Informacja
Szyfr
Orbita
Informacja
Szyfr
Orbita
Frank usłyszał szczęk przekręcanego zamka drzwi, gdy wbijał na patelnie ostatnie jajko. Zerknął na cyferblat piekarnika. Josie wróciła o całe pięć minut wcześniej niż zwykle. Ucieszył się. Będą mieli więcej czasu dla siebie. Wyrzucił skorupkę do kosza i natychmiast zmniejszył moc na indukcji, a następnie powolnymi ruchami bambusowej łopatki z uwagą bełtał białka, by nie naruszyć żółtek. Te zmąci na samym końcu, by jajecznica była aksamitna tak, jak lubi Josie.
– Złamałam wszystkie zakazy drogowe, ale zdążyłam – oznajmiła mu żona, wchodząc do kuchni. Mróz zarumienił jej policzki i nos, a brązowe oczy zaszkliły się od nagłej zmiany temperatury.
– Już kończę i możemy jeść – powiedział, po czym nachylił się, by dać jej całusa. – Jak w pracy?
– W samym obserwatorium nic ciekawego, gwiazdy jak świeciły, tak świecą – odpowiedziała, nalewając sobie do kubka kawy z dzbanka. – Słyszałam jednak dziwną pogłoskę. Pamiętasz to sympozjum w Szwajcarii, na które miałam jechać pół roku temu, ale dostałam ataku ślepej kiszki?
Parsknął i przytaknął. Doskonale pamiętał ten dzień. Obchodził wtedy czterdzieste urodziny i zamiast imprezy miał całodzienne czuwanie w szpitalu.
– Podobno zginęło dwóch profesorów, którzy w nim uczestniczyli. Jeden utopił się na rybach, a drugi wypadł z okna.
– Tragedie chodzą po ludziach – spuentował i ściągnął patelnię z palnika, a następnie zaczął nakładać jajecznicę na talerze.
– Tak, oczywiście, ale dwóch innych także zniknęło bez śladu – powiedziała poważnie. – Wszyscy byli wtedy w Szwajcarii. Wszyscy zajmowali się obserwacjami nieba i mieli przydział na Webba.
Skinął głową, posypując danie szczypiorkiem.
– Dziwnie się czuję ze świadomością, że jednak otrzymałam zgodę na korzystanie z JWST. Jakbym korzystała na czyjejś krzywdzie.
– A co, w ramach żałoby mieli zmarnotrawić czas najdroższego sprzętu do obserwacji Kosmosu? Takie jest życie, ktoś traci, ktoś zyskuje. Jak z tymi jajkami – położył talerz przed Josie, a drugi naprzeciwko – kura straciła, my zyskaliśmy.
Kolejne pół godziny rozmawiali o błahostkach.
– Zmyjesz naczynia? – zapytał Frank, wstając od stołu. – O ósmej muszę być w redakcji, a o dziewiątej mam spotkanie z informatorem. Podobno ma mi przekazać informację, która wstrząśnie światem.
Josie podniosła głowę i pytająco zmarszczyła brwi.
– Dosłownie tak powiedział, wstrząśnie światem.
Zarejestrował, że Josie uśmiechnęła się i wstała, by go pożegnać.
O ósmej pięćdziesiąt był już w podanej przez informatora kawiarni. Zamówił piernikowe latte i czekał.
Wziął do ręki gazetę. Relikt przeszłości. Niewiele wydawnictw pozostało przy standardowym druku. Ludzie stali się wygodni. Artykuły karlały do najkrótszych możliwych form, które pączkowały na stronach internetowych, swoją treścią składając hołd algorytmom wyszukiwań.
Zaczął przeglądać nagłówki.
Ludobójstwo w sercu Europy. Nic nowego, czytał dalej.
Słabnąca magnetosfera Ziemi, czy jest się czego bać? Kolejny sposób korporacji na biznes? Za dekadę problem stanie się równie nieaktualny co dziura ozonowa, albo zmiany klimatyczne.
Specjaliści alarmują, bez inwestycji w zalesianie, Europa stanie się drugą Saharą pod koniec wieku. Za to wczoraj Frank czytał artykuł o stale rosnącej średniej rocznej ilości opadów w Północnej Afryce.
Ludzkość poszukuje nowego domu, ile mamy czasu?
Ten artykuł przeczytał w całości. Dowiedział się z niego, jak daleko w lesie jest ludzka technologia w aspekcie podróży poza Układ Słoneczny. Co gorsza, nie było widać przełomu, by ten fakt zmienić. Autor artykułu, powołując się na najznamienitsze nazwiska w świecie nauki, sugerował, że gdyby w ciągu wieku ludzkość musiała opuścić planetę z powodu zagrożenia jej unicestwieniem, byłaby zdolna do podróży co najwyżej na Księżyc i Marsa. A tam i tak wymarłaby z powodu braku warunków do życia.
Smutne, ale i motywujące.
O dziesiątej dwie i po wypiciu dwóch kaw zrozumiał, że ktoś wystawił go do wiatru. Frank za każdym razem brał pod uwagę taką możliwość. Informatorzy często zmieniali zdanie w ostatniej chwili. Wstał więc i wyszedł, myślami będąc już przy kolejnym artykule o aferze w branży drobiarskiej. Lubił poruszać tematy, w których mógł stanąć po stronie zwykłych ludzi. To oni byli ofiarami spisków i niedomówień na szczytach władzy. To ich władza trzymała w niewiedzy, a następnie tę niewiedzę w perfidny sposób wykorzystywała. Wierzył, że ludzie powinni być świadomi otaczającego ich świata. I on, dziennikarz, czuł na sobie odpowiedzialność za poziom ich uświadomienia.
– Dostałeś paczkę. Leży na twoim biurku. – Recepcjonistka nawet nie spojrzała na niego zza monitora.
Rzeczywiście, gdy podszedł do swojego miejsca pracy, dostrzegł szarą kopertę z jego imieniem i nazwiskiem napisanym odręcznie czarnym markerem. Odstawił torbę, ściągnął kurtkę i zawiesił ją na wieszaku obok biurka. Następnie usiadł na krześle i wziął w ręce tajemniczą paczuszkę. Była lekka. Wewnątrz przewalało się coś, co Frank od razu zidentyfikował, jako opakowanie na płytę CD. Rozerwał więc papier i wyciągnął kwadratowy pojemnik z przezroczystą okładką, za którą była płyta w złotym kolorze. Nadawca nie pokwapił się, by jakkolwiek ją podpisać.
– Tajemnice… – szepnął i rzucił na biurko pustą kopertę, z której wypadła niewielka kartka papieru. Frank sięgnął po nią.
Czego nie zdoła zjeść pelikan?
Dwukrotnie przeczytał pytanie i odruchowo rozejrzał się po redakcji w poszukiwaniu żartownisiów, którzy obserwowaliby go zza swoich monitorów.
Nie dostrzegł nikogo poza trzema dziennikarzami stukającymi w klawiatury komputerów i gościem w sportowej kurtce opowiadającemu coś jednemu z nich.
Westchnął. Lubił tajemnice, ale w tej nie dostrzegł potencjału.
Przyjrzał się płycie CD, która nagle wydała mu się archaizmem równym pismu klinowemu. No nic, będzie musiał powściągnąć ciekawość i poczekać do powrotu do domu, gdzie biurko od lat zagracał stary pecet z fizycznym napędem optycznym.
Wrócił do domu około osiemnastej. Josie była zajęta suszeniem włosów w łazience. Frank podszedł do niej i ucałował na powitanie w policzek. Myślami był już przy monitorze komputera.
– Hej! Pocałuj mnie jeszcze raz w ten sposób, a obudzi cię szelest papierów rozwodowych! – krzyknęła Josie poprzez szum suszarki.
– Przepraszam cię, ale muszę zrobić coś ważnego! – odpowiedział, uruchamiając komputer.
Po chwili przywitał go stary pulpit przedstawiający zieloną łąkę. Otworzył napęd i włożył płytę na tackę. Po chwili wzmożonej pracy i buczenia dochodzącego z wnętrza metalowej obudowy pojawił się komunikat. Potwierdził chęć przeskanowania płyty antywirusem, a po kilku sekundach ujrzał folder z dwoma plikami. PDF-em i drugim plikiem o dziwnym rozszerzeniu. Zaczął więc od pierwszego z nich.
Plik chroniony hasłem.
Świetnie.
Bez zastanowienia przeniósł kursor myszki na drugi z plików.

Nowe okno pojawiło się natychmiast. Była to animacja. Przedstawiała wirujące wolno… coś. Coś, co po chwili skojarzyło się Frankowi z wirusem lub pojedynczym nasionkiem dmuchawca zawieszonym na puszystych lotkach. Jednak po kilku obrotach animacja zaczęła się zmieniać i pyłek zamienił się w strukturę, jak z podręcznika do chemii. Wokoło niego szybowały literki tworzące dwu lub trzyliterowe skróty, podobne do tych, jakimi oznacza się nazwy pierwiastków na tablicy Mendelejewa.
Centrum struktury tworzyły dwa kanciaste pierścienie – jeden sześciokątny, drugi pięciokątny. Łączyły się ze sobą jednym z boków, tworząc wspólną strukturę. Dodatkowo odchodziło od nich czternaście prostych linii składających się z łańcuchów, jakby koralików zakończonych cząsteczkami wraz z naniesionymi obok skrótami.
– Trp… – mruknął, gapiąc się na dwa heksagonalne pierścienie w centrum struktury.
– Uczysz się chemii? – zapytała Josie nakręcając pasmo włosów na wałek.
– Nie, sprawdzam, co jest na płycie, którą ktoś zostawił mi w redakcji.
– A właśnie! Jak sprawa, która ma wstrząsnąć światem? – zapytała.
– Pudło. Informator nie przyszedł – odpowiedział Frank i wskazał na wirującą strukturę. – Co to może być?
– Trp, Ala, Gln… – wyliczała Josie. – To wygląda na skróty, ale czego?
– Sprawdzę – zaproponował i po przeczytaniu pierwszej odpowiedzi z wyszukiwarki, dodał: – Aminokwasy. A więc to jest model białka?
– Na to wygląda. – Josie wydawała się równie zdezorientowana co Frank. – Nie było do tego żadnego liściku?
Dopiero teraz Frank przypomniał sobie o dziwacznym pytaniu z karteczki. Powtórzył je Josie.
