę się obawiał. – odparł Sergio. – błędny zapis dialogu (zbędna kropka w środku)?
– Martwym i tak nie robi różnicy (przecinek?) czy pożrą ich robale, czy coś większego
Ponownie spojrzał ponad Sergio – ściany zaczęły się rozmywać (przecinek lub myślnik?) albo był tak pijany, albo…
Wiedział, że po tak dużym posiłku i piciu, wygłodzony organizm powinien zareagować wymiotami lub choćby drobnymi mdłościami. – zbędny ostatni przecinek?
Zdawało mu się, że dochodził dźwięk stamtąd – był przy jego uchu. – składniowy?
Czemu tak różnie piszesz ten wyraz?:
Czy bogowie postanowili mnie ocalić, czy może wchodzę prosto w paszczę Śmierci?
I przyszła śmierć,
odziana w łachmany.
– Nie zabijesz mnie?
Jedzenie było zatrute, zostawi mnie na pastwę ghuli.-powtórzenie?
– Przecież nic nie zjadłeś. – powiedział Dax, rozglądając się bezradnie. – ponownie błędny zapis dialogu – zbędna kropka w środku?
Zakończenie mocne, przerażające, wręcz makabryczne. Jak w sumie cała historia. :) Odczytuję tekst jako sprawiedliwą karę za dokonane w życiu okrucieństwa. :) Mimo zamknięcia całości mam wrażenie, że to może być fragment/rozdział obszernej powieści o arcyciekawym, mrocznym świecie fantasy. ;)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Hej, bruce!
Fragment Przedmowy: „Dołączajcie do uczty przy ognisku” skojarzył mi się ze słynnym przebojem Kabaretu Elita. :)
Aż sobie posłuchałem… gdybym słuchał tego, do pisania “Uczty” to tekst wyglądałby zupełnie inaczej :)
Poprawki zrobione – sporo. Ale mam nieliczne wątpliwości:
Kamienne, nieociosane ściany mówiły dużo o wieku tego miejsca – grota musiała powstać przed poprzednim Cyklem. – aliteracja?
Czy to jest błąd, który trzeba naprawić? Niby rozumiem, o co chodzi, ale nie wiem, czy powinienem to zmieniać.
Kilka dni głodówki odcisnęły na nim piętno. – składniowy?
Wydaje mi się, że powinno być właśnie “odcisnęły” a nie “odcisnęła/ło” bo te kilka dni odcisnęły na nim właśnie piętno.
– No i dziwkę, z którą jak skończę, nikt nie będzie chciał tknąć nawet kijem. – składniowy?
Tu mam duży problem. Generalnie miałem problem z napisaniem tego zdania. Nie widzę tu błędu. Możesz mi pomóc z tym zdaniem? :)
I przyszła śmierć,
Tak – w obu miejscach jest teraz dużą literą.
Zakończenie mocne, przerażające, wręcz makabryczne. Jak w sumie cała historia. :) Odczytuję tekst jako sprawiedliwą karę za dokonane w życiu okrucieństwa. :)
Super. Dziękuję, tak dokładnie miało być… trochę tego okrucieństwa nawet uciąłem.
Mimo zamknięcia całości mam wrażenie, że to może być fragment/rozdział obszernej powieści o arcyciekawym, mrocznym świecie fantasy. ;)
Co prawda kontynuacji konkretnie tego wątku nie planuję, to masz dobre wrażenie. Sergio jest jedną z grywalnych postaci w moim RPG. Planuję mu też kolejne opowiadania i coś dłuższego – może w opowiadaniu tego jeszcze nie widać, ale jest to gość, któremu czasem puszczają nerwy.
Świat Cykli jest dość spory, bo jest w nim kilka kampanii RPG, opowiadań i rozpisanych pomysłów na dłuższy format. Wałkuję to od lat, ale dopiero ostatnio dopracowałem wszystko i zaczynam realizować te pomysły.
Dziękuję serdecznie za przeczytanie, komentarz i za klik!
Pozdrawiam serdecznie :)
I ja bardzo dziękuję. :)
Aż sobie posłuchałem… gdybym słuchał tego, do pisania “Uczty” to tekst wyglądałby zupełnie inaczej :)
Tak myślę.
