- Opowiadanie: nartrof - Wieczny

Wieczny

Opowiadanie o tym, jaki wpływ ma nieśmiertelność na samopoczucie. Opowiadanie o samotności i tęsknocie za domem.  Filozoficzne i melancholijne. 

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wieczny

Z drzemki wyrwały go hałas i wrzawa. Jakaś armia wśród krzyków i walenia bębnów rzuciła się do zdobywania położonego nieopodal miasta. Tu i ówdzie pióropusze czarnych dymów wykwitły ponad dachami zabudowań. Żółtoczerwone płomienie zaczęły lizać ściany domostw. Pierwsi wojacy już byli w mieście, a kolejne fale uzbrojonego motłochu wdzierały się do środka. Całość sprawiała dość przerażające wrażenie.

Mimo to Kertun nie czuł strachu, lecz raczej… podenerwowanie.

„Który raz w tym stuleciu?” – pomyślał. – „Czwarty? A może szósty?”

Przeraźliwy wrzask mordowanych ludzi i zwierząt drażnił jego uszy. Niechętnie wstał i ruszył w górę zbocza, by przenieść się w spokojniejsze miejsce. Odetchnął z ulgą, gdy za wzniesieniem zrobiło się znacznie ciszej.

Lekki powiew wiatru na policzkach i ciepło promieni słonecznych przyjemnie rozgrzewających twarz przyniosły mu nagły przypływ energii. Ponownie wziął głęboki oddech i wraz z dodatkową dawką tlenu ożywił się także jego umysł.

„Gdzie są członkowie naszej załogi?” – zastanowił się. – „Gdzie się podziali pozostali z Obserwatorów tej planety?”

Powolutku z zakamarków pamięci zaczęły się sączyć wspomnienia.

Mylas, facet z misją. Powędrował gdzieś daleko na zachód. Zamierzał doglądać plemion na dwóch dużych kontynentach za wielką wodą. Chyba mu nieźle szło, bo gdy jeszcze się do nich odzywał, to żadne z nich nadal nie wynalazło koła.

Pilre, biolog, ciekawy wszechświata. Z początku ludzie go fascynowali. Wykorzystując drugi dar Obserwatorów – zmiennokształtność – wszedł w lokalne środowisko. Niby tylko obserwował, podglądał, próbował… ale finalnie wsiąkł. Kertun przyłapał go kiedyś, gdy biesiadował z miejscowymi, popalając jakieś zioło. Normalnie za coś takiego groziło odesłanie do domu. Ale raz, że to byłaby w tym przypadku nagroda, a dwa, że Kertun już wtedy miał to w dupie. Zresztą z czasem zainteresowanie biologa miejscowymi spadło i ustąpiło miejsca hodowli dziwnych, lokalnych roślin oraz ich dalszej obróbce. A sam Pilre zaczął włóczyć się bez celu, często popalając efekty swojej pracy. W końcu przyrządził jakiś biały proszek i… zaćpał się.

Wunra – ten to był oryginał. Jak on się w ogóle załapał na tę misję? Muzyk i meloman. A przynajmniej na takiego pozował. Ciągle uczył się gry na różnych, wymyślonych przez ludzi i siebie instrumentach. Porzucał naukę równie szybko, jak ją rozpoczynał. Mówił: „później się tym zajmę, mam czas”. Tej racji nie można mu odmówić.

Czas.

To chyba jedyna rzecz, której Obserwatorom nie brakowało.

Z tworzenia muzyki Wunra przestawił się na słuchanie. Szczególnie upodobał sobie dźwięki natury: szum wiatru, szmer strumienia i śpiew ptaków. Siadywał tak godzinami przemieniony w niewielki pagórek, by nie płoszyć zwierząt. Siedział godzinami bez ruchu i słuchał. W końcu zasnął.

Dziś pewnie obrósł krzakami i trawą.

Kaira… Ech… Słodka Kaira. Nasza psycholog, miała dbać o dobrostan misji. Jej brak mi najbardziej… Bliskości ciała, ciepła, dotyku dłoni… Zniknęła gdzieś bez śladu. Od tego momentu ta planeta, to przeklęte więzienie, okrążyła swoją gwiazdę kilkaset razy.

Bered lubił rozrywkę. Po kilkudziesięciu latach stwierdził, że nie może bezczynnie patrzeć, jak powoli i bezmyślnie rozwijają się ludzie. Postanowił się zabawić. Biedak. Zawsze był pełen energii oraz empatii dla gatunków stojących niżej na drabinie ewolucji. Łamiąc podstawową zasadę „obserwujemy – nie ingerujemy”, zaczął angażować się w rozwój tutejszych cywilizacji. Poduczył ludzi podstaw matematyki, obserwacji nieba, pokazał im, jak wyliczyć fazy Księżyca i jak przewidzieć przypływy i odpływy. Tymi spektakularnymi jak na lokalne warunki działaniami zyskał sławę i przychylność lokalnego władcy, by w końcu zrzucić go z tronu. Potem rękami tysięcy niewolników zbudował jakieś piramidy na pustyni, nad wielką rzeką. Kto wie, może to jego armia zdobywała właśnie tamto miasto”.

„Zapewne ktoś z nas powinien go powstrzymać” – zreflektował się Kertun, wspominając szkolenie z Kodeksu Obserwatora. – „Ale… już dawno temu zaczęło to nam wszystkim zwisać. Na początku jeszcze udawaliśmy przed sobą nawzajem, że jest inaczej”.

Ręką odruchowo wymacał twardy przedmiot w kieszeni. Sięgnął po niego. To był jego dziennik. Zapomniał, kiedy ostatnio miał go w ręku. Otworzył na stronie zaznaczonej wąską zakładką. Przemknął wzrokiem po równych literach.

Powiedziano nam, że to nagroda. Bo nie każdy może jednocześnie chronić Imperium, a zarazem obserwować, jak rodzą się nowe cywilizacje. A przede wszystkim nie każdy jest wieczny. To przywilej tylko dla wybranych: Imperatora, wąskiej grupki z jego otoczenia, rodziny i najbliższych współpracowników oraz właśnie Obserwatorów.

Kiedyś rzeczywiście tak uważałem. Marzyłem o tym, co będę robił przez kolejne stulecia, czego się uczył, jakie galaktyki zwiedzał, które kobiety uwodził… I być może bym to robił, gdybym był tam, w centrum Imperium, gdzie toczy się życie. Ale nie tu. Na krańcach galaktyki. Tutaj, wieczność jest przekleństwem.

Jakimś cholernym zbiegiem okoliczności białkowe łańcuchy ewoluowały do takich złożonych form akurat na tej planecie. I Kolegium podjęło standardową decyzję, że musimy wysłać misję. Tak oto utknąłem tu ja i piątka pozostałych.

Już dawno znienawidziłem to miejsce. Znienawidziłem ludzi i ich zasraną, pełnej wojen i gwałtów cywilizację. Nawet przyroda mi zbrzydła.

Za dnia patrzę na zielone pagórki, kolorowe łąki, murowane miasta i… serce mi pęka. Zamykam wtedy szybko oczy i przywołuję widok Tranthis. Błękitne, nigdy niezachmurzone niebo. Ryk ogromnych wingronów sunących z wolna nad stolicą położoną u stóp czerwonych jak krew gór Eger. Ogromne, strzeliste pałace z zielonego kamienia. Przy nich nawet piramidy Bereda wyglądają jak dziecięca zabawka.

Kertun podniósł wzrok znad tekstu.

„W ogóle ten świat wydaje się mały i prymitywny” – zreflektował się. – „Nie są w stanie wzlecieć nawet na sąsiednią planetę w układzie, nie mówiąc o jakichś dalszych podróżach. Kontrastuje to z arogancją i butą ludzi, którzy mają poczucie niebotycznej ważności. Pędzą przez swoje żałosne życie z poczuciem wielkiej misji. Gdzieś któryś, przy odrobinie farta, dorwie się do władzy, stawia zamek, powiększa swoje posiadanie, czując się panem życia i śmierci. Umiera potem śmiercią przeciętnego przedstawiciela tego gatunku. Jego dzieci marnotrawią swoje dziedzictwo, zamki popadają w ruinę, a do władzy dochodzi kolejny tyran dufny, że jego los będzie inny niż poprzedników”.

Przybity tymi rozmyślaniami, wrócił do lektury swojego dziennika.

Jedyne, co mi sprawia jakąkolwiek przyjemność, to tutejsze bezchmurne noce. Patrzę sobie wtedy na nieboskłon. Kładę się na wznak i śledzę wzrokiem poruszające się wolno światła gwiazd. Wypatruję nad horyzontem miejsca, gdzie jest mój dom. Jest tak daleko, że stąd go nie widać, schowany za światłami kilku jaśniejszych układów. Ale on tam jest. Wiem o tym. W ciszy czekam i wypatruję. Może kiedyś po nas wrócą. Może nie zapomnieli. Jak bardzo bym chciał, by to była prawda.

Byliśmy elitą. Zrzuceni na krańce wszechświata. Z zadaniem prostym i niełatwym zarazem. Nie ingerować – jeśli przekroczą kamienie milowe określonych technologii, raportować i czekać na statek, który nas zabierze, a rozpędzoną cywilizację… unicestwi. Bo po co komu konkurencja?.

„Powrót…” – zamyślił się Kertun nad czytanym tekstem. – „Nikt nam nie powiedział, kiedy to będzie. Wszystko to zależało od tempa rozwoju danej cywilizacji. Ludzie zaś robili krok, dwa kroki w przód, krok do tyłu. Od ustalonych kamieni milowych dzieliła ich przepaść. A gdy tylko zrobili jakiś sensowny postęp technologiczny, to podupadali społecznie i zaraz rozwój naukowy hamował lub wręcz się cofał. Gdy rozwijała się kultura, to technika traciła na ważności. A raz na jakiś czas wszczynali wojnę o pietruszkę i wstrzymywali postęp we wszystkich dziedzinach naraz o kilkanaście, czasem kilkadziesiąt lat. A ty czekasz jak ten matoł. I nie wiesz, czy sami się wyrżną, czy trzeba będzie wzywać Czyścicieli. Czekasz i w pewnym momencie przestajesz już odliczać upływający czas. Bo po co mierzyć wieczność. Przestajesz się spieszyć, bo zawsze zdążysz. Zdążysz zdobyć wiedzę, zdążysz pokochać, zdążysz się znudzić. A jeśli zdążysz… to zwykle nie zaczynasz, bo zawsze masz na to czas. Masz go tyle, że od pięknych zachodów słońca robi ci się niedobrze”.

Tak rozmyślając, mimowolnie znalazł się w okolicy, gdzie ostatni raz widział Wunrę. Wspiął się na znajomo wyglądający pagórek. Od szybkiego marszu pod górkę serce biło mu szybciej. Przez dłuższą chwilę przyglądał się terenowi. Trochę się tu zmieniło, wyrosło kilkadziesiąt drzew. Krzewy zazieleniły się i zagęściły. Mimo to był pewny… to był on. Wunra przyjął wtedy kształt pagórka.

Kertun nie chciał podchodzić za blisko. Zawsze się go bał. Ale jednocześnie… tak bardzo pragnął czyjegoś towarzystwa.

Chwycił oburącz wielki kamień i cisnął.

Ogromnym głazem trafił Wunrę w bark. Zarośnięty trawą i krzakami Obserwator nie drgnął. Kertun krzyknął z początku nieśmiało, potem zaś donośniej, ale muzyk nie odpowiadał.

Obserwator podniósł drugi głaz i… upuścił go zrezygnowany.

Ogarnął go wstyd i litość do samego siebie. Zawsze to robił, gdy dopadała go tęsknota za domem. Wtedy tu przychodził, krzyczał i rzucał kamieniami… Wunra nigdy nawet nie drgnął.

Otarł łzę uciekającą po policzku.

Kątem oka na zboczu sąsiedniej góry dostrzegł jakiś ruch. To pasterze pędzili swoje owce w dół doliny. Biegli na łeb na szyję, oglądając się co chwilę w jego stronę. Uciekali. Kertun odprowadził ich wzrokiem, aż zniknęli w lesie. Pewnie widzieli, jak rzucał ogromnym kamieniem. Nie przejmował się tym. Pobiegną, naopowiadają znajomym o górskim trollu albo jakimś potworze. Przez parę lat będą składali ofiary z owiec. Obserwator zmieni formę na jakąś mniej rzucającą się w oczy, zaś miejscowi za trzy-cztery pokolenia zapomną.

Kertun uświadomił sobie, że złamał właśnie kolejną zasadę – „bądź niewidoczny”. Gdyby ktoś na niego doniósł… Odruchowo podniósł głowę i spojrzał w niebo. „Może by mnie stąd zabrali, aby mnie ukarać” – pomyślał.

Nadzieja jednak zgasła równie szybko, jak się pojawiła.

Nikt nie przyleci, tego był pewien. Apatyczny wrócił na swoje miejsce niedaleko miasta, którego nazwy nie pamiętał. Było już znacznie ciszej. Pożary były ugaszone, a dymy rozgonił wiatr. Mieszkańcy zabierali się do naprawy uszkodzonych budynków. Na murach wywieszono flagi zdobywców.

„A może jednak obrońców?” – zastanowił się Obserwator. – „W sumie kogo to obchodzi?”

Usiadł znużony na trawie. Zamknął oczy. Oczami wyobraźni zobaczył czerwone jak krew szczyty Egeru. Strzeliste wieże zielonej fortecy i wingrony majestatycznie sunące nad Tranthis.

 

Koniec

Komentarze

@Ambush,@August,

Bardzo dziękuję za betę i przepraszam za zwłokę z publikacją opowiadania. Niestety sprawy prywatne mnie przygniotły i dopiero teraz wystawiam głowę nad powierzchnię, by od czasu do czasu zaczerpnąć powietrza i nadgonić rozpoczęte projekty. 

 

Nowa Fantastyka