- Opowiadanie: MichałBronisław - Kraken Bałtycki

Kraken Bałtycki

Dla zmył­ki nie po­wiem wię­cej ni słowa, poza tym, że hi­sto­ria mor­ska jest go­to­wa.

Inny świat, inna fi­zy­ka, inna hi­sto­ria, tacy sami lu­dzie.

Jak czy­tać?

1. Kur­sy­wą spi­sa­ne są za­pi­ski ka­pi­ta­na: pa­mięt­nik, listy, kro­ni­ki.

2. Nor­mal­na czcion­ka to nar­ra­tor, po­szu­ki­wacz bursz­ty­nu.

 

I. Skar­by: bez­cen­ny ar­te­fakt za który czeka na­gro­da: złoto

II. Za­mknię­cie/Ukry­cie: Za­to­pie­nie, Po­żar­cie, Uczy­nie­nie nie­wi­docz­nym (wo­do­ro­sty)

III. Coś zwy­kłe­go: Plaża

 

Za betę dzię­ku­ję Hol­ly­Hel­l91.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kraken Bałtycki

Cho­ler­nie ciem­no, nie­przy­zwo­icie wcze­śnie, tro­chę zimno. To ide­al­na pora, by wy­ru­szyć nad brzeg Bał­ty­ku, spraw­dzić, co wy­da­lił naj­lep­sze­go. Idę po omac­ku. Dep­ta­ne owady pę­ka­ją pod bu­ta­mi, zdra­dza­jąc oto­cze­niu in­for­ma­cje o ko­lej­nych kro­kach. Nie­wia­ry­god­ne, plaża wy­da­je się żywa. Z każ­dym na­stęp­nym po­sta­wie­niem stopy tro­chę mniej.

Sztorm sza­lał przez wie­czór i pół nocy. Fale roz­bi­ja­ją­ce się o wy­brze­że po­now­nie uszczu­pli­ły gra­ni­cę ziem Kró­le­stwa Sło­wian, po­że­ra­jąc je ka­wa­łek po ka­wał­ku. Liczę, że morze zwró­ci coś w za­mian.

Do­tar­łem w szczę­śli­we miej­sce, tak na­zy­wam małą za­tocz­kę, gdzie ze­bra­łem naj­wię­cej bursz­ty­nu. Nie­ste­ty, wciąż jest zbyt ciem­no, bym roz­po­czął po­szu­ki­wa­nia. Po­cze­kam. Za­sa­da: „Kto rano wsta­je, temu Perun daje” jest nie­omyl­na jak Wer­ny­ho­ra.

Gdy robi się ja­śniej, do­strze­gam ka­wał­ki drew­na i szcząt­ki no­te­su w ko­lo­rze in­dy­go. Się­gam po niego, wy­czu­wam, że to pa­mięt­nik. Jest w roz­syp­ce, nie­któ­re stro­ny są po­nisz­czo­ne, wy­bra­ko­wa­ne, inne leżą luzem w po­bli­żu. Otwie­ram, przy­kła­dam dłoń do za­pi­sków i pró­bu­ję wy­czuć, co autor miał na myśli.

 

***

 

Sza­le­niec, de­ma­gog, czło­wiek o reszt­kach pia­sku w klep­sy­drze życia. Tak mnie po­strze­ga­ją lu­dzie o kró­li­czych ser­cach, my­siej od­wa­dze i am­bi­cji ukwia­łu. Wszyst­ko dla­te­go, że mie­rzą mnie swoją miarą. Tam, gdzie widzą strach, ja do­strze­gam moż­li­wo­ści. Dla­te­go uwa­ża­ją, że po­cią­gnę po­dob­nych sobie na dno.

Frag­ment z pa­mięt­ni­ka

 

***

 

Ze­bra­łem ludzi nie­ma­ją­cych nic do stra­ce­nia: więź­niów, sza­leń­ców. Dałem im moż­li­wość od­bi­cia się od dna i zy­ska­nia sławy ku chwa­le Kró­le­stwa Sło­wian. Aby tego do­ko­nać, mu­si­my zro­bić tylko jedno. Wy­ty­czyć mor­ską drogę do Szwe­cji.

Frag­ment z pa­mięt­ni­ka

 

***

 

…stali w miarę równo. Czter­dzie­stu dwu chło­pa plus my. Ko­biet brak. Strach po­my­śleć, jak płeć pięk­na mo­gła­by przy nich skoń­czyć.

Drugi ofi­cer, naj­trzeź­wiej­sza osoba, jaką dys­po­nu­ję, po­twier­dził, że ma­ry­na­rze są go­to­wi. Budzi re­spekt. Wy­glą­da tak, że nawet dziw­ka by mu od­mó­wi­ła. Mimo to, tylko jemu mogę ufać. Po­zo­sta­li to naj­lep­si z do­stęp­nych, ci, któ­rych jesz­cze nie stra­co­no. Znam każdą krzy­wą mordę wśród za­ło­gi. Wy­ko­na­ją naj­po­dlej­szy roz­kaz, bez za­wa­ha­nia, bez my­śle­nia. Ale jeśli od­wró­cę się do któ­re­go­kol­wiek ple­ca­mi… do­sta­nę kosę pod żebra. Ta­kiej na­tu­ry nie zmie­nisz.

Oca­la­ła koń­ców­ka stro­ny

***

 

Pod­no­szę wzrok znad mapy. Świa­tło księ­ży­ca sączy się przez okno, dając zimną po­świa­tę i ledwo oświe­tla­jąc mury kom­na­ty. Jego chłod­ny blask kon­tra­stu­je z drżą­cym pło­mie­niem świe­cy, który po­ma­ga ma­lo­wać kosz­mar­ne cie­nie na dę­bo­wym stole i mapie.

Mapa ta jesz­cze dwa lata temu le­ża­ła w bu­tel­ce, wy­rzu­co­na na brzeg Morza Bał­tyc­kie­go. Nie ja ją wy­ło­wi­łem. Zro­bił to po­szu­ki­wacz bursz­ty­nu. Byłem na­to­miast je­dy­nym, który zo­ba­czył w tym ka­wał­ku pa­pie­ru coś wię­cej, niż moż­li­wość pod­tar­cia sobie tyłka. Nie wie­dzieć dla­cze­go, po pro­stu po­czu­łem, że to jest coś wiel­kie­go. Za­pro­po­no­wa­łem wy­mia­nę. Pi­ja­czy­na oddał ją za bu­tel­kę rumu. Czy za­wsze wszyst­ko za­czy­na się od bu­tel­ki?

Stro­na zna­le­zio­na na plaży

 

 

***

 

Chwi­la prze­rwy, zanim po­ło­żę dłoń na ko­lej­nej stro­nie. Uśmie­cham się, pa­trząc na wschód słoń­ca. Lu­dzie uwiel­bia­ją oglą­dać za­cho­dy. Ja wolę, gdy coś się za­czy­na. Słoń­ce przy­ję­ło barwę rumu – moją ulu­bio­ną.

Na Pe­ru­na. Rum. Nagle wszyst­ko zro­zu­mia­łem. To ja wy­ło­wi­łem tę bu­tel­kę. Miała wy­glą­dać na starą, jak z cza­sów, kiedy że­glu­ga jesz­cze nie za­ni­kła. Ale to pod­ró­ba ze wscho­du, dzia­do­stwo, jak ich mir. Co jak co, ale na tym, co wy­rzu­ca morze, znam się do­brze. Z tego żyję. Nie je­stem pi­ja­czy­ną, ale skoro mo­głem wy­mie­nić pustą na pełną, to czemu mia­łem nie sko­rzy­stać?

Czuję, że muszę po­znać całą hi­sto­rię. Wra­cam do czy­ta­nia. Za­my­kam oczy i kładę dłoń na ko­lej­nej stro­nie.

 

***

 

Po­sta­no­wi­łem uwie­rzyć, że się da. Stwo­rzy­łem za­lą­żek kuli śnież­nej. Nie­ustan­nie pcha­łem ją do przo­du: znaj­du­jąc in­we­sto­rów, roz­gnia­ta­jąc prze­ciw­ni­ków, gro­ma­dząc fun­du­sze, obie­cu­jąc zyski. Teraz sto­imy nad prze­pa­ścią. Wy­star­czy ostat­ni krok, a kula prze­ro­dzi się w la­wi­nę, by zmieść stary po­rzą­dek.

Po dwóch la­tach zdo­by­łem fi­nan­so­wa­nie, zna­la­złem otwar­te umy­sły, wie­rzą­ce, że mor­ska droga do Szwe­cji jest moż­li­wa. Ostat­nim kro­kiem bę­dzie prze­ko­na­nie in­we­sto­rów, że to ja je­stem tym, który ją wy­ty­czy.

Frag­ment z pa­mięt­ni­ka

 

***

 

Dzień pierw­szy. Trzy­mam w dłoni kom­pas nie­na­wi­ści z igłą w kształ­cie li­te­ry "L". Gdy dolna strzał­ka kie­ru­je się ku wscho­do­wi (jak nasza nie­na­wiść), górna, po­łą­czo­na z nią na sztyw­no, au­to­ma­tycz­nie wska­zu­je pół­noc. Jak długo zło czai się na wscho­dzie, tak długo igła bę­dzie dzia­łać po­praw­nie. Wąt­pię, czy kie­dy­kol­wiek do­cze­ka­my chwi­li, gdy prze­sta­nie. Pie­przyć ich mir.

Wy­rwa­na stro­na

 

***

 

Do­pa­dli­śmy Wer­ny­ho­rę. Prze­słu­chi­wa­li­śmy go na oko­licz­ność wy­da­rzeń, które do­pie­ro miały na­dejść. Wy­śpie­wał wszyst­ko: „Czło­wiek no­szą­cy Księ­ży­ców­kę wróci z wy­pra­wy po sied­miu dniach. Wy­lą­du­je na brze­gu ba­se­nu Morza Bał­tyc­kie­go, przy­no­sząc ze sobą wiel­ki skarb".

Wcze­śniej wie­dzia­łem, że to jest moż­li­we. Teraz wiem, jak to zro­bić. Po­zo­sta­ło ru­szyć po wy­ty­czo­nej ścież­ce, po­dą­żyć za prze­zna­cze­niem. Wy­ty­czę mor­ską drogę do Szwe­cji i wrócę ze skar­bem.

Frag­ment z pa­mięt­ni­ka

 

***

 

 Otwie­ram oczy.

– A więc to była przy­czy­na za­gi­nię­cia Wer­ny­ho­ry. Gło­śno o tym było w swoim cza­sie. Lu­dzie ga­da­li, że wy­ru­szył na wschód, do tych, któ­rych nie­na­wi­dzi­my. My­li­li się. I o co cho­dzi z prze­po­wied­nią? Czło­wiek w Księ­ży­ców­ce wróci ze skar­bem?

Roz­ma­so­wu­ję dłoń, chcę po­znać dal­szą hi­sto­rię. Czy­ta­nie jest wy­ma­ga­ją­ce dla ciała, ale jesz­cze bar­dziej dla umy­słu. Prze­wra­cam kart­kę, znaj­du­ję trzy listy. Dwa po­win­no udać się od­czy­tać.

 

***

 

Drogi Klien­cie,

Księ­ży­ców­ka. Łatwo nie bę­dzie. Trud­ne Panu się tra­fi­ło. Po­trze­bu­je Pan zdo­być jedną z dwu­na­stu le­gen­dar­nych ko­szu­lek kol­czych z Pragi.