– To łatwe – zaśmiała się. – Pelikan nie połknie żyrafy! W czasie doktoratu u profesora Hewisha nasza grupa miała ulubiony filmik, na którym pelikan próbuje chwycić dziobem tyłek żyrafy. Ten obraz stał się dla nas metaforą naszego pracoholizmu i…
Urwała.
– To pytanie było napisane na kartce dołączonej do płyty?
Frank przytaknął i natychmiast wpisał słowo żyrafa, a plik PDF bez problemu otworzył się, ujawniając zapis rozmowy. Bez słowa zaczęli czytać.
H: Zsyntezowanie białka jeszcze niczego nie sugeruje…
K: Jego sekwencja była ukryta pośród niekodujących części DNA. Cudem odkryliśmy istnienie tego białka i chce mi pan powiedzieć, że jest nieistotne?
H: Tego nie powiedziałem, jednakże sugestie, że białko to może zapewniać nam długowieczność, jest myśleniem życzeniowym. Nie posiada budowy podobnej do innych, naturalnie występujących, białek. Gołym okiem widać w nim architekturę i zamysł, co neguje jego naturalne pochodzenie. Ono wręcz przeczy logice budowy wszystkich innych białek w naszych ciałach! I nie mówię tu o budowie czwarto-, czy trzeciorzędowej, ale o anomalii na poziomie drugorzędowej!
K: Natura często buduje z geometryczną precyzją i symetrią, które wynikają jedynie z właściwości chemicznych substancji.
H: Proszę, profesorze…
W: Pana sceptycyzm jest męczący. Skoro zaprzeczył pan pięciu teoriom o naturalnym pochodzeniu odkrytego białka, wygłoszonym przez poprzedników, proszę sformułować własną hipotezę i poddać ją naszej ocenie.
H: …
K: Profesorze, śmielej. Pomimo temperatury dyskusji, w dalszym ciągu jesteśmy w gronie osób kierujących się rozumem i dobrem nauki.
H: Dobrze, dziękuję. A więc to białko według mnie jest tworem sztucznym. Tworem kogoś, kto chciał ukryć przed nami informację, dopóki nie znajdziemy się na określonym poziomie technologicznym i intelektualnym. Sądzę, że układ łańcuchów aminokwasów jest tu kluczowy, a znajdujący się w centralnej części tej cząsteczki Tryptofan, tylko mnie w tym przekonaniu utwierdza.
W: Cóż w nim tak szczególnego, profesorze?
H: Tryptofan, jako jedyny aminokwas, posiada pierścień indolowy. Według mnie wskazuje nam coś, do czego pozostałe aminokwasy mają pomóc nawigować w przestrzeni.
K: Profesorze, proszę zastanowić się, co chce pan zasugerować.
H: Drodzy koledzy, sugeruję, że zsyntezowane przez nas białko jest perfekcyjnie skonstruowaną mapą. Mapą w skali o rzędy wielkości większą, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
K: Nonsens.
W: Litości.
H: Kluczowym elementem w zrozumieniu istoty białka-M, jak go nazwałem, jest długość każdej z odnogi, a także kąty, pod jakimi odchodzą one od pierścieni indolowych. A jest i coś, co nakierowało mnie na wyjątkowość tegoż białka.
K: Proszę nas oświecić.
H: Każdy z naturalnie występujących aminokwasów posiada wolne zakończenie N – aminowe lub C – karboksylowe. W przypadku białka-M jest inaczej, zakończenie tworzą atomy wodoru upakowane wedle pewnego wzoru, którego jeszcze nie odczytałem.
K: Insynuuje pan, że ktoś zaszyfrował w ludzkim DNA mapę?
W: Zakończenie wodorowe w białkach? To łamie fundamentalne zasady…
H: W tym tkwi sedno problemu. Twórcy tegoż białka musieli znać inżynierię genetyczną na niedoścignionym nam poziomie, o wiedzy chemicznej nie wspominając…
W: Co wskazuje mapa?
H: Dowiem się na dniach, mam pewne przypuszczenia.
Josie milczała. Wielokrotnie czytała tekst.
– Rozumiesz coś z tego? – zapytał Frank.
– Domyślam się, ale to niemożliwe.
– Wiesz, o co w tym wszystkim chodzi?
Milczała. Zbierała myśli i porządkowała fakty.
– Mogę zabrać ten dysk do obserwatorium? – zapytała. Rytmicznie uderzała paznokciami o blat stołu.
– Tak, oczywiście – odpowiedział Frank. – Po co ktoś miałby wysyłać mi informacje o białku z zakodowaną mapą?
– Tu nie chodzi o ciebie – rzuciła cicho. – Postać oznaczona na zapisie jako H. to mój promotor, profesor Hewish. A ten plik trafił do ciebie, bo nadawca wiedział, że go zobaczę. Chyba wiem, co przedstawia mapa, ale muszę to potwierdzić obserwacjami.
W nieznanym dotąd Frankowi tempie Josie ubrała się i założyła buty. Była gotowa do wyjścia.
– Chyba już wiem, na co zużyję odziedziczony czas pracy Webba – oznajmiła i wyszła.
Frank długo jeszcze siedział przed monitorem, na którym z wolna obracała się cząsteczka białka-M.
Zasnął dopiero po drugiej w nocy. Śniły mu się kompletnie niezwiązane ze sobą rzeczy. Ludzie, lasy i zwierzęta, krajobrazy i wzory matematyczne wyryte na złotej powierzchni płyty od profesora Hewisha. Słyszał ludzkie rozmowy, dźwięki natury od grzmotów burzy po bębnienie deszczu i nawoływanie wielorybów.
Otworzył oczy, gdy było jeszcze ciemno. Zdezorientowany zastanawiał się, co mogło przebudzić go o tak wczesnej porze. Z początku założył, że to Josie wróciła wcześniej niż zwykle, ale nie usłyszał nic, co by na to wskazywało.
Podniósł głowę. Sypialnia tonęła w różnych odcieniach szarości. Rozejrzał się, ale nie dostrzegł nic niepokojącego. Zaschło mu w gardle. Postanowił wstać i nalać sobie wody do szklanki.
Poszedł do kuchni, stanął przed kranem i odkręcił kurek z zimną wodą.
Wtedy coś za nim poruszyło powietrzem, które otarło się o jego naskórek lekkim powiewem i w atawistycznym odruchu wywołało wyrzut adrenaliny. Natychmiast obrócił głowę.
Błysk.
Fala fotonów zbombardowała siatkówki oczu Franka z mocą nalotu dywanowego drugowojennych Liberatorów.
Wrzasnął. Wyciągając przed siebie rękę i o dziwo natrafił na coś, czego nie miało prawa tam być. Nie w jego domu. Nie w nocy. Dotknął czyjejś twarzy.
Obserwacja Franka Drake w celu ujawnienia siatki powiązań z H.
Frank Drake wyszedł z kawiarni o godzinie dziesiątej zero trzy. Samotnie poszedł w kierunku centralnej stacji linii metra A. Oficer nadzorujący natychmiast udał się jego śladem. Wysiadł na stacji Hawking Square i udał się do redakcji. Spędził tam kolejnych siedem godzin. Oficer, pod pozorem rozmowy z jednym z dziennikarzy, wniknął do środka budynku. Zajął dogodne stanowisko obserwacyjne.
Obserwowany otrzymał przesyłkę. Prawdopodobnie od H. Ograniczenia sprzętowe uniemożliwiły mu odtworzenie płyty CD na miejscu. W trakcie opuszczania budynku oficer z sukcesem umieścił urządzenie podsłuchowe. Po godzinie oficer wyszedł i kontynuował nadzór z zewnątrz.
O siedemnastej dwanaście Obserwowany wyszedł z budynku i udał się na najbliższą stację metra. Następnie wrócił pod adres zamieszkania.
Rozpoczęto nasłuch. Zarejestrowano dane wskazujące na przekazanie informacji od H. o Obiekcie do Obserwowanego i Obserwowanej. Materiał z nasłuchu dostępny w załączniku 1.
Nakazano zatrzymanie.
Zatrzymań dokonano o trzeciej zero osiem i czwartej zero siedem.
Zarekomendowano natychmiastowe przesłuchanie.
Oficer XU.
– Od kogo otrzymałeś tą płytę, Frank? – męski, spokojny, lecz władczy głos niósł się do niego zza oślepiającego źródła światła.
Frank wiedział, że jakimś cudem nie był już w we własnym mieszkaniu. Otaczała go światłość. Tonął w zupie bombardujących go fotonów. Znajdował się w pokoju wypełnionym światłem.
I nie stał już, siedział na czymś twardym.
Nie potrafił wyjaśnić, co stało się pomiędzy nalewaniem wody do szklanki, a pojawieniem się źródła światła. Chyba nadal miał na sobie pidżamę.
– Nie wiem, ktoś zostawił mi ją na biurku.
– Znasz profesora Hewisha?
– Nie.
– A twoja żona?
Przeszył go dreszcz zimna.
– Co ona ma z tym wspólnego?
– Czy twoja żona zna Hewisha?
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Zwlekał, choć wiedział, że to również forma odpowiedzi, jednak za wszelką cenę nie chciał mieszać do tego Josie.
– Czy Hewish kontaktował się z wami w ostatnich kilku miesiącach?
– Nie.
– Czy dr Jocelyn Burnell, miała kontakt z profesorem…
– NIE! – krzyknął Frank.
Światła zgasły. Frank poczuł nicość ciemności.
Głos mężczyzny zamilkł i nie pojawił się przez bardzo długi czas.
W zasadzie to Frank nie wiedział, na jak długo. Z początku oczekiwał odpowiedzi, ale ta nie nadchodziła. Po dłuższym czasie próbował wstać, ale z bólem spostrzegł, że jego kostki były przymocowane do miękkich, lecz bardzo solidnych kajdan, które uniemożliwiały mu ruch. Walczył z nimi przez chwilę, lecz dał za wygraną.
Czas płynął. Frank, nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie eksperyment, w którym bezimienny badacz odizolował się od świata, by zbadać percepcję upływu czasu, bez dostępu do przyrządów pomiarowych.
Wyniki były zaskakujące. Naukowiec sądził, że spędził znacznie mniej dni w izolacji, niż było to w rzeczywistości. Różnica wynosiła dwadzieścia lub trzydzieści procent. Frank nie potrafił sobie przypomnieć dokładnej wartości, ale była na tyle duża, że zaczął się zastanawiać, jak długo już znajdował się w zamknięciu.
Usłyszał szurnięcie metalu po podłodze. Pochylił się i wyczuł tackę, na której znajdowało się coś ciepłego i miękkiego. Pachnącego mięsem. Obiad.
Zjadł dużego kotleta schabowego. Przynajmniej tak sądził po smaku i fakturze dania.
– Czego chcecie? – krzyknął, gdy nabrał sił. Nikt mu nie odpowiedział.
Po jakimś czasie, gdy znów poczuł głód, kolejny raz usłyszał zgrzyt metalu na zapiaszczonej podłodze.
Kolacja? Czy może śniadanie? Ile czasu minęło od ostatniego posiłku?
Nie wiedział.
Zjadł coś, co kojarzyło mu się z omletem.
Potem długo, długo nic. I znów kotlet. Obiad. Potem cisza i głód. I znów omlet. I tak w kółko.
– Czy dr Jocelyn Burnell miała kontakt z profesorem Hewishem? – zagrzmiał głos. Ten sam co poprzednio. Razem z nim znów rozbłysło światło.
– To jej promotor, ale nie wiem, czy kontaktowali się ze sobą, odkąd obroniła doktorat. – mówił Frank. Miał potrzebę komunikacji.
Czekał na odpowiedź. Ta nie nadchodziła.
– Czego chcecie? – krzyknął bliski płaczu. – Gdzie Josie? Czego od nas chcecie?
Cisza.
– Nic nie zrobiliśmy, czego od nas, chcecie?! – wrzeszczał i szamotał się bez nadziei na usłyszenie odpowiedzi.
– Dr Burnell musi coś dla nas odnaleźć – oznajmił głos. Frank przysiągłby, że tym razem był to głos kobiety.
– Zostawcie ją, proszę – zawodził bliski płaczu. – Kurwa, zostawcie nas w spokoju!
Zamiast odpowiedzi, znów nadeszła ciemność.
Mijały kolejne cykle posiłków. Kotlet. Omlet. Kotlet. Omlet.
Bolał go tyłek. Wstawał więc i stał, póki nie poczuł pieczenia w podudziach. Spał na siedząco.
Minął rok, a może miesiąc? Tydzień?
Frank zaczynał widzieć ludzi, rozmawiał z nimi. W różnych językach słał im powitania i groźby, dyskutował o pogodzie i polityce. Śmiał się i denerwował. Krzyczał i szeptał.
W końcu coś się stało. Coś usłyszał.
Zgrzyt? Szelest?
Kroki? Głosy?
Do pomieszczenia ktoś wszedł. Frank poczuł to po anomalii w ruchu powietrza, które otaczało go od, Bóg wie, jak długiego czasu.
– Ha–halo? – usłyszał szept. Głos, którego nie mógł pomylić z żadnym innym. – F-Frank?
– Josie? Jo?
– Tak, to ja! Jesteś tu?! Żyjesz?
Odnaleźli się w ciemności i wpadli sobie w ramiona.
– Bałam się, że już cię nie zobaczę – powiedziała po długiej chwili spędzonej w ramionach męża.
– Ja już straciłem nadzieję – odpowiedział Frank.
– Obiecali mi, że nas wypuszczą. Wypuszczą nas, jak tylko odkryję to, czego chcą – powiedziała łamiącym się głosem. – I zrobiłam to…
– Co odkryłaś, Jo? – zapytał.
– Koordynaty z białka-M.
Frank poczuł, jakby rozmawiali o czymś sprzed wieków. O budowie piramid w Gizie lub upadku Imperium Rzymskiego.
– Frank, Hewish odkrył mapę. Mapę zawartą w białku zaszyfrowanym w naszym DNA.
Przypomniał sobie wirusopodobną strukturę, którą oglądał na ekranie monitora CRT we własnym mieszkaniu. Miał wrażenie, że było to w poprzednim życiu.
– A co ja mam do tego?
– Właśnie nic. A w zasadzie tylko tyle, że przez ciebie informacja o tym miała trafić do mnie – mówiła Josie. Nie wypuszczała jego rąk z własnych dłoni nawet na chwilę, jakby bała się, że porwie ich sztorm i nie zdołają się na powrót odnaleźć pośród ciemności. – Pamiętasz, co było tematem mojego doktoratu?
– Gwiazdy – odpowiedział. – Chyba gwiazdy?
– Nie byle jakie gwiazdy. Pulsary! Gwiazdy neutronowe, które obracają się wokół własnej osi i emitują regularne impulsy elektromagnetyczne, po których można je zidentyfikować!
Frank przyznał w duchu, że za cholerę nie wiedział, o co chodzi.
– Powstają jako efekt wybuchu supernowej i działają w przestrzeni kosmicznej jak latarnie morskie! Rozumiesz?!
Nie rozumiał.
– Przypomnij sobie budowę białka-M. To, co wieńczyło każdy z jego aminokwasowych odnóg, było właśnie takim pulsarem. Dlatego Hewish chciał, żebym to ja otrzymała złotą płytę CD. Znam pulsary i odnajdę je w przestrzeni! Właśnie po to pojechałam do obserwatorium. I wiesz co…?
Wzruszył ramionami i dopiero po chwili zrozumiał, jak głupi był to gest w całkowitej ciemności.
– Białko zadziałało bezbłędnie! – krzyknęła najciszej, jak mogła. – Wskazuje na układ gwiezdny daleko, daleko stąd! Dokładnie pięćdziesiąt trzy lata świetlne stąd. Setki bilionów kilometrów! Pulsary to drogowskazy. Precyzyjnie nakierowują na to, co symbolizowały pierścienie tryptofanu. Rozumiesz? Pierścienie to orbity! Większy z nich wskazuje na orbitę tamtejszego słońca, a mniejszy planety tych… istot.
– Ale jakim sposobem…? – zapytał zdezorientowany.
– Nie wiem, ale sądzę, że to może mieć związek z tym, skąd wzięła się nasza samoświadomość, inteligencja, abstrakcyjne myślenie…
– Ktoś nas stworzył?
Usłyszał westchnienie.
– Kto inny mógłby zadać sobie tyle trudu, jak nie nasi twórcy?
– I oni tam są? – zapytał Frank. Czuł się jak dziecko, któremu dorosły tłumaczy zasady odczytywania godziny z tarczy zegarka.
– Nie… Wskazany układ gwiezdny istnieje, ale miliony lat temu tamtejsza gwiazda zaczęła puchnąć i pochłonęła najbliższe planety. Teraz zamiast gwiazdy wielkości naszego Słońca unosi się tam stukrotnie większy potwór w końcowej fazie życia. Frank, to białko musiało zostać stworzone setki, jak nie miliardy lat temu…
– Miliardy lat temu? Słońce pochłonęło ich planetę? – bezmyślnie powtarzał Frank. – Po co więc ta zabawa z DNA?
– Być może teraźniejsi my to oni sprzed eonów. Sądzę, że groziło im unicestwienie. Katastrofa. Eksterminacja. Wysłali więc w przestrzeń kosmiczną materiał genetyczny. Może w formie wirusa, może luźnych związków organicznych, które miały za zadanie połączyć się z podobnym materiałem genetycznym istot żyjących na planecie zdolnej do pielęgnowania życia. Takiej jak Ziemia. To jest największe odkrycie w świecie nauki od wynalezienia pisma, czy wykrzesania pierwszej iskry ognia! To jest przełom, Frank! Ludzkość musi się o tym dowiedzieć!
Frank poczuł się bardziej skołowany niż po całym czasie, jaki spędził w samotności pośród nieprzeniknionej ciemności.
– A więc my jesteśmy… Rozbitkami z kosmicznej katastrofy? – zapytał.
– Nie, my się nie liczymy – podsumowała Josie. – Liczy się ciągłość przekazywania materiału genetycznego dalszym pokoleniom. Ciągłość życia. Ciągłość inteligentnego życia w pustce Kosmosu.
– Czy teraz nas uwolnią? Zrobiłaś to, co chcieli, wiec teraz nas uwolnią?
– Tak Frank, tak obiecali. Uwolnią nas.
Josie wtuliła się we Franka mocniej niż zwykle. Zupełnie jak wtedy, gdy żegnali się na lotnisku przed jej odlotem na staż do Nowego Jorku.
A Frank odwzajemnił uścisk w dziwnym poczuciu nadchodzącej rozłąki.
Obserwowany i Obserwowana współpracowali. Obserwowana przekazała dane ukryte przez H. i odczytała koordynaty zawarte w Obiekcie. Koordynaty potwierdzono.
Wnioski płynące z pracy wywiadowczej ujawniły skrajnie wywrotowe fakty o naturze ludzkiej i jej pochodzeniu. Fakty te mogłyby spowodować radykalny wzrost dekadentyzmu i nihilizmu pośród społeczeństwa. Wzrost niepożądany w obliczu nadchodzących wyzwań dla gatunku ludzkiego. Wyzwań egzystencjonalnych.
Obserwowany i Obserwowana wykazują się postawą mesjańską. Prognozy wskazują na ryzyko rozprzestrzenienia się informacji o destrukcji cywilizacji, będącej protoplastą ludzkości. Informacja o Obiekcie musi pozostać utajniona. Obiekt zagraża globalnemu bezpieczeństwu.
Rekomenduje się zlikwidowanie Obserwowanej i Obserwowanego.
Do zadania rekomenduje się agenta VN. Raporty z jego poprzednich czterech likwidacji znajdują się załącznikach 1-4. Wszystkie zakończyły się z sukcesem.
Oficer wnioskuje o zakończenie misji i utajnienie akt.
Agent XU.
Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,
ślad swój zostawiłam,
uważnie przeczytałam,
za udział podziękowałam;
bruce :)
Bardzo ładny język (widać od pierwszych paragrafów, że to pisał ktoś, kto potrafi to robić), i bardzo intrygujący pomysł, natomiast trochę mało się tu dzieje.
Mam wrażenie, że opowiadanie byłoby ciekawsze, gdyby to Josie była POV-em, bo teraz wyszło trochę tak, że my sobie najpierw jemy jajka a potem siedzimy w ciemności, a Josie najpierw rozwiązuje zagadkę, a potem przychodzi i tłumaczy nam, co nas ominęło.
Tak czy inaczej, za pomysł, wykonanie, dbałość o szczegóły etc. kliczek się tu należy bez dyskusji.
Pozdrawiam
Jak świetnie się to czytało! Lekki styl, naturalne dialogi, wciągająca fabuła i ogólnie science fiction, które mnie absolutnie nie zmęczyło nawałem informacji. Końcówka gorzka, ale spodziewałam się, że mimo pójścia na współpracę ta historia nie skończy się dobrze.
Ludobójstwo w sercu Europy. Nic nowego, czytał dalej.
Przerażająca wizja.
Kotlet. Omlet. Kotlet. Omlet.
Piękny opis mijającego czasu. :D
Jedyne do czego bym się przyczepiła to:
– A co ja mam do tego?
– Właśnie nic. A w zasadzie tylko tyle, że przez ciebie informacja o tym miała trafić do mnie – mówiła Josie.
No właśnie. Trochę szkoda, że pod koniec Josie nam po prostu opowiada, co odkryła. Byłoby ciekawiej, gdyby próbowali ustalić to wspólnie, uciekając przed tajemniczymi agentami, w tle wybuchy i tak dalej. :D
Ale i tak bardzo mi się podobało. Nie mam pojęcia, kto kryje się za tym opowiadaniem, ale jestem fanką! :)
Klikam do biblioteki i serdecznie pozdrawiam!
Bardzo mi się podobało. czytało się gładko, pomimo natłoku nielubianej biologii i znienawidzonej chemii. Podobało mi się, że zamiast suchej informacji pozwoliłeś czytelnikowi zjeść z parą śniadanie – lubię takie zabiegi.
Pozdrawiam1
Jedno, co mi się rzuciło w oczy: zjedzony ogonek od ę (przy wbijaniu na patelnię) w pierwszym zdaniu. Może były też jakieś przecinki, ale nie za wiele.
Ale poza tym generalnie technicznie bardzo dobrze napisane. Operujesz ładnym językiem, przyjemnie się to czyta.
Może nie jest to historia pełna pościgów, wybuchów i nagłych zwrotów akcji – jest za to napisana w sposób przemyślany i poprowadzona bardzo konsekwentnie.
Jak na mnie, z moją ogólną niechęcią do science-fiction, jestem bardzo usatysfakcjonowana lekturą:)
Dziękuję za przeczytanie i poświęcony czas!
GalicyjskiZakapior, wahałem się, czy by nie przeskoczyć narracyjnie do Josie, ale uznałem, że ona również nie miałaby za wiele do przedstawienia czytelnikowi, bo w końcu tylko określała położenie układy gwiezdnego względem pulsarów. W tym wypadku porwanie Franka wydało mi się ciekawsze!
Dziękuję za kliki!
Trochę brakuje przygody, ale opowiadanie jest ciekawe i skłania do refleksji "skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy".
Dobrze się czytało.
Fajna historia, podobała mi się otoczka SF.
Jestem dumna z siebie, bo mapka skojarzyła mi się z rysunkiem na Płytce Pioneera. :-)
Wredni ci agenci. Jeśli będą wykańczać najinteligentniejszych informatorów, to w końcu zostaną w łapami w nocniku i bez pomysłu, jak je wyciągnąć. Czego im życzę.
Finkla, miałem nadzieję, że ktoś skojarzy złote płyty z opowiadania z tymi od sond kosmicznych (ja bardziej łączyłem je z Voyagerami), także bardzo mnie ucieszyłaś i gratuluję!
Racja, Voyagery też niosły jakieś obrazki…
No to jest nas dwoje – takich bystrzaków. ;-)
Czekamy na kolejnych do klubu.

Czekamy na kolejnych do klubu.
Płyty skojarzyły mi się z Voyagerem. Żeby nie było.
W takim razie witamy w klubie! :-)
Witamy w Klubie Podróżnika, informacje o wpisowym wyślemy na maila!
Tarnina, dziękuję za poświęcony czas :)
Dobre opowiadanie. Spodobało mi się – tekst jest napisany sprawnie i naprawdę ładnie.
Ogólnie fajny i ciekawy pomysł na fabułę.
Zdecydowanie na plus, więc klikam.
Pozdrawiam,
rr
Jeden z oryginalniejszych pomysłów jakie na Nowej Fantastyce przeczytałem. Pomijając już wytrawny warsztat, widzę sporo pracy włożonej w poprawne ujęcie kwestii astronomicznych i biologicznych. Zakończenie, cóż, niezbyt przyjemne, ale tak to już w świecie bywa.
Pozdrawiam serdecznie!
PS Wróżę sukces na konkursie!
Hej, akcja jak z dobrej teorii spiskowej :) Kosmici, którzy stworzyli kosmitów, którzy odkryli, że zostali stworzeni przez kosmitów i poznając ich technologie możliwe, że kiedyś też wystrzelą swój materiał biologiczny z mapą w DNA, by ten cykl mógł trwać :). Klimatu dodają złowieszcze notatki, żywcem wyciągnięte z jakiś procedur agencyjnych. Dobre opowiadanie, tylko żona bohatera się dziwnie nazywała. No i czasem czułem się jak Frank, bombardowany fotonami, tylko, że mnie bombardował naukowy język:). Klikam i pozdrawiam:)
Melduję, że przeczytałam.
Jeszcze raz dziękuję za miłe słowa! Co do treści o charakterze naukowym to mam nadzieję, że research zrobiłem prawidłowo i bez baboli. Bartkowski.robert, dziękuję, za tak duże wyróżnienie! Bardjaskier, idealnie streściłeś opowiadanie! Co do imion postaci, Jocelyn Burnell, Frank Drake, a nawet prof. Hewish… można wygooglować ;)

Ciekawy pomysł i piękne wykonanie. Jedyne, co bym poprawiła (bardo subiektywnie), to pokazałabym zmagania bohaterki, zamiast siedzieć z bohaterem w celi. Byłby ciekawiej.
Doceniam naukowość w opku – należy się szacunek za wiedzę.
Fabuła skromna, ale interesująca (mimo tego siedzenia w celi). :) Śniadanie smakowite!
Pozdrawiam i powodzenia! :)
JolkaK, Josie miałaby jeszcze nudniejsze zadanie ;)
Dziękuję za miłe słowa!
Po spokojnym początku poczułam się zaintrygowana kolejnymi wypadkami, więc zaciekawiona czytałam z zainteresowaniem. Może nie wszystko, co naukowe do mnie dotarło, ale mam wrażenie, że wszystko pojęłam. I tylko szkoda, że zakończenie nie mogło być inne.
Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.
Frank usłyszał szczęk przekręcanego zamka drzwi… → Frank usłyszał szczęk klucza przekręcanego w zamku drzwi…
Zamek się nie przekręca w drzwiach.
…a następnie powolnymi ruchami bambusowej łopatki z uwagą bełtał białka, by nie naruszyć żółtek. → Nie rozumiem, dlaczego Frank wbijał na patelnię całe jajka, zamiast oddzielić białka od żółtek, które dodałby w chwili, gdy białka już się należycie zetną.
Jakbym korzystała na czyjejś krzywdzie. → Jakbym korzystała z czyjejś krzywdy.
Można korzystać z czegoś, ale raczej nie na czymś.
…ściągnął kurtkę i zawiesił ją na wieszaku obok biurka. → Nie brzmi to najlepiej.
Następnie usiadł na krześle i wziął w ręce tajemniczą paczuszkę. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy istniała możliwość, aby wziął paczuszkę bez użycia rąk?
Może wystarczy: Następnie usiadł na krześle i wziął tajemniczą paczuszkę.
Wewnątrz przewalało się coś… → A może: Wewnątrz przesuwało się/ wyczuł coś…
…odpowiedział Frank i wskazał na wirującą strukturę. → …odpowiedział Frank i wskazał wirującą strukturę.
Wskazujemy coś, nie na coś.
– NIE! – krzyknął Frank. → Umiał krzyczeć wielkimi literami? Wielkie litery nie sprawią, że krzyk będzie głośniejszy, ale trzy wykrzykniki już tak.
Proponuję: – Nie!!! – krzyknął Frank.
…przez bardzo długi czas W zasadzie to Frank nie wiedział, na jak długo. Z początku oczekiwał odpowiedzi, ale ta nie nadchodziła. Po dłuższym czasie próbował… → Nie brzmi to najlepiej.
…z bólem spostrzegł, że jego kostki były przymocowane do miękkich, lecz bardzo solidnych kajdan… → Wcześniej napisałeś: Światła zgasły. Frank poczuł nicość ciemności. → Czy Frank widział kajdany w ciemności?
A może: …z bólem poczuł, że jego kostki były przymocowane do miękkich, lecz bardzo solidnych kajdan…
Zjadł dużego kotleta schabowego. → Zjadł duży kotlet schabowy.
https://www.poradnia-jezykowa.uni.lodz.pl/szczegoly/zjesc-kotlet-czy-kotleta
Zjadł coś, co kojarzyło mu się z omletem.
Potem długo, długo nic. I znów kotlet. Obiad. Potem cisza i głód. I znów omlet. I tak w kółko. → Frank dostawał posiłki, więc może to głupie pytanie, ale zachodzę w głowę, kiedy się wypróżniał i w jaki sposób, skoro był ubrany i przykuty do siedziska…?
– Ha–halo? – usłyszał szept. → – Ha-halo? – usłyszał szept.
W tego typu konstrukcjach używamy dywizu, nie półpauzy.
To, co wieńczyło każdy z jego aminokwasowych odnóg… → Odnoga jest rodzaju żeńskiego, więc: To, co wieńczyło każdą z jego aminokwasowych odnóg…
– Wskazuje na układ gwiezdny daleko, daleko stąd! → –Wskazuje układ gwiezdny daleko, daleko stąd!
Większy z nich wskazuje na orbitę tamtejszego słońca… → Większy z nich wskazuje orbitę tamtejszego słońca…
Zrobiłaś to, co chcieli, wiec teraz nas uwolnią? → Literówka.
Bardzo ładnie napisany tekst. Czytało się płynnie i nic mi nie zgrzytało. Nie jest to może moja bajka, ale pomysł naprawdę ciekawy i byłem w szoku, że aż tak się wciągnąłem, biorąc pod uwagę, że nie wszystkie zagadnienia naukowe były mi znane. Powodzenia w konkursie.
Pozdrawiam serdecznie!
Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)
Ładnie napisane, ale w sumie smutne.
P. S. Chyba jednak dzisiaj obowiązuje forma "zsyntetyzować" a nie "zsyntezować" ?
Nie wiem, kiedy obowiązywała inna… (ale to tak nieoficjalnie, w ramach zapowiedzi komentarza jurorskiego).
Wyniki na Portalu, zatem czas na opinię:
Komentarz tuż po przeczytaniu:
Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie. :)
Nade wszystko gratuluję wszechstronnej i przebogatej wiedzy z dziedziny chemii oraz – znajomości faktów historycznych. :) Opowiadanie trzyma do końca w napięciu, zakończenie jest niesamowicie dołujące, choć – w obliczu odkrycia – niestety przewidywalne. :) Pomysł na wykorzystanie przewodniego hasła konkursowego – mapy skarbów – oryginalny i nietuzinkowy, brawa! :)
Myślę, że warto zaznaczyć w tagach także „historię”, ponieważ – o ile dobrze widzę w necie – zarówno Jocelyn Burnell, jak i jej promotor, profesor Hewish, to autentyczne postacie historyczne, a nie każdy Czytelnik to wie. :)
Kwestie językowe i pojawiające się wątpliwości, a także sugestie (zawsze – jedynie do przeanalizowania):
Frank usłyszał szczęk przekręcanego zamka drzwi, gdy wbijał na patelnie ostatnie jajko. – literówka?
– Dziwnie się czuję ze świadomością, że jednak otrzymałam zgodę na korzystanie z JWST. Jakbym korzystała na czyjejś krzywdzie. – niezrozumiały skrót i powtórzenie?
O ósmej muszę być w redakcji, a o dziewiątej mam spotkanie z informatorem. Podobno ma mi przekazać informację, która wstrząśnie światem. – powtórzenie?
Po chwili przywitał go stary pulpit przedstawiający zieloną łąkę. Otworzył napęd i włożył płytę na tackę. Po chwili wzmożonej pracy i buczenia dochodzącego z wnętrza metalowej obudowy pojawił się komunikat. – powtórzenia?
Jednak po kilku obrotach animacja zaczęła się zmieniać i pyłek zamienił się w strukturę, jak z podręcznika do chemii. – i tu?
Kluczowym elementem w zrozumieniu istoty białka-M, jak go nazwałem, jest długość każdej z odnogi, a także kąty, pod jakimi odchodzą one od pierścieni indolowych. – tu posypały się: styl i składnia? – „białko” to rodzaj nijaki, a nie męski; zaś potem powinno być albo: „każdej z odnóg”, albo: „każdej odnogi”?
Twórcy tegoż białka musieli znać inżynierię genetyczną na niedoścignionym nam poziomie, o wiedzy chemicznej nie wspominając… – aliteracja?
Wyciągając przed siebie rękę i o dziwo natrafił na coś, czego nie miało prawa tam być. – tu też posypała się składnia zdania?
– Od kogo otrzymałeś tą płytę, Frank? – męski, spokojny, lecz władczy głos niósł się do niego zza oślepiającego źródła światła. – gramatyczny? – „ta” w Bierniku ma formę: „tę”
– Czy dr Jocelyn Burnell, miała kontakt z profesorem… – zbędny przecinek?
– To jej promotor, ale nie wiem, czy kontaktowali się ze sobą, odkąd obroniła doktorat. – mówił Frank. – błędny zapis dialogu?
– Nic nie zrobiliśmy, czego od nas, chcecie?! – wrzeszczał i szamotał się bez nadziei na usłyszenie odpowiedzi. – zbędny ostatni przecinek?
Więzienie Franka, jakkolwiek mocno dramatyczne, nasuwa mimowolne zapytanie, jak udawał się on do toalety?
To, co wieńczyło każdy z jego aminokwasowych odnóg, było właśnie takim pulsarem. – tu znowu jest błąd składniowy i logiczny? – „odnoga” jest rodzaju żeńskiego, nie – męskiego
„Tryptofan” czasem piszesz małą, a czasem wielką literą – trzeba to ujednolicić.
– Tak Frank, tak obiecali. – przecinek przy Wołaczu?
Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny. :)
W miarę sprawnie napisane.
Fabularnie jednak mnie nie porwało. Nie kupuję tej intrygi. Może dlatego, że nie wiem, kim są agenci i jaki mają cel. Takie naokoło dojście do Josie przez jej męża jest dla mnie strasznie sztuczne i na siłę. Dużo jest ekspozycji, mało się dzieje. Donikąd to nie prowadzi.
Jest w tym pomysł, podoba mi się mapa ukryta w białku (nie wnikam w kwestie naukowego prawdopodobieństwa), ale sposób ich wykorzystania do mnie nie przemówił.
Dzwonili ze "Starożytnych kosmitów". Masz natychmiast wracać, są jeszcze trzy odcinki do nagrania.
To jest tekst typowo gadżetowy. Długi i do niczego nijak się nie mający opis gadżetu – a potem morduje ich KGB i nic z tego wszystkiego nie wynika. Opis gadżetu jest wzięty prościutko ze “Starożytnych kosmitów”, a KGB (czy co to tam jest) działa bezsensownie.
W zasadzie jako science fiction dyskwalifikuje ten tekst już to, że bohater przez tydzień siedzi przytwierdzony do krzesła (i nie głodzą go tam…) i ani razu nie musi skorzystać z łazienki (czy naprawdę zauważyłyśmy to tylko ja i reg?). Ale ten drobny szczegół ginie w zalewie antynauki, którym zajmę się osobno, bo najpierw trzeba omówić język i fabułę.
Z fabułą załatwimy się krótko. Jest szczątkowa. Zaczyna się całkiem przyjemnym, choć opisanym nieco zbyt detalicznie porankiem (po co nam wiedzieć, jak działa piekarnik Franka i Josie?), po którym bohater odbywa zapowiadającą jakieś kosmiczne sprawy prasówkę i odbiera tajemniczą przesyłkę. Zabrana do domu przesyłka okazuje się zawierać dane na temat Wielkiego Odkrycia, a w ogóle, to jest przeznaczona dla żony tegoż bohatera, której wiadomość najwyraźniej coś mówi, bo kobita zaraz leci z nią do obserwatorium (jest bowiem astronomem, zaś wiadomość traktuje o… białku, w którym ktoś "zaszyfrował" mapę – a może "zaszyfrował" ją w odpowiednim odcinku DNA, o co mniejsza – wywód profesora jest kompletnie wariacki, ale nie uprzedzajmy faktów). Swoją drogą, mogliby zrobić kopię tego Super Ważnego Dokumentu…
Męża natychmiast porywa Nieznana Agencja Wywiadowcza, przetrzymuje go w ciemności, karmiąc omletami (baba Jaga? ja bym tego nie jadła, licho wie, co w tym jest), co najwyraźniej ma skłonić jego żonę do współpracy. Czy Tajemnicza Agencja nie wie, że Josie już pobiegła odkrywać to, co ma odkrywać? Być może. Czy rozumie, że świadomość, że mąż jest torturowany (choćby niskobudżetowo) średnio motywuje do pracy dla Starej Firmy, a bardzo – do podstawienia tej Firmie nogi? Najwidoczniej nie. Zresztą, Mosad od Siedmiu Boleści i tak ma już wszystkie karty w ręku.
Josie odkrywa, co trzeba – zupełnie za kulisami. My tego nie widzimy, czyli jest nam oszczędzone całe napięcie związane z odkrywaniem. Opowiada Frankowi, że tym czymś jest dowód na zasianie Ziemi życiem przez kosmitów, których to kosmitów macierzysta gwiazda już dawno przeszła w fazę czerwonego karła. Małżonkowie zostają szczęśliwie uwolnieni, a następnie szczęśliwie odstrzeleni na formalny wniosek śledzącego ich agenta Bardzo Tajnej Organizacji.
Napisy końcowe.
To nie jest fantastyka. To thriller klasy… klasę Z już zużyłam, choroba. Klasy Ź. Nie zdarzyło się tu nic fantastycznego – w zasadzie, jeżeli Hewish jest szalonym naukowcem i wszystko to sobie uroił, co bardzo być może, nie zdarzyło się tu nawet nic, co w naszym świecie nie mogłoby się zdarzyć. Może poza tym, że Frank ma w jelitach czarną dziurę, i że tylko Josie na całym świecie "zna pulsary" – bo recenzenci jej pracy dyplomowej, najwyraźniej, odlecieli już na Marsa.
Ale thriller powinien trzymać w napięciu, a ten nie trzyma. Ani, ani. Bohaterowie nie mają absolutnie żadnej sprawczości – nic zupełnie nie zależy od ich działań. Wszystko, co się dzieje, dzieje się gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie, poza polem widzenia czytelnika. Mogę żałować Franka (gdybym uwierzyła w istnienie faceta z czarną dziurą w jelitach), ale denerwować się, czy mu się uda, nie mogę, bo niby jak? On nic nie robi. Może najwyżej zostać uratowany. Josie może i coś robi, ale mamy na to tylko jej słowo. Podobnie agenci Organizacji, Która Wie Lepiej, Co Jest Dobre dla Ludzkości.
Myśl tekstu, eee… no, tego. Aliens? I Oni, Oni, którzy ukrywają Prawdę przed Ludzkością! Muahahahahaha! Nie, serio. "Starożytni kosmici" bywają zabawni, jeśli ktoś jest akurat zgryźliwie usposobiony. Ale żeby to kopiować do literatury?
I żeby chociaż wywody profesora miały dla, ekhm, fabuły jakiekolwiek znaczenie… ale nie. Zamiast całej tej, ehkm, "nauki" równie dobrze mógłby opowiadać o krasnoludkach, a Organizacja Tak Tajna, że Nawet jej Członkowie Nie Wiedzą o jej Istnieniu tak samo porwałaby i zabiła Josie oraz Franka. Gdyby krasnoludki były "wywrotowe", oczywiście.
Nazwiska i imiona (oraz nazwa placu) są znaczące – ale jakoś bez sensu, bo Frank Drake, Joscelyn Bell, jej szef (Hewish) oraz Hawking wszyscy czworo mają ze sobą wspólnego chyba tylko tyle, że zajmowali się kosmologią.
Język. Jest purpurowy. Wypowiedzi trochę za ą-ę, narracja spokojna, niespieszna, niezależnie od tego, co akurat opisujesz. Sporo tu zresztą opisywania w nieistotnych szczegółach, wyszukanych (ale i tak źle dobranych) słów i błędów kategorialnych. Nie zabrakło, oczywiście, imiesłowów oznaczających niejednoczesne czynności (uparli się…). Poza tym szyk tu i ówdzie mógłby być zgrabniejszy, stawiasz też zaimki na miejscach akcentowanych.
A żeby nie być gołosłowną: "Artykuły karlały do najkrótszych możliwych form, które pączkowały na stronach internetowych, swoją treścią składając hołd algorytmom wyszukiwań." algorytmom wyszukującym, ale obraz nie trzyma się kupy (…hołd? algorytmom? i pączkowały, jak gąbki, jednocześnie karlejąc jak…?), a zdanie utrzymane jest w tonie Pogardy dla Ciemnego Ludu, który Wszystko Kupi (TM).
Dlaczego mielibyśmy wątpić, że "Rzeczywiście, gdy podszedł do swojego miejsca pracy, dostrzegł"? I skąd taki wysoki ton? Opis płyty w pudełku też cokolwiek przesadzony (i jak facet poznaje, że w kopercie jest pudełko – bez otwierania? Kształt można wymacać, a pudełkowość?).
"Zaczął więc od pierwszego z nich." to bardzo wydumane zdanie. Po pierwsze – dlaczego "więc"? Co tu z czego wynika? Po drugie, wiemy, w jakim zbiorze pierwszego, nie ma innej możliwości – więc "z nich" jest zbędne. Coraz częstsza ostatnio maniera "z nich" ogólnie jest dla mnie niezrozumiała (to pustosłowie).
Lotka średnio się kojarzy z dmuchawcem, przez co porównanie wypada dziwnie.
"Centrum struktury tworzyły dwa kanciaste pierścienie – jeden sześciokątny, drugi pięciokątny. Łączyły się ze sobą jednym z boków, tworząc wspólną strukturę. Dodatkowo odchodziło od nich czternaście prostych linii składających się z łańcuchów, jakby koralików zakończonych cząsteczkami wraz z naniesionymi obok skrótami." – pomijając kwestie chemii, o których dalej, ten opis jest przegadany (i – "wspólną"?). A po całym tym zadętym wywodzie H nagle mówi "na dniach"? Tak kolokwialnie?
"Przebudzić" jest nieznośnie zadęte – zresztą przebudzić można się, a kogoś nie bardzo.
Zdanie "Fala fotonów zbombardowała siatkówki oczu Franka z mocą nalotu dywanowego drugowojennych Liberatorów." jest już po prostu śmieszne w swym purpurowym zadęciu (z mocą nalotu? Wtf?) i naprawdę zaczynam mieć nadzieję, że cały ten tekst jest performancem, który ma nam uświadomić nasze nieuctwo. Bo jeśli tak, to wyszło na piątkę.
"Frank poczuł nicość ciemności." to melodramat.
A tu znowu przechodzimy do perwersji: "jego kostki były przymocowane do miękkich, lecz bardzo solidnych kajdan, które uniemożliwiały mu ruch" – kostki przymocowane do kajdan to znęcanie się nad zatrzymanym (mam nadzieję, że tylko na klej, a nie gwoździami). Dobrze chociaż, że te kajdany są miękkie (z gumy? Z futerka?). Poza tym składnia poważnie zangielszczała przez "jego" i consecutio temporum.
"Frank poczuł to po anomalii w ruchu powietrza, które otaczało go od, Bóg wie, jak długiego czasu." znaczy, wietrzyk powiał. I Frank nie mógł zwyczajnie usłyszeć kroków i zadrżeć z zimna od przeciągu, bo nie byłoby dostatecznie melodramatycznie? "Poczuł" to nie to samo, co poznał – poczuł wiaterek, ale po tym poznał… Josie? I jak niby padają sobie w ramiona, skoro Frank jest umocowany do krzesła? Od tygodnia, bez przerw na wyjście do łazienki? A "Bóg wie" nie jest wtrąceniem, bo bez niego zdanie jeszcze bardziej traci sens.
Co oznacza "jak daleko w lesie jest ludzka technologia w aspekcie podróży poza Układ Słoneczny"? Mam rozumieć, że ludzkość już to opracowuje? I za kim jest w lesie? I w ogóle o co chodzi?
"Gołym okiem widać w nim architekturę i zamysł, co neguje jego naturalne pochodzenie." H może być przemawiającym w sposób nieznośnie zadęty profesorem, ale raz: to zdanie nijak nie wynika z poprzedniego; dwa "negować" można tylko tezę (https://wsjp.pl/haslo/podglad/34238/negowac/3985322/przeczyc-czemus – kolejny błąd kategorialny – pochodzenie nie jest tezą o pochodzeniu); i trzy – nie jest prawdą, jakobyśmy mieli wybór tylko między materialistycznym ewolucjonizmem i grubym kreacjonizmem – ale to już tematy filozoficzne, które by były dygresją.
"Ono wręcz przeczy logice budowy wszystkich innych białek w naszych ciałach!" a to zdanie przeczy logice w ogóle i wszelkiej przyzwoitości – białko określa jego budowa! (patrz dalej) Jeśli coś nie jest zbudowane jak białko, to nie jest białkiem. A "logika" jest tu ni przypiął, ni przyłatał.
"Natura często buduje z geometryczną precyzją i symetrią, które wynikają jedynie z właściwości chemicznych substancji." – i co dla nas wynika z istnienia kryształów, bo o to, zdaje się, chodzi?
"Pomimo temperatury dyskusji, w dalszym ciągu jesteśmy w gronie osób kierujących się rozumem i dobrem nauki." – jakiej temperatury? Zapewne wysokiej, ale trzeba to zaznaczyć. "W dalszym ciągu" jest angielskawe – po polsku niepotrzebne.
"Według mnie wskazuje nam coś, do czego pozostałe aminokwasy mają pomóc nawigować w przestrzeni." – aminokwasy mają pomóc nawigować? Znaczy, wysypiemy na kompas ten proszek z supermarketu i… i co?
I co to znaczy "Być może teraźniejsi my to oni sprzed eonów"?
Każdy uczestnik konkursu dostaje gratis informację, że imiesłów nie oznacza przyczyny – nie piszemy "plik PDF bez problemu otworzył się, ujawniając zapis rozmowy." tylko: plik PDF otworzył się bez problemu. Zawierał zapis rozmowy.
Słowa źle odmienione i utworzone: są zmiany klimatu, nie klimatyczne. Coś może być niedoścignione dla nas, a nie "nam".
Poza tym, że "o dziwo" jest komentarzem, który od razu zmniejsza napięcie: nie "o dziwo natrafił na coś, czego nie miało prawa tam być." tylko coś, co nie miało prawa tam być – to to coś nie ma prawa.
"Obserwacja Franka Drake w celu ujawnienia siatki powiązań z H." siatki? Frank jest jeden, i H jest jeden, powiązani mogą być jedną więzią. A nazwiska odmieniamy.
Frank zjadł nie "kotleta" tylko kotlet (biernik!) – ale ja nie miałabym apetytu na jego miejscu. Nie "egzystencjonalnych", a "egzystencjalnych". I operacje zakończyły się sukcesem, a nie "z sukcesem".
Sporo też innej niegramatyki, której miejscami nie umiem sklasyfikować: "Co gorsza, nie było widać przełomu, by ten fakt zmienić." – przełomu, który zmieniłby ten fakt, jak już.
Fraza "jednakże sugestie, że białko to może zapewniać nam długowieczność, jest myśleniem życzeniowym" jest niegramatyczna ("sugestie" w liczbie mnogiej przyłączone do pojedynczego "jest"?) i w ogóle brzmi, jakby Alan Sokal się dorwał do tekstu ("może zapewniać" – to może, czy zapewnia?).
Nie "Mapą w skali o rzędy wielkości większą, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić." tylko w skali większej (związek zgody!) o kilka rzędów wielkości.
Czy w drugim zdaniu: "Josie milczała. Wielokrotnie czytała tekst." na pewno ma być aspekt niedokonany?
"Frank wiedział, że jakimś cudem nie był już w we własnym mieszkaniu." że nie ma go (c.t), ale "jakimś cudem" odnosi się raczej do zdarzeń pożądanych, a nie do porwania przez Anonimową Agencję Wywiadowczą.
"Frank poczuł, jakby rozmawiali o czymś sprzed wieków." poczuł się tak, jakby. I Frank przyznał, że nie wie; a nie "że nie wiedział" – w polszczyźnie nie ma consecutio temporum, próby przeflancowania go z innych języków to wynik niekompetencji lub zapracowania tłumaczy.
To zdanie "Naukowiec sądził, że spędził znacznie mniej dni w izolacji, niż było to w rzeczywistości" ma błędny szyk – powinno być: że spędził w izolacji znacznie mniej dni, niż faktycznie spędził. (A w ogóle ostatnio był dziennikarzem).
Prawdziwie purpurowy tekst musi też zawierać błędy kategorialne, i ten zawiera: można się spotkać pod podanym przez informatora adresem – ale nie w podanej kawiarni! Nie "Lubił poruszać tematy, w których mógł stanąć po stronie zwykłych ludzi" tylko lubił tematy, w związku z którymi mógł stanąć w obronie zwykłych ludzi.
"Wierzył, że ludzie powinni być świadomi otaczającego ich świata." – tak zasadniczo, to ludzie nie chodzą przez sen :D uważaj też na dwuznaczności.
Albo: "przywitał go stary pulpit przedstawiający zieloną łąkę" – łąkę przedstawia obrazek na pulpicie, nie sam pulpit. Wzmożona praca nie jest dźwiękiem, i w ogóle nie widać, do czego tu pasuje (to nie Frank pracuje) – w ogóle trochę przesadzasz z opisywaniem czynności codziennych, co może budować napięcie, ale może też je psuć. Okno nie jest animacją – ostatecznie może nią być plik. Symbole pierwiastków nie oznaczają ich nazw – tylko same pierwiastki. Rysunek przedstawia wyraźnie strukturę – czyli budowę – czegoś w rodzaju związku heterocyklicznego, ale sam nie jest strukturą.
Nie "dreszcz zimna" tylko zimny dreszcz. "Głos mężczyzny zamilkł i nie pojawił się przez bardzo długi czas." nie głos zamilkł, tylko mężczyzna (gdyby był sam głos, to mógłby być metonimem mężczyzny, ale nie), a głosy się nie pojawiają, tylko odzywają – ale jeśli przez długi czas, to Frank nie wiedział, jak długo (nie "na jak długo").
Słowa użyte niezgodnie ze znaczeniem i inne takie dziwności: od kiedy piekarnik ma cyferblat? Wyświetlacz, może, ale cyferblat? "Mróz zarumienił jej policzki i nos" nie, bo mróz nie miał tu wyboru – policzki i nos miała zarumienione od mrozu. Patelnię z ognia raczej zdjął niż ściągnął (a przed chwilą Frank gotował na kuchence indukcyjnej, a nie na palniku), talerz raczej postawił, niż położył.
Gdyby się nie kwapił do podpisywania, mógłby to jednak zrobić, a on nie podpisał wcale, więc może: nie zniżył się do jej podpisania? Skoro ma być tak ą-ę?
Napęd optyczny nie da się emulować – przecież jakoś trzeba odczytać tę płytę. Fizycznie. Więc nie ma sensu tego zaznaczać.
Heksagonalny to sześciokątny, a jeden pierścień przed chwilą był pięciokątny. Co to znaczy, że "Zsyntezowanie białka jeszcze niczego nie sugeruje…"? https://wsjp.pl/haslo/podglad/8273/sugerowac/854430/swiadczyc zauważ, że te wnioski nie muszą być pewne, ani nawet prawdopodobne. A w ogóle: zsyntetyzowanie, a najlepiej: udana synteza. Dlaczego białko "ukryte w niekodującym DNA" musi być "istotne"? Może to genetyczny śmieć? Może H jest wariatem? Może jest niekompetentny, skoro nie wie, że niekodujące DNA to właśnie takie, które nie koduje białek? https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/niekodujace-DNA;3947315.html
Mapa przedstawia jakiś teren, a nie coś wskazuje. Sama używam, tak, ale "tegoż" nie jest ładniejszą formą "tego" i nie zawsze może je zastąpić.
Robi się rzeczy nie "z sukcesem" tylko "z powodzeniem". Głos nie może się nieść "dokądś". "Razem z nim znów rozbłysło światło." sugeruje, że głos rozbłysnął. Czyli zupełną niemożliwość.
"Zawodzić" to płakać, więc albo płakał, albo nie – ale jeśli nie, to nie zawodził. Antropomorfizacja: "planecie zdolnej do pielęgnowania życia" – planeta, nie będąc istotą zdolną do żadnych działań, nie może też niczego pielęgnować.
"Wnioski płynące z pracy wywiadowczej ujawniły skrajnie wywrotowe fakty o naturze ludzkiej i jej pochodzeniu." – fakty nie mogą być https://sjp.pwn.pl/slowniki/wywrotowe.html, bo nie mają celu (po prostu są).
Co to jest "postawa mesjańska"? I nie "dekadentyzmu" tylko dekadencji.
Poza tym przewija się "stworzony" jako słowo wytrych zastępujące: zaprojektowany, wytworzony, wyprodukowany, zrobiony. Wiem, że wszyscy tak robią, ale to nie znaczy, że to jest dobrze. A "otrzymać" można nagrodę, a płytę raczej po prostu dostać.
No i (uffff) nie stawiamy przecinka między podmiot (np. tryptofan – którą to nazwę pisze się małą literą! to nazwa substancji chemicznej, jak woda, siarczan miedzi, etanol, kokaina) a orzeczenie (np. utwierdza).
Dobra. Literatura załatwiona.
Teraz nauka. Oooj. Ten komunikat:
Komunikat, na wypadek, gdyby to, co napisałam na początku, było niezrozumiałe. Jeśli ktoś chce pisać o mechanice kwantowej, genetyce, statkach kosmicznych itp. wtedy tak, bezwzględnie powinien dokonać odpowiednich studiów, choćby po to, żeby czytelnicy, którzy mają o sprawie niejakie pojęcie, nie rwali sobie włosów z głowy. Poza tym takie studia mogą zapłodnić umysł licznymi fascynującymi pomysłami i ogólnie są użyteczne. Natomiast jeśli celem autora jest opisanie ciekawych przygód ludzi w odległym kosmosie, a techniczne szczegóły tego, jak się tam znaleźli, są dla tych przygód nieistotne, to nie powinien naklejać na te szczegóły nalepki "kwantowe", tylko uczciwie coś zmyślić.
został napisany pod wpływem Twojego tekstu. Człowieku! Jak chcesz wypaść przekonująco w oczach czytelnika, skoro albo wykazujesz się niewiedzą na poziomie programu liceum, albo jesteś przekonany, że nikt nie zauważy, że chemia, którą sprzedajesz jako "naszą", pochodzi z równoległego wszechświata ludzi-ryb? (astronomia jest wzięta z "Gwiezdnych wrót", ale na tyle jej mało, że zęby nie bolą) (wyrażanie "nadziei", że niczego nie pokręciłeś, wygląda w tym kontekście trochę…). A gdybyś coś sam, uczciwie i po ludzku zmyślił od nowa, nie używając słów, które już coś znaczą, to – o ile by było wewnętrznie spójne – Ty byłbyś autorytetem. Nikt nie mógłby Ci zarzucić, że nie wiesz, o czym mówisz. I nie zaburzałoby to oglądu fabuły, czy przynajmniej tego, co tu fabułę zastępuje. Byłby to nadal tekst gadżetowy, nadal trzymałby się na trytytki, ale czytelnik mógłby się skupić na melodramacie. Niektórzy czytelnicy lubią melodramat (ja nie, ale nie udaję, że mój gust powinien być uniwersalny).
Oto zatem Twoje naukowe grzechy w kolejności nieprzypadkowej, ale nie takiej, jak w tekście. Możliwe, że nie wszystkie – nie udaję, że jestem wszechwiedząca.
Nie będąc wszechwiedząca, wiem jednakowoż, że białkiem możemy nazwać tylko to, co wykazuje cechy konstytutywne białka, czyli to, co ma budowę białka. Jeśli coś ma inną budowę, to nie mamy podstaw do nazywania tego białkiem. Innymi Twoimi grzechami logicznymi (to też nauka!) i filozoficznymi zajmę się za chwilę, kiedy załatwię białka. Otóż – różnią się one między sobą sekwencją aminokwasów w łańcuchu i układem łańcuchów w przestrzeni (jest tego parę poziomów, m.in. właśnie to zwijanie). O ile wiem, łańcuchy białek się nie rozgałęziają – każdy aminokwas ma końcówkę aminową i końcówkę karboksylową (kwasową), którymi to końcówkami (one się tak nie nazywają, ale to ułatwia przedstawienie sobie tego w wyobraźni) aminokwasy czepiają się jedne drugich. Są aminokwasy z dwiema końcówkami (np. kwas glutaminowy ma przy łańcuchu bocznym dodatkową grupę kwasową, a lizyna ma kawałek łańcucha i grupę aminową), ale czy one normalnie, w komórce przyłączają inne aminokwasy? Nie wiem. Musiałabym pogrzebać w literaturze. Ale podejrzewam, że nie – nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, żeby maszyneria komórkowa, jaką pamiętam ze szkoły, dała radę takiemu wyczynowi. Tak czy owak, kiedy mamy aminokwasy ułożone w łańcuch, to oczywiście na jednym końcu będzie grupa karboksylowa z aminokwasu na tym końcu, a na drugim aminowa (analogicznie). Jak inaczej miałoby to wyglądać? Wyobraź sobie, że zamiast tego mają na jednym końcu haczyk, a na drugim pętelkę – pomogło?
A właśnie – budowa aminokwasów. Jak sama nazwa wskazuje, każdy aminokwas ma jedną grupę ("końcówkę") karboksylową i jedną aminową. To w sumie tyle. W białkach występuje zasadniczo dwadzieścia aminokwasów (konkretne dwadzieścia, tu lista: https://pl.wikipedia.org/wiki/Aminokwasy_bia%C5%82kowe), które wszystkie mają grupę karboksylową i aminową przy tym samym atomie węgla, a poza tym mają przy tym atomie jeszcze jakiś podstawnik, którym to właśnie podstawnikiem różnią się od siebie nawzajem.
Tryptofan jest aminokwasem białkowym, nie ma nic niezwykłego w tym, że jakieś białko akurat go zawiera. Ani w tym, że "w środku" łańcucha, cokolwiek by to znaczyło. Białka są zbudowane z dwudziestu różnych aminokwasów, które się powtarzają. Duuuużo razy. Znaleźć środek, kruca bomba, niełatwo. Zwłaszcza, że białko się zwija, i to w bardzo skomplikowane kłębuszki (co też ma kolosalne znaczenie dla jego funkcjonowania, ale odchodzę od tematu). A właśnie – wcale nie mówimy tu o drugorzędowej budowie białek. Mówimy o budowie pierwszorzędowej (łańcuch aminokwasów). Struktura drugorzędowa (skręcenie łańcucha) z niej wynika, zresztą trzeciorzędowa (ułożenie łańcucha w przestrzeni, czyli zwinięcie) i czwartorzędowa (układ łańcuchów względem siebie i różnych dodatkowych kawałków) też. Ale niejednoznacznie.
Jeżeli przyczepimy do układu indolowego podstawniki, to już nie będzie tryptofan, tylko coś innego. Nie mówię, że to niemożliwe, bo nie wiem – białka są na różne sposoby modyfikowane: zwijają się różnie, przyłączają jakieś cukry, jakieś jednostki hemowe i inne takie, może i podstawiają coś pod podstawialne miejsca w aminokwasach, choć o tym nigdy nie słyszałam. Co nie znaczy, że to niemożliwe – Arnubis może wie. Grunt, że po podstawieniu to już nie będzie tryptofan.
Układ indolowy, tak w ogóle, ma miejsca tylko na siedem podstawników. Jedno jest zajęte (przed chwilą traktowaliśmy układ indolowy jako podstawnik grupy aminokwasowej, a teraz patrzymy od drugiej strony – możemy). Zostaje sześć. Nie czternaście! Podstawniki (?) na Twoim rysunku przypominają zresztą raczej szpilki wbite we flądrę, bo nie są umieszczone w żadnych sensownych miejscach – te kreseczki na wzorze coś oznaczają, i coś oznaczają również kąty. Oznaczają mianowicie (kąty) atomy, przy których może się znaleźć podstawnik. Jest to pewne uproszczenie, oczywiście, ale nie wepchasz do układu indolowego czternastu podstawników. I już.
DNA niekodujące, jak sama nazwa wskazuje, to takie odcinki DNA, które nie kodują żadnego białka (mogą regulować ekspresję tych kodujących, albo i nie). Może i da się je jakoś transkrybować (normalne mechanizmy komórki tego nie robią, ale ludzie wymuszają na przyrodzie wiele rzeczy nienormalnych, przynajmniej do pewnego stopnia), ale coś mi się zdaje, że trudno by było znaleźć początek i koniec takiego odcinka (tu prosiłabym o pomoc specjalistę, bo sama takowym nie jestem). A w ogóle, DNA nie musi się wprost przekładać na białko – często jeden gen koduje wiele białek (splicing alternatywny). To są skomplikowane rzeczy. Skąd Twój profesor wie, że tę sekwencję aminokwasów trzeba właśnie tak poskładać? Skąd my mamy wiedzieć, że tego nie zmyślił?
A to: "W przypadku białka-M jest inaczej, zakończenie tworzą atomy wodoru upakowane wedle pewnego wzoru, którego jeszcze nie odczytałem." to jest najczystsza chemia równoległego wszechświata ludzi-ryb. Pomijając fakt, że grupy karboksylowa i aminowa zawierają atomy wodoru, i w ogóle atomy wodoru są poprzyczepiane w cząsteczkach organicznych, gdzie się da, te atomy to nie klocki LEGO i nie można ich sobie tak po prostu poukładać według arbitralnego wzoru. Przyłączyć je można, do cząsteczki, która ma na to miejsce, tak. Ale przy jednym atomie węgla zmieszczą się maksymalnie trzy atomy wodoru (czwarte wiązanie musi trzymać ten węgiel przy reszcie łańcucha). A położone bez wiązania chemicznego (cokolwiek by to miało oznaczać) zaraz odlecą, bo ruchliwe są te małe dranie (dlatego trudno przechowywać wodór – przenika przez wszystko). Takie są prawa fizyki. Jeśli Twój świat działa na innych zasadach, wypadałoby to powiedzieć.
I jeszcze astronomia: gwiazdy owszem, orbitują wokół jakichś środków masy (w układzie wielokrotnym), orbitują też wokół środka galaktyki, ale potrzeba szczególnego umysłu, żeby uznać, że dwa stykające się pierścienie układu indolowego przedstawiają orbitę gwiazdy i okrążającej ją planety (na pewno nie przedstawiają jej ikonicznie – hint! jak coś orbituje wokół czegoś, to orbity się przecinają, ale nie stykają). System nawigacji na stałe punkty gwizdnąłeś z "Gwiezdnych wrót", ale to chyba najmniejszy nonsens tutaj – oczywiście, mogę się mylić (jeśli czyta to astronom, proszę o wypowiedź).
Piszesz, że "Teraz zamiast gwiazdy wielkości naszego Słońca unosi się tam stukrotnie większy potwór w końcowej fazie życia." – w czym, mianowicie, gwiazda się unosi? Albo nad czym? Gdzie jest w kosmosie dół, a gdzie góra? Otóż nigdzie – dół jest pojęciem (eeech…) relatywnym. Wymaga jakiegoś pola grawitacyjnego, wytwarzanego przez obiekt o dużej masie, i ten obiekt wyznacza, w swoim pobliżu, dół.
I uwaga należąca bardziej do science fiction – kosmici, którzy podróżują po wszechświecie i zasiewają obce planety, są już raczej tak daleko za skalą Kardaszewa, że śmierć macierzystej gwiazdy im niestraszna. Może z sentymentu chcieli sobie zapisać jej umiejscowienie, ale powinni wiedzieć, że za ileś tam miliardów lat ta śmierć nastąpi. A idea, że po prostu wystrzelili goły materiał genetyczny (który miałby się połączyć z materiałem zupełnie obcym i niekompatybilnym, albo – sam z siebie! bez niezbędnej maszynerii komórkowej! – się namnożyć) godna jest Dänikena. Tak, pałęta się po noosferze. To nie zmienia faktu, że jest co najmniej nieprawdopodobna.
Problemy z logiką i semantyką. O różnicach między kodowaniem a szyfrowaniem mówiłam już przy innym tekście (https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33940) i, za pozwoleniem, do niego Cię odeślę, bo ten komentarz nabiera objętości artykułu do prasy naukowej.
Układ indolowy tryptofanu, ani żaden inny przedmiot materialny, sam z siebie nie symbolizuje niczego – może być najwyżej wykorzystany jako symbol. Podobnie szpilki wbite w ten indol mogą symbolizować cokolwiek kto chce, ponieważ materialne symbole są arbitralne i w pewnym stopniu – umowne. A to oznacza, że jeśli nie ma nikogo, kto mógłby nam to znaczenie przekazać, jesteśmy skazani na domysły, mniej więcej tak, jak przy obrabianiu niektórych tekstów konkursowych.
I jeszcze kwestie czysto filozoficzne: pierwsza, czy odkrycie starożytnych kosmitów jest doniosłe? Eeee… no, nie. Naukowo chyba też nie, a filozoficznie zmienia tyle, że jeśli jesteśmy (bezpośrednio) wytworem innej ograniczonej inteligencji, to… mmmm, co właściwie? I tak jesteśmy (w tym sensie, że każdy ma rodziców, a niektórzy zostali wyprodukowani metodą in vitro). Moglibyśmy mieć wobec tej inteligencji jakieś obowiązki, ale skoro jej już i tak nie ma? Jeśli ktoś uważa, że ma to jakiekolwiek znaczenie dla kwestii, na przykład, istnienia Boga, to myli się poważnie, Bóg jest bowiem inteligencją nieograniczoną i transcendentalną. I nigdzie nie jest napisane, że stwarzanie przez Niego świata musi się odbywać w jednej chwili i od razu gotowego (już święty Augustyn o tym pisał! W IV wieku!). Kwestię "samoświadomości, inteligencji, abstrakcyjnego myślenia" takie pośrednie stwarzanie tylko spycha o jeden szczebelek dalej, ale w żadnym wypadku nie rozwiązuje – w końcu starożytni kosmici też byli, przypuszczalnie, samoświadomi, inteligentni i myślący, i też im się to musiało skądś wziąć. Skąd?
I druga. Dlaczego idea, że ludzkość została stworzona (albo, w tym przypadku, zrobiona, bo to nie to samo) miałaby prowadzić do dekadencji i nihilizmu? Naprawdę nie mam pojęcia (przez niemal dwa millenia było wręcz odwrotnie, dekadencję i nihilizm przyniosło zanegowanie tej tezy). Skoro można się buntować wobec nieskończonego, transcendentalnego Stwórcy, to wobec skończonego, immanentnego w świecie wytwórcy można tym bardziej (jest płodny literacko rozdźwięk między jednym a drugim, ale to już nie na dzisiaj), ale problemem dekadentów jest raczej to, że niczego nie biorą na poważnie i przeciwko niczemu nie potrafią się zbuntować, a ten problem nijak mi nie wynika z istnienia Stwórcy, pośredniego wytwórcy czy innego takiego. Bardziej, no, z ich nieistnienia.
Wniosek Josie jest zaś z tyłka wzięty ("liczy się ciągłość życia"? Wut?) – nie wskazuje na niego absolutnie nic. W zasadzie istnienie kosmitów też z Wielkiego Odkrycia nie wynika, bo nie ma dowodu (poza słowem profesora) na sztuczne pochodzenie tego nieszczęsnego "białka". Tak, ono w naszym świecie nie mogłoby w ogóle istnieć, ale w tej chwili robię wysiłek i patrzę na to z wewnątrz, z punktu widzenia postaci. Nie da się takiego dowodu znaleźć. To zawsze może być przypadek.
Pracę Twojego wywiadu niech ocenia ktoś bardziej kompetentny ode mnie. Moim zdaniem jego działania nie mają sensu, ale na tym się nie znam.
Przy okazji gorąca prośba do wszystkich – jeżeli nie rozumiecie, co autor napisał, nie zachwycajcie się, jakie to mądre. To szkodzi i Wam, i autorowi. Wam, bo niewiedza jest ogólnie brakiem – pewnie, nie można wiedzieć wszystkiego, ale trzeba wiedzieć, czego się nie wie i powstrzymać sąd, a nie brać za dobrą monetę wszystko, co się czyta (też tak kiedyś robiłam, ale dorosłam). Ponadto nadmierny podziw dla tych, którzy "posiedli wiedzę tajemną" nie tylko trąci lenistwem umysłowym (to jest program liceum!) ale także (w sumie – jak każde lenistwo umysłowe…) naraża Was na bycie oszukanymi. Populus vult decipitur? Nie święci garnki lepią, i nie święci chemii się uczą. To zdumiewające, że dzisiejszy główny nurt ze zblazowaną miną zarzuca nadmierną wiarę w autorytety ludziom religijnym (nie pytając nawet, co to znaczy "wiara") a potem gotów jest swoim autorytetom buty lizać i zamordować każdego, kto ośmiela się im zadać pytanie. A może i nie takie zdumiewające? Może to właśnie ta dekadencja i próby ratowania się przed nią?
Autora natomiast puste pochwały wtrącają w nieuzasadniony podziw dla własnego geniuszu, zachęcają do niechlujstwa na przyszłość (bo nie poniósł jego konsekwencji), podtrzymują go w pogardzie wobec "ciemnego ludu, który wszystko kupi" i cóż. To chyba wszystko. Ale czy to nie dość?
Wyniki walenia głową w mur prześlę Ci na dowolnie podany (na priv) adres e-mail.
i ani razu nie musi skorzystać z łazienki (czy naprawdę zauważyłyśmy to tylko ja i reg?)
O, pardonsik, Tarnino, ja także o tym wspomniałam. :)
Dobre. Poziom sience dla mnie maksymalny, czyi jeszcze łapię o co chodzi, ale już jest naukowo. Historia przerażająca, łapie przy twarzy i nie puszcza. Specjaliści mówią, że science nie prawdziwe, jak Deniken;), ale prosty czytelnik łyka.
O, pardonsik, Tarnino, ja także o tym wspomniałam. :)
Ale o tym nie wiedziałam przy pisaniu komentarza 
prosty czytelnik łyka

Ale o tym nie wiedziałam przy pisaniu komentarza
Aaaa… Wspomniałaś o Regulatorzy, zatem sądziłam, że przejrzałaś komentarze. :)
Przejrzałam, ale wcześniej :D kiedy Twojego jeszcze nie było 