Jestem wychowana na utworach wspomnianego Kabaretu i – ogólnie – “Powtórce z Rozrywki”, stąd też takie, luźne skojarzenie. ;)
Co do aliteracji, mam tu na Portalu zawsze zwracaną na nie uwagę, zatem wolę też dopytać, czy to celowy zabieg, czy nie. ;)
Wydaje mi się, że powinno być właśnie “odcisnęły” a nie “odcisnęła/ło” bo te kilka dni odcisnęły na nim właśnie piętno.
Zgrzytało mi podczas czytania, bo lepiej by mi brzmiało: “odcisnęło”, gdyż to nie są same “dni”, lecz “kilka dni”, ale specem nie jestem, mogę się mylić, zostaw, jeśli lepiej Ci brzmi po staremu. :)
– No i dziwkę, z którą jak skończę, nikt nie będzie chciał tknąć nawet kijem. – składniowy?
Tu mam duży problem. Generalnie miałem problem z napisaniem tego zdania. Nie widzę tu błędu. Możesz mi pomóc z tym zdaniem? :)
Ja bym tu dała tak:
– No i dziwkę, której, jak skończę, nikt nie będzie chciał tknąć nawet kijem.
Lecz – pewności nie mam, niestety, przepraszam. :)
Powodzenia zatem w dalszym pisaniu, pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Pobetowo wspomnę, że opowiadanie dla mnie jest nieco zbyt brutalne, ale czyta się znakomicie.
Zwłaszcza od momentu, kiedy zaczyna się czuć niepokój, który akapit po akapicie narasta.
No i chwała Ci autorze, za przedstawienie sylwetki bohatera, bo wcale go nie żal. Choć wyobrażać sobie strach.
delulu managment
Bruce
Co do aliteracji, mam tu na Portalu zawsze zwracaną na nie uwagę, zatem wolę też dopytać, czy to celowy zabieg, czy nie. ;)
Na razie uznajmy, że jest to celowy zabieg. Zapoznam się dokładniej z tematem i pomyślę.
Zgrzytało mi podczas czytania, bo lepiej by mi brzmiało: “odcisnęło”, gdyż to nie są same “dni”, lecz “kilka dni”, ale specem nie jestem, mogę się mylić, zostaw, jeśli lepiej Ci brzmi po staremu. :)
Z tym zrobię tak samo. Na chwilę obecną zostawię, ale dodam sobie w docs komentarz do tego i spróbuję dowiedzieć się co z tym zrobić.
– No i dziwkę, której, jak skończę, nikt nie będzie chciał tknąć nawet kijem.
O… lepiej. Dziękuję i poprawiam.
Dziękuję serdecznie Bruce! :)
Hej, Ambush
Pobetowo wspomnę, że opowiadanie dla mnie jest nieco zbyt brutalne, ale czyta się znakomicie.
Zwłaszcza od momentu, kiedy zaczyna się czuć niepokój, który akapit po akapicie narasta.
Dziękuję serdecznie za betę, za ten komentarz i za klik. Wyszło brutalnie – ale cieszę się, że czytało Ci się znakomicie :)
No i chwała Ci autorze, za przedstawienie sylwetki bohatera, bo wcale go nie żal.
A proszę bardzo. Niestety mam słabość do takich bohaterów :/ Może spróbuję coś innego w przyszłości.
Pozdrawiam serdecznie ;)
Ukłony, Szanowny Autorze, pozdrawiam i także dziękuję. :)
Pecunia non olet
Bardzo dobre opowiadanie.
Wciągnęło mnie i było na tyle ciekawe, że trudno było się oderwać aż do samego końca.
Szczególnie dobrze wypadła „gadana” część przy ognisku – czyta się ją z dużym zainteresowaniem.
Ciekawy jest też dobór bohaterów: żadna z postaci nie jest pozytywna, co dobrze współgra z myślą, że „są tylko odcienie szarości”.
Gratuluję pomysłu i wykonania.
Pozdrawiam i klikam.
rr
Hej, Robert Raks
Bardzo ucieszył mnie Twój komentarz :) Cieszę się, że tekst tak Cię wciągnął.
„są tylko odcienie szarości”.
Dark fantasy i odcienie szarości to temat, który coraz częściej wałkuję. Na pewno jeszcze wrócę do tego świata.