Cha­rak­te­ry­zu­ją się nie­by­wa­łą wy­trzy­ma­ło­ścią za­rów­no u nas, jak i w świe­cie ma­cie­rzy­stym. Po­da­nia gło­szą, że ko­szul­ki te są nie­by­wa­le lek­kie, a jed­no­cze­śnie po­tra­fią za­trzy­mać kulę wy­strze­lo­ną z czar­no­pro­chow­ca. Wszyst­kie bez­cen­ne ar­te­fak­ty zo­sta­ły stwo­rzo­ne pod­czas pełni, każda w innym mie­sią­cu, ale tego sa­me­go roku. Ko­szul­ka Stycz­nio­wa po­wsta­ła w stycz­niu, Lu­to­wa w lutym, a Mar­co­wa – jak można się do­my­śleć – w marcu. Gdy Mistrz z Pragi zwień­czył dzie­ło Gru­dnio­wą, od­szedł, za­bie­ra­jąc wie­dzę ze sobą. Za­brał też trzy Księ­ży­ców­ki do na­sze­go świa­ta.

Mo­że­my spró­bo­wać wy­po­ży­czyć Mar­ców­kę od Ko­ro­ny. Cięż­ko jed­nak za­pła­cić za­staw, gdy coś jest bez­cen­ne. Jeśli po­twier­dzi Pan za­in­te­re­so­wa­nie, obie­cu­ję pomoc w ne­go­cja­cjach.

płat­nerz Bo­gu­sław

 

***

 

Sza­now­ny Ka­pi­ta­nie,

Sa­dzon­ka no­we­go okrę­tu prze­kra­cza bu­dżet po­je­dyn­cze­go mia­sta. Nawet nie pró­bu­ję się za­sta­na­wiać, jak po­zy­skał Pan fi­nan­so­wa­nie. Sły­sza­łem, że część po­kry­ła Ko­ro­na. Zresz­tą to nie moja spra­wa. Pa­trząc, jak kieł­ku­je, do­świad­cza się cudu. To mo­ment, kiedy nikt już o pie­nią­dzach nie myśli. Na Pana miej­scu zro­bił­bym to samo.

Łajba kieł­ko­wa­ła, rosła i doj­rze­wa­ła przez dwa lata pod okiem na­szych naj­lep­szych szkut­ni­ków z po­łu­dnia. Pod­le­wa­li ko­rze­nie, pie­lę­gno­wa­li po­więk­sza­ją­cy się ka­dłub, ha­mo­wa­li nie­tra­fio­ne wizje okrę­to-ziar­na. Gdy sta­tek osią­gnął od­po­wied­ni roz­miar, nad­szedł czas, by ze­brać plon. Przy­cię­to ko­rze­nie, ha­mu­jąc dal­szy wzrost. Sam maszt zo­stał wsz­cze­pio­ny póź­niej i bę­dzie rósł przez ko­lej­ne pół roku. To uła­twi trans­port na pół­noc, do Gdań­ska, tam, gdzie jed­nost­ka zo­sta­nie zwo­do­wa­na.

Mógł­bym na­pi­sać, że to naj­pięk­niej­szy okręt, jaki stwo­rzy­li­śmy. Skła­mał­bym. Dziób nie jest smu­kły, jest nie­znisz­czal­ny. To kom­pro­mis, na który, mam na­dzie­ję, jest Pan gotów przy­stać. Do­sta­nie­cie jed­nost­kę naj­le­piej przy­sto­so­wa­ną do za­da­nia, które ma speł­nić. Gdy czyta Pan list, nasze dzie­ło jest w dro­dze. Jeśli speł­ni za­da­nie i tak uwiecz­nią je na ob­ra­zach.

szkut­nik Aloj­zy

 

***

 

Na wo­do­wa­nie „Gnie­wu Sło­wian” przy­był sam Gnie­wosz Siód­my. Nie omiesz­kał wspo­mnieć, że liczy na udział w zy­skach z wy­pra­wy, jeśli nam się po­wie­dzie. Po czę­ści ofi­cjal­nej wy­tłu­ma­czył, że in­we­sto­rzy wiele ry­zy­ku­ją. My tylko życie.

Wo­do­wa­nie nie było pierw­sze, na­to­miast było pierw­szym ofi­cjal­nym. Każdy chciał zo­ba­czyć po­czą­tek od­ro­dze­nia floty bał­tyc­kiej, bez wzglę­du na war­stwę spo­łecz­ną, z któ­rej po­cho­dził.

W ciągu naj­bliż­szych ty­go­dni sta­tek ma zo­stać do­po­sa­żo­ny w dwa dęby pio­ru­no­we – po jed­nym na burtę. Ol­brzy­mie do­ni­ce wy­peł­nią wcze­śniej przy­go­to­wa­ne miej­sca. Szkut­ni­cy wzię­li to pod uwagę, ob­li­cza­jąc wy­ma­ga­ny ba­last. Dęby po­win­ny za­pew­nić ochro­nę przed pta­szy­dła­mi ze wscho­du. Cze­ka­my rów­nież na spro­wa­dze­nie ba­lo­nu zwia­dow­cze­go, ma­ją­ce­go zwięk­szyć za­sięg roz­po­zna­nia. Po­dob­nie jak ko­twi­cę opusz­cza się w dół, tak balon bę­dzie wy­pusz­cza­ny w górę. Stam­tąd lu­ne­ciarz ma wy­pa­try­wać za­gro­żeń, zanim ta­ko­wy­mi się jesz­cze staną.

Frag­ment z pa­mięt­ni­ka

 

***

 

Pierw­sze­go Kra­ke­na Oce­anicz­ne­go do mia­sta ksią­żę­ce­go Gdańsk spro­wa­dził Wy­zi­mir Trze­ci w ty­siąc trzy­sta osiem­dzie­sią­tym czwar­tym, po upad­ku Ger­ma­nii. Zwierz ów nie był jesz­cze zwany Bał­tyc­kim. Dru­gie ma­leń­stwo po­da­ro­wał w ra­mach hołdu Zakon. Przez ponad wiek be­stie za­miesz­ki­wa­ły wy­dzie­lo­ne, oto­czo­ne pa­li­sa­dą i gła­za­mi re­gio­ny Za­to­ki Gdań­skiej, sta­no­wiąc sym­bol po­tę­gi Kró­le­stwa Sło­wian. Dumni miesz­kań­cy pierw­sze­go na­zwa­li „Po­tę­gą”, a dru­gie­go „Ho­no­rem”. Macki kra­ke­nów trzy­ma­ją­ce roz­świe­tlo­ny bursz­tyn tra­fi­ły do herbu mia­sta.

Po sztor­mie, w ty­siąc czte­ry­sta dzie­więć­dzie­sią­tym roku, gra­ni­ca od­dzie­la­ją­ca oba osob­ni­ki zo­sta­ła na­ru­szo­na. We­dług na­dwor­ne­go bio­lo­ga Adol­fu­sa Mą­dre­go to wtedy mu­sia­ło dojść do kon­tak­tu po­mię­dzy be­stia­mi. Nikt wcze­śniej nie po­dej­rze­wał, że mie­li­śmy do czy­nie­nia z sam­cem i sa­mi­cą. Kon­se­kwen­cją owej omył­ki było spło­dze­nie i osta­tecz­nie wy­do­sta­nie się kra­ke­nią­tek na otwar­te wody poza za­to­kę. Stały się one pierw­szym po­ko­le­niem Kra­ke­nów Bał­tyc­kich.

Na­stęp­ne lata ob­fi­to­wa­ły w kon­se­kwen­cje omył­ki. Okrę­ty wra­ca­ły do por­tów coraz rza­dziej, a morze coraz czę­ściej wy­rzu­ca­ło na plaże ka­wał­ki drew­na i szcząt­ki ma­ry­na­rzy. Zyg­munt Spra­wie­dli­wy roz­ka­zał uśmier­cić obie be­stie i usu­nąć kra­ke­ny z herbu mia­sta. Nie zmie­ni­ło to faktu, że stało się to za późno. Że­glu­ga na Bał­ty­ku stop­nio­wo za­mar­ła, a han­del z kró­le­stwa­mi pół­no­cy ustał. Trans­port mor­ski ogra­ni­czył się do re­gio­nów przy­brzeż­nych, gdzie wody były zbyt płyt­kie dla be­stii. W efek­cie mia­sto ksią­żę­ce Gdańsk już nigdy póź­niej nie od­zy­ska­ło swej daw­nej świet­no­ści.

Kro­ni­ki Gdań­skie

 

***

 

Bał­tyk jest spo­koj­ny, gład­ki jak je­zio­ro i śmier­dzi rybą. Gdy głę­bo­ko się za­cią­gnę, wy­czu­wam woń przy­go­dy. Gdzieś na jej końcu czeka skarb.

Usta­wiam Kom­pas Nie­na­wi­ści przy mapie. Wszyst­ko wska­zu­je, że…

Stro­na za­la­na krwią

 

***

 

Dzień drugi. Nad ranem stra­ci­li­śmy lu­ne­cia­rza. Za­czę­ło się nie­win­nie. My­śle­li­śmy, że wi­dzi­my ciem­ną chmu­rę. Ta jed­nak prze­miesz­cza­ła się pod wiatr, a igła Kom­pa­su Nie­na­wi­ści za­czę­ła drgać, wska­zu­jąc bez­po­śred­nio za­gro­że­nie.

Lu­ne­ciarz po­twier­dził, że to pta­szy­dła. Wy­sy­ła­ją je Upa­dli Sło­wia­nie ze wscho­du. Roz­ka­za­łem ścią­gnąć balon na po­kład. Gdy zszedł na po­ło­wę wy­so­ko­ści, ko­ło­wrót się za­ciął. Pró­bo­wa­li­śmy ścią­gnąć balon ręcz­nie. Nie zdą­ży­li­śmy. Dąb pio­ru­no­wy od­pa­lił, gdy pta­szy­dła we­szły w za­sięg. Krwa­wy deszcz spadł na po­kład, reszt­ki opa­lo­nych piór, przy­pa­lo­ne­go mięsa.

Po ba­lo­nie po­zo­stał ka­wa­łek liny, po ba­lo­nia­rzu – nasza pa­mięć. Gdy od­pa­la dąb pio­ru­no­wy, na­stę­pu­je re­ak­cja łań­cu­cho­wa: bły­ska­wi­ca prze­ska­ku­je po wszyst­kim, co jest w po­wie­trzu. Ba­lo­niarz znaj­do­wał się zbyt bli­sko.

Gdy pierw­szy ma­ry­narz za­su­ge­ro­wał, że je­ste­śmy prze­klę­ci i to gniew Pe­ru­na, roz­ka­za­łem prze­cią­gnąć go pod kilem. Za­że­gna­łem bunt, ale nie pod­nio­słem mo­ra­le.

Poza szcząt­ka­mi pta­szy­deł zna­leź­li­śmy coś jesz­cze: trzy bu­tel­ki z ma­pa­mi we­wnątrz. Otwar­łem je do­pie­ro w ka­ju­cie. Mia­łem złe prze­czu­cia, po­twier­dzi­ły się. Mapy, iden­tycz­ne jak moja. Zro­zu­mia­łem, że to wojna dez­in­for­ma­cyj­na, pro­wa­dzo­na przez Upa­dłych Sło­wian ze wscho­du. To przy­nę­ta, aby­śmy tra­ci­li pie­nią­dze na wy­pra­wy. Jeśli chcę żyć, za­ło­ga nie może po­znać praw­dy. Mimo wszyst­ko prze­po­wied­nie Wer­ny­ho­ry za­wsze się spraw­dza­ły. Wbrew prze­ciw­no­ściom wy­ty­czę mor­ską drogę do Szwe­cji i wrócę ze skar­bem. Prze­zna­cze­nie jest po mojej stro­nie. Musi być.

