Sala tronowa pałacu Coronis Prime tonęła w złocie i szkarłacie. Promienie zachodzącego słońca wpadały przez witraże ukazujące triumfy poprzednich cesarzy, rozbijając się na posadzce w kalejdoskop barwnych plam. Lirien Vael stała w trzecim rzędzie, dokładnie tam, gdzie nakazywał protokół wobec córek cesarskich, które przeżyły swojego ojca, ale nie miały prawa zasiąść na tronie. Ironia tego miejsca bawiła ją od godziny – wystarczająco blisko, by wszystko widzieć, i wystarczająco daleko, by nikt nie dostrzegł jej uśmiechu.
Rozejrzała się po zgromadzonych. Lord Halvorsen ocierał pot z czoła jedwabną chusteczką, choć temperatura w sali nie przekraczała komfortowych dwudziestu stopni. Lady Mira Vex przestępowała z nogi na nogę w butach zdobionych rubinami, wyraźnie licząc minuty do zakończenia ceremonii. Ktoś inny mógłby uznać to za zwykłą nerwowość przed historyczną chwilą. Lirien wyczuwała jednak coś więcej – lepką warstwę strachu pod pozłacaną powierzchnią dworskiej etykiety. Nie potrzebowała do tego swojego przeklętego daru, wystarczyła zwykła obserwacja.
A może jednak potrzebowała. Od czasu śmierci ojca coś w niej pękło, a raczej otworzyło się jak trzecie oko, którego nigdy nie chciała. Szepty emocji cudzych umysłów wkradały się teraz do jej głowy bez zaproszenia, niosąc strzępy obaw i nadziei. Stłumiła je siłą woli, jak uczyła się robić od dziecka, zaciskając mentalną pięść na własnych zmysłach.
Tarquin Valerion wkroczył na podium przed tronem. Jego krok był miarowy, szaty z czarnego aksamitu ciągnęły się za nim niczym skrzydła drapieżnika, a srebrne nici wyszyte na rękawach tworzyły wzór, który Lirien skądś znała. Przez chwilę nie mogła skojarzyć skąd – aż przypomniała sobie starą księgę z biblioteki ojca, traktującą o symbolach heretyckich kultów. Wzór był niemal identyczny. Niemal. Wystarczająco, by nikt nie zwrócił uwagi.
– Drodzy zgromadzeni – zaczął Tarquin, a jego głos wypełnił przestrzeń jak miód zmieszany z cykutą. – Staję dziś przed wami nie jako uzurpator, lecz jako sługa Novum Aetherium. Po tragicznej śmierci naszego ukochanego cesarza, niech spoczywa w Wiekuistym Płomieniu, nadszedł czas odbudowy.
Kilka osób na sali wykonało gest błogosławieństwa. Lirien nie poruszyła dłonią. Nie miała zamiaru udawać, że wierzy w oficjalną wersję o wypadku statku ojca – wersję tak cienką, że można by ją podrzeć paznokciem.
– Nowe cesarstwo – ciągnął Tarquin – potrzebuje nowego porządku. Minęły czasy słabości, gdy heretycy i zdrajcy żerowali na naszych granicach. Od dziś każda nieprawidłowość zostanie wypalona do korzeni.
Powiedział to z uśmiechem człowieka, który właśnie podarował zgromadzonym zbawienie. Lirien poczuła, jak przez tłum przechodzi fala sprzecznych emocji. Ktoś poczuł nadzieję – prawdziwą, łatwowierną nadzieję, że oto nadchodzi naprawa rozpadającego się imperium. Ktoś inny poczuł strach tak gwałtowny, że Lirien omal nie skrzywiła się z bólu, gdy echo tej emocji przeszyło jej skronie. Trzecia grupa – najliczniejsza – rozbłysła czymś w rodzaju wyrachowanej satysfakcji. Ci już wybrali stronę.
– Siły zbrojne cesarstwa stają się od dziś jednością – mówił Tarquin, podnosząc berło wysadzane rubinami. Kamienie zapłonęły czerwonym blaskiem, wyraźnie magicznym, kontrolowanym. Lirien zmusiła się, by nie cofnąć się o krok. – Nie będzie już prywatnych armii lordów ani zakonów, które stawiają się ponad prawem. Będzie jedno cesarstwo. Jedna armia. Jeden władca.
Lord Halvorsen przełknął ślinę. Jego prywatna flota patrolowa stanowiła trzon obrony sektora zewnętrznego przez ostatnie trzydzieści lat.
– Zaraz was rozszarpią – szepnęła Lirien pod nosem, wystarczająco cicho, by nikt nie usłyszał. – A wy bijecie brawo.
Nie myliła się. Sala zaczęła klaskać, najpierw nieśmiało, potem coraz głośniej, aż wreszcie owacja przetoczyła się przez zgromadzonych jak grzmot. Tarquin skinął głową z wyrazem łaskawego zadowolenia. Jego wzrok przesunął się po twarzach dworzan i na ułamek sekundy zatrzymał na Lirien.
Nie był to przyjazny błysk. W tym spojrzeniu kryło się coś zimnego, szacującego, jakby ważył ją na niewidocznej wadze i jeszcze nie podjął decyzji. Lirien odwzajemniła spojrzenie z idealnie obojętnym wyrazem twarzy, choć serce przyspieszyło jej o kilka uderzeń.
Odsunęła wzrok pierwsza, udając zainteresowanie witrażem nad tronem. Przedstawiał cesarza Aldryka Pierwszego miażdżącego smoka runicznym młotem – scena tak odległa od rzeczywistości, że równie dobrze mogłaby być bajką na dobranoc. W rzeczywistości Aldryk Pierwszy podpisał traktat ze smokami, płacąc im trybut w zamian za pokój. Historia, którą opowiadano, i historia, która wydarzyła się naprawdę, rzadko miały ze sobą cokolwiek wspólnego.
W bocznym skrzydle sali dostrzegła ruch. Oddział najemników w barwach Cytadeli Odmętu stał wzdłuż ściany, najwyraźniej wynajęty do ochrony ceremonii. Ich obecność była znakiem czasów – jeszcze rok temu cesarz nie wpuściłby obcych żołnierzy na koronację. Teraz Tarquin najwyraźniej wolał opłacać miecze bez lojalności niż polegać na gwardii pałacowej, której połowa wciąż nosiła barwy rodu Vael.
Jeden z najemników patrzył prosto na nią.
Lirien rozpoznała go, choć nie widziała go nigdy wcześniej. Nie był to logiczny proces – po prostu coś w jego postawie, w sposobie trzymania broni, w zmarszczeniu brwi nad szramą przecinającą prawy policzek krzyczało znajomo. Wysoki, barczysty, z plazmowym mieczem u biodra, który nosił z taką swobodą, jakby był przedłużeniem jego ramienia. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy i Lirien poczuła coś dziwnego – jakby w jego oczach kryło się ostrzeżenie.
Odwrócił głowę, zanim zdążyła zareagować.
– …i niech Wiekuisty Płomień oświetli naszą drogę – kończył Tarquin, wznosząc berło ku witrażom. Rubiny rozbłysły jeszcze jaśniej, rzucając krwawe refleksy na twarze zgromadzonych. – Niech nikt nie wątpi, że nadeszła nowa era.
Nowa era. Lirien pomyślała o ojcu, który mawiał, że każda nowa era zaczyna się od stosu trupów, a kończy na stosie ksiąg opisujących, dlaczego trupy były konieczne.
I wtedy to poczuła.
Nie był to dźwięk ani obraz – raczej nagły skok ciśnienia w umysłach wszystkich wokół. Jakby ktoś przekręcił niewidoczny zawór i uwolnił falę agresji tak gwałtowną, że Lirien zachwiała się na nogach. Setki myśli, wszystkie naraz, wszystkie skierowane na ten sam punkt – na podium, na tron, na Tarquina. Niektóre pełne nienawiści, inne zimnej, wyrachowanej premedytacji, a jeszcze inne panicznego strachu przed czymś, co miało się zaraz wydarzyć.
Rozejrzała się wokół, szukając źródła. Lord Halvorsen patrzył na Tarquina z taką wściekłością, że jego twarz przybrała barwę dojrzałego buraka. Lady Mira Vex dyskretnie sięgała pod pelerynę. Trzech strażników przy wschodnim wyjściu naprężyło mięśnie.
– O bogowie – szepnęła Lirien. – Oni wszyscy…
Nie dokończyła. Metalowe drzwi sali tronowej rozwarły się z trzaskiem, a przez nie wpadli żołnierze w barwach rodu Torvannis – starego, zwaśnionego z Tarquinem rodu, który podobno został rozbity dekadę temu. Najwyraźniej nie do końca.
– Za zdradę cesarstwa! – krzyknął ktoś z balkonu i pierwsza strzała plazmowa przecięła powietrze.
Chaos wybuchł jak beczka prochu.
Lirien rzuciła się w bok, instynktownie szukając osłony za masywną kolumną. Wokół niej ludzie krzyczeli i tratowali się nawzajem, próbując uciec przed krzyżowym ogniem. Plazmowe pociski rozbijały się o ściany, podpalając gobeliny i roztrzaskując witraże. Odłamki szkła posypały się na salę jak kolorowy deszcz, a przez wybite otwory wpadł zimny, wieczorny wiatr.
– Straż! – ryknął Tarquin, ale jego głos ledwo przebił się przez kakofonię walki. – Zabić zdrajców!
Strażnicy Tarquina – nie ci z gwardii pałacowej, ale ludzie w czarnych, połyskujących magicznie zbrojach – ruszyli do akcji. Niektórzy zwarli się z napastnikami Torvannis. Inni… inni zaczęli metodycznie przeczesywać tłum.
Lirien zobaczyła, jak jeden z nich chwyta lorda Halvorsena za kołnierz i wbija mu nóż w gardło jednym, ekonomicznym ruchem. Bez słowa, bez emocji. Jak rzeźnik zarzynający zwierzę.
– Nie – wyrwało jej się. – To nie walka. To egzekucja.
Zrozumiała w jednej chwili. Zamach stanu nie był skierowany przeciwko Tarquinowi. Atak Torvannis był prowokacją – pretekstem, by lojaliści Tarquina mogli wyeliminować wszystkich, którzy nie złożyli mu hołdu. A może Torvannis w ogóle nie istnieli naprawdę. Może to tylko najemnicy w barwach wymarłego rodu, opłaceni, by stworzyć chaos.
Kolejny strażnik podszedł do lady Miry Vex, która właśnie wyciągała spod peleryny mały pistolet plazmowy. Zanim zdążyła wycelować, ostrze przeszło jej przez pierś. Upadła, a jej rubinowe buty zalśniły ostatni raz, zanim krew pokryła je szkarłatem ciemniejszym niż kamienie.
Lirien przycisnęła się do kolumny, starając się oddychać płytko i cicho. Jej suknia – ta przeklęta, sztywna, oficjalna suknia – krępowała ruchy. Zerwała ozdobny tren jednym szarpnięciem, nie dbając o hałas.
Trzeba było uciekać. Natychmiast.
Przebiegła wzrokiem po sali, szukając drogi. Główne wyjście było odcięte przez walczących. Boczne drzwi przy północnej ścianie – tamtędy wchodzili służący z winem. Jeśli miała szczęście, korytarz za nimi wciąż był pusty.
Rzuciła się w tamtym kierunku, przeskakując przez przewrócone ławy i omijając ciała. Nie patrzyła na twarze poległych. Nie teraz. Nie mogła sobie na to pozwolić.
Była już prawie przy drzwiach, gdy zobaczyła ich.
Matka. Brat. Siostra.
Stali przy wschodniej ścianie, tam gdzie cesarska rodzina miała honorowe miejsca. Otaczało ich pięciu strażników Tarquina, a szósty właśnie wyciągał miecz. Plazma zamigotała na krawędzi ostrza.
– Nie! – krzyk Lirien rozdarł powietrze.
Strażnicy odwrócili się. Matka spojrzała na nią – przez ułamek sekundy, który trwał wieczność – i w jej oczach Lirien zobaczyła nakaz. Uciekaj. Nie patrz. Przeżyj.
Miecz opadł.
Coś w Lirien pękło. Nie serce – ono zamarło w piersi, ściśnięte stalową obręczą szoku. Pękło coś głębszego, coś, co przez całe życie trzymała zamknięte w mentalnym sejfie zbudowanym z dyscypliny i strachu.
Fala czystej, niekontrolowanej energii psychicznej wypłynęła z niej jak wir.
Strażnicy upuścili broń. Nie dlatego, że chcieli – ich dłonie po prostu odmówiły posłuszeństwa. Jeden z nich upadł na kolana, chwytając się za głowę i wydając z siebie dźwięk, który nie przypominał ludzkiego krzyku. Drugi zatoczył się w tył, uderzając plecami o ścianę. Trzeci i czwarty stali nieruchomo, z oczami rozszerzonymi w wyrazie absolutnego, pierwotnego przerażenia.
Lirien nie rozumiała, co robi. Nie kontrolowała tego. Czuła tylko, jak jej umysł rozszerza się, dotyka ich świadomości i miażdży je jak skorupki jaj – brutalnie, chaotycznie, bez żadnej finezji.
– Vidar – wyszeptał któryś ze strażników i w tym słowie było wszystko: strach, nienawiść, wyrok śmierci.
Dłoń Lirien uniosła się sama. Powietrze wokół niej zadrgało, rozgrzane do białości. Strażnicy polecieli w tył, uderzając o kolumny i posadzkę z trzaskiem łamanych kości. Ciała osunęły się bezwładnie.
Zapadła cisza, która trwała może dwie sekundy, a może godzinę. Lirien stała pośrodku rzezi, dysząc ciężko, z dłońmi wciąż drżącymi od energii, która przed chwilą się uwolniła. Jej rodzina leżała nieruchomo na posadzce, a krew wsiąkała w szczeliny między płytami marmuru.
– Uciekaj – powiedziała do siebie głosem, który nie brzmiał jak jej własny. – Uciekaj natychmiast.
Na drugim końcu sali Tarquin odwrócił się w jej stronę. Dzieliło ich kilkadziesiąt metrów i dziesiątki walczących ludzi, ale Lirien przysięgłaby, że przez chwilę widziała jego twarz wyraźniej niż własne odbicie. Jego usta wygięły się w uśmiechu, który nie sięgał oczu.
– Łapać heretyczkę! – ryknął. – Żywą! Ma zapłacić za wszystkich!
Lirien nie czekała. Rzuciła się w stronę bocznych drzwi, tym razem nie oglądając się za siebie. Za jej plecami rozległ się tupot ciężkich butów i krzyki dowódców. Ktoś strzelił – pocisk plazmowy przeleciał tuż obok jej ramienia, topiąc fragment ściany w fontannę iskier.
Drzwi. Szarpnięcie klamki. Ciemny korytarz służbowy, ciasny i śmierdzący pleśnią, ale pusty.
Biegła. Korytarz skręcał w lewo, potem w prawo, potem schody w dół – wąskie, kręcone, przeznaczone dla służby, nie dla córek cesarskich. Stopnie umykały jej spod nóg, raz prawie upadła, ale rozpęd niósł ją dalej.
Pałac płonął. Przez okna na półpiętrach widziała języki ognia liżące fasady zewnętrznych budynków, słyszała odległe eksplozje i krzyki. Zamach stanu wyszedł poza salę tronową – teraz całe Coronis Prime tonęło w przemocy.
Wypadła przez kuchenne drzwi na zewnątrz, prosto w błoto i popiół. Powietrze było gęste od dymu, wiatr niósł iskry i zapach spalenizny. Przed nią ciągnęły się zaułki dzielnicy służby, która graniczyła już ze slumsami stolicy – labirynt wąskich przejść, prowizorycznych budynków i rynsztoków.
Zatrzymała się dopiero w ciemnej bramie, przyciskając plecy do zimnego kamienia. Płuca paliły ją od biegu, serce waliło tak głośno, że ledwo słyszała własne myśli.
Zabiła ich. Tych strażników. Nie dotknęła ich nawet palcem, a jednak zabiła ich swoim umysłem. I wszyscy widzieli.
Vidar. To słowo będzie teraz znaczyło wyrok.
Jej suknia była podarta i przesiąknięta krwią – nie jej krwią. Miała świadomość, że jeśli ją złapią, będzie się smażyć na stosie przed zachodem słońca. Jeśli w ogóle zobaczy jeszcze słońce.
W oddali rozległy się gwizdki – patrole straży przeczesywały teren. Lirien oderwała się od ściany i pobiegła dalej, głębiej w labirynt slumsów, gdzie nawet Tarquin nie miał oczu.
Na razie.