Dziękuję za miłe słowa, komentarz i klik. Biblioteko przybywam! ;)
Pozdrawiam serdecznie
Spieszmy się czytać opka, obowiązki lożańskie tak szybko nadchodzą…
Dziń dybry, Ramshiri,
Zaimponowałeś mi ostatnio “Świetlaną przyszłością”, toteż z podrasowanym zainteresowaniem przechodzę do czytania:
Świat zanurkował.
O! Ciekawa perspektywa. Tak jak często się spotyka “świat zawirował”, tak można przecież użyć “świat zanurkował”. Genialne!
Znalazł oparcie dla stóp, najpierw jednej, później drugiej. Dopiero po dłuższej chwili uspokoił oddech.
Zaraz, to on nie wpadł do wody?
Błyskawica rozerwała świat na dwoje. Przez moment krajobraz rozświetlił się, ukazując setki ton skał, przypominające niekończące się cmentarzysko.
Hm, a gdyby tak:
→ Błyskawica rozerwała świat na dwoje i rozświetliła krajobraz. Setki ton skał przypominały nieskończone cmentarzysko.
Jak uważasz? Moim zdaniem jest nieco lepiej. No i zredukowałam tę wstrętną siękozę.
Ze skał wystawał spróchniały kij, na którym przywiązano miotany wiatrem skrawek wyblakłego już materiału. Jeżeli bogowie postanowili go jednak ratować, to żałował, że nie obraził ich wcześniej.
Zebrał siły i wyszarpnął ze szczeliny wielką, owłosioną dłoń. Kolejny błysk odsłonił oderwany płat skóry, krew i coś białego.
Chwilę mi zajęło, by zrozumieć, że wyjął własną dłoń ze szczeliny. Barwne opisy sprawiły, że zapomniałam już o utknięciu dłoni bohatera w szczelinie, no i rozproszył mnie jeszcze ten kij (i nie wiedziałam, czy ten kij okazał się czyjąś dłonią jakiegoś nieszczęśnika). Dlatego mimo że jestem przeciwniczką nadużywania zaimków i sama ciągle pracuję nad ich redukcją we własnych opowiadaniach, to dodałabym jakiś zaimek, żeby czytelnik nie miał wątpliwości.
→ Zebrał siły i wyszarpnął ze szczeliny swoją wielką, owłosioną dłoń.
Kolejny błysk odsłonił oderwany płat skóry, krew i coś białego.
Kość.
Lepsze to niż sznur kata – pomyślał, gdy do jego nozdrzy napłynął metaliczny zapach krwi.
Splunął na krwawiącą dłoń, zacisnął palce, raz, drugi, trzeci. Ból uderzył z siłą młota, lecz Dax był na niego przygotowany. Droga do wolności często płynie krwią. Dlaczego zawsze moją? – miał ochotę zapytać.
Trochę dużo tej krwi.
Może krwawiącą zastąpić poranioną?
Legend o Skalnej Dolinie krążyło tyle, co chętnych na darmowe piwo
Hehe :)
Zresztą wkroczyć nie oznaczało przeżyć, a przeżyć, nie oznaczało być w stanie o tym opowiedzieć.
Hm, ładne, fajne.
Dax zagłębił się w otworze, zmuszając do ostrożności.
Zmuszając kogo do ostrożności? Brak podmiotu.
Był zachrypnięty, suchy… i dziwnie pozbawiony emocji.
Wielokropek dałabym po i.
→ Był zachrypnięty, suchy i… dziwnie pozbawiony emocji.
Zaczynał co prawda od drobnych kradzieży, ale dość szybko zorientował się, że z taką sylwetką daleko w tym fachu nie zajdzie. Pobicia i wymuszenia przychodziły naturalnie.
Czyli jaką sylwetką? W sensie, że był zbyt duży, by się skradać?
Nic dziwnego, że wystarczyło kilka słów do strażnika, a więzienne kraty stanęły dla niego otworem.
Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Arystokraci wtrącili Daxa do więzienia, bo bali się, że nagle jego ludzie zaczną chlapać jęzorem? A wcześniej się nie bali?
Dziwiło mnie, jak dziecinnie proste było rozłupanie jego czaszki.
Odpowiedziało mu jedynie milczenie. Głuche. Wwiercające się w czaszkę.