Frag­ment z pa­mięt­ni­ka

 

***

 

Dzień trze­ci. Cisza na morzu. Żagle ob­wi­sły, jak sprzęt u kogoś, kto jesz­cze chce, ale już nie może. Ka­za­łem szo­ro­wać po­kład, spraw­dzić oli­no­wa­nie, pod­lać drze­wa pio­ru­no­we. Pro­fi­lak­tycz­nie jed­ne­go za­ło­gan­ta prze­cią­gnę­li­śmy pod kilem. Ma­ry­na­rze muszą mieć za­ję­cie, bo bez­czyn­ność daje czas na my­śle­nie. My­śle­nie pro­wa­dzi do buntu. Za da­le­ko w to za­brną­łem. Nie mo­że­my się wy­co­fać.

Na wszel­ki wy­pa­dek roz­ka­za­łem dru­gie­mu ofi­ce­ro­wi roz­pu­ścić plot­kę, że sta­tek jest za­mi­no­wa­ny. Tylko ka­pi­tan, scho­dząc raz dzien­nie pod po­kład, może wpro­wa­dzić szyfr, od­ra­cza­ją­cy sa­mo­znisz­cze­nie. Więk­szość uwie­rzy­ła. Teraz pil­nu­ją nie­do­wiar­ków, żeby któ­ryś nie zro­bił nic głu­pie­go.

Pa­ra­dok­sal­nie, nie okła­ma­łem ich. Sta­tek jest za­mi­no­wa­ny.

Frag­ment z pa­mięt­ni­ka

 

***

 

Dzień piąty, sztorm, późne po­po­łu­dnie.

Po­cząt­ko­wo my­śle­li­śmy, że to wy­sep­ka nie­ozna­czo­na na mapie. Inni po­dej­rze­wa­li zbio­ro­wą ha­lu­cy­na­cję. Nie było to też wy­brze­że Szwe­cji – za wcze­śnie. Nasze wąt­pli­wo­ści roz­wia­ły się, gdy drugi lu­ne­ciarz po­twier­dził, że wy­sep­ka ma macki i ru­szy­ła w na­szym kie­run­ku.

Tak, to Kra­ken Bał­tyc­ki. Tylko że ja mam na sobie Księ­ży­ców­kę i znam przy­szłe wy­da­rze­nia. Wiem, jak skoń­czy się to star­cie.

Prze­mó­wi­łem do za­ło­gi. Za­czą­łem od prze­po­wied­ni i Księ­ży­ców­ki. Wciąż mam ją na sobie, nie mogli temu za­prze­czyć. Roz­ka­za­łem wydać każ­de­mu za­ło­gan­to­wi dwie por­cje rumu. Nikt nie od­mó­wił. Obie­ca­łem chwa­łę i bo­gac­two. Od­po­wie­dzia­ła mi wrza­wa.

– A teraz do ro­bo­ty, skur­wy­sy­ny!

– Drugi, dyk­tu­ję. Przej­mij zapis do dzien­ni­ka.

Kra­ken ro­śnie stop­nio­wo w oczach. Barwę ma ni­ja­ką, zmien­ną, jak Bał­tyk. Chwi­la­mi znika za fa­la­mi. Innym razem, gdy okręt unosi się na grzbie­cie jed­nej z nich, znów go do­strze­ga­my. Za każ­dym razem jest więk­szy i więk­szy. Mo­że­my już do­strzec coś na kształt pasz­czy wy­peł­nio­nej śmier­cio­no­śny­mi kłami. Bio­log Adol­fus by po­wie­dział, że nie żywi się plank­to­nem.

Od­pa­lił dąb pio­ru­no­wy. Ude­rzył o po­wierzch­nię wody, a mar­twe ryby wy­pły­nę­ły do góry brzu­cha­mi. Dobra ozna­ka, jest szan­sa, że zdąży się prze­ła­do­wać i po­ra­zić skur­wy­sy­na.

Wy­ła­nia się po raz ko­lej­ny. Oczy be­stii, do­strze­gam w nich głę­bię, pust­kę, nie­na­wiść. Do­pa­da­ją mnie wąt­pli­wo­ści, ale dziób jed­nost­ki jest spe­cjal­nie wzmoc­nio­ny. Wy­trzy­mał­by zde­rze­nie z górą lo­do­wą. Nic nie za­trzy­ma „Gnie­wu Sło­wian”.

Spo­glą­dam po raz ostat­ni przed ude­rze­niem na Kom­pas Nie­na­wi­ści. Czas na ostat­nie ko­rek­ty.

– Ster trzy­dzie­ści stop­ni na ster­bur­tę!

– Ster trzy­dzie­ści na ster­bur­tę!

Sta­tek prze­chy­la się w prawo. Zo­sta­ło tuzin sążni. Pasz­cza po­two­ra roz­wie­ra się jak wrota ot­chła­ni. Kły ob­ra­zu­ją lęk pier­wot­ny, drze­mią­cy w każ­dym z nas. Dla­cze­go są tak wiel­kie?

– Sta­ra­no­wać skur­wy­sy­na!

Ostat­nia stro­na pa­mięt­ni­ka

 

***

 

– Nieee…!

Padam na ko­la­na. Za­trza­sku­ję dzien­nik i otwie­ram oczy. Ko­niec czy­ta­nia.

Dłoń wciąż drży, serce wali jak młot ko­wal­ski. Nigdy tak się nie bałem. Nigdy nie czu­łem ta­kie­go bólu. Nigdy już nie po­ło­żę dłoni na ostat­niej stro­nie.

Zmy­sły stop­nio­wo prze­no­szą się do tu i teraz, opusz­cza­ją spi­sa­ne emo­cje ka­pi­ta­na. Chwi­lę zaj­mu­je, zanim za­uwa­żam, że słoń­ce jest już wy­so­ko. Marsz­czę nos. Bał­tyk nie wy­rzu­cił bursz­ty­nu, za to śmier­dzi tru­pem i ma po­smak że­la­za. Na­cią­gam chu­s­tę pod same oczy.

Coś nie­opo­dal błysz­czy, wcze­śniej skry­wa­ne przez noc i żywą war­stwę owa­dów. W wo­do­ro­sty za­plą­ta­ny jest czło­wiek. Fale ob­my­wa­ły­by nogi, gdyby je miał. Od­ga­niam ptaki, wcią­gam zwło­ki wyżej na brzeg. Prze­szu­ku­ję skru­pu­lat­nie, taka praca. Roz­bi­ty Kom­pas Nie­na­wi­ści po­twier­dza, że zma­sa­kro­wa­ne szcząt­ki na­le­żą do ka­pi­ta­na, wła­ści­cie­la dzien­ni­ka.

Żal mi go. Gdyby tylko znał się na bu­tel­kach, wie­dział­by, że to pod­rób­ka. Kto wy­mie­nił­by praw­dzi­wą mapę do skar­bu na bu­tel­kę rumu? Poza tym, odkąd kra­ke­ny za­lę­gły się na Bał­ty­ku, wszyst­kie wy­pra­wy są ska­za­ne na po­raż­kę. W dzi­siej­szych cza­sach nie miał żad­nych szans.

Blask słoń­ca przy­no­si zro­zu­mie­nie. Prze­po­wied­nia Wer­ny­ho­ry była praw­dzi­wa, to ona sta­no­wi praw­dzi­wą mapę do skar­bu. Łatwo po­wie­dzieć po fak­cie. Z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du wszyst­kie prze­po­wied­nie tak mają. Zna­la­złem Księ­ży­ców­kę – jedną z trzech bez­cen­nych ko­szu­lek. Czyż nie jest skar­bem? Czyż ka­pi­tan nie wy­lą­do­wał z nią na brze­gu? Ko­ro­na nie po­zwo­li jej za­trzy­mać. Ale honor Sło­wian to honor Sło­wian. Za­pro­po­nu­ją wy­mia­nę na na­gro­dę w po­sta­ci złota. A ja się zgo­dzę, nie można od­mó­wić Ko­ro­nie.

Wstrzy­mu­ję od­dech i ob­dzie­ram szcząt­ki z bez­cen­ne­go ar­te­fak­tu.

Po­świę­cam czas, by po­cho­wać ka­pi­ta­na pod grubą war­stwą pia­sku. Upew­niam się, że ptac­two nie roz­dzio­bie do resz­ty szcząt­ków, roz­rzu­ca­jąc po wierz­chu ka­wał­ki ful­gu­ry­tu. Pie­częć Pe­ru­na ochro­ni zwło­ki.

Nagie zwło­ki. Nie mam wy­rzu­tów su­mie­nia. Ka­pi­ta­no­wi, w Księ­ży­ców­ce czy bez, żadna róż­ni­ca. Gdyby tylko znał się na bu­tel­kach, roz­po­znał­by pod­rób­kę. Oni po­tra­fią tylko nisz­czyć. Wie­dział­by, że sprze­da­łem mapę jako cie­ka­wost­kę dla ko­lek­cjo­ne­ra. Nawet, gdyby pro­wa­dzi­ła do skar­bu, droga by­ła­by nie do prze­by­cia.

Pora się zbie­rać. Muszę ostrzec Ko­ro­nę o woj­nie dez­in­for­ma­cyj­nej pro­wa­dzo­nej przez Upa­dłych Sło­wian. Zo­sta­nę bo­ha­te­rem, na czym spe­cjal­nie mi nie za­le­ży. Za to uśmie­cham się na myśl o zło­cie, które do­sta­nę w za­mian za Księ­ży­ców­kę. Mógł­bym już nigdy nie pra­co­wać, ale Bał­tyk przy­cią­ga zbyt mocno, wrócę tu. Dzi­siaj jed­nak mam ocho­tę na naj­lep­szy rum. Czy ten pięk­ny dzień może za­cząć się le­piej niż od bu­tel­ki?

Koniec

Komentarze

A oni mieli trzcinę cukrową do produkcji rumu? Ci Słowianie od Peruna? A skąd? I tak to tu idzie: potencjalnie rozwojowe opka giną przez zabawne błędy…

Już tylko spokój może nas uratować

Rybak3,

Bo ten rum jest inny niż w świecie macierzystym. Był jak “czekolada(bez kakako)” w PRL. A na poważnie to mnie złapałeś z tą trzciną.

Dzięki za przeczytanie.

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

Pecunia non olet

Komentarz pobetowy.

 

Opowiadanie przedstawione przeważająco w formie epistolarnej, co nie jest łatwym zabiegiem. Moim zdaniem udało Ci się sprawnie tę formę przedstawić. I mimo że w mojej skromnej opinii było tu trochę za dużo postaci czy istot, przez co się trochę gubiłam, nie mogę nie docenić dobrego warsztatu i przyjemnego dla oka oraz duszy stylu. Dlatego wybieram się pokoju Nominacji Bibliotecznych, by zgłosić to opowiadanie.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w konkursie :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Uczciwie muszę przyznać, że bardzo mnie wciągnęło. Na początku gubiłam się trochę w czasie – skoro opowiadasz o Słowianach, to wydawałoby się, że to jakieś zamierzchłe czasy, ale cała reszta nie bardzo pasuje do takiej teorii. W końcu dotarło, że to jednak jakaś mocno alternatywna rzeczywistość :D

Warsztatowo jest bardzo dobrze, napisane sprawnie i ciekawie poprowadzone, bez zbędnego przedłużania. Podobało mi się :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Przyłączam się do pochwał: wciągające.

