osoba, schowanie, asteroida
Tekst nie był betowany w trosce o zachowanie anonimowości.
osoba, schowanie, asteroida
Tekst nie był betowany w trosce o zachowanie anonimowości.
I
Mój ojciec wiele opowiadał mi o Małym Księciu. O jego włosach koloru pszenicy, o Róży, którą się opiekował, o Baranku, którego mój ojciec mu narysował i o tym, jak Mały Książę nigdy nie rezygnował z raz zadanego pytania.
Na łożu śmierci kazał mi obiecać, że odnajdę Małego Księcia i sprawdzę, czy Baranek nie zjadł Róży. Całe życie prześladowała go myśl, że brak narysowanego skórzanego paska spowoduje tragedię na planecie chłopca. Musiałem sprawdzić, czy wszystko jest z nim w porządku.
II
Ojciec nauczył mnie wielu rzeczy. Dzięki niemu świetnie pilotowałem statek kosmiczny, miałem świetną orientację we wszechświecie i rękę do rysunków. Uważał, że rysuję od niego o wiele lepiej, choć ja się z tym nie zgadzałem. Nikt nie szkicował tak wymownie otwartych i zamkniętych węży boa jak on.
Wkrótce wylądowałem na asteroidzie B 612, lecz nikogo nie zastałem. W kilka kroków obszedłem całą planetę i jedyne, co ujrzałem, to: trzy wygasłe wulkany, klosz oraz krzewy baobabów. Dziwne, że nie rozsadziły planety. Przyjrzałem się im… Zwiędły. Tylko dlatego oszczędziły asteroidę.
Ale gdzie znajdował się Mały Książę?
Nagle zapadła noc, a ja przemierzając planetę, potknąłem się o coś. Po chwili zaczęło wstawać Słońce i już wiedziałem, na co wyklinać. Winowajcą było krzesło.
Nagle mnie olśniło. Mały Książę przecież uwielbiał zachody słońca! Siedział na tym krześle, przesuwał je, by móc jak najczęściej oglądać ten niesamowity spektakl wystawiany przez naturę…
Jeśli Mały Książę żył, to z pewnością przeniósł się na planetę, na której można było często oglądać zachody słońca.
III
Wszechświat jest ogromny, niektórzy mówią nawet, że nieskończony. Jak w takim razie miałem odnaleźć małego chłopca w żółtym szaliku?
Gdyby nie przysięga złożona ojcu leżącemu na łożu śmierci, pewnie zaniechałbym tej próby. Niespełniona obietnica nie dawałaby mi spokoju; musiałem więc odnaleźć Małego Księcia, choćby mi to zajęło całe życie.
IV
Pierwszą planetą, którą odwiedziłem podczas mojej podróży, była asteroida B 325. Nadal władał nią Król, który uwielbiał rozkazywać, ale bardzo cierpiał, bo nie miał komu.
Toteż gdy tylko mnie zobaczył, zawołał:
– Oto i mój poddany!
– Dzień dobry, Wasza wysokość… – Ukłoniłem się lekko. Trochę poczułem się jak głupiec, ale jeśli chciałem uzyskać jakiekolwiek informacje, musiałem mu się przypodobać.
– Witam cię, poddańcze – odrzekł zadowolony Król. – Skąd przybywasz?
– Z planety Ziemia…
– O! – zawołał, podniósłszy się nieco na tronie. – Mają tam królów?
– Tak, i to wielu… Chciałem cię zapytać, Najjaśniejszy Panie…
– Rozkazuję ci pytać.
– Czy nie widziałeś w ostatnim czasie małego chłopca… O złotych włosach i w żółtym szaliku? Może też coś opowiadał o Róży… Albo o zachodach słońca?
– Hm, hm – zastanawiał się Król. – Był tu taki, ale daaawno temu. Chciałem go mianować Ministrem Sprawiedliwości, lecz i tak mnie opuścił. Nie okazał się wiernym poddanym, toteż nie interesują mnie jego dalsze losy.
– Rozumiem.
Zapadła cisza. Rozejrzałem się po malutkiej planecie i wzruszyłem ramionami.
– Dziękuję więc… za wszystko – powiedziałem, choć nie miałem za co dziękować. Odwróciłem się, by wsiąść do statku unoszącego się tuż przy asteroidzie.
– Czekaj! – zawołał Król. – Nie wiem, gdzie jest Mały Książę, ale wskażę ci osobę, która może wiedzieć, gdzie on się znajduje. Mam tylko jeden warunek. Zostań ze mną na… cztery zachody słońca i spełniaj moje rozkazy.
Zgodziłem się, bo dni na asteroidzie B 325 mijały bardzo szybko. Rozkazy były łatwe do spełnienia: raz miałem coś opowiedzieć o Ziemi, raz miałem stanąć na głowie (dla mnie to akurat jest proste), a innym razem miałem się głośno śmiać, bo Król już zapomniał, jak brzmi śmiech.
W końcu minęły cztery zachody Słońca i Król dotrzymał obietnicy.
Na asteroidzie B 330 powinienem był znaleźć Geografa, który posiadał mapy większości układów planet w najbliższym otoczeniu. Mógł też wiedzieć, na których z nich można najczęściej oglądać zachody słońca.
Potem Król władczym tonem nakazał mi opuścić planetę.
V
Na szczęście droga do asteroidy B 330 była prosta i nie nastręczała trudności. Zastałem Geografa przy biurku, tak jak wiele lat temu zastał go Mały Książę.
– Oto i Eksplorator! – zawołał radośnie Geograf, odrywając spojrzenie od jakiejś dużej mapy. – Skąd przybywasz, młodzieńcze?
– Z planety Ziemia – odpowiedziałem. – Poszukuję…
– O! – przerwał mi mężczyzna. – Słyszałem, że jest ogromna! Ile macie tam rzek? Ile gór? A ile mórz?
– Nie wiem, nie liczyłem…
– Jak to? Jak możesz mieszkać w tak fascynującym miejscu i nie wiedzieć, ile jest gór, rzek i mórz?
– Ziemia jest ogromna, a ja się nie zajmuję liczeniem…
– O! – zdziwił się Geograf, zmrużył oczy i jednocześnie zmierzył mnie spojrzeniem. – Ale to dlatego, że jesteś młody. Jak będziesz dorosły, to będziesz ciągle liczył.
– Nie wydaje mi się…
– Będziesz liczył godziny, dni, tygodnie, pieniądze, odległości, ile masz przejechać tym samochodem, ile masz jeszcze zapłacić, ile wytrzymać… Tak, tak, u dorosłych “ile” jest słowem kluczowym.
Poczułem irytację. Potrzebowałem znaleźć Małego Księcia, a nie wykładu o słowie “ile”. Wziąłem głęboki wdech:
– Czy wie pan może, gdzie teraz znajduje się Mały Książę? Mały chłopiec o złotych włosach i w żółtym szaliku…
Geograf zastanawiał się przez chwilę, marszcząc brwi. Patrzył na mnie intensywnie, po czym zapytał:
– A ile jest rzek, mórz i gór na Ziemi?
Zacisnąłem oczy i pięści.
– Tysiąc pięćset sto dziewięćset – odparowałem złośliwie. Obserwowałem ze zdumieniem, jak Geograf zapisywał moje słowa.
– …sto… dziewięćset – mruknął, po czym spojrzał na swoje zapiski z ukosa. – Dziwna liczba.
– To wie pan, gdzie znajduje się Mały Książę?
Oderwał wzrok od notatek i spojrzał na mnie przeciągle. Po kilku sekundach odsunął się od biurka i wyciągnął z szuflad kilka map.
– Gdy ostatnio mnie odwiedził, mówił ciągle o jakiejś Róży i zachodach słońca… Na żadnej planecie w okolicy nie znajdziesz róż, z wyjątkiem planety Ziemia, ale wątpię, by tam się wybrał. Tam za rzadko występują zachody słońca, a za często występują węże, których chłopak panicznie się boi. Sprawdziłbym więc planety, na których można praktycznie co chwilę oglądać wschody i zachody słońca…
Po czym zakreślił na mapach asteroidy, które, jego zdaniem, powinienem był sprawdzić.
Zabrawszy kartki, podziękowałem mu i się pożegnałem. Wyruszyłem w drogę z nową nadzieją.
VI
Najbliższą planetą zakreśloną na mapie przez Geografa była asteroida B 427. Ponieważ nie była tak malutka jak ta władana przez Króla, musiałem na niej wylądować, by się dokładniej rozejrzeć.
Jednak znalazłem na niej tylko Polityka. Był ubrany w garnitur i trzymał uśmiechniętą maskę, podobną do tych z dramatów greckich.
– Oto i mój niewolnik! – zawołał radośnie.