Można jedną czaszkę zastąpić głową.
Czy on jest człowiekiem? – zastanowił się, lecz nie dał po sobie poznać zaniepokojenia.
A może lęku? Lepiej wybrzmi wtedy całe zdanie.
– Kurwa rucha za pieniądze, a urzędnicy na pieniądze
Dobre, nie znałam tego wcześniej :)
Do tego Darkańskie piwo
Czemu z dużej litery?
– Dużo tam jeszcze masz? – zapytał zamiast tego, wychylając się w stronę pakunku.
– Nie mam tylko dziwki – odpowiedział tym samym dziwnym, zachrypniętym głosem.
Hahaha, świetne ;p
Kiedy podniósł kamienną pokrywę, jego oczom ukazało się parujące danie – gulasz z merrtira, o który prosił.
Zastygł.
Gulasz zastygł? :)
– Te stworzenia utrzymują ofiarę przy życiu, podczas gdy ją rozrywają, kawałek po kawałku – podjął po chwili Sergio. – Jesteś żywy, ale nie poruszysz się, nie krzykniesz. Gdy już z tobą skończą, zostawiają resztki ghulom.
Zaraz, o jakich stworzeniach on mówi? Myślałam, że mówi o ghulach właśnie.
Jego oprychy obserwowały ofiarę dzień i noc: Isnela, jego żonę i śliczne dwunastoletnie bliźniaczki. Choć już wtedy Dax stąpał po cienkim lodzie i myślał o zmianie otoczenia, zdecydował się na tę ostatnią przyjemność. Ze względu na dziewczynki.
– Najpierw paznokcie. Potem zęby – powiedział, jakby opisywał przepis, a nie wspomnienie. – Później wykonałem jeszcze akcję, którą nazywam odwróceniem. Wyłamałem młodej wszystkie palce do zewnątrz.
Czasem mięśnie wciąż drgały, jakby próbowały czegoś dosięgnąć. Zawsze go to bawiło.
– Wtedy mówię: potrzymaj mi łamak, bo muszę zająć się twoimi nóżkami – dodał, spoglądając na Sergio.
Aha, czyli nadal akcja toczy się w jaskini. Ja myślałam, że to znowu retrospekcja. Jest to jednak trochę mylące.
Pracowałem dalej, czekając aż strach przegra z rozpaczą.
→ Pracowałem dalej, czekając, aż strach przegra z rozpaczą.
I czemu strach miałby przegrać z rozpaczą? W takiej sytuacji strach i rozpacz są odczuwane równocześnie.
uważają że potwory należy zabijać.
→ uważają, że potwory należy zabijać.
Ale to jest dobre. Poczułam taką satysfakcję z czytania, że aż mimowolnie się wzruszyłam.
Plusów tego tekstu dostrzegam tak wiele, że aż trudno mi je zebrać wszystkie w głowie i wymienić.
Po pierwsze: zwykłe, niepozorne ugryzienie “robaka” na początku tekstu okazało się bardzo istotne i dopięło ładną klamrę na końcu opowiadania.
Po drugie: warsztat, język, styl – chapeau bas!
Po trzecie: główny bohater jako złol rzadko się broni w literaturze i trzeba mieć nie lada umiejętności, by przedstawić go w sposób zachęcający do czytania. Tobie się to udało.
Po czwarte: świetnie pokazałeś wątek zamroczenia, mącenia umysłu, czy jak to inaczej nazwać. Sama czułam się zamotana, zaniepokojona, lekko ogłuszona.
Po piąte: satysfakcjonujące i zmuszające do refleksji zakończenie. Sergio pozbył się Daxa i miał rację, że to on był przecież tak naprawdę potworem, a nie bezmyślne ghule, którymi kieruje jedynie instynkt. Tylko teraz też nasuwa się pytanie: Sergio jest postacią jak najbardziej świadomą, więc on… też jest potworem? A czy można nazwać potworem kogoś, kto pozbywa się potwora? Niezła rozkminka. I właśnie też dlatego to opowiadanie tak mi się spodobało.
No i cóż mam więcej rzec, jestem zachwycona. Kliknęłabym, ale opowiadanie już słusznie znajduje się w Bibliotece.
Pozdrawiam serdecznie!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć