- Opowiadanie: d.pankovski - Tron we Krwi - Rozdział 1

Tron we Krwi - Rozdział 1

MATERIAŁ Z KOPII ROBOCZYCH.

Ce­sarz nie żyje. Sto­li­ca pło­nie. Roz­po­czy­na się walka o tron.

Po krwa­wym za­ma­chu stanu Li­rien Vael, naj­młod­sza córka za­mor­do­wa­ne­go wład­cy, zo­sta­je oskar­żo­na o zdra­dę i zmu­szo­na do uciecz­ki. Ści­ga­na przez in­kwi­zy­cję prze­mie­rza roz­pa­da­ją­ce się ce­sar­stwo Novum Aethe­rium — świat pla­net-miast, or­bi­tal­nych for­tec, za­ka­za­nej magii i stat­ków przy­po­mi­na­ją­cych pły­wa­ją­ce ka­te­dry.

Aby prze­trwać, Li­rien musi od­kryć, komu może za­ufać, i zmie­rzyć się z ta­jem­ni­cą, która może zmie­nić przy­szłość całej cy­wi­li­za­cji.

„Tron we Krwi” to mrocz­na space opera pełna po­li­tycz­nych in­tryg, zdrad i bez­względ­nej walki o wła­dzę, w któ­rej każda lo­jal­ność ma swoją cenę.

 

Wer­sja audio – Roz­dział 1

 

Wer­sja audio (LEKTOR)  zo­sta­ła stwo­rzo­na przy po­mo­cy na­rzę­dzi AI.

Oceny

Tron we Krwi - Rozdział 1

Sala tro­no­wa pa­ła­cu Co­ro­nis Prime to­nę­ła w zło­cie i szkar­ła­cie. Pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca wpa­da­ły przez wi­tra­że uka­zu­ją­ce trium­fy po­przed­nich ce­sa­rzy, roz­bi­ja­jąc się na po­sadz­ce w ka­lej­do­skop barw­nych plam. Li­rien Vael stała w trze­cim rzę­dzie, do­kład­nie tam, gdzie na­ka­zy­wał pro­to­kół wobec córek ce­sar­skich, które prze­ży­ły swo­je­go ojca, ale nie miały prawa za­siąść na tro­nie. Iro­nia tego miej­sca ba­wi­ła ją od go­dzi­ny – wy­star­cza­ją­co bli­sko, by wszyst­ko wi­dzieć, i wy­star­cza­ją­co da­le­ko, by nikt nie do­strzegł jej uśmie­chu.

Ro­zej­rza­ła się po zgro­ma­dzo­nych. Lord Ha­lvor­sen ocie­rał pot z czoła je­dwab­ną chu­s­tecz­ką, choć tem­pe­ra­tu­ra w sali nie prze­kra­cza­ła kom­for­to­wych dwu­dzie­stu stop­ni. Lady Mira Vex prze­stę­po­wa­ła z nogi na nogę w bu­tach zdo­bio­nych ru­bi­na­mi, wy­raź­nie li­cząc mi­nu­ty do za­koń­cze­nia ce­re­mo­nii. Ktoś inny mógł­by uznać to za zwy­kłą ner­wo­wość przed hi­sto­rycz­ną chwi­lą. Li­rien wy­czu­wa­ła jed­nak coś wię­cej – lepką war­stwę stra­chu pod po­zła­ca­ną po­wierzch­nią dwor­skiej ety­kie­ty. Nie po­trze­bo­wa­ła do tego swo­je­go prze­klę­te­go daru, wy­star­czy­ła zwy­kła ob­ser­wa­cja.

A może jed­nak po­trze­bo­wa­ła. Od czasu śmier­ci ojca coś w niej pękło, a ra­czej otwo­rzy­ło się jak trze­cie oko, któ­re­go nigdy nie chcia­ła. Szep­ty emo­cji cu­dzych umy­słów wkra­da­ły się teraz do jej głowy bez za­pro­sze­nia, nio­sąc strzę­py obaw i na­dziei. Stłu­mi­ła je siłą woli, jak uczy­ła się robić od dziec­ka, za­ci­ska­jąc men­tal­ną pięść na wła­snych zmy­słach.

Ta­rqu­in Va­le­rion wkro­czył na po­dium przed tro­nem. Jego krok był mia­ro­wy, szaty z czar­ne­go ak­sa­mi­tu cią­gnę­ły się za nim ni­czym skrzy­dła dra­pież­ni­ka, a srebr­ne nici wy­szy­te na rę­ka­wach two­rzy­ły wzór, który Li­rien skądś znała. Przez chwi­lę nie mogła sko­ja­rzyć skąd – aż przy­po­mnia­ła sobie starą księ­gę z bi­blio­te­ki ojca, trak­tu­ją­cą o sym­bo­lach he­re­tyc­kich kul­tów. Wzór był nie­mal iden­tycz­ny. Nie­mal. Wy­star­cza­ją­co, by nikt nie zwró­cił uwagi.

– Dro­dzy zgro­ma­dze­ni – za­czął Ta­rqu­in, a jego głos wy­peł­nił prze­strzeń jak miód zmie­sza­ny z cy­ku­tą. – Staję dziś przed wami nie jako uzur­pa­tor, lecz jako sługa Novum Aethe­rium. Po tra­gicz­nej śmier­ci na­sze­go uko­cha­ne­go ce­sa­rza, niech spo­czy­wa w Wie­ku­istym Pło­mie­niu, nad­szedł czas od­bu­do­wy.

Kilka osób na sali wy­ko­na­ło gest bło­go­sła­wień­stwa. Li­rien nie po­ru­szy­ła dło­nią. Nie miała za­mia­ru uda­wać, że wie­rzy w ofi­cjal­ną wer­sję o wy­pad­ku stat­ku ojca – wer­sję tak cien­ką, że można by ją po­drzeć pa­znok­ciem.

– Nowe ce­sar­stwo – cią­gnął Ta­rqu­in – po­trze­bu­je no­we­go po­rząd­ku. Mi­nę­ły czasy sła­bo­ści, gdy he­re­ty­cy i zdraj­cy że­ro­wa­li na na­szych gra­ni­cach. Od dziś każda nie­pra­wi­dło­wość zo­sta­nie wy­pa­lo­na do ko­rze­ni.

Po­wie­dział to z uśmie­chem czło­wie­ka, który wła­śnie po­da­ro­wał zgro­ma­dzo­nym zba­wie­nie. Li­rien po­czu­ła, jak przez tłum prze­cho­dzi fala sprzecz­nych emo­cji. Ktoś po­czuł na­dzie­ję – praw­dzi­wą, ła­two­wier­ną na­dzie­ję, że oto nad­cho­dzi na­pra­wa roz­pa­da­ją­ce­go się im­pe­rium. Ktoś inny po­czuł strach tak gwał­tow­ny, że Li­rien omal nie skrzy­wi­ła się z bólu, gdy echo tej emo­cji prze­szy­ło jej skro­nie. Trze­cia grupa – naj­licz­niej­sza – roz­bły­sła czymś w ro­dza­ju wy­ra­cho­wa­nej sa­tys­fak­cji. Ci już wy­bra­li stro­nę.

– Siły zbroj­ne ce­sar­stwa stają się od dziś jed­no­ścią – mówił Ta­rqu­in, pod­no­sząc berło wy­sa­dza­ne ru­bi­na­mi. Ka­mie­nie za­pło­nę­ły czer­wo­nym bla­skiem, wy­raź­nie ma­gicz­nym, kon­tro­lo­wa­nym. Li­rien zmu­si­ła się, by nie cof­nąć się o krok. – Nie bę­dzie już pry­wat­nych armii lor­dów ani za­ko­nów, które sta­wia­ją się ponad pra­wem. Bę­dzie jedno ce­sar­stwo. Jedna armia. Jeden wład­ca.

Lord Ha­lvor­sen prze­łknął ślinę. Jego pry­wat­na flota pa­tro­lo­wa sta­no­wi­ła trzon obro­ny sek­to­ra ze­wnętrz­ne­go przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat.

– Zaraz was roz­szar­pią – szep­nę­ła Li­rien pod nosem, wy­star­cza­ją­co cicho, by nikt nie usły­szał. – A wy bi­je­cie brawo.

Nie my­li­ła się. Sala za­czę­ła kla­skać, naj­pierw nie­śmia­ło, potem coraz gło­śniej, aż wresz­cie owa­cja prze­to­czy­ła się przez zgro­ma­dzo­nych jak grzmot. Ta­rqu­in ski­nął głową z wy­ra­zem ła­ska­we­go za­do­wo­le­nia. Jego wzrok prze­su­nął się po twa­rzach dwo­rzan i na uła­mek se­kun­dy za­trzy­mał na Li­rien.

Nie był to przy­ja­zny błysk. W tym spoj­rze­niu kryło się coś zim­ne­go, sza­cu­ją­ce­go, jakby ważył ją na nie­wi­docz­nej wadze i jesz­cze nie pod­jął de­cy­zji. Li­rien od­wza­jem­ni­ła spoj­rze­nie z ide­al­nie obo­jęt­nym wy­ra­zem twa­rzy, choć serce przy­spie­szy­ło jej o kilka ude­rzeń.

Od­su­nę­ła wzrok pierw­sza, uda­jąc za­in­te­re­so­wa­nie wi­tra­żem nad tro­nem. Przed­sta­wiał ce­sa­rza Al­dry­ka Pierw­sze­go miaż­dżą­ce­go smoka ru­nicz­nym mło­tem – scena tak od­le­gła od rze­czy­wi­sto­ści, że rów­nie do­brze mo­gła­by być bajką na do­bra­noc. W rze­czy­wi­sto­ści Al­dryk Pierw­szy pod­pi­sał trak­tat ze smo­ka­mi, pła­cąc im try­but w za­mian za pokój. Hi­sto­ria, którą opo­wia­da­no, i hi­sto­ria, która wy­da­rzy­ła się na­praw­dę, rzad­ko miały ze sobą co­kol­wiek wspól­ne­go.

W bocz­nym skrzy­dle sali do­strze­gła ruch. Od­dział na­jem­ni­ków w bar­wach Cy­ta­de­li Od­mę­tu stał wzdłuż ścia­ny, naj­wy­raź­niej wy­na­ję­ty do ochro­ny ce­re­mo­nii. Ich obec­ność była zna­kiem cza­sów – jesz­cze rok temu ce­sarz nie wpu­ścił­by ob­cych żoł­nie­rzy na ko­ro­na­cję. Teraz Ta­rqu­in naj­wy­raź­niej wolał opła­cać mie­cze bez lo­jal­no­ści niż po­le­gać na gwar­dii pa­ła­co­wej, któ­rej po­ło­wa wciąż no­si­ła barwy rodu Vael.

Jeden z na­jem­ni­ków pa­trzył pro­sto na nią.

Li­rien roz­po­zna­ła go, choć nie wi­dzia­ła go nigdy wcze­śniej. Nie był to lo­gicz­ny pro­ces – po pro­stu coś w jego po­sta­wie, w spo­so­bie trzy­ma­nia broni, w zmarsz­cze­niu brwi nad szra­mą prze­ci­na­ją­cą prawy po­li­czek krzy­cza­ło zna­jo­mo. Wy­so­ki, bar­czy­sty, z pla­zmo­wym mie­czem u bio­dra, który nosił z taką swo­bo­dą, jakby był prze­dłu­że­niem jego ra­mie­nia. Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się na uła­mek se­kun­dy i Li­rien po­czu­ła coś dziw­ne­go – jakby w jego oczach kryło się ostrze­że­nie.

Odwró­cił głowę, zanim zdą­ży­ła za­re­ago­wać.

– …i niech Wie­ku­isty Pło­mień oświe­tli naszą drogę – koń­czył Ta­rqu­in, wzno­sząc berło ku wi­tra­żom. Ru­bi­ny roz­bły­sły jesz­cze ja­śniej, rzu­ca­jąc krwa­we re­flek­sy na twa­rze zgro­ma­dzo­nych. – Niech nikt nie wątpi, że na­de­szła nowa era.

Nowa era. Li­rien po­my­śla­ła o ojcu, który ma­wiał, że każda nowa era za­czy­na się od stosu tru­pów, a koń­czy na sto­sie ksiąg opi­su­ją­cych, dla­cze­go trupy były ko­niecz­ne.

I wtedy to po­czu­ła.

Nie był to dźwięk ani obraz – ra­czej nagły skok ci­śnie­nia w umy­słach wszyst­kich wokół. Jakby ktoś prze­krę­cił nie­wi­docz­ny zawór i uwol­nił falę agre­sji tak gwał­tow­ną, że Li­rien za­chwia­ła się na no­gach. Setki myśli, wszyst­kie naraz, wszyst­kie skie­ro­wa­ne na ten sam punkt – na po­dium, na tron, na Ta­rqu­ina. Nie­któ­re pełne nie­na­wi­ści, inne zim­nej, wy­ra­cho­wa­nej pre­me­dy­ta­cji, a jesz­cze inne pa­nicz­ne­go stra­chu przed czymś, co miało się zaraz wy­da­rzyć.

Ro­zej­rza­ła się wokół, szu­ka­jąc źró­dła. Lord Ha­lvor­sen pa­trzył na Ta­rqu­ina z taką wście­kło­ścią, że jego twarz przy­bra­ła barwę doj­rza­łe­go bu­ra­ka. Lady Mira Vex dys­kret­nie się­ga­ła pod pe­le­ry­nę. Trzech straż­ni­ków przy wschod­nim wyj­ściu na­prę­ży­ło mię­śnie.

– O bo­go­wie – szep­nę­ła Li­rien. – Oni wszy­scy…

Nie do­koń­czy­ła. Me­ta­lo­we drzwi sali tro­no­wej roz­war­ły się z trza­skiem, a przez nie wpa­dli żoł­nie­rze w bar­wach rodu To­rvan­nis – sta­re­go, zwa­śnio­ne­go z Ta­rqu­inem rodu, który po­dob­no zo­stał roz­bi­ty de­ka­dę temu. Naj­wy­raź­niej nie do końca.

– Za zdra­dę ce­sar­stwa! – krzyk­nął ktoś z bal­ko­nu i pierw­sza strza­ła pla­zmo­wa prze­cię­ła po­wie­trze.

Chaos wy­buchł jak becz­ka pro­chu.

Li­rien rzu­ci­ła się w bok, in­stynk­tow­nie szu­ka­jąc osło­ny za ma­syw­ną ko­lum­ną. Wokół niej lu­dzie krzy­cze­li i tra­to­wa­li się na­wza­jem, pró­bu­jąc uciec przed krzy­żo­wym ogniem. Pla­zmo­we po­ci­ski roz­bi­ja­ły się o ścia­ny, pod­pa­la­jąc go­be­li­ny i roz­trza­sku­jąc wi­tra­że. Odłam­ki szkła po­sy­pa­ły się na salę jak ko­lo­ro­wy deszcz, a przez wy­bi­te otwo­ry wpadł zimny, wie­czor­ny wiatr.

– Straż! – ryk­nął Ta­rqu­in, ale jego głos ledwo prze­bił się przez ka­ko­fo­nię walki. – Zabić zdraj­ców!

Straż­ni­cy Ta­rqu­ina – nie ci z gwar­dii pa­ła­co­wej, ale lu­dzie w czar­nych, po­ły­sku­ją­cych ma­gicz­nie zbro­jach – ru­szy­li do akcji. Nie­któ­rzy zwar­li się z na­past­ni­ka­mi To­rvan­nis. Inni… inni za­czę­li me­to­dycz­nie prze­cze­sy­wać tłum.

Li­rien zo­ba­czy­ła, jak jeden z nich chwy­ta lorda Ha­lvor­se­na za koł­nierz i wbija mu nóż w gar­dło jed­nym, eko­no­micz­nym ru­chem. Bez słowa, bez emo­cji. Jak rzeź­nik za­rzy­na­ją­cy zwie­rzę.

– Nie – wy­rwa­ło jej się. – To nie walka. To eg­ze­ku­cja.

Zro­zu­mia­ła w jed­nej chwi­li. Za­mach stanu nie był skie­ro­wa­ny prze­ciw­ko Ta­rqu­ino­wi. Atak To­rvan­nis był pro­wo­ka­cją – pre­tek­stem, by lo­ja­li­ści Ta­rqu­ina mogli wy­eli­mi­no­wać wszyst­kich, któ­rzy nie zło­ży­li mu hołdu. A może To­rvan­nis w ogóle nie ist­nie­li na­praw­dę. Może to tylko na­jem­ni­cy w bar­wach wy­mar­łe­go rodu, opła­ce­ni, by stwo­rzyć chaos.

Ko­lej­ny straż­nik pod­szedł do lady Miry Vex, która wła­śnie wy­cią­ga­ła spod pe­le­ry­ny mały pi­sto­let pla­zmo­wy. Zanim zdą­ży­ła wy­ce­lo­wać, ostrze prze­szło jej przez pierś. Upa­dła, a jej ru­bi­no­we buty za­lśni­ły ostat­ni raz, zanim krew po­kry­ła je szkar­ła­tem ciem­niej­szym niż ka­mie­nie.

Li­rien przy­ci­snę­ła się do ko­lum­ny, sta­ra­jąc się od­dy­chać płyt­ko i cicho. Jej suk­nia – ta prze­klę­ta, sztyw­na, ofi­cjal­na suk­nia – krę­po­wa­ła ruchy. Ze­rwa­ła ozdob­ny tren jed­nym szarp­nię­ciem, nie dba­jąc o hałas.

Trze­ba było ucie­kać. Na­tych­miast.

Prze­bie­gła wzro­kiem po sali, szu­ka­jąc drogi. Głów­ne wyj­ście było od­cię­te przez wal­czą­cych. Bocz­ne drzwi przy pół­noc­nej ścia­nie – tam­tę­dy wcho­dzi­li słu­żą­cy z winem. Jeśli miała szczę­ście, ko­ry­tarz za nimi wciąż był pusty.

Rzu­ci­ła się w tam­tym kie­run­ku, prze­ska­ku­jąc przez prze­wró­co­ne ławy i omi­ja­jąc ciała. Nie pa­trzy­ła na twa­rze po­le­głych. Nie teraz. Nie mogła sobie na to po­zwo­lić.

Była już pra­wie przy drzwiach, gdy zo­ba­czy­ła ich.

Matka. Brat. Sio­stra.

Stali przy wschod­niej ścia­nie, tam gdzie ce­sar­ska ro­dzi­na miała ho­no­ro­we miej­sca. Ota­cza­ło ich pię­ciu straż­ni­ków Ta­rqu­ina, a szó­sty wła­śnie wy­cią­gał miecz. Pla­zma za­mi­go­ta­ła na kra­wę­dzi ostrza.

– Nie! – krzyk Li­rien roz­darł po­wie­trze.

Straż­ni­cy od­wró­ci­li się. Matka spoj­rza­ła na nią – przez uła­mek se­kun­dy, który trwał wiecz­ność – i w jej oczach Li­rien zo­ba­czy­ła nakaz. Ucie­kaj. Nie patrz. Prze­żyj.

Miecz opadł.

Coś w Li­rien pękło. Nie serce – ono za­mar­ło w pier­si, ści­śnię­te sta­lo­wą ob­rę­czą szoku. Pękło coś głęb­sze­go, coś, co przez całe życie trzy­ma­ła za­mknię­te w men­tal­nym sej­fie zbu­do­wa­nym z dys­cy­pli­ny i stra­chu.

Fala czy­stej, nie­kon­tro­lo­wa­nej ener­gii psy­chicz­nej wy­pły­nę­ła z niej jak wir.

Straż­ni­cy upu­ści­li broń. Nie dla­te­go, że chcie­li – ich dło­nie po pro­stu od­mó­wi­ły po­słu­szeń­stwa. Jeden z nich upadł na ko­la­na, chwy­ta­jąc się za głowę i wy­da­jąc z sie­bie dźwięk, który nie przy­po­mi­nał ludz­kie­go krzy­ku. Drugi za­to­czył się w tył, ude­rza­jąc ple­ca­mi o ścia­nę. Trze­ci i czwar­ty stali nie­ru­cho­mo, z ocza­mi roz­sze­rzo­ny­mi w wy­ra­zie ab­so­lut­ne­go, pier­wot­ne­go prze­ra­że­nia.

Li­rien nie ro­zu­mia­ła, co robi. Nie kon­tro­lo­wa­ła tego. Czuła tylko, jak jej umysł roz­sze­rza się, do­ty­ka ich świa­do­mo­ści i miaż­dży je jak sko­rup­ki jaj – bru­tal­nie, cha­otycz­nie, bez żad­nej fi­ne­zji.

– Vidar – wy­szep­tał któ­ryś ze straż­ni­ków i w tym sło­wie było wszyst­ko: strach, nie­na­wiść, wyrok śmier­ci.

Dłoń Li­rien unio­sła się sama. Po­wie­trze wokół niej za­drga­ło, roz­grza­ne do bia­ło­ści. Straż­ni­cy po­le­cie­li w tył, ude­rza­jąc o ko­lum­ny i po­sadz­kę z trza­skiem ła­ma­nych kości. Ciała osu­nę­ły się bez­wład­nie.

Za­pa­dła cisza, która trwa­ła może dwie se­kun­dy, a może go­dzi­nę. Li­rien stała po­środ­ku rzezi, dy­sząc cięż­ko, z dłoń­mi wciąż drżą­cy­mi od ener­gii, która przed chwi­lą się uwol­ni­ła. Jej ro­dzi­na le­ża­ła nie­ru­cho­mo na po­sadz­ce, a krew wsią­ka­ła w szcze­li­ny mię­dzy pły­ta­mi mar­mu­ru.

– Ucie­kaj – po­wie­dzia­ła do sie­bie gło­sem, który nie brzmiał jak jej wła­sny. – Ucie­kaj na­tych­miast.

Na dru­gim końcu sali Ta­rqu­in od­wró­cił się w jej stro­nę. Dzie­li­ło ich kil­ka­dzie­siąt me­trów i dzie­siąt­ki wal­czą­cych ludzi, ale Li­rien przy­się­gła­by, że przez chwi­lę wi­dzia­ła jego twarz wy­raź­niej niż wła­sne od­bi­cie. Jego usta wy­gię­ły się w uśmie­chu, który nie się­gał oczu.

– Łapać he­re­tycz­kę! – ryk­nął. – Żywą! Ma za­pła­cić za wszyst­kich!

Li­rien nie cze­ka­ła. Rzu­ci­ła się w stro­nę bocz­nych drzwi, tym razem nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Za jej ple­ca­mi roz­legł się tupot cięż­kich butów i krzy­ki do­wód­ców. Ktoś strze­lił – po­cisk pla­zmo­wy prze­le­ciał tuż obok jej ra­mie­nia, to­piąc frag­ment ścia­ny w fon­tan­nę iskier.

Drzwi. Szarp­nię­cie klam­ki. Ciem­ny ko­ry­tarz służ­bo­wy, cia­sny i śmier­dzą­cy ple­śnią, ale pusty.

Bie­gła. Ko­ry­tarz skrę­cał w lewo, potem w prawo, potem scho­dy w dół – wą­skie, krę­co­ne, prze­zna­czo­ne dla służ­by, nie dla córek ce­sar­skich. Stop­nie umy­ka­ły jej spod nóg, raz pra­wie upa­dła, ale roz­pęd niósł ją dalej.

Pałac pło­nął. Przez okna na pół­pię­trach wi­dzia­ła ję­zy­ki ognia li­żą­ce fa­sa­dy ze­wnętrz­nych bu­dyn­ków, sły­sza­ła od­le­głe eks­plo­zje i krzy­ki. Za­mach stanu wy­szedł poza salę tro­no­wą – teraz całe Co­ro­nis Prime to­nę­ło w prze­mo­cy.

Wy­pa­dła przez ku­chen­ne drzwi na ze­wnątrz, pro­sto w błoto i po­piół. Po­wie­trze było gęste od dymu, wiatr niósł iskry i za­pach spa­le­ni­zny. Przed nią cią­gnę­ły się za­uł­ki dziel­ni­cy służ­by, która gra­ni­czy­ła już ze slum­sa­mi sto­li­cy – la­bi­rynt wą­skich przejść, pro­wi­zo­rycz­nych bu­dyn­ków i rynsz­to­ków.

Za­trzy­ma­ła się do­pie­ro w ciem­nej bra­mie, przy­ci­ska­jąc plecy do zim­ne­go ka­mie­nia. Płuca pa­li­ły ją od biegu, serce wa­li­ło tak gło­śno, że ledwo sły­sza­ła wła­sne myśli.

Za­bi­ła ich. Tych straż­ni­ków. Nie do­tknę­ła ich nawet pal­cem, a jed­nak za­bi­ła ich swoim umy­słem. I wszy­scy wi­dzie­li.

Vidar. To słowo bę­dzie teraz zna­czy­ło wyrok.

Jej suk­nia była po­dar­ta i prze­siąk­nię­ta krwią – nie jej krwią. Miała świa­do­mość, że jeśli ją zła­pią, bę­dzie się sma­żyć na sto­sie przed za­cho­dem słoń­ca. Jeśli w ogóle zo­ba­czy jesz­cze słoń­ce.

W od­da­li roz­le­gły się gwizd­ki – pa­tro­le stra­ży prze­cze­sy­wa­ły teren. Li­rien ode­rwa­ła się od ścia­ny i po­bie­gła dalej, głę­biej w la­bi­rynt slum­sów, gdzie nawet Ta­rqu­in nie miał oczu.

Na razie.

Koniec
Nowa Fantastyka