– Słucham? – Aż przystanąłem.
– To znaczy… Wyborca, szanowny obywatel – poprawił się. Przyłożył uśmiechniętą maskę do twarzy. – Zawsze mam na względzie dobro obywateli.
Bez słowa poszedłem dalej, poszukując Małego Księcia lub jakiegokolwiek śladu po nim. Gdy okrążyłem planetę i nic nie znalazłem, wróciłem do Polityka.
– Widział pan może Małego Księcia? Chłopca o złotych włosach i w żółtym…
– Oczywiście, że tak!
Moje serce podskoczyło do gardła.
– Jejku, naprawdę? Kiedy?
Polityk odsunął uśmiechniętą maskę od twarzy. Był lekko zakłopotany.
– Ekhm… To znaczy, nie, nie widziałem żadnego chłopca…
– Co?
– Nie widziałem żadnego chłopca, w ogóle nikogo nie widziałem od dłuższego czasu…
– To dlaczego mówi pan, że go widział, skoro go pan nie widział?
– Nie wiem. Tak już mam.
– Czyli co, chce mi pan wmówić, że tak już pan po prostu ma, że kłamie?
– To nie ja, to moi poprzednicy.
Westchnąłem głęboko.
Bez pożegnania wsiadłem do statku kosmicznego. W kabinie wyjąłem mapę i przekreśliłem na niej asteroidę B 427.
Skierowałem się do następnej wyznaczonej przez Geografa – B 531.
VII
Planetę B 531 zamieszkiwał Urzędnik skarbowy.
– Oto i mój podatnik! – krzyknął, odrywając spojrzenie od jakichś dokumentów, które ścieliły się gęsto na mahoniowym biurku. – Rozliczyłeś każdą rzecz, którą sprzedałeś w internecie?
– Słucham? – wyrwało mi się. – Nie wiem, o czym pan mówi. Ale może zechce mi pan pomóc… Szukam małego chłopca…
– Trzeba wszystko rozliczyć, nawet jak sprzedajesz toster, młodzieńcze, czy zużyte buty, porządek musi być!
– Ja rozumiem, ale ja przecież tu nawet nie mieszkam…
– Będzie kara! – Urzędnik wstał gwałtownie. Fotel na kółkach odjechał do tyłu i po chwili spadł z asteroidy. – Będzie kara! Wszystko trzeba rozliczać na bieżąco!
– Krzesło panu spadło…
Mężczyzna obejrzał się za siebie. Wrócił spojrzeniem do mnie.
– Za to też mi zapłacisz!
– Co? Ale ja nic nie zrobiłem…
– Nie zapłaciłeś! A za to, że tu stoisz i zużywasz powietrze… Też nie zapłaciłeś! Podatek od powietrza i zajmowania przestrzeni publicznej wzrósł o dwa procent!
Nie było sensu dyskutować z nim dłużej. Obróciłem się na pięcie i wsiadłem do statku.
Mały Książę miał rację – dorośli byli bardzo dziwni…
VIII
Kolejna planeta znacznie różniła się od poprzednich.
Przede wszystkim była kilkakrotnie większa i bogatsza w kolory. Podczas gdy asteroidy Króla, Geografa, Polityka i Urzędnika skarbowego pokrywał jedynie szary popiół wulkaniczny, na asteroidzie B 621 gęsto ścieliły się kwiaty.
Bo na niej mieszkał Ogrodnik.
Nie znalazłem tam Małego Księcia, ale znalazłem spokój. Uznałem, że należy mi się odpoczynek – nie robiłem przerwy, odkąd opuściłem Ziemię.
A planeta B 621 oferowała najlepsze warunki do wypoczynku. Po pierwsze: Ogrodnik nic nie mówił. Nie wiem, czy był niemową, czy milczał z wyboru. W każdym razie, po dziwnych wymianach zdań z poprzednimi rozmówcami, milczenie Ogrodnika okazało się zaletą. Po drugie: asteroida stanowiła jeden wielki ogród, podobny do tych, które można zobaczyć na Ziemi.
Pożyczałem więc od gospodarza leżak, zajmowałem miejsce w centrum ogrodu i odpoczywałem.
Zamykałem oczy i pozwalałem, by moją twarz muskał delikatny, ciepły wiatr. Wokół mnie szumiały gęste trawy i gałęzie jabłonek.
Potem rozchylałem powieki i napawałem się widokiem. Krzewy białego i fioletowego bzu uginały się powabnie pod wpływem wiatru. Róż na drzewach wiśni i zieleń fikusów również ulegały pływom powietrza, liście wyglądały, jakby próbowały tańczyć. Ogromne rabaty czerwonych i żółtych tulipanów ścieliły dywan, rozciągający się prawie po sam horyzont. O wschodzie słońca niebo nabierało jasnozielonej barwy, a o zachodzie – jasnoniebieskiej.
Któregoś razu przyszło mi do głowy, że z pewnością spodobałoby się tu Małemu Księciu. Ta myśl przypomniała mi o misji, której wciąż nie spełniłem. Poszedłem więc po mapę i studiowałem ją uważnie, siedząc na leżaku.
W pewnym momencie podszedł do mnie Ogrodnik. Zapytał oczami, czy może sprawdzić, co tak przeglądam. Oczywiście mu pozwoliłem, przecież mnie gościł już od tak długiego czasu. Oglądał mapę, gdy nagle jego twarz przybrała wyraz zaskoczenia. Odszedł i zniknął za krzewami bzu. Po chwili wrócił z czerwonym pisakiem w dłoni. Zaczął kreślić coś na mojej mapie.
Odruchowo chciałem krzyknąć i wyrwać kartkę, bo przestraszyłem się, że mi ją zniszczy. Ale gdy zobaczyłem, że na jednej planecie rysuje róże z kolcami… Serce zabiło mi mocniej.
– Planeta róż? Cała w różach? – zapytałem, nie dowierzając.
Przytaknął.
Patrzyłem na niego i czułem, jak bolały mnie oczy, bo tak je wytrzeszczałem. Miałem ochotę się zerwać i natychmiast pobiec do statku.
“Ale Mały Książę kochał tylko jedną Różę… Więc to by do niego nie pasowało…” – pomyślałem, a entuzjazm całkiem ze mnie wyparował.
Wróciłem spojrzeniem do krzaków bzu. Za nimi właśnie zachodziło słońce, jasnoniebieska poświata przesłaniała horyzont.
“Z drugiej strony…” – myślałem dalej. “I tak muszę sprawdzać każdą planetę oznaczoną przez Geografa. A ta z różami jest jednocześnie tą, na której można często oglądać zachody słońca!”.
Wstałem z leżaka tak gwałtownie, że Ogrodnik nieco się przestraszył.
– Przepraszam – wydukałem. – Muszę ruszać. Bardzo panu dziękuję za gościnę.
Mężczyzna nieco posmutniał, ale pokiwał głową na znak, że rozumie.
– Odwiedzę pana po drodze… Jak będę wracał!
Ciepło i uśmiech wystąpiły na twarzy Ogrodnika.
Na drogę podarował mi szarlotkę i poklepał po plecach.
Wsiadłem do statku i go uruchomiłem. W piersi rozpierała mnie radość, ale jednocześnie w gardle dusił niepokój.
IX
To była najdłuższa podróż bez przystanków. Planetę zaznaczoną przez Ogrodnika rozpoznałem bez trudu, i to z bardzo daleka. Spodziewałem się wielu róż na asteroidzie, ale nie asteroidy dosłownie zalanej różami…
Z pewnym wahaniem wylądowałem na planecie. Nie chciałem zgnieść kwiatów, jednak nie miałem wyjścia. Gdy wyszedłem na zewnątrz, od razu go zobaczyłem.
Chłopiec o złotych włosach i w żółtym szaliku podlewał wielką konewką swoje róże. Nieopodal stało krzesło służące do obserwacji zachodów słońca. Bez wątpienia odnalazłem Małego Księcia.
Powoli odłożył konewkę na ziemi i jeszcze wolniej się wyprostował. Spojrzał mi twardo w oczy.
– Kim jesteś i co robisz na mojej planecie?
Nie spodziewałem się tak ostrego tonu. W opowieściach mojego ojca Mały Książę był po prostu chłopcem i zachowywał się jak chłopiec. A tutaj miałem dziecko z wyglądu, ale dorosłego z zachowania.
– Mój ojciec… Kiedyś spotkałeś mojego ojca… na Ziemi – dukałem, prawie kuląc się pod wpływem jego ostrego spojrzenia. – Narysował ci Baranka, który miał zjadać krzewy baobabów i… ale zapomniał dorysować skórzany pasek i martwił się, że Baranek zjadł twoją Różę… Kazał mi obiecać, że cię odnajdę i sprawdzę, czy wszystko jest w porządku…
– Nic nie jest w porządku. Baranek zjadł Różę. A Róża przekłuła mu kolcami przełyk i też umarł.
Sparaliżowało mnie ze zgrozy. Mój ojciec przez całe życie miał z tyłu głowy tę natrętną myśl, że zdarzy się to, co się właśnie zdarzyło. Podróżowałem tyle kosmicznych mil, by się dowiedzieć, że… wszyscy najbliżsi Małego Księcia odeszli. By się dowiedzieć, że Mały Książę już nie jest dzieckiem. Wydoroślał. Nie wiem, co było większym rozczarowaniem.
Rozejrzałem się. Otaczało nas morze róż.
– Skąd masz tyle róż? – zapytałem i zauważyłem, że bryły lodu w jego oczach nieco stopniały.
– Z Ziemi. – Wzruszył ramionami. – Po spotkaniu z twoim ojcem byłem tam jeszcze parokrotnie.
Przełknąłem to stwierdzenie. Ojca na pewno zabolałby fakt, że Mały Książę go nie odwiedził.
Chrząknąłem i mimowolnie spojrzałem na swój statek.
– Przepraszam, że przygniotłem ci kwiaty… – powiedziałem, obawiając się wybuchu gniewu czy smutku.
Ale on tylko wzruszył ramionami.
– Tego kwiatu całego światu – skwitował lekceważąco.
Nie wierzyłem, że to była ta sama osoba, którą przed laty spotkał mój ojciec. Mały Książę stał się zgorzkniały, marudny. Smutny. Dziwny.
Jak dorośli, których spotykałem po drodze.
– Na pewno bardzo przeżyłeś śmierć Róży… Była dla ciebie tą jedyną…
Nagle na jego twarzy wystąpiła tak gwałtowna zmiana, że aż się zaniepokoiłem. Uśmiechał się szyderczo.
– Jesteście bardzo naiwni. Wszyscy uwierzyliście w tę bujdę z Różą… Że była dla mnie tą wyjątkową, że ten czas, który jej poświęcałem, sprawiał, że jest jedyna w swoim rodzaju, bla bla…
Poczułem, że zbladłem. Zakręciło mi się w głowie.
– Czyli… to nie była prawda? – szepnąłem, bo zaschło mi w gardle.
– Rozejrzyj się. Tu są dziesiątki róż. Setki. Tysiące. I wszystkie są piękne. O wszystkie dbam. Dlaczego tylko jedna miałaby zasługiwać na opiekę, na czułość, na miłość?
Milczałem. Kołatały mi się w głowie różne myśli i nie były one przyjemne.
– No ale… – odważyłem się odezwać po chwili. – Ale czy nie jest tak, że jeśli je wszystkie czynisz wyjątkowymi, to już właściwie żadna nie jest wyjątkowa?
Mały Książę machnął ręką.
– Cóż… Najwidoczniej jestem typem, który lubi skakać z kwiatka na kwiatek.
Nachylił się nad nimi i… zaczął je liczyć.
– Jedna, druga, trzecia, czwarta…
W brzuchu poczułem mdłości, a w oczach nadchodzące łzy. Mały Książę liczył kwiaty, dokładnie jak Biznesmen na asteroidzie B 328 liczył gwiazdy… Jak Geograf liczył rzeki i morza…!
– Żegnaj, Mały Książę – powiedziałem szybko, bo nie chciałem, żeby zobaczył moje łzy.
Ale on nawet nie podniósł głowy.
– Żegnaj – powiedział odczepnie i wrócił do liczenia kwiatów.
Wsiadłem do statku i zasunąłem śluzę. Zająłem miejsce przed kokpitem, włączyłem autopilota. Łzy zasłaniały mi widoczność, nie mogłem prowadzić.
Wzbijając się w powietrze zobaczyłem przez okno ostatni raz Małego Księcia, który nieprzerwanie liczył swoje róże.
X
Spełniłem prośbę ojca, lecz czułem się tak, jakbym jej nie spełnił. To, co się przydarzyło Małemu Księciu nie było moją winą, a jednak czułem się winny.
Wróciłem prosto na Ziemię, nie odwiedziwszy po drodze Ogrodnika. Postanowiłem przylecieć do niego, jak tylko nabiorę sił. W tamtym momencie nie chciałem nikogo spotykać.
Siedząc na fotelu, przeglądałem rysunki ojca. Ten z baobabami, które zarosły planetę leniucha, był naprawdę świetny.
Zastygłem przy ostatnim rysunku. Dla każdej innej osoby ten szkic wydawałby się nic nie wartym, ale ja znałem jego wagę.
Rysunek przedstawiał miejsce, w którym ojciec widział Małego Księcia po raz ostatni. Kiedy chłopca ukąsił wąż i tym sposobem odesłał go do domu.
Odłożyłem rysunki, wstałem i wyjrzałem przez okno, wpatrując się w granatowe niebo i złote gwiazdy. Wielokrotnie widziałem, jak robił to mój ojciec. Twierdził wtedy, że słyszy śmiech Małego Księcia, który przypominał tysiące dzwoneczków.
Nasłuchiwałem, ale nie dotarł do mnie żaden śmiech.
Jakie to ładne… A jakie smutne :( Mały Książę dorósł, zgorzkniał i stracił całą dziecięcą radość…
Bardzo ładnie napisany tekst. Jest mapa, jest podróż, może przygód trochę mało, za to zwrot akcji nieoczekiwany.
Nadal na niej piastował Król…
To mnie tylko zatrzymało na chwilę – piastował kogo, co? Trochę nieskładnie.
Poza tym jest elegancko i czytało się całkiem przyjemnie :)
Spodziewaj się niespodziewanego
Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,
ślad swój zostawiłam,
uważnie przeczytałam,
za udział podziękowałam;
bruce :)
Pecunia non olet
Hej, @Nana!
Dziękuję za miłe słowa :) Niestety jest to smutne, mimo moich starań, opowiadanie musiało się tak skończyć.
Nadal na niej piastował Król…
To mnie tylko zatrzymało na chwilę – piastował kogo, co? Trochę nieskładnie.
Masz rację, już poprawiam.
Pozdrawiam serdecznie!
Witam szanowną jurorkę @bruce 

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Pecunia non olet
Melduję, że przeczytałam.
Pisanie to latanie we śnie - N.G.
Hej, tak to już jest, że czasem nie warto spotykać ludzi z opowieści, bo można się rozczarować:). Nie wiem czy tak nauka płynie z przygody naszego bohatera. Nie jestem też pewien czy trzeba znać Małego Księcia by dobrze odczytać Twoje opowiadanie. Wiem na pewno, że Mały Książę nie był lekturą która mnie porwała, za to opowiadanie czytało się całkiem przyjemnie :). Klikam i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Hej!
Uważał, że ja rysuję od niego o wiele lepiej, choć ja się z tym nie zgadzałem.
Jedno “ja” myślę, że jest niepotrzebne.
Bardzo ciekawy pomysł na losy Małego Księcia, gdy już dorośnie. Czasem wyrzucamy sobie sytuacje w których zawiniliśmy, kiedy druga strona, teoretycznie pokrzywdzona, nawet pięciu sekund o nich nie myśli.
Kto by pomyślał, że Mały Książę będzie wpisywał się w definicje Geografa o dorosłych, czyli życie mottem “ile”.
Klikam.
– Tysiąc pięćset sto dziewięćset – odparowałem złośliwie.
Śmieszna wstawka. :D
Pozdrawiam serdecznie!
You cannot petition the Lord with prayer!
Witam drugą jurorkę @śniąca,
Cześć, @Bardjaskier,
Hej, tak to już jest, że czasem nie warto spotykać ludzi z opowieści, bo można się rozczarować:). Nie wiem czy tak nauka płynie z przygody naszego bohatera.
Nie myślał_m o tym, ale moim zdaniem każda interpretacja jest właściwa, bo po to jest sztuka, żeby ją interpretować na własne potrzeby.
Nie jestem też pewien czy trzeba znać Małego Księcia by dobrze odczytać Twoje opowiadanie.
Raczej tak, ale kto nie zna? Chyba nie ma takiej osoby, a na pewno nie tu ;p
Wiem na pewno, że Mały Książę nie był lekturą która mnie porwała, za to opowiadanie czytało się całkiem przyjemnie :). Klikam i pozdrawiam :)
O, to tym bardziej się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, pozdrawiam również!
Witaj, @MichaelBullfinch,
Uważał, że ja rysuję od niego o wiele lepiej, choć ja się z tym nie zgadzałem.
Jedno “ja” myślę, że jest niepotrzebne.
Masz rację. Usunięte.
Czasem wyrzucamy sobie sytuacje w których zawiniliśmy, kiedy druga strona, teoretycznie pokrzywdzona, nawet pięciu sekund o nich nie myśli.
Bardzo trafne spostrzeżenie.
Kto by pomyślał, że Mały Książę będzie wpisywał się w definicje Geografa o dorosłych, czyli życie mottem “ile”.
Prawda? Bardzo to smutne.
Klikam.
Dziękuję :)
– Tysiąc pięćset sto dziewięćset – odparowałem złośliwie.
Śmieszna wstawka. :D
Hehe, też mnie bawi. Tym bardziej że Geograf zapisał liczbę…
Pozdrawiam również serdecznie!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Przeczytałem jakiś czas temu. Uznałem, że opowiadanie błyskawicznie trafi do biblioteki. Jest naprawdę dobre! Fajnie wpasowałeś się (zwrot do anonima, ale podejrzewam, że autorem jest kobieta) w styl pierwowzoru. Przynajmniej tak zakładam, bo czytałem dawno i fanem nie jestem.
Historia gorzka, ale chyba i tak zakończenie lepsze niż w oryginale.
“Mały Książę” zawsze na propsie. Bardzo mi się kiedyś spodobała ta książka.
Smutne, że książę dorósł. Ale tak chyba musi być. Szkoda, że w taki sposób, bo poszedł z rozwojem z nieodpowiednią stronę. Zdarzają się przecież fajni dorośli. Ciepli i sympatyczni. Prawda?
Mam wrażenie, że traktujesz asteroidy i planety jak synonimy. A raczej nimi nie są.
Pożyczałem więc od gospodarza leżak, zajmowałem miejsce w centrum planety i odpoczywałem.
W jądrze planety? ;-)
Babska logika rządzi!
Cześć, @AP,
dziękuję za klika!
Uznałem, że opowiadanie błyskawicznie trafi do biblioteki.
No, ja też, ale heh, mały ruch tu ostatnio. Chyba wszyscy się skupiają na pisaniu własnych opowiadań, bo deadline już blisko.
Fajnie wpasowałeś się (zwrot do anonima, ale podejrzewam, że autorem jest kobieta)
:D
w styl pierwowzoru. Przynajmniej tak zakładam, bo czytałem dawno i fanem nie jestem.
Dokładnie, przeczytał_m “Małego Księcia” jeszcze raz przed napisaniem opowiadania.
Historia gorzka, ale chyba i tak zakończenie lepsze niż w oryginale.
A to ci komplement!
@Finklo,
Tobie również dziękuję za klika!
Smutne, że książę dorósł. Ale tak chyba musi być. Szkoda, że w taki sposób, bo poszedł z rozwojem z nieodpowiednią stronę. Zdarzają się przecież fajni dorośli. Ciepli i sympatyczni. Prawda?
No tak, ale to nie moja wina, że poszedł z rozwojem w taką, a nie inną stronę… Tak musiało być.
Mam wrażenie, że traktujesz asteroidy i planety jak synonimy. A raczej nimi nie są.
Być może, astronomem (lub astronomką? hehe… jest w ogóle takie słowo?) nie jestem, ale Antoine robił to samo, więc mam nadzieję, że mnie też to zostanie wybaczone.
Pożyczałem więc od gospodarza leżak, zajmowałem miejsce w centrum planety i odpoczywałem.
W jądrze planety? ;-)
Słuszna uwaga. Tylko jak to zmienić. Hm, hm. Może:
→ Pożyczałem więc od gospodarza leżak, umieszczałem go na środku planety i odpoczywałem.
?
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Antoine nie miał Wikipedii pod ręką, żeby sprawdzać różne drobiazgi.
Środek planety jeszcze bardziej kojarzy się z jądrem. Centrum ogrodu? Punkt z pięknym widokiem?
Babska logika rządzi!
Antoine nie miał Wikipedii pod ręką, żeby sprawdzać różne drobiazgi.
No, już bez przesady, nie można aż tak pobłażać autorom sprzed ery internetu, tylko dlatego że nie mieli dostępu do Wikipedii. Mieli dostęp do bibliotek i językowców.
Środek planety jeszcze bardziej kojarzy się z jądrem. Centrum ogrodu? Punkt z pięknym widokiem?
O, centrum ogrodu brzmi najlepiej. Albo środek ogrodu.
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Nie wiem, czy wtedy astronomowie już to dokładnie definiowali. W końcu Pluton wtedy jeszcze był planetą.
No i “Mały Książę” wyszedł podczas II światowej. To mogło nie sprzyjać wyprawom do biblioteki…
Ale OK – to jest jakiś argument, że trzymasz się stylu pierwowzoru.
Babska logika rządzi!
Ale OK – to jest jakiś argument, że trzymasz się stylu pierwowzoru.
Tak, właśnie o to chodzi. Ale zachowam w pamięci, że planeta to nie to samo co asteroida.
No i “Mały Książę” wyszedł podczas II światowej. To mogło nie sprzyjać wyprawom do biblioteki…
Wojna nie przeszkodziła Antoine’owi w wycieczkach samolotowych i zdradzaniu żony, więc myślę, że tym bardziej mógł się wybrać do biblioteki :)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Czekaj, czekaj, żona-kochanka-biblioteka to całkiem inny trójkąt. ;-)
Babska logika rządzi!
Byle nie bermudzki :) czy też wrocławski. Choć ten drugi jest już nieaktualny. Kiedyś tam mieszkał_m, to mogę potwierdzić.
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
No, nie wiem, nie wiem… Tożsamość Ci wcięło, została tylko osobowość, jak uśmiech kota z Cheshire… ;-)
Babska logika rządzi!
Dzięki, teraz nie zasnę w nocy. Wygooglał_m sobie tego kota, bo nie był_m pewn_, czy dobrze kojarzę.
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Oj tam, oj tam. Do nocy jeszcze mnóstwo czasu. Przeczytaj parę horrorów, to Ci ząbki kotełka znikną z pamięci. ;-)
Babska logika rządzi!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Baśniowe, smutne, a jednak z wieloma wesołymi akcentami. Niczego mi tutaj nie brakowało. Przyznam, że nie pamiętam już dokładnie historii Małego Księcia, ale podczas lektury tego opowiadania wiele szczegółów nagle do mnie wróciło. Była to więc dla mnie nie tylko podróż z asteroidy na asteroidę, ale także nostalgiczna wyprawa w przeszłość, którą bardzo przyjemnie się czytało.
Dobijam do Biblioteki!
Pozdrawiam :)
Witam jurorkę, @Tarninę,
Cześć, @Marszawo!
no i mamy to, dobiliśmy do Biblio, uf, a już zacz_ł_m się martwić ;p
Dziękuję za miły komentarz 
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

delulu managment
Zawsze lubiłam Małego Księcia, jego dziecięco-baśniową filozofię, dlatego może to opowiadanie bardzo mi się spodobało. Oczywiście, nie spodobał mi się Mały Książę, taki dorosły i antypatyczny, ale przecież tak miało być! Smutne, no cóż, trzeba to przełknąć.
Porządnie napisane, krótkimi scenkami nawiązujące do oryginału. Udało się, według mnie, odtworzyć klimat książki.
Dobrze się czytało!
Gratuluję i powodzenia! :)
Witam jurorkę, @Ambush

I smacznej kawusi! 
Cześć, @JolkaK!
Niezmiernie miło Cię widzieć! Ja też lubię Małego Księcia, ale odkąd się dowiedział_m, że autor regularnie zdradzał Różę, która niby była dla niego taka wyjątkowa, nieco popsuło mi to odbiór tej powiastki filozoficznej. Wychodzi na to, że pan Antoine był niezłym hipokrytą… A takich ludzi nie cierpię. Stąd ten tekst, żeby pozbyć się frustracji i dać wyraz swemu rozczarowaniu.
I myślę, że też między innymi dlatego to opowiadanie nie wywarło wielkiego wrażenia na czytelnikach, bo trzeba znać ten fakt właśnie, o którym wspomniał_m… Absolutnie nie mam żalu do nikogo, bo nie musimy przecież wszystkiego wiedzieć. Ale tak się zdarza pewnie każdemu pisarzowi, że któreś z jego dzieci-dzieł dla niego samego jest wyjątkowe, a na innych nie robi aż takiego wrażenia 
Niemniej i tak cieszę się, że biorę udział w konkursie i świetnie się bawię :) A to jest najważniejsze!
Dziękuję Ci jeszcze raz i do rychłego zobaczenia pod Twoimi tekstami!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Dzień dobry!
Nie wiem czy się sugerowałem “Małym Księciem” ale przez większą część opowiadania, czułem ten sam klimat, co w powieści Antoine de Saint-Exupéry. Proste, dziecięce spojrzenie na rzeczywistość. Czar prysł, gdy narrator spotkał Małego Księcia.
Przyjemnie się czytało. Dziękuję za ten tekst.
Opowiadanie było bardzo ciepłe, ale do czasu.
Jak dla mnie bohater mógłby Księciunia nie znaleźć.
Czytało się przyjemnie, ale zakończenie jak zimny prysznic.
Cześć, @nartrof!
Nie wiem czy się sugerowałem “Małym Księciem” ale przez większą część opowiadania, czułem ten sam klimat, co w powieści Antoine de Saint-Exupéry.
No i super, taki też był zamiar ;)
Proste, dziecięce spojrzenie na rzeczywistość. Czar prysł, gdy narrator spotkał Małego Księcia.
No, niestety. Nikt tego nie chciał, ale tak musiało się stać.
Przyjemnie się czytało. Dziękuję za ten tekst.
A ja dziękuję za przeczytanie i komentarz!
Dzień dobry, @MichałBronisław,
Opowiadanie było bardzo ciepłe, ale do czasu.
Jak dla mnie bohater mógłby Księciunia nie znaleźć.
Czytało się przyjemnie, ale zakończenie jak zimny prysznic.
Prawda, zakończenie jest bardzo gorzkie.
Dziękuję za odwiedziny i komentarz!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Anonimie, nie przypuszczałam, że tak się potoczą losy Małego Księcia. Szkoda, że tak się stało, ale cóż… stało się…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)
Dzień dobry, @regulatorzy,
Szkoda, że tak się stało, ale cóż… stało się…

Cześć, @Misiu,
Powodzenia w konkursie. :)
Dziękuję Ci :)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
piękne. Po prostu.
Już tylko spokój może nas uratować
Moje uszanowanie!
Naprawdę, naprawdę bardzo ładny tekst, moje gratulacje. Literatura piękna w pełnej krasie (choć opowiadanie raczej krótkie). Cóż, od początku spodziewałem się, że będzie wzruszająco, ale skończyło się okrutnie przygnębiająco. I tego nie przewidziałem. No, ale cóż, takie jest życie. Utożsamiam się zarówno z Małym Księciem, jak i z narratorem. Z każdym rokiem świat traci swe barwy. A może to oczy tracą siłę, by dobrze je odbierać? Nie wiem.
Pozdrawiam serdecznie!!! Jeszcze raz gratuluję popełnionego dzieła!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!
@Rybaku, dziękuję :)
@Bartkowski.robert, dziękuję bardzo za miłe i motywujące słowa.
Z każdym rokiem świat traci swe barwy. A może to oczy tracą siłę, by dobrze je odbierać?
Dobre pytanie!
Pozdrawiam również i jeszcze raz dziękuję!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Nie ma za co! Wszystkiego dobrego!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!
Znamy wyniki, więc spieszę z opinią:
Komentarz tuż po przeczytaniu:
Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie. :)
Na pochwałę z pewnością zasługuje tematyka, ponieważ wspominana tu wielokrotnie powieść jest jedną z moich ulubionych. Często zatem miałam wrażenie, jakbym rzeczywiście czytała „Małego Księcia”. :) Nieco zdumiały mnie słowa Geografa, że bohater ten panicznie boi się węży.
Nie dostrzegłam nigdzie wyrażenia: „schowanie”.
Bardzo gorzka wymowa całego opowiadania, powiedziałabym wręcz – odzierająca z całej, tak niezwykłej baśniowości, kultowego pierwowzoru. Podkreślić jednak należy, że autor oryginału także podsunął taką przerażającą myśl/możliwość – baranek zjada różę. Smuci, że narrator nie dotrzymał obietnicy wobec Ogrodnika.
Z kwestii technicznych – wątpliwości oraz sugestie (tylko do przemyślenia):
Mój ojciec wiele opowiadał mi o Małym Księciu. O jego włosach koloru pszenicy, o Róży, którą się opiekował, o Baranku, którego mój ojciec mu narysował i o tym, jak Mały Książę nigdy nie rezygnował z raz zadanego pytania. – powtórzenie?
Dzięki niemu świetnie pilotowałem statek kosmiczny, miałem świetną orientację we wszechświecie i rękę do rysunków. – i tu?
Siedział na tym krześle, przesuwał je, by móc jak najczęściej oglądać ten niesamowity spektakl wystawiany przez naturę… – i tu?
Po chwili zaczęło wstawać Słońce i już wiedziałem, na co wyklinać. – styl?
Pierwszą planetą, którą odwiedziłem podczas mojej podróży, była asteroida B 325. Nadal na niej piastował Król, który uwielbiał rozkazywać, ale bardzo cierpiał, bo nie miał komu. – i tu?
Toteż (przecinek?) gdy tylko mnie zobaczył, zawołał:
– Dzień dobry, Wasza wysokość… – ort?
Planetę B 531 zamieszkiwał Urzędnik skarbowy. – i tu?
– Czy wie pan może, gdzie teraz znajduje się Mały Książę? Mały chłopiec o złotych włosach i w żółtym szaliku… – powtórzenie?
– Ja rozumiem, ale ja przecież tu nawet nie mieszkam… – powtórzenie?
To, co się przydarzyło Małemu Księciu (przecinek?) nie było moją winą, a jednak czułem się winny.
Dla każdej innej osoby ten szkic wydawałby się nic nie wartym, ale ja znałem jego wagę. – razem?
Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny. :)
Pecunia non olet
O, a zatem to tekst Holly? :)
Ukłony i serdeczności dla Ciebie za wykorzystanie MK. 

Pecunia non olet
Bardzo w klimacie oryginału z jednej strony i dużo bardziej ponure z drugiej. Strasznie cyniczny się zrobił Mały Książę w dorosłości.
Ładnie napisane, sprawnie.
Pisanie to latanie we śnie - N.G.
Nic nie rozumiesz! Mieszasz wszystko! W pewnym stopniu wyjaśnia to mieszanie Twój własny komentarz:
Ja też lubię Małego Księcia, ale odkąd się dowiedział_m, że autor regularnie zdradzał Różę, która niby była dla niego taka wyjątkowa, nieco popsuło mi to odbiór tej powiastki filozoficznej. Wychodzi na to, że pan Antoine był niezłym hipokrytą… A takich ludzi nie cierpię. Stąd ten tekst, żeby pozbyć się frustracji i dać wyraz swemu rozczarowaniu.
Ale nie do końca. Hipokryzja, jak mówią mądrzy ludzie, to hołd, który występek oddaje cnocie. A samo to, że ktoś postępuje jakoś, nie oznacza, że nie widzi wad takiego postępowania i nie należy go słuchać, kiedy je odradza. Podręcznikowym przykładem argumentacji (a naprawdę – chwytu retorycznego) tu quoque jest syn wyrzucający ojcu, że zabrania mu palić, kiedy sam pali jak smok. Co prawda verba docent, exempla trahunt, ale exemplum niekoniecznie musi być życie autora. Życie autora nie jest kluczem do interpretacji jego twórczości – dostarcza materiału, tak, ale nie ono jedno, i ten materiał podlega obróbce, której rezultaty mogą kogoś z zewnątrz mocno zdziwić. Autor piszący bardzo mądrze wcale nie musi dorastać do tej mądrości, nie piszemy bowiem tak zupełnie od zera i własnymi siłami, a każde z nas może i powinien czasami powiedzieć video meliora, proboque, deteriora sequor (oj, mamy dzisiaj dzień łaciński) – ale to jest materiał na długą, nudną rozprawę filozoficzną, tylko troszkę a propos Twojego tekstu. No i – rozumiem, oczywiście, ten sposób przepracowania frustracji – pisanie służy też do tego. Więc ad rem.
O co chodzi w podróży Małego Księcia, jak ją opisuje Saint Exupery? Na ile to rozumiem, dorośli, których Książę spotyka, mają (poza Latarnikiem – co jest explicite powiedziane w monologu wewnętrznym Księcia, a wszystko, co powiedziane explicite, kieruje na intencję autorską, i może Geografem) jedną cechę wspólną: są skupieni na sobie. Każdy tak zasklepiony w swojej, śmiesznej dla każdego z zewnątrz, idiosynkrazji, że nie potrafi zobaczyć świata inaczej, niż przez jej soczewkę (dla Króla istnieją tylko poddani jego władzy, dla Próżnego – tylko wielbiciele, dla Bankiera – tylko posiadanie). Podkreśla to jeszcze fakt, że każdy z nich jest jedynym mieszkańcem planety (jest sam na świecie) – znowu, Latarnik ma jakiś tajemniczy rozkaz, który ktoś mu pewnie dał, więc – odwołuje się do czegoś z zewnątrz i jest wśród dorosłych wyjątkiem. Książę, który uciekł przed Różą, jest, zdaje mi się, narażony na to samo niebezpieczeństwo – ale unika go dzięki Lisowi.
Zaznaczam, że to jest moja interpretacja, na podstawie innych rzeczy, które ja przeczytałam, i Saint Exupery wcale nie musiałby się pod nią podpisać.
W każdym razie wszyscy ci dorośli bez wyobraźni niczego sensownego nie mogą zdziałać, bo są samotni – każdy na swojej planecie, kręcący się w kółko, niezdolny wyjść z "lochów własnego umysłu" (Lewis). A jedynym sposobem na samotność jest kochać (nie – być kochanym! "Jaką korzyść mają z ciebie gwiazdy?"), na co zresztą wskazuje dialog (Książę mówi o Bankierze "nigdy nikogo nie kochał"), ale to jest cholernie trudne. Bo decyzja oswojenia niesie ze sobą ryzyko łez. A właściwie nie ryzyko, tylko pewność.
W każdym razie w Małym Księciu chodzi, jak sądzę, o to, że miłość to nie klepanie po główce. Zawsze boli, i to nie powód, żeby przed nią uciekać. (Jacy jesteśmy mądrzy, kiedy jest już za późno…) (A tak w ogóle, przyszło mi do głowy, że może jest to też trochę ekspiacja autora, który żałował tego, jak traktował swoją Różę? Bo Książę żałuje tego, jak potraktował swoją. Ale nie mam na to mocniejszych dowodów, to taka luźna hipoteza).
A o co chodzi w podróży Twojego narratora? Co mają ze sobą wspólnego dorośli, których on spotyka? Zdaje mi się, że są o parę kroków bliżej Lewisowskiego piekła niż ci z oryginału, bo sprawiają wrażenie cokolwiek stukniętych. Ma to w sumie sens – widoczne w oryginale zalążki stuknięcia Króla oraz Geografa mogły się rozwinąć przez ten czas, który (mówisz to wprost) minął. Ale dwaj panowie odbiegają od oryginału także w innych punktach. Zacznijmy od Króla.
Czy oryginalny Król "uwielbiał rozkazywać"? Nie wiem. Przeczytałam oryginał jeszcze raz i nie zauważyłam tego. Wydaje mi się, że po prostu nie był zdolny pojąć świata inaczej, niż przez dychotomię król-poddani. A – przynajmniej w jego rozumieniu – bycie królem polega na tym, że się ma poddanych (nie, nie pójdziemy w Hegla – powinnam znać Hegla na pamięć, ale się od tego bezczelnie uchylam) i się im rozkazuje. Dlatego król musi rozkazywać, nieważne, czy to lubi. Ale Król Exupery'ego ma powiedzonko "Należy wymagać tego, co można otrzymać." i daje rozkazy, jak sam twierdzi, rozsądne (rozkazywanie słońcu nie jest specjalnie rozsądne, więc może raczej – rozkazy, które zostaną "spełnione". W zasadzie – ani on, ani żaden z pozostałych spotykanych przez Księcia dorosłych wcale nie jest poważny! Żaden z nich nie ma faktycznie wpływu na rzeczywistość, tylko sobie roi, że ma. Lewisowskie piekło…). Twój nie.
Twój Król chce sobie porozkazywać, bez jakiegoś szczególnego sensu.
Teraz Geograf. Po pierwsze: jeśli narrator czytał książkę, to jak może nie wiedzieć o Geografie? Dlaczego potrzebuje rady Króla, żeby o nim pomyśleć? (Tak nawiasem – czy w kosmosie można mówić o prostych drogach? Czy w ogóle drogach?)
Oryginalny Geograf nie zajmuje się też specjalnie liczbami – interesują go rzeczy ciut konkretniejsze. No i – wie to i owo o Ziemi (to on doradza Księciu ten kierunek). Czemu Twój zapomniał? Poza tym oryginalny Geograf wyjaśnia szczegóły swojej metody i dlaczego nie można wierzyć informacjom niesprawdzonym (możemy mieć, i Książę miał, zastrzeżenia co do tego, jak je sprawdza, ale chodzi o to, że jest w miarę uczciwy jako naukowiec). A Twój? Bierze za dobrą monetę odpowiedź na odczepnego. Inna rzecz, że i pytanie było doskonale bezużyteczne, i odpowiedź na nie, choćby była prawdziwa, będzie bezużyteczna. Ale dobrze, dorosłych obchodzą tylko liczby.
A co to są liczby?
Liczby to abstrakcje. Posłużę się tym gorszym przekładem, z Wolnych Lektur:
Dorośli lubią liczby. Jeżeli im mówisz, że masz nowego przyjaciela, nigdy nie interesuje ich to, co istotne. Nigdy nie pytają: "Jak brzmi jego głos? Jakie są jego ulubione gry? Czy zbiera motyle?". Pytają za to: "Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec?". Dopiero wtedy wydaje im się, że coś o nim wiedzą. Jeżeli mówisz dorosłym: "Widziałem piękny dom z różowej cegły z pelargoniami w oknach i gołębiami na dachu…", nie potrafią wyobrazić sobie tego domu. Trzeba im powiedzieć: "Widziałem dom za sto tysięcy franków". Wtedy wołają: "Ach jaki piękny!".
Co tu się czemu przeciwstawia? Właśnie konkret (niemierzalne cechy konkretnej osoby albo konkretnego domu) – abstrakcji (wynikom pomiarów, danym statystycznym, cenom). Abstrakcje są ogromnie użyteczne, kiedy chcesz uprawiać naukę, planować i ogólnie korzystać ze swojej instrumentalnej racjonalności – ale nie można ich kochać (znasz Momo? Polecam!). Kochać można tylko konkretną osobę (śmierć jednego człowieka to tragedia – miliona to statystyka, czyż nie? Oczywiście facet, który to powiedział, był psychopatą i nikogo nie kochał, ale psychopaci nie są głupi). Problem z dorosłymi polega właśnie na tym, że skupiają się na racjonalności instrumentalnej. Jak to ujął Tolkien ("O baśniach", chociaż nie pamiętam, czy nie cytował kogoś), żyjemy w epoce ulepszonych środków i skarlałych celów. Racjonalność instrumentalna to właśnie te coraz lepsze środki – nie ma w niej nic złego, dopóki służy sensownym celom. A nasza już nie służy.
Wobec tego muszę stwierdzić, że Twoi Król i Geograf już zupełnie porzucili cele sensowne. Nie wykluczam, że taki był Twój zamysł. Że krytykujesz tu właśnie to, o czym mówię. Jeśli tak, to dobrze. Trzeba to krytykować, choć jest to głos wołającego na puszczy. Ale jeśli nie?
Jeszcze jedno – skąd Geograf miałby wiedzieć, że Książę boi się węży? Nie było o tym mowy w ich dialogu w oryginale, a później się chyba nie spotkali. Zresztą – obchodziłoby go to? (A Książę wcale się nie bał). Czyli Geograf zmyśla (ale po co? Czy to pasuje do jego postaci?) albo coś jest nie tak. Może to właśnie Lewisowskie piekło po niego sięga (Lewis opisuje potępionych jako ostatnich świrów). A może to żart? Jeśli żart, to trochę jednak nie na miejscu.
Lećmy dalej, na planety, których Książę nie odwiedził.
Polityk w sumie daje się wpasować w schemat oryginału – jak sądzę, w Lewisowskim piekle roi się od polityków. Dialog narratora z nim jest uczciwie bezsensowny i wyraźnie taki ma być, chociaż ten "niewolnik" to już chyba leciutka przesada.
Urzędnik skarbowy jest jednak parodią (w rzeczywistości skarbówka działa o wiele bardziej podstępnie XD). Jasne, owładnięty jedną myślą – ale jakoś tak… głośno, hałaśliwie, natarczywie i bez związku z oryginałem. Ta hałaśliwość kieruje czytelnika w stronę kabaretu, satyry, nie refleksji.
Ogrodnik w ogóle nie pasuje do schematu – to powinno na coś wskazywać, ale nie mam pojęcia, na co właściwie. Przypuszczam, że ten przemiły, gościnny człowiek, oddany pielęgnacji kwiatów (czyli czemuś poza sobą!) jest Twoim odpowiednikiem Latarnika, który u Saint Exupery'ego też się wyłamuje ze schematu, choć trochę mniej zdecydowanie. A co w oryginale robi Latarnik? Nie dostarcza Księciu okazji do odpoczynku, ani nie daje mu dobrej rady, jak Twój Ogrodnik. Myślę, że przedstawia raczej dorosłych bezmyślnie wykonujących nonsensowne rozkazy. Ale też – Ogrodnik jest Ci w fabule potrzebny.
Kieruje narratora do celu podróży. Do Księcia.
Książę, jak się okazuje, "wydoroślał". W tym ujemnym sensie, oczywiście. Nie do końca rozumiem, dlaczego tak się stało.
A nie rozumiem tego, bo w sensie dodatnim Książę był doroślejszy od większości spotkanych przez niego postaci – nie na tyle dorosły, żeby nie uciec od Róży, ale dostatecznie, żeby później zrozumieć swój błąd. Chyba pomógł mu Lis. Ale samo to, że się potrzebuje pomocy, nie czyni człowieka dzieckiem w tym dobrym sensie (bo jest i zły sens). Książę w swojej podróży i dzięki Lisowi zrozumiał, czym ryzykuje i że powinien ryzykować. A ryzyko na tym polega, że czasem dzieje się właśnie to, czegośmy się bali. Czy to oznacza, że popełniliśmy błąd, ryzykując?
Niekoniecznie.
I wiedzą o tym i dzieci, i dorośli – ale nie ci w złym sensie.
Czy nieszczęście czyni nas gorszymi? Zdania są podzielone. Jedni wołają "tak" (i przywołują przykłady), inni mówią "wręcz przeciwnie" (i przywołują nie gorsze przykłady). Ja uważam, że pytanie jest źle postawione. Nieszczęście jako takie, czyjaś śmierć, niesprawiedliwość, choroba to jedno, a to, jak ktoś się do niego odniesie, czy się załamie, czy nabierze mądrości – to drugie. To drugie zależy również od tego, czy ziarna mądrości były już w delikwencie (nie, ja też nie wiem, skąd one się biorą i czy nie przychodzą dopiero po fakcie – to nie są łatwe sprawy).
Wymówki Twojego Księcia (przecież każda zasługuje na miłość!) są zresztą powszechne w dzisiejszym dyskursie publicznym. Nie jestem specem od ordo amoris (staram się, ale na razie nie jestem), więc nie chcę tu robić wykładów. Chodzi mi o to, że nie do końca wierzę, żeby tak łatwo mu było zapomnieć to, czego nauczył się z pewnym trudem i co dobrze zrozumiał, i co było dla niego ważne. Inna rzecz, że Książę rozkoszujący się wyrzutami sumienia (w końcu to on nie upilnował Baranka…) wydałby mi się tutaj równie niewiarygodny, a na pewno bardziej kliszowaty (samobiczowanie jest jeszcze nie do końca wyeksploatowanym tematem, ale łatwo to zrobić źle). Tak czy siak, Książę Exupery'ego rozumiał, że nie chodzi o to, żeby było miło, łatwo i przyjemnie. Chodzi o to, żeby coś było dla człowieka ważne. A Twój nie rozumie.
Zresztą, Ty wiesz, że coś tu jest nie tak – przecież Twój Książę nie jest szczęśliwy! Wcale, a wcale. Widać wyraźnie, że może sobie wmawia, że jest, ale nie jest. (Nie nazwałabym go wprawdzie marudnym – mówi o swoich nieszczęściach bardzo zwięźle i bez jojczenia). Zaznaczasz to także w dialogu, i przecież dla narratora prośba ojca pozostaje ważna.
A jednak ostatni rozdział podtrzymuje dość cyniczną myśl, która tu przegląda – że w sumie nic nie ma znaczenia…
Tak kończy się ta smutna historia.
A zatem pytanie numer jeden brzmi – co krytykujesz? Mówisz, że hipokryzję, dobrze, ale kto tu właściwie jest hipokrytą? Kto mówi tak, a robi inaczej? I co z tego wynika? Książę jest szczery, po prostu się zmienił. Nie przeczę, że na gorsze. Nie przeczę, że coś udaje. Ale nie wiem, czy to, co chcesz, żeby udawał. A narrator? Trochę z niego egocentryk, skoro nie obchodzi go ból Księcia, tylko własne rozczarowanie, prawda? Ale czy jest hipokrytą? Hmmm. Nie wiem.
Teraz kwestie techniczne.
Wyraźnie starasz się imitować język oryginału, co jest i uzasadnione faktem, że tworzysz pastisz, i samo w sobie całkiem sensowne, bo "Mały Książę" jest napisany ładnie, przejrzyście, bezpretensjonalnymi zdaniami. Nie do każdego tekstu pasuje taki styl, ale do tego jak najbardziej.
Tylko wprowadzenie w życie tej dobrej decyzji nie do końca Ci się udało.
Ton jest chwiejny, miejscami skłania się ku biurokratycznemu, miejscami ku purpurze. Daje się zauważyć pewien nadmiar zaimków i w ogóle słów (to ma związek z biurokratycznym rejestrem). Szyk wielu zdań jest dziwny. Patos ("niesamowity spektakl wystawiany przez naturę"), miejscami przechodzący nawet w purpurę (!) szkodzi zawieszeniu niewiary, poza tym daje wrażenie dokładnie przeciwne Małemu Księciu (że narrator jest mądrzącym się, afektowanym dorosłym, który nic nie rozumie). Pisze o tym zresztą Tolkien ("O baśniach") – wydumane porównania (jego przykład: "płatki śniegu to klejnoty elfów") nie robią na dzieciach lepszego wrażenia, niż na czytających z uwagą dorosłych (dorosłych czytających nie dlatego, że lubią, ale z nudów, takie porównania nie odstraszą, bo oni i tak się nie przejmują). Również klisze typu "z nową nadzieją" brzmią fałszywie i po dorosłemu.
Kilka przykładów źle zbudowanych zdań i fraz: "brak narysowanego skórzanego paska spowoduje tragedię na planecie chłopca" bardzo sztywne, zresztą brak nie jest niczym i nie może powodować (może jeszcze "brak na rysunku"… nie, to też nie… "nienarysowanie"? jeszcze gorzej…). Albo: "Nikt nie szkicował tak wymownie otwartych i zamkniętych węży boa jak on." Czego właściwie dotyczy "wymownie" – szkicowania, otwarcia i zamknięcia?
Nie wiem, co próbujesz powiedzieć przez "W każdym razie, po dziwnych wymianach zdań z poprzednimi rozmówcami, milczenie Ogrodnika okazało się zaletą".
Zdanie "Róż na drzewach wiśni i zieleń fikusów również ulegały pływom powietrza, liście wyglądały, jakby próbowały tańczyć." sugeruje, że wiatr zwiewał kolory z roślin… w najlepszym razie. Te "pływy powietrza" są w ogóle mocno dziwne.
"Dla każdej innej osoby ten szkic wydawałby się nic nie wartym, ale ja znałem jego wagę." jest wydumane, przekomplikowane – można je uprościć: Komuś innemu ten szkic wydałby się nic nie wart, ale ja znałem jego wagę.
W tekście występuje najdziwniejszy błąd gramatyczny, z którym się w dotychczasowym życiu zetknęłam. Otóż stosujesz czas zaprzeszły (albo okres warunkowy odnoszący się do niezrealizowanej przeszłości) w dwóch miejscach, w których kontekst jak byk wskazuje czas przyszły:
"Na asteroidzie B 330 powinienem był znaleźć Geografa, który posiadał mapy większości układów planet w najbliższym otoczeniu."
oraz
"Po czym zakreślił na mapach asteroidy, które, jego zdaniem, powinienem był sprawdzić."
W pierwszym przykładzie narrator ma na myśli radę, której udzielił mu Król, a nie coś, co miało miejsce wcześniej. Mógłby powiedzieć: miałem znaleźć, albo powinienem znaleźć – bo to jest rada na przyszłość, a nie coś, co się już wcześniej zdarzyło lub nie. W drugim analogicznie, mowa o radzie udzielonej przez Geografa na przyszłość, nie o czymś, czego nieuczynienia narrator żałuje, a Geograf mu je wyrzuca – a na ten żal naprowadza gramatyka.
Albowiem.
Czas zaprzeszły w języku polskim w zasadzie już zanikł. PWN twierdzi, że używa się go już tylko do stylizacji "na staro": https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/czas-zaprzeszly;24545.html Ja spotykałam się z użyciem czasu zaprzeszłego do wyrażenia żalu, że się czegoś nie zrobiło, ale z innym nie. Co prawda inne źródła twierdzą, że to nie jest prawdziwy czas zaprzeszły, tylko zwykły okres warunkowy odnoszący się do niezrealizowanej przeszłości, ale tu potrzeba drobiazgowych studiów.
Co nie zmienia faktu, że powinniśmy wiedzieć, jak się tego używa, bo język angielski nadal stosuje i czas zaprzeszły (Past Perfect) i okres warunkowy z "should have done", a języka angielskiego uczymy się w szkole (uczymy się też innych stosujących ten czas języków, ale angielskiego najpowszechniej). Przyznaję, że niekoniecznie stosuje go na co dzień (sama wiecznie mylę czas czasownika posiłkowego, bo za mało go używam). Ale stosuje.
Otóż czasownik w czasie zaprzeszłym oznacza czynność, która miała (albo nie miała) miejsce PRZED inną czynnością, o której mówi czasownik w czasie przeszłym, np. Stanisław Lem opowiadał o swojej twórczości tak: "Obawiałem się tego tak dawno, w 1963 roku, jużem w to był wszedł i powypisywałem książki, które dzisiaj okazują się bardzo czytelne.". Następstwo zdarzeń układa się tu (rozważamy tylko zdanie podrzędne) tak: Lem najpierw wszedł (w jakąś tematykę chyba, zdanie przytaczam za Wikipedią, bo nie mam książki) – w czasie zaprzeszłym; następnie powypisywał książki w czasie przeszłym; a teraz (w chwili, kiedy to mówi) te książki okazują się czytelne.
A jeśli przychylimy się do wersji, że to nie jest czas zaprzeszły, to i tak mamy tu okres warunkowy odnoszący się do przeszłości. Nie przyszłości.
Inne problemy z gramatyką: zdanie "Potrzebowałem znaleźć Małego Księcia, a nie wykładu o słowie "ile"." ma dużo wspólnego z zeugmą – albo potrzebował dwóch czasowników (znaleźć Księcia, a nie wysłuchiwać wykładu), albo dwóch rzeczowników (Księcia, a nie wykładu).
Jest trochę consecutio temporum, np. "Obserwowałem ze zdumieniem, jak Geograf zapisywał moje słowa." (powinno być: zapisuje) albo "Patrzyłem na niego i czułem, jak bolały mnie oczy, bo tak je wytrzeszczałem." – ale tutaj, ponieważ nie ma nieodczuwanego bólu, "czułem" jest do wyrzucenia i ostatecznie błędu nie będzie, bo nie ma wprowadzanego przez nie zdania podrzędnego: Patrzyłem na niego i bolały mnie oczy, bo tak je wytrzeszczałem.
Czasownik "władać" nie ma formy imiesłowu przymiotnikowego biernego – jest nieprzechodni (planeta nie może "być władana").
Konstrukcja "Moje serce podskoczyło do gardła." jest angielska, po polsku piszemy: serce podeszło mi do gardła. Także fraza "pozwalałem, by moją twarz muskał delikatny, ciepły wiatr" jest bardzo angielska – my nie rozkazujemy wiatrowi, choćby był i łagodny ;)
Mówienie, że "dorośli byli bardzo dziwni" miałoby sens, gdyby już przestali tacy być – a to, że dorośli są bardzo dziwni, to prawda uniwersalna i powinna być w czasie teraźniejszym.
Tu "Oglądał mapę, gdy nagle jego twarz przybrała wyraz zaskoczenia." poplątała się przyczynowość: Kiedy oglądał mapę, nagle na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia.
Zdanie "A ta z różami jest jednocześnie tą, na której można często oglądać zachody słońca!" sugeruje, że jest (w ogóle) tylko jedna planeta, na której można często oglądać zachody słońca – chyba miało być: jest jedną z tych, na których.
Zdanie "Ciepło i uśmiech wystąpiły na twarzy Ogrodnika." nie jest po polsku – Ogrodnik mógł się ciepło, miło, przyjaźnie, z sympatią uśmiechnąć.
"W piersi rozpierała mnie radość, ale jednocześnie w gardle dusił niepokój." – nie wiem, po co zaznaczać tę pierś i gardło.
Ta fraza: "odłożył konewkę na ziemi" zawiera błędy gramatyczny i semantyczny – konewkę można odstawić na ziemię.
Dobór słów pozostawia nieco do życzenia – częściowo chyba zawiniło tu tłumaczenie Agaty Kozak (https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/saint-exupery-maly-ksiaze.html), z którego wyraźnie korzystasz, bo powtarzają się błędy, które tam występują: "zrezygnować z raz zadanego pytania", kiedy trudno zrezygnować z pytania, kiedy się je już zadało – można zrezygnować z uzyskania na nie odpowiedzi. W starym tłumaczeniu (Szwykowskiego chyba) Książę "nigdy nie porzuca zadanego pytania", co brzmi o wiele lepiej. Poza tym Geograf wita narratora jako "eksploratora", jak w przekładzie Agaty Kozak, ale to nie jest polskie słowo! Nawet przypis na Wolnych Lekturach brzmi tak: eksplorator – badacz (szczególnie nieznanych dotąd rejonów) i odkrywca. [przypis edytorski]. Po polsku to jest badacz. Może być i odkrywca. Ale "eksplorator" nie.
Ale nie wszystko zrzucałabym na ten przekład, bo słów z rejestru urzędowego chyba w nim nie ma. Na przykład: "pod wpływem", "znajdować się" (występuje 4 razy), "w ostatnim czasie", "oferowała najlepsze warunki do wypoczynku".
Z kolei "daaawno" kieruje jeszcze w inną stronę – potoczną, prozaiczną i niebaśniową. Za to "entuzjazm całkiem ze mnie wyparował" jest w ogóle hybrydą jednego z drugim.
Nie powinno być "na co wyklinać", tylko co przeklinać, co kląć, co wyklinać. Baobab martwy nie może niczemu zaszkodzić, więc nie może też niczego oszczędzić (a antropomorfizacja baobabów i krzeseł chyba nie jest zamierzona).
Język "Małego Księcia" jest prosty, bez udziwnień, prawie bez metafor (dzięki czemu te, które są – a są dobre – lepiej spełniają swoje zadanie). Tutaj metaforyka nie jest dopracowana: biurko może być zaścielone dokumentami, ale czy one mogą się ścielić na biurku? I czy widać spod nich blat? Kwiaty też nie bardzo się ścielą, bo rosną w górę – owszem, jeśli porównujesz je do dywanu, to jeszcze, ale z czym się kojarzy ścielenie? Czy można porównać rabaty do dywanu? Do jakiego stopnia?
Zresztą "powabny" trochę nie pasuje z niewinnymi kwiatkami. A barwy coś może raczej przybierać niż nabierać.
Poświata nie przesłania horyzontu, bo horyzont to granica pola widzenia. Zajmowanie miejsca "w centrum planety" jest niemożliwe matematycznie – powierzchnia planety nie ma centrum, a planeta jako bryła ma je w jądrze.
"Wyszedłem na zewnątrz" to jednak pleonazm – zresztą z pojazdu lepiej wysiąść.
Jak można się kulić tylko "prawie"? Co to znaczy? Jakie to jest duże?
Czy można "przełknąć" stwierdzenie? https://wsjp.pl/haslo/podglad/10007/przelknac/1594294/zniewage
"Nagle na jego twarzy wystąpiła tak gwałtowna zmiana, że aż się zaniepokoiłem." – "zaniepokoiłem" to komicznie słabe słowo w kontekście. I w jaki sposób narrator "czuje, że blednie"? Nie może mu się po prostu zrobić słabo? Zimno?
Łzy mogą zasłaniać widok, nie widoczność: https://wsjp.pl/haslo/podglad/74169/widocznosc
Poza tym brakuje trochę przecinków, a "słońce" w sensie to widoczne na niebie piszemy małą literą, nie dużą https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ziemia-czy-ziemia-slonce-czy-slonce;10778.html (dużą piszemy "Słońce" w sensie ciało niebieskie).
Pełen wybór moich złośliwości, jak w każdym konkursie, czeka na Ciebie na mailu.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Fajny pomysł z szukaniem Małego Księcia. Czytałam kiedyś znakomitą książkę, w której reporter podróżował śladami Cooka. Widać wyobraźnię autora i to niewątpliwie na plus, gorzkie zakończenie również, na minus powtórzenia. Rozumiem ból limitu znaków, ale troszkę te kolejne punkty były odhaczane, czasem pośpiesznie, choć z poczuciem humoru.
delulu managment
Ładne :)
Przynoszę radość
Hej, Dziewczyny,
bardzo Wam dziękuję za organizację tak ciekawego konkursu! Świetnie się bawiłam :)
Dziękuję też za opasłe i szczegółowe komentarze. Ponieważ obecnie jestem głową w innych projektach, na razie nie pochylam się nad poprawianiem błędów. Gdy tylko zamknę to, nad czym pracuję teraz, wrócę do Waszych komentarzy, by je przeanalizować krok po kroku. Bardzo doceniam Waszą ciężką pracę.
Ściskam! 
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
To ja doceniam Twoją, Holly. Tekst jest oryginalny i zaskakujący. :) A za wykorzystanie MK – raz jeszcze buziak ode mnie! 
Pecunia non olet