Statek z nasiona to bardzo ciekawy pomysł, przy czym bardzo nienachalny, jeśli mogę to tak ująć. Nie razi. Czytając, pomyślałem sobie: “Z nasiona? No tak, to przecież oczywiste”. “Dęby sadzą na burtach? Też bym tak zrobił, rozsądne posunięcie”. ;-P

 

Końcówka mnie zaskoczyła. Mimo tego, że przecież na początku się przyznał kolega bursztynnik, że zamienił pustą na pełną…

bruce

Dzięki za odwiedziny/przeczytanie.

 

HollyHell91

Pomysł z kursywą na becie był super.

Dzięki za klika.

 

NaNa

Dobrze zrozumiałaś :)

Cieszy, że wciągnęło. 

Dziękuję za ciepłe słowa o warsztacie.

 

Kurojatka

Statek z nasiona to bardzo ciekawy pomysł, przy czym bardzo nienachalny, jeśli mogę to tak ująć. Nie razi. Czytając, pomyślałem sobie: “Z nasiona? No tak, to przecież oczywiste”. “Dęby sadzą na burtach? Też bym tak zrobił, rozsądne posunięcie”. ;-P

Dzięki. Takich pomysłów jak ten, czy Kompas Nienawiści, mam więcej. Może kiedyś przypadkiem natrafisz.

Przyłączam się do pochwał: wciągające.

Dziękuję. Miło się zrobiło :)

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przyjemnie się czytało, jakbym słuchał dobrych, zabawnych szant. Parę razy śmiechłem, a ogólnie przez całe opowiadanie banan na twarzy. Bardzo zgrabnie i błyskotliwie napisane. Powodzenia w konkursie. Pozdrawiam!

bogjelen

Na początek garść zatrzymań.

Dep­ta­ne owady pę­ka­ją pod bu­ta­mi, zdra­dza­jąc oto­cze­niu in­for­ma­cje o ko­lej­nych kro­kach. Nie­wia­ry­god­ne, plaża wy­da­je się żywa. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem tro­chę mniej.

Owady na plaży? Na pewno, ale raczej byłoby słychać deptanie po skorupiakach, które owadami nie są. Wytłuszczone powtórzenia.

Fale roz­bi­ja­ją­ce się o na­brze­że po­now­nie uszczu­pli­ły gra­ni­cę ziem Kró­le­stwa Sło­wian

Raczej chodzi o wybrzeże.

Się­gam po niego, wy­czu­wam, że to pa­mięt­nik. Jest w ka­wał­kach, nie­któ­re stro­ny są po­nisz­czo­ne, wy­bra­ko­wa­ne, inne leżą luzem w po­bli­żu. Otwie­ram, przy­kła­dam dłoń do za­pi­sków i pró­bu­ję wy­czuć, co autor miał na myśli.

Bohater czuje, że to pamiętnik a nie książka kucharska? Czy jednak ma jakieś obserwacje, a nie czucie?

Tak mnie po­strze­ga­ją lu­dzie o kró­li­czych ser­cach, my­siej od­wa­dze i braku am­bi­cji. 

Są dwa fajne zwierzęce porównania i trzecie zwykłe. Zgrzyta mi to.

Jego chłod­ny blask kon­tra­stu­je z drżą­cym pło­mie­niem świe­cy, która rzuca kosz­mar­ne cie­nie na dę­bo­wy stół i mapę.

Świeca nie może rzucać cienia.

Roz­ma­so­wu­ję dłoń, chcę po­znać dal­szą hi­sto­rię. Czy­ta­nie jest wy­ma­ga­ją­ce dla ciała, ale jesz­cze bar­dziej dla umy­słu. 

Trochę nie łapię dlaczego.

 

Opowiadanie epistolarne jest trudne, natomiast pomimo nie do końca możliwych do odczytania listów udało się łączyć fakty. Ogólnie historia ma potencjał, natomiast pojawiło mi się kilka zgrzytów. Jedno, że postać głównego bohatera i kapitana trochę mi się zlewają. Wiem, kiedy jest o jednym a kiedy o drugim, natomiast charakterologicznie mało się różnią, takie mam wrażenie. 

Drugie – nic nie ma o tym, że kapitan posiada Księżycówkę, a bohater odziera jego zwłoki właśnie z niej.

Trzecia kwestia, chyba najbardziej problematyczna, bo podważająca fabułę i szukanie drogi do Szwecji. Jest napisane, że bezpieczna żegluga była możliwa tylko niedaleko od brzegu, na płytkich wodach. Zastanawia mnie więc, dlaczego nikt nie płynął do Szwecji płynąc wzdłuż ziem Słowian, a potem wzdłuż Danii, aby przepłynąć przez cieśniny duńskie w najwęższym miejscu? Szybki okręt mógłby sprawnie pokonać cieśniny, aby znaleźć się z powrotem na bezpiecznych, płytkich wodach – jednak już po stronie szwedzkiej. 

Hej, bardzo udany pomysł i fajna forma opowiadania. Chociaż nie powiem, że lektura była łatwa. Na początku byłam przekonana, że części z pamiętnika i te o poszukiwaczu bursztynu dzieli wiele lat. Dopiero pod koniec sobie poskładałam te linie czasową w całość. 

Ciekawe aluzje alternatywnego świata do naszego, np. Upadli Słowianie ze wschodu. :) 

Widzę, że wyłapali Ci różne nieścisłości, typu „rum u Słowian” czy samo „szukanie drogi do Szwecji”. Ja w sumie tego nawet nie zauważyłam. Chyba kompletnie zignorowałam historyczne detale i skupiłam się tylko na samej opowieści. :D 

Klikam i pozdrawiam! 

Dobre. Zarówno pomysł jak i realizacja.

Jeśli chodzi o autorstwo, to mam dwa typy. Myślisz, że gdybym obstawiając, postawił garść dolarów, to bym wygrał? 

Saggit

 

Na początek garść zatrzymań.

Deptane owady pękają pod butami, zdradzając otoczeniu informacje o kolejnych krokach. Niewiarygodne, plaża wydaje się żywa. Z każdym kolejnym krokiem trochę mniej.

Owady na plaży? Na pewno, ale raczej byłoby słychać deptanie po skorupiakach, które owadami nie są. Wytłuszczone powtórzenia.

Odp: W tym świecie owady są duże.

Fale rozbijające się o nabrzeże ponownie uszczupliły granicę ziem Królestwa Słowian

Raczej chodzi o wybrzeże.

Odp: Tak. Poprawiono.

Sięgam po niego, wyczuwam, że to pamiętnik. Jest w kawałkach, niektóre strony są poniszczone, wybrakowane, inne leżą luzem w pobliżu. Otwieram, przykładam dłoń do zapisków i próbuję wyczuć, co autor miał na myśli.

Bohater czuje, że to pamiętnik a nie książka kucharska? Czy jednak ma jakieś obserwacje, a nie czucie?

Odp: W tym świecie czytanie, to bezpośredni transfer myśli, emocji. Nie da się tego przełożyć jeden do jednego, na to jak my postrzegamy czytanie. To jak słynne pytanie: Co autor miał na myśli?

Tak mnie postrzegają ludzie o króliczych sercach, mysiej odwadze i braku ambicji. 

Są dwa fajne zwierzęce porównania i trzecie zwykłe. Zgrzyta mi to.

Odp: Trafna uwaga, poprawiono. Zgrzyt usunięto.

Jego chłodny blask kontrastuje z drżącym płomieniem świecy, która rzuca koszmarne cienie na dębowy stół i mapę.

Świeca nie może rzucać cienia.

Odp: Poprawiono.

Rozmasowuję dłoń, chcę poznać dalszą historię. Czytanie jest wymagające dla ciała, ale jeszcze bardziej dla umysłu. 

Trochę nie łapię dlaczego.

Odp: Jak powyżej. Tam inaczej się czyta.

 

Jedno, że postać głównego bohatera i kapitana trochę mi się zlewają. Wiem, kiedy jest o jednym a kiedy o drugim, natomiast charakterologicznie mało się różnią, takie mam wrażenie. 

Odp: Dodano opis w przedmowie.

 

Drugie – nic nie ma o tym, że kapitan posiada Księżycówkę, a bohater odziera jego zwłoki właśnie z niej.

Odp: Jest to napisane w tym miejscu:

Tak, to Kraken Bałtycki. Tylko że ja mam na sobie Księżycówkę i znam przyszłe wydarzenia. Wiem, jak skończy się to starcie.

Przemówiłem do załogi. Zacząłem od przepowiedni i Księżycówki. Wciąż mam ją na sobie, nie mogli temu zaprzeczyć.

 

Trzecia kwestia, chyba najbardziej problematyczna, bo podważająca fabułę i szukanie drogi do Szwecji. Jest napisane, że bezpieczna żegluga była możliwa tylko niedaleko od brzegu, na płytkich wodach. Zastanawia mnie więc, dlaczego nikt nie płynął do Szwecji płynąc wzdłuż ziem Słowian, a potem wzdłuż Danii, aby przepłynąć przez cieśniny duńskie w najwęższym miejscu? Szybki okręt mógłby sprawnie pokonać cieśniny, aby znaleźć się z powrotem na bezpiecznych, płytkich wodach – jednak już po stronie szwedzkiej. 

Odp: Masz rację. Ale kto wie, co tam się czai? Może mniejsze zło.

 

Dziękuję za pracę, którą włożyłeś w uczynienie tekstu lepszym. Większość uwag wykorzystałem.

Jeszcze raz dzięki.

 

śniąca

Dzięki za odwiedziny.

 

bóg jeleń08

Przyjemnie się czytało, jakbym słuchał dobrych, zabawnych szant. Parę razy śmiechłem, a ogólnie przez całe opowiadanie banan na twarzy. Bardzo zgrabnie i błyskotliwie napisane. Powodzenia w konkursie. Pozdrawiam!

Wielkie dzięki.

 

Marszawa

Dobrze wszystko zrozumiałaś (linia czasowa).

Dla ułatwienia dodano opis w przedmowie.

Cieplutko mi się na serduszku zrobiło po Twoich słowach.

Dzięki za klika.

 

AP

Tak :)

Dzięki za klika.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Podobne mam wrażenia jak szanowne grono przedpiśców i przedpiszczyń. Ostatecznie całkiem zgrabna historia i przedstawiona w ciekawej formie, ale momentami szło się pogubić. Szczególnie na początku, zanim się zorientowałem, że świat przedstawiony po prostu bardzo odbiega od realnego i rządzi się dziwnymi prawami.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Tarnino,

Dzięki za pływający stateczek międzyplanetarny na obrazku.

 

GalicyjskiZakapior

Skorzystano z uwagi i dodano jedno zdanie w przedmowie.

Dzięki za klika.

 Takie są konsekwencje wprowadzania gatunków inwazyjnych do ekosystemu :)

Mnie akurat pomysł z niedookreśloną rzeczywistością na początku bardzo się spodobał. Ilekroć już myślałem, że jakoś umiejscowiłem fabułę w czasie i przestrzeni, pojawiała się informacja, demolująca moje wyobrażenie :)

Kiedy już historia “zakrakenienia” Bałtyku została opowiedziana, wszystko stało się jasne i opowieść stała się bardziej przewidywalna.

Całość jest zgrabnie napisana i dobrze się bawiłem, czytając.

 

Jest kilka fajnych pomysłów. Może nie jakoś szalenie oryginalnych, ale ładnych.

Sama forma pamiętnika trochę mnie męczyła, ale pasuje do tematyki.

Trochę dziwne, że to wszystko trafia na jednego człowieka, ale widocznie Gdańsk tak podupadł, że już niewielu ludzi szuka bursztynu na plaży i prawdopodobieństwa się zmieniły.

Babska logika rządzi!

czeke

Nie każdy lubi za­gad­ki, ta­jem­ni­ce, nie­do­po­wie­dzia­ne. My tak.

Z tymi ga­tun­ka­mi ob­cy­mi, z ust mi to wy­ją­łeś.

Dzię­ki za cie­płe słowa.

 

Fin­kla

Po­cząt­ko­wo po­ła­wiacz miał do­stać prze­po­wied­nię od Wer­ny­ho­ry, żeby wy­mie­nić bu­tel­kę z mapą na pełną. Uzna­łem, że bę­dzie to zbyt skom­pli­ko­wa­ne do wy­chwy­ce­nia i spo­wo­du­je trud­ność w od­róż­nie­niu ka­pi­ta­na i po­ła­wia­cza. Dla­te­go wy­co­fa­łem się z tego po­my­słu.

Pier­wot­nie po­ła­wiacz wy­ło­wił­by ka­pi­ta­na ze skar­bem, a wcze­śniej wy­mie­nił z nim bu­tel­kę z mapą na pełną, bo tak chcia­ło prze­zna­cze­nie.

Wer­ny­ho­ra wie­dział, że lu­dzie ka­pi­ta­na będą go prze­słu­chi­wać, zanim do tego do­szło.

Dzię­ku­ję za klika.

Gdańsk tak podupadł, że już niewielu ludzi szuka bursztynu na plaży i prawdopodobieństwa się zmieniły.

Tak tylko wtrącę, że szukanie bursztynu to nie jest łatwy kawałek chleba, cokolwiek by o tym opowiadał mój ojciec chrzestny, szczur lądowy z dziada pradziada, który do stworzeń morskich zbliża się tylko opływowością kształtu :P

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Jednakowoż, jeśli poszukujących i znajdujących jest powyżej stu, to prawdopodobieństwo, że jedna osoba znajdzie różne szczątki tej samej sprawy, robi się niewielkie.

Babska logika rządzi!

Jeśli ktoś ma wątpliwości, co jest możliwe nad Bałtykiem, to proszę oglądnąć scenę na plaży z “Dnia świra”, gdzie bohater spotyka sąsiada.

 

Powiadają również, że Perun nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce. Ale w naszym świecie jest coś takiego jak krzyż na Giewoncie. Nie raz już oberwał.

bruce

Dzięki za odwiedziny/przeczytanie.

heart

Pecunia non olet

Hej,

Mi się bardzo podobała forma pamiętnika, ciekawy zabieg. Też na początku gubiłem się w czasie, ale to nic. Opowiadanie mnie wciągnęło, porządnie poprowadzone. Spóźniłem się na klika. Powodzenia w konkursie!

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Krzyż na Giewoncie to marny przykład. Wysoko wyniesiony szczyt z dużym stalowym uziemionym piorunowabikiem w kształcie krzyża po prostu MUSI przyciągać pioruny częściej niż wynika ze średniej statystycznej.

Już tylko spokój może nas uratować

Hej, Ciekawe opowiadanie :). Forma pamiętnika, nie jest moją ulubioną, tu daje fajny klimat, który pozwala zagłębić się w marzenia kapitana o drodze do Szwecji. Choć jeśli po Bałtyku pływały by krakeny to do dziś nie mielibyśmy Ikei, bo wątpię by znalazł się śmiałek, który stawi im czoła:). Doklikanie i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

MichaelBullfinch

Tak ciepłe słowa, mogłyby spalić zatwardziałe dusze Słowian ze Wschodu. Wielkie dzięki.

Intencja klika w tym świecie, jest jak klik w świecie równoległym.

 

Rybak3

Krzyż na Giewoncie to marny przykład. Wysoko wyniesiony szczyt z dużym stalowym uziemionym piorunowabikiem w kształcie krzyża po prostu MUSI przyciągać pioruny częściej niż wynika ze średniej statystycznej.

A może to nie statystyka, tylko echo gniewu ze Świata Słowian? Perun pamiętliwy, utraty władzy w świecie macierzystym nie zapomni. W tamtym świecie z opowiadania na Giewoncie stoi dębowy obelisk. Nie oberwał ni razu.

 

Bardjaskier

Bard, słowiański muzyk zawsze mile widziany w obu światach.

Przez krakeny może nie byłoby Ikei. Ale może też nie byłoby Potopu Szwedzkiego ;)

Dzięki za klika, wcześniej dyżurni zgubili jednego.

A może to nie statystyka, tylko echo gniewu

Bardziej fizyka, a o fragmencie reprezentacyjnym nie wspominałam? indecision

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Kapitalne! Jak dla mnie bardzo dobre opowiadanie i równie dobrze napisane. Bardzo spodobał mi się wykreowany świat. Statek z nasiona, maszty piorunowe, baloniarze, księżycówka, upadli Słowianie – wszystko świetnie się zgrało.

Forma pamiętnika to świetny zabieg – dzięki temu poznajemy tylko najciekawsze fragmenty wyprawy, bez zbędnych wypełniaczy. Do tego dochodzi dobrze poprowadzone, przewrotne zakończenie.

Szkoda, że to tylko opowiadanie, a nie pełna powieść osadzona w tym świecie. Mam nadzieję, że kimkolwiek, Anonimie, jesteś, wrócisz jeszcze do tego uniwersum, bo ma duży potencjał, a ty – jak się wydaje – masz wyobraźnię i pomysły, żeby to pociągnąć.

Widzę, że tekst jest już zasłużenie w bibliotece, więc chyba nie ma sensu, żebym dopisywał klika – choć zdecydowanie się należy.

Gratuluję pomysłu i wykonania.

rr

Robert Raks

Jak nic byłeś u Wernyhory i przepowiedział ci, to co każdy autor/autorka chciałby/chciałaby usłyszeć ;) Zdradził też coś więcej. Tak, to część większego świata oddziałującego wzajemnie z naszym. Jest coś więcej w szufladzie, mimo że nie w tak zamierzchłych czasach, jak w tym opowiadaniu. Pomysły są równie zakręcone.

Dzięki za odwiedziny, przeczytanie i duchowego klika.

a man is holding a piece of wood with the hashtag #uncharteredmovie on the bottom

delulu managment

Zarąbiste ;) Mi sie podobało. Fajnie operowałaś kursywą. Mega ciekawe. 

Melendur88

Ambush

Dzięki za zajrzenie.

 

melendur88

Pomysł z kursywą to zasługa HollyHell91.

Dzięki.

Niezwykłe. Podoba mi się pomysł, wykonanie i fabuła, którą popycha czytanie zapisków, listów i notatek.  Czytelnik zagłębia się w historię, z której na początku niewiele rozumie – nie byłam pewna jaki czas dzieli wydarzenia i człowieka na plaży, znalezienie butelki itp. Trochę mnie to wybijało z rytmu, dopiero pod koniec wszystko się jako tako poukładało. 

Trochę przeszkadzało mi w czytaniu listów przechodzenie od formy Pan do formy Ty i z powrotem – nie wiem, czy zabieg był celowy, czy przypadkowy, ale nieco drażnił. Taki drobiazg do przemyślenia. 

Klik wirtualny, bo już nie potrzebujesz. 

Pozdrawiam i powodzenia! :)

JolkaK

Trafna uwaga, a “drobiazg” już poprawiony. Takie na szczęście można poprawiać.

Twoje odczucia podczas czytania, stopniowe odkrywanie puzzli, było zgodne z założeniem, co bardzo mnie cieszy.

Dziękuję za ciepłe słowa i wirtualnego klika. Daje tyle radości co bursztynek na plaży :)

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Koala75

Dzięki i nawzajem, chodź jeszcze nie wiem, które jest twoje ;)

Misio chyba nie startował – uparcie twierdzi, że nie lubi konkursów.

Babska logika rządzi!

Finklo

A może tak, a może nie?

Tylko Koala to wie.

Wierzę w prawdomówność Koali. Poza tym – tyle razy wcześniej miał okazję wystartować i nie skorzystał… Najwyżej coś skrobnie poza konkursem.

Babska logika rządzi!

Początkowo nieco mi się mąciło, co czytam i czyje słowa, ale z czasem rzecz stawała się jaśniejsza i skończyłam w rażeniem, że wszystko należycie pojęłam. Dobrze się czytało. :)

 

… stali w miarę równo. → Zbędna spacja po wielokropku.

 

kon­tra­stu­je z drżą­cym pło­mie­niem świe­cy, który rzuca kosz­mar­ne cie­nie na dę­bo­wy stół i mapę. → Źródło światła, tu płomień świecy, nie rzuca cienia. Cień rzucają przedmioty ustawione na drodze światła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Poprawione.

Dla mniej uważnych jest opis (jak czytać) we wstępie ;)

Od początku założenie było takie, aby stopniowo poznawać zagadkę i jednocześnie świat tak odmienny od naszego. Tym bardziej mnie cieszy, że to ci się udało :)

Cieszę się, Anonimie, że pojęłam Twoje zamiary. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, nie porwało, ale to pewnie kwestia formy (nie lubię dzienników i takich tam) albo uczulenia na Słowiańszczyznę. Świat wydaje się ciekawy, szkoda, że więcej dowiedziałem się o nim z komentarzy niż z samego opowiadania. W sumie gdyby nie te dodatkowe wyjaśnienia, pomstowałbym teraz na słaby research, bo z tekstu trudno wywnioskować, że x jest elementem świata przedstawionego wprowadzonym świadomie i zgodnie z zamysłem autora. :P

Swoją drogą, naprawdę mnie zastanawia, co ukształtowało ten świat i dlaczego Gdańsk, który najwyraźniej znajduje się poza orbitą germańskich wpływów, ma bardzo ,,zachodni” herb z łacińską dewizą. Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. (Sorry, ale bez solidnego wytłumaczenia nigdy nie uwierzę w żadne zjednoczone ,,Królestwo Słowian”, które dotrwało w pogaństwie do głębokiego średniowiecza, a jego centrum dziwnym trafem znajduje się na terytorium dzisiejszej Polski. Sorry, nie.)

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

SNDWLKR

Sposób na zjednoczenie Słowian, to większe zło, wspólny przeciwnik lub parafrazując słynne zdanie z Żywotu Briana: Co nam dali ci Słowianie poza kanalizacją, medycyną, akweduktami, winem, porządkiem, drogami?

Co do tekstu pomysły wprowadzam świadomie, co nie znaczy, że nie popełniam błędów. Najwięcej wychodzi na becie :P

Herb wygenerowała AI, dlatego łacina. Nie jest umieszczony wewnątrz opowiadania, przeciwnie do odręcznej mapy za którą biorę odpowiedzialność, jak i za Kompas Nienawiści ;)

Wielkie dzięki za przeczytanie.

Herb wygenerowała AI

… to mi się nie podoba.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Tarnina

Herb wygenerowała AI

… to mi się nie podoba.

 

Czyli co konkretnie: Wygląd? Że jest w komentarzu? Że zrobiła to na podstawie opisu?

Nie podoba mi się ogólnie AI.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Wtrącę się, jeśli wolno. Cytat z Regulaminu:

umieszczenie w tekście narysowanej mapy (narysowanej, nie stworzonej przez AI!) .

Pecunia non olet

bruce

Wtrącę się, jeśli wolno. Cytat z Regulaminu:

umieszczenie w tekście narysowanej mapy (narysowanej, nie stworzonej przez AI!) .

I tak jest, jak widać :)

smiley

Pecunia non olet

I wreszcie mamy dowód, że przynajmniej jeden z uczestników czytał regulamin… angel

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Tarnina

Regulamin przeczytano, ale czy zrozumiano w 100% to inna sprawa. Poza tym “głupcem kto ufa własnej pamięci”, więc HollyHell sprawdziła czy wszystko zgadza się z regulaminem w trakcie bety, za co jestem jej bardzo wdzięczny.

Sama mnie złapałaś na fragmencie reprezentacyjnym, który był w rozszerzeniu regulaminu ;)

 

Nie podoba mi się ogólnie AI.

Co do AI już dwa razy pisałem o zagrożeniach, więc chyba Cię rozumiem. Mamy w SF Skynet, Hall 9000 i nawet moje twory. To niby narzędzie, ale może nas (ludzkość) zabić lub zniewolić.

To ludzie ludziom gotują ten los…

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Moje uszanowanie!

 

Chwila przerwy, zanim położę dłoń na kolejnej stronie. Uśmiecham się, patrząc na wschód słońca. Ludzie uwielbiają oglądać zachody. Ja wolę, gdy coś się zaczyna. Słońce przyjęło barwę rumu – moją ulubioną.

Oj, utożsamiam się!

 

i ostatecznie wydostanie się krakeniątek na otwarte wody poza zatokę.

Awwwww, how cute:DDD

 

OPOWIADANIE WY-BOR-NE. Super, że trafiło do biblioteki. Ale zacznę od uwag, których (spokojnie) nie będzie dużo. Po pierwsze – zdecydowanie za krótko. Zwyczajnie za szybko się skończyło. Po drugie, o ile do samej formy kartek z pamiętnika nie mam problemu, bardzo ją lubię, u Lovecrafta się w niej zakochałem, to jednak nie jest ona zbilansowana względem wypowiedzi narratora. A one wypadają znakomicie, toteż trochę boli fakt, że nie miał on nam więcej do powiedzenia. Ostatni zarzut, drobniutki, kosmetyczny, to separatory. Gdy ich rolę pełni pojedyncza gwiazdka, jakoś kłuje mnie to w oczy. 

Jeśli chodzi o zalety, to nie będę się zbytnio rozpisywał, bo szkoda czasu. Powiem jedynie, że tekst jest naprawdę wyborny, i niesamowicie mi się spodobał. Szczerze. W każdym aspekcie. Teraz tylko czekam na odtajnienie autorstw, bo chcę śledzić Twoje przyszłe teksty.

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Bartkowski.robert

Pojedyncza gwiazdka po lewej jako separator to forma kamuflażu. Miała utrudnić moją identyfikację w ramach konkursu.

Lovecraft → macki → Kraken Bałtycki → przypadek? → Tak, ale widzę, że trafiłem z klimatem.

 

Chciałbyś więcej tekstu – to zarzut, który każdy autor chciałby usłyszeć :)

Również pozdrawiam serdecznie.

Pojedyncza gwiazdka po lewej jako separator to forma kamuflażu. Miała utrudnić moją identyfikację w ramach konkursu.

Wow. Aż strach pomyśleć, czego używasz na co dzień.

 

Lovecraft → macki → Kraken Bałtycki → przypadek? → Tak, ale widzę, że trafiłem z klimatem.

Miałem takie skojarzenia, ale ich nie uzewnętrzniłem. Nie chciałem szufladkować. Jak widać, dobrze zrobiłem.

 

Chciałbyś więcej tekstu – to zarzut, który każdy autor chciałby usłyszeć :)

Dobry, prawda? Z jednej strony pochwała, z drugiej sugestia, że autor jest leniwy.

 

Pozdrawiam!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Separator zmienię po oficjalnej części konkursu, fajerwerków nie będzie.

Też nie lubię szufladkować, podobają mi się różne światy, najfajniej tworzy się własne.

Co do klimatów Lovecrafta, to polecam komiks Andreasa Cromwell Stone. Piękna czarnobiała kreska i klimat tamtych lat.

Każdy ma w sobie lenia, mój ma przewalone ;)

Separator zmienię po oficjalnej części konkursu, fajerwerków nie będzie.

Będę czekał, jak na sylwestra:D

 

Też nie lubię szufladkować, podobają mi się różne światy, najfajniej tworzy się własne.

Otóż to!

 

Co do klimatów Lovecrafta, to polecam komiks Andreasa Cromwell Stone. Piękna czarnobiała kreska i klimat tamtych lat.

Sprawdziłem, bardzo piękny. Jak portfel pozwoli to zakupię.

 

Każdy ma w sobie lenia

OJ TAK. Trzeba go zwalczyć do minimum

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Bartkowski.robert

Jako, że odgadywanie się skończyło, przywróciłem standardowe dla siebie separatory ;)

… to są normalne separatory…

Trzeba go zwalczyć do minimum

Boże, uczyń mnie pracowitym! Od jutra wink

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

 

Wyniki na stronie, więc czas na opinię:

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie, a także za uprzedzenie o wulgaryzmach. :)

 

Opowiadanie stoi klimatem i niezwykłością relacjonowania zdarzeń. :) Fragmenty pamiętnika, strzępy listów i innych dokumentów, umiejętnie przeplatane emocjami narratora, układają się w logiczną, zadziwiająco dramatyczną całość. :) Interesujący wątek fałszywej mapy. :)

 

Sprawy techniczne i wątpliwości oraz sugestie, pojawiające się podczas czytania:

Deptane owady pękają pod butami, zdradzając otoczeniu informacje o kolejnych krokach. Niewiarygodne, plaża wydaje się żywa. Z każdym kolejnym krokiem trochę mniej. – powtórzenia i dodatkowa aliteracja – celowa?

Gdy robi się jaśniej, dostrzegam kawałki drewna i szczątki notesu w kolorze indygo. Sięgam po niego, wyczuwam, że to pamiętnik. Jest w kawałkach, niektóre strony są poniszczone, wybrakowane, inne leżą luzem w pobliżu. – powtórzenie (także samej informacji, że to coś (notes) jest w kawałkach)?

– A więc to była przyczyna zaginięcia Wernyhory. Głośno o tym było w swoim czasie. – powtórzenie?

Upewniam się, że ptactwo nie rozdziobie do reszty szczątków, rozrzucając po wierzchu kawałki fulgerytu. – nie umiem znaleźć z necie, czy nie miało tu być: „fulgurytu”?

Dzisiaj jednak mam ochotę na butelkę najlepszego rumu. Czy ten piękny dzień może zacząć się lepiej niż od butelki? – czy celowe powtórzenie na koniec?

 

Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny. :)

Pecunia non olet

MichałBronisław

 

Bartkowski.robert Jako, że odgadywanie się skończyło, przywróciłem standardowe dla siebie separatory ;)

No widzę, i nie wiem po co Ci były te kamuflaże. Sam używam takich samych:DD

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Bardzo podobał mi się pomysł statku hodowanego z nasiona. Lubię takie smaczki :)

Trochę mniej podoba mi się reszta, a zwłaszcza przedstawienie fabuły. Przeszkadzało mi bardzo długo to, że nie mogłam umiejscowić akcji w czasie. Widzę, że historia jest mocno alternatywna, ale gdzieś jednak powinna być od początku zakorzeniona (przynajmniej ja tak lubię).

Przyznaję, że nie załapałam relacji kapitan – narrator, kwestii butelki z mapą i ram czasowych samej opowieści od momentu, gdy kapitan zaczął kampanię. Osobną kwestią jest dla mnie brak logiki w kwestii podróży do Szwecji, która tu przybrała postać wręcz mitycznego kraju. Ok, na przestrzał byłoby najszybciej, ale nie da się ze względu na krakeny. Ale dlaczego nie można płynąć dokoła wzdłuż brzegów, jeśli to jest bezpieczne i możliwe?

Napisane ładnie i sprawnie, doceniam formę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bartkowski.robert

Pierwsza zasada niewidzialności. Nie wychylać się.

Druga zasada niewidzialności: Nie wychylać się.

Trzecia zasada niewidzialności: kamuflaż :D

 

bruce

W czterech z pięciu miejsc przepisałem tekst, aby uwzględnić twoje uwagi. Były trafne i teraz jest znacznie lepiej :)

To co napisałaś, o układaniu się w dramatyczną całość, jest bardzo miłe. Muszę jednak przyznać, że więcej czasu zajęło mi, wymyślenie unikalnych mechanizmów rządzących tym światem. Chodziło, aby mimo odmienności zachował spójność i unikalny smak.

Dzięki za wirtualnego klika. To opowiadanie sporo ich dostało :)

To opowiadanie sporo ich dostało :)

I ten właśnie fakt mówi sam za siebie, brawa! :)

 

Pozdrawiam noworocznie i także dziękuję. :) 

Pecunia non olet

Tekst bardzo gęsty semantycznie, ukazuje przebłyski olbrzymiego, zapewne fascynującego świata. Czego tu nie ma? I krakeny, i pogmatwana sytuacja polityczna, i dziwne prawa fizyki, i kapitan Ahab… motywów dość na trzy takie historie, aż dziwne, że nie popadasz w całkowity chaos, chociaż miejscami nie tak łatwo się w tym połapać.

 

Czego mi zabrakło, to spójności myśli – tekst jest krótki, chociaż sprawia wrażenie całkiem długiego, bo tak dużo w nim rozmaitych rozmaitości. Ale o czym właściwie mówi? Jaka jest metoda w szaleństwie kapitana? Co przedstawiają krakeny? Albo Księżycówki? A Kompas Nienawiści – dlaczego właśnie taki? Przez cały tekst przewijają się butelki, to dobrze, ale nie wystarczy, bo czym one w sumie są? Tajemnicą? Czy nie? Oszustwem?

 

A zmienianie sensu słów ("czytanie" czy "rum") dezorientuje czytelnika – różnych czytelników w różnym stopniu, ale dezorientuje. To też się składa na tę oniryczność.

 

Trochę niezręcznie wytykać Ci infodumpy, skoro tyle miałeś do przekazania, a miejsca tak mało, ale cóż. Trochę ich tu jest. A i tak wiele spraw pozostaje niejasnych, po wytłumaczeniu niektórych rodzi się nawet więcej pytań, niż było. Czytanie dotykiem wypada zaskakująco naturalnie (chociaż… skoro wszyscy tu tak czytają, to czemu zapisywanie wygląda normalnie – chyba?), podobnie hodowla statków, chociaż przedstawiający ją list (a, właśnie: dlaczego Alojzy raz pisze do kapitana "Ty" a raz "Pan"?) jest klasycznym "jak wiesz, przyjacielu" (to by się dało zrobić przekonująco, ale listów musiałoby chyba być kilka). Zresztą sam fakt, że kiedy kapitan albo jego korespondent tłumaczy fakty powszechnie znane w tym świecie wyrywa z zawieszenia niewiary, bo nie ma sensu – czy Ty zapisujesz w dzienniku, jak wygląda komputer? Właśnie. Dlatego nie wiemy wielu rzeczy o życiu ludzi z dawnych czasów – nie było sensu tego zapisywać, nawet, jeśli ktoś miałby możliwość – nikt nie myśli o istotach z innego (nawet przyszłego) świata, które będą to czytać.

 

Szkoda też, że styl kroniki praktycznie się nie różni od stylu listów, a one same nie różnią się stylem między sobą. W takim krótkim tekście, i to jeszcze składającym się głównie z listów i dokumentów, zróżnicowanie stylu to potężne narzędzie charakteryzowania postaci, z którego nie powinieneś rezygnować, chociaż ogólnie historia jest dość oniryczna – ale też Twój narrator wykazuje jakieś ślady indywidualności, więc?

 

Nie pojmuję motywu Kompasu Nienawiści – rozumiem magię, ale pole magnetyczne Ziemi zanikło? A pojawiło się "pole nienawiści"? Hę? Czy kompas kieruje się na tego, kogo nienawidzi jego twórca – czy użytkownik? Czy święty mógłby go używać? I co się dzieje, kiedy obiekt nienawiści się przemieszcza? Czy istnieje tylko jeden taki, skoro: "Rozbity Kompas Nienawiści potwierdza, że zmasakrowane szczątki należą do kapitana, właściciela dziennika." – skąd narrator wie, że to właśnie ten kompas? Przy okazji – szczątki do nikogo nie należą, to są szczątki kapitana, autora dziennika (nie kupił ich sobie, a znowu dziennik przecież pisał sam).

 

A na przykład roślinne statki to bardzo fajny pomysł, ale nic z tego nie wynika – co by się w tekście zmieniło, gdyby statek kapitana był taki, jakie znamy z naszego świata?

 

Co do upadłych Słowian – ja też się boję (choć boję się także Danaów, którzy przynoszą dary i spróbowałbyś narzekać…), ale Twoi wypadają, znowu, cokolwiek onirycznie, żeby nie powiedzieć mitycznie. Jeśli taki efekt zamierzyłeś, to Ci się udał. Ale ci tajemniczy, groźni Słowianie w tle gryzą się z zasypywaniem zachodnich sąsiadów butelkami, "podróbami ze wschodu". Wydaje mi się w ogóle, że to kapitan w swoim szaleństwie zmyślił "wojnę dezinformacyjną", bo skoro nie narrator zrobił tę butelkę, oczywiście że jest ich dużo (pewnie ktoś je dmucha hurtowo) i wszystkie takie same – jeśli to Upadli, to czemu narrator wcześniej nic nie powiedział? I skąd wziął swoją? "Miała wyglądać na starą, jak z czasów, kiedy żegluga jeszcze nie zanikła. Ale to podróba ze wschodu, dziadostwo, jak ich mir." sugeruje jednocześnie, że narrator sfałszował znalezisko ("miała wyglądać na starą" – czyli to nie dzieło Słowian ze wschodu?) i że nie – to jak było?

 

Tak czy owak, rozumiem chęć nawiązania do obecnych wydarzeń, ale lepiej z tym uważać, bo potrafi zniszczyć tekst, na przykład, kiedy czytelnik zada sobie pytanie, czy Upadli nie mają mniej fantastycznych sposobów na zaszkodzenie tym nieupadłym? Czemu ktoś miałby uwierzyć w tę mapę (poza wariatami, jak kapitan?) i czemu im tak zależy na handlu ze Szwecją? (tam nic nie ma, trochę żelaza, ziemie rzadkie, przy tym poziomie technologii zbędne, i drewno).

 

Wydaje się też dziwne, że narrator nie słyszał dotąd o wyprawie kapitana, która była duża i nie przeszłaby bez echa. A także to, że przeoczył zwłoki, chociaż zauważył o tyle mniejszy notes, i że pochował je na plaży (co nie jest rozsądne, bo morze prędzej czy później trupa wypłucze, zresztą wygląda to tak, jakby narrator chciał ukryć swój udział w sprawie – to nie dzicz, tu mają pogrzeby).

 

Nie widzę w Twoim świecie powodu, żeby brać kobiety na morze – nie widzę więc też powodu do dziwienia się, że w załodze kapitana nie było żadnej. Może on istnieje. Ale go nie pokazałeś.

 

Poza tym, kiedy widzę, że "Transport morski ograniczył się do regionów przybrzeżnych, gdzie wody były zbyt płytkie dla bestii" to myślę, że przed wynalezieniem porządnej nawigacji to było normalne. Więc w czym problem? Jak zauważył ktoś z komentujących, da się tak dotrzeć do Szwecji. Zresztą – skoro stare dobrze się miały w Zatoce (max 118 m, przeciętnie 50 m) to młode też pewnie dadzą radę. 

 

Bohaterowie trochę, mmm, onirycznie się zachowują: oszalały kapitan jest należycie oszalały, ale taka choćby idea, że zabicie starych krakenów pozbawi życia ich potomstwo – to dziwna idea. A taki narrator, który wybrał się na poszukiwanie skarbów i nie wziął latarki? Nie zaczekał do świtu? Chce marznąć nocą na plaży? Czemu?

 

Kapitan ostatecznie wychodzi na niezłego fanatyka, którym pewnie miał być, ale skoro tak, dlaczego ni z tego ni z owego uwierzył, że to, na czym oparł całe życie, przedmiot jego wariackiej, sprzeciwiającej się zdrowemu rozsądkowi wiary jest kłamstwem wrogów? Dlaczego nie szuka innych możliwości? Ludzie nie lubią się przyznawać, że oparli życie na kłamstwie. Poza tym nie wydaje mi się, żeby przeciąganie ludzi pod kilem bez powodu pomagało utrzymać dyscyplinę na pokładzie… swoją drogą, kapitan pomija to, że przepowiednia Wernyhory mówiła tylko "człowiek w Księżycówce wróci po siedmiu dniach", a nigdzie nie mówiła, że chodzi o niego (przepowiednie zawsze przyprawiają Gettiera o ból głowy) – ale to pasuje do jego charakterystyki jako świra.

 

Językowo, hmm. Mam wrażenie, że nie zawsze panujesz nad tworzywem. Nastrój udaje Ci się nie tak dobrze, jak by mógł, bo wiele słów po prostu do niego nie pasuje.

 

W całym tekście powtarza się błąd: "fragment z pamiętnika" kiedy powinno być "fragment pamiętnika" albo "strona z pamiętnika", albo "(wypis) z pamiętnika". Zresztą – ciągle piszesz "pamiętnik", a przecież to raczej dziennik, albo nawet log (kapitana).

 

Zgodnie z najnowszą modą nie omieszkałeś użyć paru imiesłowów przysłówkowych współczesnych na oznaczenie związków przyczynowych – serio, dlaczego wszyscy tak robią? Na przykład: "Przycięto korzenie, hamując dalszy wzrost" – powinno być: przycięto korzenie, by zahamować dalszy wzrost; albo: przycięciem korzeni zahamowano dalszy wzrost. Albo "igła Kompasu Nienawiści zaczęła drgać, wskazując bezpośrednio zagrożenie." – drganiem zaczęła wskazywać (i na pewno nie "bezpośrednie zagrożenie"?)

 

To zdanie "Tylko kapitan, schodząc raz dziennie pod pokład, może wprowadzić szyfr, odraczający samozniszczenie." zawiera też źle dobrane słowo, bo "odraczać" można proces, coś urzędowego, w każdym razie kapitan nie wprowadza szyfru jednocześnie ze schodzeniem pod pokład, ani nawet przez schodzenie pod pokład (inna rzecz, że ten szyfr wygląda na grubymi nićmi szyty, zresztą szyfr to nie to samo, co hasło).

 

Aspekty czasownika (i jego pochodnych): "bez wahania", nie "zawahania". Po co wszyscy wlepiają ten aspekt dokonany, czy ktoś mi to wyjaśni? Tutaj: "Chwilę zajmuje, zanim zauważam" – "zauważam" jest w niewłaściwym aspekcie (dokonanym, musi być niedokonany, ale możesz też dać rzeczownik odczasownikowy): chwilę zajmuje mi zauważenie; albo chwilę trwa, zanim zauważę.

 

Co jeszcze nie pasuje: "cholernie wcześnie" nie służy nastrojowi, który wyraźnie ma być trochę (bardzo?) niesamowity. Ironia też nie: "sprawdzić, co wydalił najlepszego" brzmi dość ironicznie (jak "co ty najlepszego zrobiłeś?"; a, i wydalanie to usuwanie czegoś niepożądanego – nie dobrego).

 

Dziwnie telewizyjnie brzmi: "zdradzając otoczeniu informacje o kolejnych krokach" – o czyich krokach? I czy otoczenie jest czymś, co może poznawać informacje?

 

To mogłoby być fajne: "Niewiarygodne, plaża wydaje się żywa. Z każdym następnym krokiem trochę mniej." ale raz, lepiej byłoby to pokazać (plaża mogłaby "robić" coś, co robią żywe istoty, obserwować narratora – to"zdradzanie" to trochę mało, i dwa – czemu to wrażenie przemija? Co powoduje "odczarowanie" plaży?

 

Tu "Fale rozbijające się o wybrzeże ponownie uszczupliły granicę ziem Królestwa Słowian, pożerając je kawałek po kawałku." wybierz jedno – albo uszczuplenie, albo pożeranie.

 

"Zwrócić" to oddać, a nie dać – nie można zwrócić czegoś w zamian, bo jeśli zwracam, to pożyczone (to nie było moje).

 

Kiedy narrator mówi, że "wciąż jest zbyt ciemno, bym rozpoczął poszukiwania" pytam – dlaczego tylko narrator? A inni widzą w ciemności? Hmmm? Chyba nie, więc – jest zbyt ciemno, by zacząć (albo nawet: zaczynać) poszukiwania.

 

Dziennik "Jest w kawałkach, niektóre strony są poniszczone, wybrakowane, inne leżą luzem w pobliżu." ale pozostaje rozpoznawalny jako zamknięty notes? Nie przekonują mnie też "wybrakowane" strony (podarte, dziurawe, poszarpane tak, ale "wybrakowane" nie – bo były dobre! https://wsjp.pl/haslo/podglad/6460/wybrakowany)

 

"Demagog" odnosi się zdecydowanie do polityki – nie wiem, czy tu jest odpowiednim słowem.

 

Fraza "człowiek o resztkach piasku w klepsydrze życia" jest niegramatyczna, bo te resztki piasku nie są cechą! Nie mówisz przecież "człowiek o zielonym swetrze" ani "człowiek o zagraconym mieszkaniu" – o resztkach, swetrach czy mieszkaniach człowiek może mówić, ale one go nie określają.

 

Błąd kategorialny: "Tam, gdzie widzą strach, ja dostrzegam możliwości." – tam, gdzie widzą niebezpieczeństwo, ja dostrzegam możliwości.

 

Po polsku (po angielsku troszkę, ale też nie do końca) nie dysponujemy osobami – czasem możemy zadysponować osobę, ale to też źle brzmi (https://wsjp.pl/haslo/podglad/7500/dysponowac; ew. https://wsjp.pl/haslo/podglad/40363/ktos-dysponuje-kogos-na-smierc – zupełnie nie do tego tekstu, ale ciekawe), ktoś może się oddać do dyspozycji władz albo buntować, że inni próbują dysponować jego osobą, ale wyraźnie chodzi Ci o to, że drugi oficer jest najtrzeźwiejszym podwładnym kapitana, zresztą "osoba" w sensie "ktoś" jest nowoczesna.

 

Te trzy zdania: "Budzi respekt. Wygląda tak, że nawet dziwka by mu odmówiła. Mimo to, tylko jemu mogę ufać" w ogóle się nie łączą – o co chodzi? Że oficer ma zakazaną gębę, ale jest jedynym godnym zaufania? Co ma jedno do drugiego?

 

W tym punkcie tekst zaczyna purpurowieć, nawet jak na historię o Strasznych Rzeczach Wyłażących z Morza: "Światło księżyca sączy się przez okno, dając zimną poświatę" bo światło księżyca samo jest poświatą, a nie ją daje. Za to: "jego chłodny blask kontrastuje z drżącym płomieniem świecy" to dobry obraz, nawet świetny (zimna, obojętna natura kontra krucha codzienność człowieka) – ale trzeba go pokazać, zamiast zapewniać, że jest. To samo koszmarne cienie – to one mogłyby drżeć, chociażby.

 

"Nie wiedzieć dlaczego, po prostu poczułem, że to jest coś wielkiego" wyrywa z nastroju, jest niezdecydowane i trochę nijakie (i zrymowane).

 

Ta metafora: "Stworzyłem zalążek kuli śnieżnej." jest zupełnie z innej bajki, poza tym, że "stworzyć" niczego nie można.

 

"Inwestorzy" ("fundusze" trochę też) nie bardzo pasują z fantasy i kosmicznym horrorem.

 

"Teraz stoimy nad przepaścią. Wystarczy ostatni krok, a kula przerodzi się w lawinę, by zmieść stary porządek." – to metafora tak poplątana, że śmieszna. Wyobraź to sobie, stoi nad przepaścią i robi krok? I zamiast spaść, zamienia śnieżkę w lawinę?

 

"Wyrwana strona" sugeruje brak strony, a stronę znalezioną luzem – dopiero po namyśle. Rusza się ścieżką, nie "po ścieżce".

 

"Łatwo nie będzie. Trudne Ci się trafiło. Potrzebuje Pan zdobyć jedną z dwunastu legendarnych koszulek kolczych z Pragi." dlaczego raz jest "Ty" a raz "Pan"? I po co mówić to samo dwa razy? Niełatwe – to przecież właśnie trudne!

 

"Wszystkie bezcenne artefakty zostały stworzone podczas pełni, każda w innym miesiącu, ale tego samego roku." brzmi tak, jakby wszystkie w ogóle artefakty zostały wykute (nie "stworzone"!) w czasie pełni, nie tylko te koszulki – i w ogóle Bogusław tłumaczy jak krowie na rowie (oraz zasuwa reklamą jak YouTube).

 

"Gdy Mistrz z Pragi zwieńczył dzieło Grudniową, odszedł, zabierając wiedzę ze sobą. Zabrał też trzy Księżycówki do naszego świata." to też mylące – mistrz odszedł z ich świata do innego, czy z innego do ich? I to "zwieńczył dzieło Grudniową"…

 

"Jeśli potwierdzi Pan zainteresowanie, obiecuję pomoc w negocjacjach." – zdanie bardzo nowoczesne, wręcz korporacyjne. Co ono robi w tekście, w którym Straszne Rzeczy Wychodzą z Morza?

 

"Sadzonka nowego okrętu przekracza budżet pojedynczego miasta." – budżet brzmi nowocześnie, a w ogóle powinno być: koszt zakupu sadzonki przekracza budżet (albo: możliwości).

 

Smukłość i niezniszczalność nie wiążą się jakoś specjalnie same z siebie, więc: "Dziób nie jest smukły, jest niezniszczalny." nie ma sensu bez mocniejszego przeciwstawienia, np.: Dziób nie jest smukły, ale jest niezniszczalny.

 

"Jeśli spełni zadanie i tak uwiecznią je na obrazach." "i tak" sugeruje, że statek zostanie zniszczony albo coś w tym rodzaju – poza tym nie do końca wiem, do czego odnosi się zaimek (uwiecznią zadanie?).

 

"Wodowanie nie było pierwsze, natomiast było pierwszym oficjalnym. Każdy chciał zobaczyć początek odrodzenia floty bałtyckiej, bez względu na warstwę społeczną, z której pochodził." co chcesz tu powiedzieć? I jak się te zdania łączą? I co ma do tego bardzo "naukowa" "warstwa społeczna"? Miałeś masę miejsca, żeby opisać gapiów (wcale nie trzeba było o nich dużo mówić, tylko zasygnalizować) – czemu tego nie zrobiłeś?

 

"Szkutnicy wzięli to pod uwagę, obliczając wymagany balast." – nie wątpiłam w fachowość szkutników – powinnam? Wzięli to pod uwagę przy obliczaniu balastu.

 

Jak się człowiek postara, to wydobędzie sens ze zdania: "Stamtąd luneciarz ma wypatrywać zagrożeń, zanim takowymi się jeszcze staną.", ale uprzejmiej by było napisać od razu jasno, np.: stamtąd luneciarz będzie zawczasu widział wszystko, co mogłoby nam zagrozić.

 

"Odpalić" w fantasy można świecę od świecy, a z dębem piorunowym nie byłabym taka pewna.

 

"Zwierz ów nie był jeszcze zwany Bałtyckim." no, nie, bo był zwany "oceanicznym" – sam tak powiedziałeś (i czemu dużą literą?).

 

Szyk zdania: "Dumni mieszkańcy pierwszego nazwali "Potęgą", a drugiego "Honorem" powoduje, że nie wiadomo, czego to byli mieszkańcy: Dumni mieszkańcy nazwali pierwszego (jednego) "Potęgą", a drugiego "Honorem".

 

Dlaczego "granica oddzielająca oba osobniki została naruszona" a nie po prostu: mur rozdzielający dwa osobniki? Bo "oba" tutaj jest błędem (https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842880), a oddzielać można coś od czegoś – dwie rzeczy można rozdzielać. "Konsekwencją owej omyłki było spłodzenie i ostatecznie wydostanie się krakeniątek na otwarte wody poza zatokę." niewiedzy, nie omyłki (i mamy kolejny motyw – paszczakostwa – który podejmujesz na chwilkę i porzucasz), a otwarte wody to właśnie wody poza zatoką, więc wystarczy jedno.

 

"Następne lata obfitowały w konsekwencje omyłki." brzmi fatalnie – i przecież obfitość to raczej coś, z czego trzeba się cieszyć, dużo dobrych rzeczy, a nie dużo złych.

 

To, że Zygmunt kazał zabić stare krakeny nie zmieniło faktu, że kazał je zabić za późno? Pewnie – tylko jak miałoby go zmienić, skoro było jego składnikiem?

 

Tutaj nastrój zepsuła dosłowność: "śmierdzi rybą. Gdy głęboko się zaciągnę, wyczuwam woń przygody" – to rybą czy przygodą? To "zaciąganie" też nie bardzo. Przygoda pewnie ma koniec, ale czy ten koniec jest miejscem? A skarb nie bardzo może być nie w miejscu.

 

Nie "wszystko wskazuje, że", tylko "wszystko wskazuje na to, że".

 

"Myśleliśmy, że widzimy ciemną chmurę. Ta jednak przemieszczała się pod wiatr" a może tak: Myśleliśmy, że widzimy ciemną chmurę, lecz płynęła pod wiatr?

 

Szyk "Krwawy deszcz spadł na pokład, resztki opalonych piór, przypalonego mięsa." wskazuje, że deszcz spadł na resztki piór – powinno być: Na pokład spadł krwawy deszcz, resztki opalonych piór, przypalonego mięsa.

 

Słowo "zasugerować" bardzo niefantastyczne. Mógł napomknąć, na przykład. Równie mało fantastyczne jest "profilaktycznie" jest mało fantastyczne

 

Co to znaczy: "paradoksalnie, nie okłamałem ich" O ironio, nie okłamałem ich? Co to jest paradoks? https://wsjp.pl/haslo/podglad/36536/paradoks

 

Czy "Przejmij zapis do dziennika." to żargon? Nie znam się na żeglarskiej mowie, więc nie wiem.

 

Tu: "Kraken rośnie stopniowo w oczach." "stopniowo" jest w złym miejscu, ale w ogóle trzeba je wyciąć, bo tylko osłabia zdanie (jeśli kraken ma rosnąć złowieszczo, lepiej to trochę opisać) – przecież "rosnąć w oczach" to rosnąć szybko (https://www.korektortekstu.pl/definicja/rosnac-w-oczach).

 

"Chwilami znika za falami. Innym razem, gdy okręt unosi się na grzbiecie jednej z nich, znów go dostrzegamy. Za każdym razem jest większy i większy." mamy tu rym, ale w ogóle za wesoło tu, jak na pokład statku ściganego przez krakena. Ponadto "większy i większy" to anglicyzm – my mówimy "jest coraz większy", ale skoro już rośnie w oczach, nie ma potrzeby tego powtarzać. "Innym razem" takie swobodne i beztroskie – nie pasuje tutaj, a "jednej z nich" to jawna próba uniknięcia powtórzenia, ale brzmi okropnie.

 

Może być dobry znak albo oznaka czegoś dobrego, ale nie "dobra oznaka".

 

"Spoglądam po raz ostatni przed uderzeniem na Kompas Nienawiści." brzmi tak, jakby kapitan uderzał w kompas.

 

Do czego: "Zostało tuzin sążni." ?

 

Poza tym, że ta fraza jest purpurowa: "Kły obrazują lęk pierwotny, drzemiący w każdym z nas. Dlaczego są tak wielkie?" wyrywa z zawieszenia niewiary. Przecież kapitan pisze tę frazę, patrząc na te kły, które go zaraz przegryzą! Także okrzyk "nie!" trudno brać poważnie – reszta reakcji narratora spokojnie by przekazała to, co trzeba (no, może mógłby dziennik upuścić, zamiast go porządnie zatrzaskiwać). Rozumiem, że facet czuł przegryzanie na własnej skórze, ale istnieją pewne granice melodramatu.

 

Komentarz filozofa: "Zmysły stopniowo przenoszą się do tu i teraz, opuszczają spisane emocje kapitana." – zmysły to zdolności zwierzęce, nierozerwalnie powiązane z ciałem i są tam, gdzie ciało. Na pewno nie "w spisanych emocjach". 

 

Purpurowa jest też fraza: "Blask słońca przynosi zrozumienie.". Bardzo.

 

Zdanie: "Upewniam się, że ptactwo nie rozdziobie do reszty szczątków, rozrzucając po wierzchu kawałki fulgerytu." źle się parsuje i jest poprawne, ale ledwo i na siłę (ale już trochę rozdziobało? Nocą?).

 

Resztę porozbijanych szczątków Twego okrętu przyślę Ci na dowolnie podany (na priv) adres e-mail.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Bardzo ciekawa wizja świata altrernatywnego, a do tego słowiańska. Mi tam rum nie zazgrzytał, choć faktycznie na morzu zrobił karierę później. Tekst trochę chaotyczny, przez mnogość stron opowiadania, ale bardzo ciekawy.

delulu managment

Tarnina

Przygotowałaś głęboką analizę, na którą będę potrzebował czasu.

Dzięki za poświęcony czas, postaram się wszelkie uwagi przekuć na lepszy warsztat i sprawniejsze władanie naszym wspólnym orężem – językiem polskim.

Jeszcze raz bardzo dziękuję.

 

Ambush

Ten świat nie jest tylko alternatywnym ale i równoległym względem naszego.

Zabieg z puzzlami do ułożenia pozwalał poukładać wydarzenia w całość, co stanowiło formę zabawy i części osób się udało. Zdaję sobie sprawę, że widok rozrzuconych kawałków układanki, może wiele osób denerwować na początku, zwłaszcza jak mają do przeczytania ponad dwadzieścia tekstów. Nie miałyście lekko.

 

śniąca

Na twoim miejscu tekst bym porzucił na starcie, nie mając pojęcia co się dzieje. Mówię o perspektywie, gdzie miałaś do przeczytania ponad dwadzieścia opowiadań. Sam jeszcze nie przeczytałem wszystkich, a wy musiałyście je dodatkowo przeanalizować i ocenić. Tym bardziej cię rozumiem.

Natomiast jeśli miałabyś więcej czasu, pewnie udałoby ci się ułożyć układankę i wtedy satysfakcja gwarantowana ;)

Dziękuję za dobre słowa o warsztacie.

 

yes

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Anet

Wernyhora przepowiedział, że wpadniesz i będzie: Sympatycznie :)

No popatrz, przeznaczenia nie oszukasz ;)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka