- Opowiadanie: Staruch - Hałasy na strychu

Hałasy na strychu

Kiedy zobaczyłem, jakie hasła wybrało szanowne Jury, zrozumiałem, że muszę w konkursie wystąpić :).

Które to hasła? A te:

I. Informacja

II. Uczynienie niewidocznym

III. TADAM! – Strych

 

Znaczy – anonimizacja to ogólnie fajna sprawa, ale myślę jednak, że niekoniecznie w moim przypadku ;).

I jeszcze dwie sprawy techniczne i trzy sprawy ogólne.

Pierwsza techniczna – pojęcie mapy potraktowałem dość nieortodoksyjnie. Ale przypominam, że w biznesie i polityce istnieje pojęcie “mapa drogowa”, generalnie oznaczające zestaw wskazówek. Więc chyba może być.
Druga techniczna – zdaję sobie sprawę, że mój tekst idzie trochę “na skróty”,  główny bohater w mig rozwiązuje wszystkie zadania. Sprawny pisarz pewnie stworzyłby na jego podstawie powieść, a pisarz fantasy – może i pięcioksiąg. Ale ja się brzydzę okrutnie laniem wody.

Pierwsza ogólna – SF jest w moim opku śladowe, ale jednak jest!

Druga ogólna – zastanawiam się, czy poniższy tekst nie będzie zbyt hermetyczny, czy jeszcze dzielę z kimś z młodszego pokolenia wspólne lektury?

Trzecia ogólna – straszną miałem frajdę pisząc to opko. Jeśli choć trochę Was ono zaciekawi, to będę szczęśliwy!
Rozgadałem się, więc – zapraszam do lektury!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Hałasy na strychu

Maks znów siedział skwaszony przed ekranem.

Tyle tylko, że tym razem miał do skwaszenia dobry powód.

Powód ten był właściwie niewielki, ale jednak trudny do przeoczenia.

Otóż na ekranie monitora, czarnego w przeważającej części, widniały trzy zdania, elegancko wypisane w lewym górnym rogu bursztynową czcionką Calibri. Pod nimi monotonnie pulsował kursor.

Taką czcionką posługiwał się tylko Maksiowy Dziadek. Mawiał, że to bardzo oldskulowe. Nie byłoby tu może powodu do skwaszenia, a nawet do choćby niewielkiej irytacji, gdyby nie fakt, że Dziadek nie mógł napisać wiadomości bursztyniącej się przed Maksem. Z tego prostego powodu, że nie żył już od trzech miesięcy.

Dodatkowym powodem irytacji młodego nerda komputerowego była treść owej informacji.

„Jeśli chcesz wiedzieć, co w życiu ważne, wpisz odpowiedź na pytanie.

Zagadka brzmi: czego ci potrzeba, by ruszyć dalej? Potrzebujesz tego, czym potrafisz się posługiwać Ty, ale nie Janka. Pamiętaj, że czas ucieka, a droga która cię czeka, długą będzie”.

***

Ale ale…

Niegrzecznie to z mojej strony, prawda?

Tak zaczynać bez wstępu.

Wobec tego już poprawiam swój błąd i krótko przedstawię dramatis personae.

Przynajmniej te, które już się pojawiły.

Maks (lat trzynaście) – osoba płci męskiej, aspirująca usilnie do dorosłości (głównie w celu możliwości rozdysponowania pełni rozporządzalnego czasu na wszelakiego typu aktywności internetowe). Wiecznie niezadowolona z życia, co ważne w tej opowieści. Powodów do utyskiwań było wiele: a to kompletnie niepotrzebna marchewka w zupie, a to buty za ciasne, a to deszcz tłucze w szyby, a to internet za wolny… Maks nie był chyba nigdy w życiu zadowolony (tak przynajmniej twierdził Dziadek).

Janka (lat sześć) – siostra Maksa, dumny przedszkolak, źródło wszelkich utrapień i niepożądanych ustępstw, wymuszanych na Rodzicach.

Dziadek – jak nazwa wskazuje, genetyczny przodek Maksa i Janki. Chełpliwie oznajmiał rodzinie, że gdyby nie jego jedynie słuszne metody wychowawcze, wymienione powyżej rodzeństwo dawno już zeszłoby na psy i utonęło w odmętach internetu.

Dziadek zmarł nagle trzy miesiące temu, nie zdążając… Nie, nie będę wyprzedzał wypadków, bo przecież po to opowiadam, aby ich nie wyprzedzać.

Do tego wystąpią jeszcze rodzice: Mama i Tata. W wieku średnim, średniej budowy ciał, o średnich zarobkach, z klasy średniej… No w ogóle tacy średni!

I jeszcze miejsce akcji: dom jednorodzinny, dwukondygnacyjny (co ma niebagatelne znaczenie), stojący na przedmieściach K. Ani nowy, ani stary. Mniej więcej pięćdziesięcioletni. Wybudowany przez Dziadka „tymi ręcami”, jak lubił się chwalić.

To już chyba wszyscy i wszystko, co potrzebne do opowiedzenia tej historii.

A nie, jestem jeszcze ja, Narrator. Który wam tę historię opowiada. Ponieważ jednak moja osoba jest w tej historii, na razie przynajmniej, nieistotna, chwilowo swój opis zastąpię milczeniem.

***

No, to teraz już mogę wrócić do opowiadania.

Maks czuł się zaniepokojony wyświetlaną wiadomością nie tylko dlatego, że otrzymał ją od nieżyjącej osoby. Przypuszczał, że majstrując z Domową Sztuczną Inteligencją spokojnie dałby radę osiągnąć taki rezultat. Był tylko zdziwiony, że Dziadka to nie przerosło, bo nie wyglądało na to, by ten zajmował się grzebaniem w kodach i amatorską hakerką.

Bardziej niepokoiła go wzmianka o czymś, co było mottem życiowym Dziadka. Staruszek (mówiąc raczej metaforycznie, bo kiedy nagle i niespodziewanie dopadła go śmierć, był jeszcze w pełni sił) zawsze powtarzał: „wnusiu, kiedy już dorośniesz, powiem ci, co jest w życiu najważniejsze. Ale najpierw do tej prawdy objawionej musisz dorosnąć”. I tu Dziadek zawsze mrugał jednym okiem. Najpierw lewym, potem prawym.

Reasumując – Maks wiedział, że to przesłanie od wiadomej osoby. To nie był fejk, na przykład w wykonaniu Rudego Romana, Mysikrólika czy któregoś innego z jego kolegów. Na pewno nie! Zaintrygowała go za to jej treść, w formie zagadki. Dziadek lubował się we wszelkich krzyżówkach i łamigłówkach, więc to do niego pasowało. Także cel zadania był jasny – poznać życiowe motto nestora rodu.

Teraz tylko trzeba było rozwiązać zagadkę.

„Czym ja się potrafię posługiwać, a ta siuśmajtka nie?”, zastanawiał się chłopak. Sznurówkami na przykład. Albo nożem przy obiedzie, choć uczciwie trzeba było przyznać, że Janka robiła powolne postępy. Albo zaawansowanymi funkcjami Sieci. Ale to, biorąc pod uwagę twórcę wiadomości, nie wchodziło w rachubę.

I tak już od godziny Maks wpatrywał się tępo w ekran, obracając w głowie tysiączne możliwości, które jednak nie okazywały się tymi właściwymi.

– Koooolaaacjaaaa! – zakrzyknęła z kuchni Mama.

– Co? – ocknął się chłopak. – Idę już mamo, idę.

Nagle zamarł.

”Czas ucieka”.

Ale przecież nie widać żadnego zegara, odliczającego czas do wybuchu bomby, jak na amerykańskich filmach. Więc czas nie ucieka. Przynajmniej nie ten przeznaczony na rozwiązanie zagadki. Tryby w głowie Maksa zaczęły się z wolna rozpędzać.

Ja…

Janka…

Czas…

I nagle przypomniał sobie straszną awanturę sprzed miesiąca, kiedy to Janka zlekceważyła polecenie rodziców. Mama z Tatą wybierali się wtedy do teatru i przykazali smarkuli przez pół godziny rysować szlaczki w zeszycie, jako formę przygotowań do obowiązków szkolnych. Mieli na myśli wyrabianie nadgarstka, koordynację oko-ręka i inne użyteczne wychowawczo sprawności, o których można wyczytać w podręcznikach dla młodych rodziców.

Kiedy wrócili, wpadli w furię widząc efekt zleconej pracy – trzy smętne grzybki w rogu prawie czystej kartki. Dziewczynka broniła się twierdząc, że pół godziny to trzeba jej było na numerkach określić (te smarkula już znała, bo nauczyła się ich sama licząc punkty w grach), a nie zostawiać z jakimś dziwactwem. Dziwactwo był to pamiątkowy zegar z kurantami i wahadłem, będący pamiątką po jakichś szlacheckich przodkach (tak przynajmniej mówił Dziadek). Bo ona (Janka znaczy) nie wie, co te spiczaste paluchy wskazują.

„Ja wiem, jak odczytać z takiego zegara czas”, zreflektował się Maks. „A Janka nie”.

„Bo ja wiem, co wskazują…”

I wystukał na klawiaturze: „Wskazówki”.

Obraz na ekranie nagle wystrzelił fajerwerkami i wyświetlił ogromną czcionką: „BRAWO!!!”

„Czy chcesz zatem wskazówki?”

„Tak”, gorączkowo wcisnął klawisze chłopak.

„Oto i ona: ubi thesaurus tuus, ibi Cor meum”.

– Maks, gałganie, ile cię mogę wołać? – niecierpliwiła się Mama.

– Już, już! – nieprzytomnie odkrzyknął Maks, choć w głowie miał już tylko słowa wskazówki.

Rodzicielka nie dawała za wygraną i przy stole kuchennym.

– Tylko żebyś mi nie grymasił, bo od twoich grymasów alergii już dostaję! Do tego twoja siostrunia horrorów się chyba naoglądała, bo głosy na strychu słyszy!

– Muzykę, mamusiu, muzykę, a nie żadne głosy – gniewnie odparła dziewczynka.

– Chyba chóry anielskie – zakończyła rozmowę zagniewana Mama.

***

Skądś znał słowa wskazówki.

Skądś je znał, gdzieś już je słyszał, obijały się po jego głowie jak kostki do gry w kubku przed rzutem. Aczkolwiek… Coś mu tu nie grało. Bo znał je, ale jakby nie znał. Język rozpoznał, choć nigdy się go nie uczył. Dziadek miał zwyczaj czytania mu książek przed snem, żeby, jak to mówił: „dzieciak nasiąknął odrobiną kultury, a nie tylko tym odmóżdżającym szlamem z mrugających obrazków”. W zakres późniejszych lektur weszła cała „Trylogia” Sienkiewicza, podczas lektury której staruszek objaśnił, co to łacina i co nieco przetłumaczył.

Właśnie, lektury! Eureka!

Mimo ucha puścił narzekania smarkuli na jakieś dziwne dźwięki na strychu.

– Mamo, tam jakby muzyka grała! Może to jak z bajki o Kreciku, zwierzęta tworzą muzykę? – zastanawiała się dziewczynka.

Nie zważając na zoologiczne fantazje siostry, Maks połknął kolację niemal bez żucia i popędził na strych. Bo na strychu Dziadek uwił sobie gniazdko, w którym przebywał ostatnio większą część dni i nocy. Stał tam spory regał z książkami, na którym kurzyły się, dość nieporządnie ułożone, ulubione lektury najstarszego z rodu. Jest! Nienacki! Templariusze! Kortumowo! Ubi thesaurus tuus, ibi cor tuum! Tam skarb twój, gdzie serce twoje!

Ale przecież… Dlaczego w podpowiedzi jest Cor meum? Po co jednak mądrzy ludzie wynaleźli internet? Szybki rzut okiem do sieciowego słownika i już wiadomo: cor tuum to serce twoje, a cor meum – serce moje.

Maks zasępił się mocno, pionowa bruzda przekreśliła jego czoło. Wchodził w „tryb pomysłowego Dobromira”, jak to mawiał Tata. Znaczy – głęboko nad czymś rozmyślał.

I nie były to myśli wesołe.

„Co ten staruszek, oszalał?”, biegły myśli chłopaka. „Jego serce podróżuje teraz w stratosferze, troposferze i w pozostałych warstwach atmosfery. Wszak został skremowany trzy dni po śmierci. Chyba, że o popioły mu chodziło. Nie, odpada, przecież na pewno nie chciał, żebym rodzinny grobowiec rozkuwał?”, dumał chłopak, przypominając sobie składanie urny do głębokiego grobowca i rozmowę ojca z pracownikami przedsiębiorstwa pogrzebowego o konieczności jej dobrego zamurowania.

„Co ten stary piernik znowu wymyślił?”, pieklił się Maks układając do snu. Ale łacińskie słowa pędziły mu pod czaszką jak wehikuł Pana Samochodzika po szerokiej szosie.

W życiu chłopaka nastąpiły dni pełne rozmyślań, ale także odklejenia od życia codziennego. Maks w każdym szkolnym zeszycie bazgrał serca w różnych konfiguracjach, co poważnie zaniepokoiło chłopaków z jego paczki. Czyżby on pierwszy się wyłamał z męskiego paktu i zakochał się w jakiejś, tfu tfu, dziewczynie?

I tak męka trwała dni kilka, pełnych cierpień umysłu, łapiącego błyskawicznie każdy najmniejszy trop i jeszcze szybciej go porzucającego. Aż przyśniły mu się dwa serca, jedno obleczone w szatę zakonną z czarnym krzyżem, drugie – w szatę z krzyżem czerwonym. Krzyżak i templariusz. Serce twoje i moje. Postacie długo okładały się dwuręcznymi mieczami. Zażarta walka zdarła z postaci zakonne płaszcze i chłopak dostrzegł, że ciała rycerzy są misternie splecione z liter. Templariusz powoli zdobywał przewagę, bo, jak dostrzegł Maks, był większy. Ale dlaczego? Dopiero teraz to spostrzegł: „c” budujące templariusza było znacznie większe niż to, z którego składał się Krzyżak.

Chłopak obudził się zlany potem. Rzucił okiem na zegar – 3:43. Ale nie mógł wytrzymać i wywołał ze stanu czuwania swój komputer. Tak, to „C” było napisane wielką literą. Teraz zerknął do książki Nienackiego: tu „cor” wydrukowano literami małymi. Maks wrócił do łóżka, pomyślał „co ty znowu kombinujesz, dziadku?” i zasnął snem sprawiedliwego.

***

Myśli chłopaka galopowały jak mustangi po prerii: ”Serce. Właśnie tak. Serce dużą literą! Nazwa własna? Przecież Dziadek nie nadał własnemu sercu nazwy, nie miał go za osobę przecież. Więc co? Co jeszcze piszemy wielkimi literami?”

Trzymana w ręku książka wypadła z młodych rąk i trzasnęła z hukiem o podłogę. Chłopak ją podniósł i machinalnie przeczytał: Z. Nienacki…

„No tak, nazwiska pisze się dużą literą! Ale czy Dziadek znał jakąś panią Serce? A może… pana Serce? Bingo! Jana Serce!”.

Gdyby Maks mógł odśpiewać jakąś dziękczynną suplikę do Najwyższego jak templariusz po zdobyciu Aszkelonu, to mury domu zatrzęsłyby się w posadach. Zamiast tego, znowu pogalopował na strych.

***

Tutaj muszę się znowu wtrącić ja, Narrator. Bo przecież skąd moglibyście wiedzieć, po co Maks pobiegł na strych?

O regale na książki już wspominałem. Ale obok niego stała trochę mniejsza, acz także słusznych rozmiarów, witryna z równo poukładanymi zbiorami filmowymi Dziadka, efekt jego kinomaniaczego, krótkiego zapału. Okładki filmów DVD z coraz większą beznadzieją zachęcały: mnie, mnie obejrzyj! Na niej stał również…

Ale to może przejdźmy już do Maksia.

***

A Maksio sięgnął pewnie po zakurzone pudełko z jednym z ulubionych seriali Staruszka, uwiecznionym na srebrnych płytach. Na okładce widniała duża głowa sympatycznego pana w średnim wieku oraz pięć mniejszych, kobiecych. Nazwiska z tyłu okładki: Kaczor, Nehrebecka, Szykulska, Kociniak nic chłopakowi nie mówiły, za to jego dziadkowi bardzo wiele.

 Maks otworzył pudełko i…

Jest! Na płycie z serialem „Jan Serce”, która zawierała odcinki o numerach 7 i 8, ktoś starannie nakleił żółtą karteczkę, dla pewności przytrzymując ją do płyty grubą taśmą samoprzylepną. Tożsamość „ktosia” nie była dla Maksa tajemnicą.

Kartka była pusta!

„No nie, nie, to jakiś jego kolejny psikus. Tu musi coś być ukryte”. Chłopak oderwał kartkę od płyty, obrócił. Na rewersie też ani śladu jakiejś wskazówki. Ale…

Od karteczki bił ledwo uchwytny, ale jednak wyraźny zapach. Cytrusów? Ależ tak, przypomniał sobie, kiedyś dziadek nudził coś o atramentach sympatycznych. Widzialnych tylko w pewnych warunkach.

„Specjalnie uczynił ten zapis niewidocznym, dowcipniś jeden. Kwas cytrynowy trzeba potraktować wysoką temperaturą, wtedy pojawią się litery”.

Maks pognał do kuchni, potrzymał chwilę karteluszek nad płomieniem palnika gazowego. Po chwili dostrzegł brunatne litery powoli się uwyraźniające, aż w końcu mógł przeczytać cały tekst:

Hey You,

Is There Anybody Out There?

The Show Must Go On,

Stop

Oraz dopisek wers ostatni. I cytat: „Pamiętajcie, że głowa jest ponad sercem”. Do tego gruba strzałka wskazywała miejsce, w którym na płycie nadrukowana była cyfra 7.

Chłopak jęknął. „Dziadku, nie przesadzasz aby trochę?”.

Jakby w odpowiedzi na jęk, rozległ się dźwięk. (rym nieplanowany – przyp. Narratora).

Dochodzący jakby… ze ścian? I co to było? Gwizdanie?

„Hej ho, hej ho? To z Disneja chyba. Do pracy mam się wziąć? Ktoś tu bardzo przesadza!”, złościł się Maks. „No i skąd to gra? W duchy nie uwierzę, ale coś tu jest grubo nie tak”.

Myśli w głowie znów zaczęły się kłębić. „Hej ty, czy jest tam ktoś? Przedstawienie musi trwać, stop” na gorąco tłumaczył Maks. „Coś ty znowu wymyślił, dziadku? Skąd tu wers? Czego to wers? Piosenki grupy Queen? Nie, bo pod koniec tylko powtarza się tytuł. Ech! Może z tą siódemką pójdzie lepiej? Może tytuł odcinka coś znaczy?”.

Szybkie sprawdzenie w necie i… Odcinek siódmy serialu „Jan Serce” nosi tytuł: „Raz kozie śmierć”.

„Mało pomocne”, osądził chłopak. „Chyba, że to podpowiedź na później”.

Zapisany cytat, ten z sercem i głową, pochodził za to z ust kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jako że Dziadek nie był przesadnie wierzący (choć, jak się Maks orientował, w Boga wierzył), konotacje religijne należało raczej wykluczyć.

Czyli to angielskie słowa były sednem zagadki, wydedukował chłopak.

***

Stan beznadziejnego zablokowania, tkwienia w ślepej uliczce towarzyszył chłopcu kilka dni. Skwaszony był już do tego stopnia, że na jego widok samoistnie skisłyby ogórki.

Aż do środowego powrotu Janki z przedszkola.

 – Ja do szkoły nie pójdę! – perorowała dziewczynka zdumionym rodzicom. – To pralnia mózgów. I… i… i… przerabiają tam dzieci na robaki!

Tu wybuchnęła potokiem łez, szlochając rozpaczliwie.

– Ale jak to? Kto ci takich bzdur nagadał? – Próbowała załagodzić sytuację Mama.

– Sama widziałam. Tomek przyniósł filmik. Z jutuba. Tam dzieci wpadają do takiej maszynki, co czasem mielisz mięso, i zmieniały się w robaki!

Tym razem to Ojciec wpadł w „tryb pomysłowego Dobromira”.

– Czekaj, czekaj – mruknął do Mamy i pogalopował po telefon.

Chwilę w niego postukał i rozległa się piosenka:

We don’t need no education…

– Tak tak, to to! – Dziewczynka trochę poweselała. – Tomek jeszcze mówił, że nie potrzebujemy tej, no… dedukacji. Szkoły, no! – Tupnęła nóżką na potwierdzenie własnych słów.

W tym momencie Mama i Maks wbili osłupiały wzrok (Narrator wie, że forma „osłupiałe wzroki” nie istnieje, ale nie wie jak ją zastąpić) w Tatę, który zaczął się dosłownie tarzać po podłodze. Ze śmiechu.

Duet M&M musiał odczekać trochę, aż Tata się uspokoi.

– Więc? – natarli oboje.

– A bo… – Tata dalej ocierał łzy. – Jest taki kawałek, napisany przez sfrustrowanego młodzieńca, któremu najwyraźniej nie szło w szkole. Traf chciał, że młodzieniec został gwiazdą rocka, a ten utwór megaprzebojem. Zobaczcie sami ten teledysk.

Rzeczywiście, obrazki zgadzały się z opisem Janki.

– Toż to… Pink Floyd. – Mama wykazała się dogłębną wiedzą na temat historii muzyki rockowej.

– Ano! – potwierdził Tata. – Młodzież przedszkolna musiała gdzieś trafić na ich muzykę i stąd ta afera.

– Janko… – Ojciec zwrócił się do córki.

Ale Maks już nie słuchał, tylko pognał na złamanie karku na strych. Pink Floyd i ten kawałek! Oczywiście! Dziadek w ramach edukacji wnuka nie oszczędził mu również muzyki, którą zasłuchiwał się w młodości. Co przydało się teraz, bo chłopak rozpoznał utwory, które znalazły się na jednej z płyt. Tej, której okładka oprawiona w szkło pyszniła się, dyskretnie oświetlona, na jednej ze ścian szczytowych strychu.

„Ostatni wers, ostatni wers…”, mamrotał do siebie Maks.

Chłopak niezwykle delikatnie zdjął ze ściany wiszącą na niej okładkę i obrócił. Ostatni utwór na płycie nosił tytuł „Outside The Wall”. Szybkie zapytanie Wujka Gugla i oto jest. Ostatni wers, brzmiący następująco: Banging your heart against some mad buggers wall, czyli „Bo jak długo można łomotać sercem w mur, za którym obłęd się skrył?”.

Tym razem chwila załamania Maksia trwała tylko moment. A potem, już standardowo, włączył się Pomysłowy Dobromir.

„Znaczy, mam walnąć czymś w mur? Sercem?”, skrupulatnie rozkładał informację na czynniki pierwsze. „No nie, to nie Harry Angel, serca sobie wycinał nie będę”.

Szybki rzut oka na notatkę, przyklejoną do filmu DVD: „aha, to po to ten cytat z Wyszyńskiego. Nie sercem, a głową. Powaliło tego dziadka chyba”, złościł się nastolatek. „Co to ja, ekipa rozbiórkowa? Dom mam rozburzyć czy jak? Przecież wszystkich ścian nie będę makówką opukiwał”.

I kiedy tak gorączkowo rozglądał się po strychu, w miejscu z którego zdjął przed chwilą okładkę płyty, zobaczył czerwoną kropkę.

„Oho”, pomyślał. Rękami zaczął wodzić po murze wokół, ale nie wyczuł nic niezwykłego. Włączył więc lupę w telefonie i przyjrzał się kropce z bliska. Okazało się, że nie była to kropka, a miniaturowa tarcza strzelecka.

„Aha, czyli walić tu”, pomyślał. „Ale trochę głowy szkoda. Może młotkiem?”

Już zrobił krok w kierunku schodów, by pobiec po narzędzia, kiedy znowu ze ścian rozległ się dźwięk. Tym razem był to dźwięk niepowodzenia. Taki jak wtedy, kiedy kulka w cyfrowym fliperze wypada ze stołu. Wtedy przypomniał sobie jeszcze o grubej strzałce z notatki. I tytule odcinka: „Raz kozie śmierć”.

„Czyli jednak głową”, zafrasował się. „No trudno, Dziadek chyba wiedział, co robi”.

Zbliżył się do ściany, zamachnął głową i…

W ostatniej chwili zrejterował.

„No weź, głupie to przecież, czoło sobie rozwalę”, tłukło się w głowie chłopaka. „To jakieś bzdury. Ale przecież Staruszek nie bawiłby się w te głupoty tylko po to, żeby się ze mnie naśmiewać, nie?”.

Zamachnął się jeszcze raz, trafił i… Tym razem głowa gładko przeszła przez coś, co tylko zdawało się murem. I jednak delikatnie stuknął w cegły wewnątrz. Choć krzywdy sobie nie zrobił, bo twórca skrytki (bez wątpienia był to Dziadek), wyłożył ją pianką dla złagodzenia uderzenia.

Dziwne! Wcześniej był tu mur, teraz dłonie chłopca przechodziły przezeń jak przez warstewkę wody, lekko tylko odczuwając samą chwilę przejścia. Uderzenie czołem w nibymur chyba dezaktywowało zabezpieczenie i teraz już ręce swobodnie przez iluzję muru przechodziły.

„Takiej sztuczki jeszcze nie widziałem. No, no, Staruszku”, z podziwem pomyślał chłopak. „Ale czemu czoło przeszło, a wcześniej ręce nie? Jakieś linie papilarne na czole czy jak?”

Skrytka miała kształt niewielkiego prostopadłościanu. Na jej dnie leżała kartka.

„Znowu?”, jęknął chłopak.

Wyglądała następująco.

 

 

„I co to znowu jest? Dan.Al.Inf.C.XXIII.126? I jakaś dziwna gwiazdka? Ech, ten Dziadek… Figli mu się zachciało”, zżymał się chłopak.

Nauczony doświadczeniem, sięgnął pamięcią do książek, filmów i muzyki, które prezentował mu w przeszłości Staruszek. I zagadka okazała się najprostsza ze wszystkich.

„Dan.Al.Inf. to oczywiście z <Szatana z siódmej klasy>. Tylko liczby się nie zgadzają. Więc to nie o drzwiach”.

Chłopak prześlizgnął się wzrokiem po tytułach książek w biblioteczce. Jest! Oczywiście! Tłumaczenie Juliana Korsaka. Odpowiednia linijka była nawet podkreślona markerem.

„Wers 126 pieśni XXIII części „Piekło” „Boskiej komedii” brzmi: <Czy jaki otwór ma w prawo ta ściana>. No tak, znowu zamaskowana skrytka w tym murze? Ale gdzie? Hm, do tego pewnie służy ten drugi symbol”.

Trochę czasu do namysłu i rozwiązanie pojawiło się po krótkiej chwili.

„No teraz to poszedłeś na łatwiznę. Znowu templariusze. Wszak ten symbol znaczy <na poziomie ziemi>. Dobra, już się schylam”.

Maksiu zaczął macać przy podłodze na prawo od miejsca zawieszenia płyty. I rzeczywiście, tam znowu była dziura zamaskowana obrazem fałszywego muru. Włożył w nią rękę i…

 KLIK!

Nagle zapaliły się wszystkie światła (Maks zdziwił się, że aż tyle ich na strychu było), zagrały triumfalne fanfary.

– Witaj młodzieńcze! Dawno się nie słyszeliśmy. – Zabrzmiał lekko schrypnięty, tak dobrze znajomy chłopcu głos.

– Eeee… aaaa… yyy… – zagulgotał Maks.

– Po twojej reakcji widzę, że gotów jesteś uwierzyć w duchy. – W głosie słychać było nutki uśmiechu. – Nie, nie, to żadna magia czy siły nadprzyrodzone. Po prostu po kryjomu, wieczorami eksperymentowałem trochę z…

– Domową Sztuczną Inteligencją?

– O, widzę że wracasz powoli do siebie. Owszem, choć nie mów o tym nikomu, bo takie poczynania stoją dziś na wąskiej granicy między prawem a bezprawiem. Chyba nie chciałbyś mnie znowu stracić, co?

Maks przysiągłby, że staruszek mruga do niego okiem. Raz lewym, raz prawym.

– Dokonałem pewnych ingerencji w wewnętrzną sieć, a także w różne domowe instalacje. Na przykład projektor holo zmodyfikowałem tak, że wyświetla również obiekty materialne. Jak ten nibymur, który przebiłeś głową. No i skoro przebiłeś, to należy ci się nagroda, nie?

Znów ten uśmiech. Maks przysiągłby, że Dziadek z niego pokpiwa.

– Oto ono! Moje motto!

Ze ścian dobiegła muzyka. Muzyka bez instrumentów, ale ze słowami. Chłopak słuchał jak urzeczony.

– O, tu, to jest ten fragment. – Dziadek lekko podgłośnił śpiewany tekst:

Don't worry

Be happy

Here I give you my phone number

When you worry call me

I'll make you happy

Don't worry, be happy

Chłopak wyszeptał:

– Więc to wszystko tylko po to…

– A tak, żeby poinformować cię o moim istnieniu. Że mogę ci być pomocny jak kiedyś, a nawet i lepiej niż kiedyś. No i podać moje życiowe motto – nie martw się, żyj! Nie bądź taki wiecznie skwaszony. Chyba nie miałeś na to czasu, zajmując się tymi maleńkimi zadaniami ode mnie, co? No i dostałeś maleńki bonusik.

– A wszystkie te zagadki…

– Sporo przygotowałem wcześniej, bo w końcu nie znasz dnia i tak dalej. A reszta… Kto powiedział, że ja też nie mogę mieć z tego po-życia trochę frajdy?

***

I w tym miejscu ja, Narrator, kończę tę opowieść, choć zapewne będzie jeszcze miała ciąg dalszy. A może i ciągi dalsze.

Aha, ostatnia już zagadka. Pewnie domyśliliście się już, kim jestem?

Koniec

Komentarze

Taki świetny język i nagle … Stan ZBLOKOWANIA … Taki brzydki, rozpleniony ogromnie błąd ? AUTORZE , zajrzyj do SJP co znaczy słowo zblokować ! A Tobie zapewne chodziło o zAblokowanie, czyli unieruchomienie, uniemożliwienie działania …

Ja się domyślam

a man is holding a piece of wood with the hashtag #uncharteredmovie on the bottom

delulu managment

@SPW – dzięki, poprawione!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Sympatyczne opowiadanko i bardzo ładnie napisane. Zagadki dziadka zostały sprytnie zaprojektowane z dużą dozą nawiązań, więc ciekawie się o nich czyta.

 

Zabrakło mi tu jakiegoś suspensu. Maksio rozwiązuje kolejne zagadki poprzez, czasem poprzez “przypomniał sobie” albo “przyśniło mu się”, i jakoś w żadnym momencie nie miałem odczucia, że całe przedsięwzięcie może się nie powieść, a gdyby, to z jakimi konsekwencjami by się to wiązało.

 

Ale przypominam, że w biznesie i polityce istnieje pojęcie “mapa drogowa”, generalnie oznaczające zestaw wskazówek.

Mapa drogowa to raczej plan działań. Ale to na szczęście nie mój problem, tylko szanownego Jury xd

 

W każdym razie, podobało mi się, tak że klikam i pozdrawiam


„Oto i ona:

ubi thesaurus tuus, ibi Cor meum ”.

Spacja przed cudzysłowem niepotrzebna i ten enter chyba też nie?

 

Bo na strychu Dziadek uwił sobie gniazdko, w którym przebywał ostatnio większą część dni i nocy.

Jeśli nie żył od trzech miesięcy, to czy można powiedzieć, że “ostatnio”?

 

Cor meum?

Tu nie widać w cytacie, ale literka “C” jest niepochylona. Chyba że tak miało być?

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

@Galicyjski Zakapior

Dzięki za lekturę :)

 

Zabrakło mi tu jakiegoś suspensu.

Suspens to mógłby być w powieści ;). Tu jest prosta historia, więc gaz do dechy i do przodu.

Spacja przed cudzysłowem niepotrzebna i ten enter chyba też nie?

Poprawione.

Jeśli nie żył od trzech miesięcy, to czy można powiedzieć, że “ostatnio”?

Tu mam zagwozdkę. Dla mnie ostatnio były spotkania na grobach, czyli rok temu. Więc zależy od przyjętej definicji.

Tu nie widać w cytacie, ale literka “C” jest niepochylona. Chyba że tak miało być?

A to sprawdzę, bo w sumie nie wiem.

 

Dzięki za klika :)

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

 

 

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

Pecunia non olet

Witam Jurorkę :)

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Po pierwsze: jedne gwiazdki ze środka uciekły Ci na lewo ;)

Po drugie: sprawdź tekst Don't worry, be happy, bo masz literówkę w number ;)

A po trzecie: gdzieś spotkałam bardzo brzydkie powtórzenie, gdzie w jednym zdaniu było coś w stylu "chwilę zajęło mu (…) i po chwili". Dokładnie nie przytoczę, bo nie mogę teraz znaleźć, a mój sprytny plan skopiowania tego zdania i wklejenia w komentarzu się nie powiódł, bo strona bardzo nie lubi komentarzy z telefonu :/

 

Ale, ale! Za Pana Samochodzika Szatana z siódmej klasy to szanuję, jedne z najlepszych książek, jakimi zaczytywałam się w podstawówce :) Szatan… był moją ulubioną lekturą szkolną. A już Pan Samochodzik Templariusze był w absolutnej topce u mnie :D

 

Podejście do tematu oryginalne. Wciągnęło mnie, fajnie się czytało, może nie było jakiegoś solidnego tąpnięcia, ale i tak jak dla mnie tekst jest na pięć z plusem :) I ten plus nie tylko za książki, ale i oprawę muzyczną ;)

Spodziewaj się niespodziewanego

@NaNa

Babole poprawione, dzięki :)

 

Cieszę się, że się podobało!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciąg zagadek rozwiązywanych kolejno przez bohatera, przywodzi mi na myśl jeszcze jedną lekturę z dzieciństwa – “Klub włóczykijów” Edmunda Niziurskiego :)

Pomysł z mapą drogową kupuję. Tekst jest bardzo relaksujący i przyjemnie się go czytało. Może nie zaszkodziłoby, gdyby Maks raz lub dwa poszedł błędnym topem, albo wpakował w jakąś poważniejszą kabałę, próbując rozwiązać zagadkę, ale zagadki wymyślone przez dziadka są na tyle pomysłowe, że dają radę utrzymać zainteresowanie czytelnika.

A dla dociekliwych miłośników zagadek, mam jeszcze jedną (nietrudną): Gdzie w opowiadaniu ukryty jest “Mt 6, 21”? :)

@Śniąca – witam serdecznie :)

 

@Czeke – miło mi bardzo, że zainteresowanie tekst utrzymał!

Błędne tropy to już byłby materiał na znacznie dłuższe opowiadanie, a nawet na powieść. Co mnie nie interesowało specjalnie, bo świetnie się bawiłem przy wymyślaniu tych zagadek, a rozwiązywanie już mniej mnie interesowało. I one miały być proste (jeśli ktoś czytał, oglądał czy słuchał uważnie Dziadkowych polecajek). Nie mogły być skomplikowane, bo przecież Staruszek czekał z niecierpliwością, aż Maksiu się do niego odezwie. Toteż rozkmin wielkich nie było.

I tak, Nienacki ściągnął cytat z Biblii. Chyba że użył go któryś z zakonników, ale tak daleko już nie drążyłem.

 

Dziękuję Państwu bardzo :D

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Hej, 

 

Anonimie, który nie zostawiłeś wątpliwości, co do Twojego nicku :). Widzę, że nostalgia Cię dopadła. Opowiadanie jest dobre, wpadamy z jednej zagadki w drugą, a każda z nich przypomina nam o dawnych, "lepszych" czasach. I fajnie, bo każdy lubi powspominać:). Ja jednak przedawkowałem zawartą w tekście nostalgię, a brak zwrotów akcji ( bo nie zostawiasz wątpliwości, co do tego, że wszystko skończy się po myśli dziadka ) otula nas kocykiem tamtych lat, w którym sobie siedzimy aż do "KONIEC":). Więc czytało się dobrze, choć brakowało mi by ktoś kopnął w ten uporządkowany stolik ;). 

Klikam i pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

@Bardjaskier – witam :)

choć brakowało mi by ktoś kopnął w ten uporządkowany stolik ;)

Nie taki był zamysł, cel tego opka. Bo zdaję sobie sprawę z jego mankamentów, ale ono MNIE miało dać frajdę.

I dało!

Wielką!!!

 

Pozdrawiam i dziękuję za lekturę!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

No i właśnie o to chodzi w pisaniu :) Jeśli zaczynasz pisać bez frajdy, to znaczy, że coś poszło nie tak:) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nieźle to sobie wymyśliłeś i ładnie poprowadziłeś. Opowieść dla młodzieży w starym stylu. Miałem lekki zgrzyt z tym “Harry Angel”. Trochę nie pasuje do zestawu.

Pozdrawiam!

@AP – starałem się ;).

I tak, to teoretycznie mogłoby być dla młodzieży. Ale współczesna młodzież pewnie nie zna wymienionych książek. Więc to opko raczej dla nostalgicznych dorosłych.

 

Co do Harry’ego Angela – obejrzałem go mniej więcej w wieku Maksia. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie wtedy, więc się i pojawił.

 

Dzięki za lekturę!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

@Tarnina – Witam Panią :)

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Anonim nie ukrywa specjalnie swojej tożsamości. 

Zabawa dziadka z wnuczkiem ciekawa, musiał mieć przy tym sporo frajdy. Dziadek, choć wnuczek też pewnie źle się nie bawił. No to zaskoczył młodego…

Rozwiązywanie zagadek przez sen mniej mi się podobało. Trochę pójście na łatwiznę, IMO.

Ale ogólnie – całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

@Finkla – żeby to nie było “pójście na łatwiznę”, to musiałbym powieść napisać.

A najlepiej bawiłem się ja :D

 

I jeśli “całkiem przyzwoicie”, to jestem przyzwoicie zadowolony.

Dzięki za lekturę!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Gyd myrning,

 

Ciekawe przedstawienie bohaterów, bardzo nietypowe. Moim zdaniem ryzykowne, ale może się mylę? W każdym razie zwróciło moją uwagę i nie zniechęciło, więc raczej na plus. Rzadkie jest też w opowiadaniach łamanie czwartej ściany, a mnie się to nawet podoba.

 

Maks wiedział, że to wiadomość od wiadomej osoby

Aliteracja.

 

Rodzicielka nie dawała za wygraną i przy stole kuchennym.

Dziwne jest to zdanie, jakby w drugiej części zabrało orzeczenia.

 

– Mamo, tam jakby muzyka grała! Może to jak z bajki o Kreciku, zwierzęta tworzą muzykę? – Zastanawiała się dziewczynka.

Zastanawiała się na głos, więc didaskalia z małej.

 

Maks w każdym szkolnym zeszyciu bazgrał serca

zeszycie

 

Kwas cytrynowy trzeba potraktować wysoką temperaturą, wtedy pojawią się litery”.

Skąd 13-latek wie takie rzeczy?

 

W tym momencie Mama i Maks wbili osłupiały wzrok (Narrator wie, że forma „osłupiałe wzroki” nie istnieje, ale nie wie jak ją zastąpić) w Tatę, który zaczął się dosłownie tarzać po podłodze. Ze śmiechu.

Na przykład:

→ W tym momencie Mama i Maks osłupieli. Wpatrywali się w Tatę, który zaczął się dosłownie tarzać po podłodze. Ze śmiechu.

 

– Ano! – Potwierdził Tata.

→ – Ano! – potwierdził Tata.

 

bo chłopak rozpoznał utwory które znalazły się na jednej z płyt.

→ bo chłopak rozpoznał utwory, które znalazły się na jednej z płyt.

 

Chłopak prześlizgnął się wzrokiem po tytułach książek w biblioteczce.

przesunął/powiódł spojrzeniem

 

Ze ścian dobiegła muzyka. Muzyka bez instrumentów, ale ze słowami. Chłopak słuchał jak urzeczony.

Czyli nie muzyka, a acapella.

 

 

Trochę mnie wynudził ten tekst. Od połowy czytałam już bardziej z poczuciem obowiązku niż z przyjemnością. I nie kupuję tłumaczenia typu:

Druga techniczna – zdaję sobie sprawę, że mój tekst idzie trochę “na skróty”, główny bohater w mig rozwiązuje wszystkie zadania. Sprawny pisarz pewnie stworzyłby na jego podstawie powieść, a pisarz fantasy – może i pięcioksiąg. Ale ja się brzydzę okrutnie laniem wody.

Skoro laniem wody nazywasz tworzenie suspensu i zawieszenia niewiary…

To trochę tak, jakbym napisała w przedmowie czy wstępie książki “wiem, że akcja u mnie dzieje się za szybko, a dialogi są nienaturalne, ale ja się brzydzę sequelami i wiarygodnością bohaterów”.

 

Na plus zabawne teksty, takie jak:

Skwaszony był już do tego stopnia, że na jego widok samoistnie skisłyby ogórki.

Albo:

osoba płci męskiej, aspirująca usilnie do dorosłości (głównie w celu możliwości rozdysponowania pełni rozporządzalnego czasu na wszelakiego typu aktywności internetowe)

Było tego więcej.

 

Na pochwałę zasługuje też wymyślanie skomplikowanej zagadki, na pewno kosztowało Cię to trochę pracy. Szkoda, że zawieszenie niewiary nie ma szans rozsiąść się tu wygodnie, bo Maksio idzie po wskazówkach jakby korzystał z chatu GPT.

?

 

Tak czy siak, życzę powodzenia w konkursie i ogólnie w rozwoju warsztatu!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

To nie jest komentarz, to tylko przedsmak dyskusji :D

Skąd 13-latek wie takie rzeczy?

Z Internetu laugh (A ja wiedziałam, bo czytywałam Sękowskiego, a Tatko twierdzi, że mu Dziadek – znaczy, mój dziadek – zademonstrował) angelZresztą w książkach też to się pojawia (naprzemiennie z mlekiem, które wywołuje się tak samo – wszystkie płyny organiczne tak działają).

 

ETA: Poprawiłam interpunkcję, bo się obsunęła.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

@HolyHell – witam :)

Dziękuję za wskazanie baboli, poprawiłem.

 

O atramentach sympatycznych pisali kiedyś w książkach (yes, Tarnino, Sękowski :)) i pismach (”Kalejdoskop Techniki”) więc domniemywam, że Maksio przejął tę wiedzę od Dziadka.

przesunął/powiódł spojrzeniem

Ja jednak wolę tak: https://sjp.pwn.pl/slowniki/prześliznąć%20się.html 

Czyli nie muzyka, a acapella.

A a capella to nie muzyka? I tu akurat Maksiu tego pojęcia znać nie musi.

Trochę mnie wynudził ten tekst.

No cóż, trudno. Mnie zaś nudzą teksty z wodotryskami słów, fontannami purpury, gdzie bohater przez trzy tomy zastanawia się czy coś zrobić czy nie. Bywa!

Tak czy siak, życzę (…) ogólnie w rozwoju warsztatu!

To mnie rozbawiło do łez ;). Chyba, że jako Domowa SI?

 

Dziękuję za lekturę i przepraszam za brak zabawy. Ja na szczęście miałem przednią wymyślając i pisząc ten tekst :D

 

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Czyli nie muzyka, a acapella.

A a capella to nie muzyka? I tu akurat Maksiu tego pojęcia znać nie musi.

Tutaj można się kłócić. Acapella to też muzyka, ale gdy czytam, że rozbrzmiewa muzyka, to automatycznie wyobrażam sobie w głowie jakieś dźwięki, a jeśli po chwili okazuje się, że nie ma tych dźwięków, to mi trochę zaburza odbiór.

 

No cóż, trudno. Mnie zaś nudzą teksty z wodotryskami słów, fontannami purpury, gdzie bohater przez trzy tomy zastanawia się czy coś zrobić czy nie. Bywa!

Wiadomo, co człowiek, to gust. Ja też zamierzam w niedalekiej przyszłości ćwiczyć minimalizm i ograniczanie purpury.

 

Dziękuję za lekturę i przepraszam za brak zabawy. Ja na szczęście miałem przednią wymyślając i pisząc ten tekst :D

I to jest najważniejsze! My, pisarze, musimy mieć z tyłu głowy, że tekst nie trafi do każdego, jesteśmy zbyt różni (i to jest piękne!), więc najistotniejsza jest zabawa podczas pisania!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

a jeśli po chwili okazuje się, że nie ma tych dźwięków, to mi trochę zaburza odbiór.

Ale jak nie ma dźwięków? TU?

Ja też zamierzam w niedalekiej przyszłości ćwiczyć minimalizm i ograniczanie purpury.

Bardzo pochwalam. Czuję olbrzymią awersję do wodolejstwa, które nie wiedzieć czemu, uważane jest czasem za “poważną literaturę”.

więc najistotniejsza jest zabawa podczas pisania!

Wężykiem Jasiu, wężykiem ;)!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Ja tu widzę polskiego nastoletniego Nathana Drake, gdyby tylko mógł dorastać w rodzinie wielopokoleniowej; młodego Roberta Langdona z polskim, oldschoolowym dziadkiem o konwersji do rozszerzenia .ai…

Czytałem Twoje opowiadanie na wielkim luzie i za to wielki plus!

Nie wiem dlaczego, ale podświadomie przypomniałem sobie serial “Tajemnica Sagali”. To chyba sprawka wylewającej się z opowiadania nostalgii…

Dzięki :)

@MCM – no właśnie to takie opowiadanie “na luzie”.

Mnie się dobrze (i nostalgicznie) pisało, a jeśli się i dobrze czyta, to szczęśliw jestem :).

Sagali akurat nie oglądałem, byłem za stary. Ale w Uncharted (ostatnią część) grałem i sobie chwalę.

Przypomniał mi się jeszcze “Indiana Jones And Fate Of Atlantis” – kiedyś to były gry ;).

 

Dzięki za lekturę i budujący komentarz!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Fajne opowiadanie, odprężające i dobrze wykorzystujące lektury z dzieciństwa, że o zacnej warstwie muzycznej nie wspomnę. Zagadki Dziadka, mimo pewnej zawiłości, dla Maksa okazały się niezbyt wymagające, skutkiem czego chłopak dał sobie z nimi radę, choć nie pochwalam olśnienia doznawanego we śnie.

Nie wiem dlaczego, ale tytuł opowiadania przeczytał mi się „Hałasy na Staruchu”… ;)

Zakładam, że poprawisz usterki, więc teraz idę do klikarni. :)

 

Maks (lat 13) → Maks (lat trzynaście)

Liczebniki zapisujemy słownie.

https://bookowska.pl/jak-zapisywac-liczby-w-tekstach/

 

Janka (lat 6) → Janka (lat sześć)

 

”Serce. Wła­śnie tak. Serce z dużej li­te­ry! Nazwa wła­sna? Prze­cież Dzia­dek nie nadał wła­sne­mu sercu nazwy, nie miał go za osobę prze­cież. Więc co? Co jesz­cze pi­sze­my wiel­ki­mi li­te­ra­mi?” → ”Serce. Wła­śnie tak. Serce z dużej li­te­ry! Nazwa wła­sna? Prze­cież Dzia­dek nie nadał wła­sne­mu sercu nazwy, nie miał go za osobę prze­cież. Więc co? Co jesz­cze pi­sze­my wiel­ki­mi li­te­ra­mi?”.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wielka-duza-litera-czy-z-wielkiej-duzej-litery;3927.html

 

„No tak, na­zwi­ska pisze się z dużej li­te­ry! → „No tak, na­zwi­ska pisze się dużą literą!

 

„Hey You,

Is There Any­bo­dy Out There?,

The Show Must Go On,

Stop” → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa, albo cudzysłów. Po pytajniku nie stawia się przecinka.

https://poradniajezykowa.uw.edu.pl/porady/cytaty-a-kursywa/

 

Od­ci­nek siód­my se­ria­lu „Jan Serce” nosi tytuł: Raz kozie śmierć. → Albo kursywa, albo cudzysłów.

 

We don’t need no edu­ca­tion…”. → Jak wyżej.

 

Ban­ging your heart aga­inst some mad bug­gers wall → Jak wyżej.

 

„Don't worry

Be happy

Here I give you my phone num­ber

When you worry call me

I'll make you happy

Don't worry, be happy” → Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, bogini Reg :)

 

Poprawiłem oczywiście. 

 

choć nie pochwalam olśnienia doznawanego we śnie

A ja będę tego bronił jak niepodległości. Wyczytałem gdzieś, że odkrywca benzenu odkrył jego strukturę, bo przyśniły mu się atomy węgla łapiące się za rączki i tańczące w kółko (benzen ma budowę w formie pierścienia). A i chyba Mendelejewowi się układ okresowy przyśnił.

To dość znane zjawisko, że nawet we śnie mózg pracuje nad rozwiązaniem problemu napotkanego na jawie. I wtedy… Eureka :)

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Podobno z tym benzenem to były małpki albo diabły. Różne wersje krążą do świecie.

Babska logika rządzi!

A to pewnie zależy od źródła. Ja to chyba czytałem w jakiejś popularnonaukowej książce dla młodszej młodzieży z lat 70-tych (chyba).

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Bardzo proszę, Anonimie. Byłam pewna, że poprawisz.

Rozumiem też, że masz powody by bronić sennych pomysłów, ale ja mam tak, że to co dzieje się we śnie, nie wydaje mi się zbyt fantastyczne. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja tam lubię fantastycznie śnić ;)

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Ja też, tyle że nigdy nie udało mi się wykorzystać w życiu tego, co wydarzyło się we śnie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hm, mnie chyba też nie, ale przyjemności mi to nie psuje :)

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

W takim razie, Anonimie, życzę Ci wielu przyjemności we śnie i jeszcze więcej na jawie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję bardzo i nawzajem :D

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

I ja dziękuję. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam Jurorkę :)

heart

Pecunia non olet

Bardzo przyjemne opowiadanie. Nie odniosłem wrażenia, że Maks rozwiązuje szybko zagadki, niektóre wszak zajęły mu kilka dnia, choć tu, to ledwie kilka linijek tekstu. Dzięki za miły wieczór z tekstem. Pozdrawiam

@Nartrof – trafiłeś w sedno :)

Ten tekst miał być właśnie miły.

I nostalgiczny nieco!

 

Dziękuję za lekturę.

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Twoje nawiązania do lektur i innych “apokryfów” trafiły dokładnie w moje pokolenie, Anonimie, co sprawiło, że czytanie wiązało się z dużą przyjemnością poruszania się po znanym terenie. Fabuła pędziła na łeb na szyję, nie pozwalając na oddech i choć czasami było zbyt szybko, nie przeszkadzało to w podążaniu za bohaterem w odkrywaniu kolejnych wskazówek. 

Dobry warsztat, klarowny język i interesujący pomysł. Czegóż chcieć więcej? Niczego. 

Gratuluje i powodzenia w konkursie! 

@JolkaK – jak to powiedział jeden pan w całkiem innej książce (i filmie): “tegom chciał!”.

Taki był właśnie mój zamysł i takiego odbioru chciałem. A że za szybko? Strasznie nie lubię lać wody :/

Dziękuję bardzo za lekturę :)!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Nie poradziłbym sobie z zagadkami tak dobrze jak bohater, bo w podstawówce czytałem raczej Diunę i Stalowego Szczura.

Opowiadanie bardzo fajne, miłe i takie ciepłe.

Podobało mi się.

@MichałBronisław – ciepłe :). Bardzo mi się to określenie podoba!

Bo w sumie taki był mój cel: spróbować napisać coś dla młodzieży. A raczej – tych, którzy pamiętają, że młodzieżą byli, i co wtedy czytali.

Znaczy: mission accomplished :D

 

Dziękuję bardzo za lekturę!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Hej!

To nie jest komentarz jurorki, ale pisałam go po publikacji opowiadania, więc wklejam. Tekst pisany jak dla nastolatków, zwłaszcza takich, którym niewiele się chce. Maks jest takim chłopakiem i widać (co Narrator podkreśla przy każdej okazji), że naprawdę niewiele mu się chce. A to trochę oddziałuje na czytelnika, przynajmniej na mnie. Kiedy doszłam do fragmentu, w którym pojawiła się kartka, zmęczyły mnie te wszystkie zagadki. Maksa też. Ale on ciągnie to dalej. W sumie czemu, skoro jest tak nastawiony? Wygląda jak ktoś, kto powinien rzucić to w kąt.

Językowo lekkie pióro i to plus. Może nie żarty do uśmiechania się, ale nie ma toporności.

Na koniec, gdy ilość zagadek przytłacza, mamy zakończenie, więc można powiedzieć, że wiedziałeś, kiedy skończyć. ;)

Dziadek jako sztuczna inteligencja – hm, a skąd wiedział, jak tego dokonać? :D

No ale najważniejsze, że miałeś frajdę w pisaniu. :)

 

Pozdrawiam,

Ananke

@Ananke – miło że wpadłaś :)

Czy Maksowi się nie chce? Owszem. A raczej sprawia takie wrażenie. Bo nie ma motywacji. Ale Dziadek wiedział, jak go zaciekawić: swoim zmartwychwstaniem i łamaniem szarych komórek (ale nie zbytnim – zagadki są łatwe, bo dzisiejsza młodzież łatwo się męczy :))

I to, czy Maksiowi się naprawdę nie chce, czy tylko sprawia takie wrażenie, to już inna bajka!

A skąd Dziadek wiedział, jak stać się AI? Kolejna zagadka! Ale grzebiąc w necie, można trafić w różne dziwne miejsca :P

Dziękuję za komentarz!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Nie mogę się powstrzymać przed zapytaniem – a skąd się bierze motywacja?

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

A do kogo to pytanie?

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Do każdego, kto wie.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

To ja odpowiem za siebie – z chęci bycia lepszym, niż się jest.

Pasi?

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Sęk w tym, że ja jestem do kitu…

#depresjaGwiazdkowaZawczasu

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Ech…

Po czym rozpoznać idiotę? Zawsze z siebie zadowolony!

Po czym rozpoznać istotę myślącą (nieraz aż za dużo myślącą)? Po wiecznym powątpiewaniu w siebie!

 

Tak że…

:P

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Jeśli to miało mi poprawić nastrój… to nie poprawiło. (”Zdrowy organizm żyje i działa?”) indecision

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Hej ho!

Lekka i przyjemna lektura, pełna sprytnych zagadek. Próbowałam sama wpaść na ich rozwiązanie, ale widocznie nie jestem tak bystra jak główny bohater. :D

Zakończenie bardzo ciepłe. Wydaje mi się, że wypadłoby jeszcze cieplej, gdybyś dał czytelnikom do odczucia, że wnuczek tęskni za dziadkiem. Wówczas ich ponowne spotkanie, nawet w formie SI, byłoby bardziej poruszające. :)

Pozdrawiam serdecznie

 

@Marszawa – lekka i przyjemna miała być, więc jest dobrze ;)

Zagadki sprytne? Raczej odgrzewane. Znasz Samochodzika czy Szatana?

A w uczucia to ja niespecjalnie umiem. Więc pewnie masz rację, że przydałoby się trochę tęsknoty pod koniec. No trudno, tak mi się napisało.

Dzięki za lekturę!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Zagadki sprytne? Raczej odgrzewane. Znasz Samochodzika czy Szatana?

Szatana już nie pamiętam :D 

 

Z kolei Samochodzik był chyba jedynie lekturą uzupełniającą… :D 

Ano widzisz…

Zagadki są po prostu zerżnięte z tych ksiązek.

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

O, Szatan! Uwielbiałem tę lekturę!

Miłe, lekkie opowiadanko, podobało mi się. Czy zagadki idą za łatwo? Hmm, a musiały być piekielnie trudne? Chyba nie taki był zamysł. 

Powodzenia w konkursie.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

@MichaelBullfinch – No ba! Ktoś Szatana nie uwielbia ;)?

Dzięki za lekturę i miłe słowa!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Moje uszanowanie!

 

– Toż to… Pink Floyd. – Mama wykazała się dogłębną wiedzą na temat historii muzyki rockowej.

Hahaha:DDD

 

Zgodzę się z przedmówcami – język wyborny. Bardzo miło się czytało, super humor, porównania i aluzje. Sedno tekstu, czyli zagadki, także świetne rozpisane, choć momentami nasz bohater miał coś zbyt wiele szczęścia. A może są w nim zadatki na geniusza? Jak rozumiem, dowiemy się w przyszłości.

A, no i wyjaśnij mi jeszcze, Drogi Autorze, jedną rzecz. Co właściwie stało się na końcu? Maks spotkał cyfrową imitację dziadka? Staruszek nadbudował się na domowej AI, czy jak? Trochę mi to umknęło.

Niemniej, tekst świetny.

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

@Bartkowski.robert – dziękuję za tak miłe słowa :)

Gnę się w ukłonach!

 

I tak, Dziadek nadpisał się na domową AI stając się osobowością cyfrową, o ile można tak to ująć.

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za lekturę i komentarz!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Jeszcze raz wielkie dzięki za lekturę i komentarz!Jeszcze raz wielkie dzięki za lekturę i komentarz!

Nie ma za co!

 

I tak, Dziadek nadpisał się na domową AI stając się osobowością cyfrową, o ile można tak to ująć.

Szczerze? Bardzo mroczne.

 

Pozdrawiam!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Szczerze? Bardzo mroczne.

Niewykluczone. Jeśli kiedyś przyjdzie Pani Wena, to może będzie rozwinięcie.

Jeśli!

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Będę wyczekiwał! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Wyniki ogłoszone, zatem spieszę z opinią:

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie. :)

Ze spraw technicznych – wątpliwości oraz sugestie (do przemyślenia):

Pamiętaj, że czas ucieka, a droga (przecinek?) która cię czeka, długą będzie”.

 

„R/rodzice” czasem wielką, a czasem małą literą:

Janka (lat 6) – siostra Maksa, dumny przedszkolak, źródło wszelkich utrapień i niepożądanych ustępstw, wymuszanych na Rodzicach. (…) Do tego wystąpią jeszcze rodzice: Mama i Tata.

Podobnie: Tata i „ojciec”?

Tak samo słowo „D/dziadek”?

I „s/Staruszek”?

 

To nie był fejk, na przykład w wykonaniu Rudego Romana, Mysikrólika czy któregoś innego z jego kolegów. – rym, jak rozumiem, dla podkreślenia humoru?

Idę już mamo, idę. – przecinek przy Wołaczu?

– Mamo, tam jakby muzyka grała! Może to jak z bajki o Kreciku, zwierzęta tworzą muzykę? – Zastanawiała się dziewczynka. – małą?

Myśli chłopaka galopowały jak mustangi po prerii: ”Serce. Właśnie tak. Serce z dużej litery! Nazwa własna? Przecież Dziadek nie nadał własnemu sercu nazwy, nie miał go za osobę przecież. Więc co? Co jeszcze piszemy wielkimi literami?” – brak kropki na końcu?

W tym momencie Mama i Maks wbili osłupiały wzrok (Narrator wie, że forma „osłupiałe wzroki” nie istnieje, ale nie wie (przecinek?) jak ją zastąpić) w Tatę, który zaczął się dosłownie tarzać po podłodze.

I kiedy tak gorączkowo rozglądał się po strychu, w miejscu (przecinek?) z którego zdjął przed chwilą okładkę płyty, zobaczył czerwoną kropkę.

„Aha, czyli walić tu”, pomyślał. „Ale trochę głowy szkoda. Może młotkiem?” – brak kropki na końcu?

„Takiej sztuczki jeszcze nie widziałem. No, no, Staruszku”, z podziwem pomyślał chłopak. „Ale czemu czoło przeszło, a wcześniej ręce nie? Jakieś linie papilarne na czole czy jak?” – i tu?

 

Czasem w jednym zdaniu jest powtórzony wyraz „chwila” – to celowe dla podkreślenia humoru?:

Chwila namysłu i rozwiązanie pojawiło się po krótkiej chwili.

Tym razem chwila załamania Maksia trwała tylko chwilę.

 

Wielkie brawa za nawiązanie do tylu skojarzeń filmowych, historycznych, literackich itp. :) A także za lekkość opowieści, delikatny humor (ciągle miałam przed oczami ukochaną bajkę „Proszę słonia” z kultowymi dialogami), świetny kontakt z Czytelnikiem. Pomysł dziadka – niezwykły. Etapy odgadywania zawiłej zagadki kojarzyły mi się nieco z filmem „Player One. :)

Wybrane hasła wykorzystane, podejście do tematyki konkursowej nader oryginalne. :)

Cieszy, że tak dobrze bawiłeś się przy tym, Autorze. :)

 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję, klik biblioteczny – już tylko symboliczny. :)

Pecunia non olet

Wielkie dzięki, Bruce!

Poprawię w wolnej chwili.

“Zastanawiała się” dużą, bo to chyba nie czynność gębowa?

A “chwile” zdawało mi się że już poprawiłem :/.

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

I ja bardzo dziękuję. :)

Możliwe, że usterki były już poprawione; nasze komentarze zostały napisane zaraz po czytaniu. ;)

Pozdrawiam noworocznie. ;)

Pecunia non olet

Bardzo sympatyczna i ciepła opowieść. Podoba mi się ta wirtualność mapy, jej puzzlowatość ;) Uznaję bez problemu zostawianie wskazówek i tropów jako swego rodzaju mapę.

Jedyne na co mogę trochę pomarudzić, to brak jakichś większych przeszkód. Maksiowi rozwiązanie zagadek poszło gładko, ciut za gładko. Porównując do labiryntu, na rozdrożu najwyżej się zatrzymywał na kilka dni, a potem szedł dalej bez błądzenia.

 

Miałam wrażenie, że cofnęłam się do dzieciństwa i czytałam coś w rodzaju „Klubu włóczykijów” Niziurskiego. Mam do tej książki sentyment, więc możesz to uznać za komplement :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

W każdej niemal powieści dla młodzieży dzieci szukają skarbu. Poszukiwacze skarbu muszą, rzecz jasna, napotkać stosowne przeciwności i przezwyciężyć je dzięki własnym cnotom, z inteligencją na czele, pozbywając się przy tym wad. Stary schemat. Sprawdzony. Niezawodny. Niezawodny?

 

A jednak.

 

Najdziwniejsze w tym tekście jest to, że mi się nie podoba. Zastanówmy się nad przyczynami tego stanu rzeczy.

 

Nie należy do nich stylizacja na dziadkową gawędę, choć miejscami jest może trochę przesadna. 

 

A może to, że poszukiwanie idzie Maksowi za łatwo? Że kiedy nawet utknie, to szczęśliwy przypadek zaraz go, bez wysiłku z jego strony, odetknie? (Pamiętaj, że czas w opowiadaniu wiąże się z liczbą słów – to, że powiesz "minęły trzy dni" nie oznacza, że czytelnik odczuje trzy dni; a znowu wysiłek bohatera istnieje dla nas tylko wtedy, kiedy go widzimy – i kiedy go widzimy, odczuwamy też mijanie czasu). Że nie błądzi w ślepych uliczkach?

 

Niewykluczone, ale tutaj nie bez winy jest limit. Mimo to szukajmy dalej.

 

Czy tekst jest niezdecydowany? Chyba nie, przecież wszystko jest jasne: dziecko szuka skarbu ukrytego przez dziadka – dowcipnisia. 

 

Ale zaraz. Dziadek – dowcipniś. Może to on? Przyjrzymy mu się. Otóż – starszy pan traktuje wnuka nieznośnie protekcjonalnie. Nie znam się za bardzo na dziadkach i pradziadkach (jedyny z moich, którego miałam w ogóle szansę poznać, jest raczej cholerykiem, a poczucie humoru ma zupełnie inne; dziadek stryjeczny takoż), ale mam wrażenie, że on "wie lepiej" od samego Maksa, co Maks myśli i jak się czuje. To niedobrze, bo – o ile wady Maksowego charakteru dziadek mógłby z zewnątrz dostrzegać i postarać się pomóc w ich usunięciu – to uczuć i myśli wnuka znać nie może. Może się ich tylko domyślać. Nie chcę tu chwalić współczesnych metod wychowawczych… ale zaraz, przecież nie chwalę. Przecież to właśnie współczesne metody polegają na traktowaniu dziecka jak przedmiotu, w najlepszym razie zwierzątka do wytresowania, a nie osoby, która coś MYŚLI (i którą czasem trzeba, a i owszem, ukarać – nie w celu uwarunkowania, tylko przemówienia do rozumu). A dziadek niby cały czas stawia problemy przed rozumem Maksa – ale są to problemy teoretyczne, zagadki. Nie problemy rozumu praktycznego, dzięki którym Maks mógłby się etycznie rozwinąć.

 

Zresztą – czy Maks naprawdę ma tę wadę, o którą narrator go pomawia? A przynajmniej – czy ją widać? Czy gdyby faktycznie nie umiał się bawić i nienawidził całego świata, podjąłby dziadkową grę? Owszem, narrator mówi o nim, że jest skwaszony, zmartwiony, niezadowolony – ale każe nam w to wierzyć na słowo. Czy Maks pyskuje dorosłym? Nie. Czy odmawia w sposób nieuprzejmy wykonywania ich poleceń? Nie celowo. Czy widać, żeby się czymkolwiek zamartwiał? Nie widać.

 

W efekcie dziadek rozwiązuje problem, którego nie ma. I kończący tekst smrodek dydaktyczny "don't worry, be happy" dynda sobie w powietrzu. A starszy pan, który z pewnością miał być sympatycznym ekscentrykiem, okazuje się egocentrykiem, posyłającym dzieciaka po kilwater dla własnej uciechy.

 

Rodzice Maksa zresztą też nie wypadają zbyt sympatycznie – to oni wydają się zgorzkniali i pozbawieni poczucia humoru (nawet, kiedy się śmieją), oraz elementarnego zdrowego rozsądku, skoro oczekują od kilkulatki, że bez nadzoru będzie wykonywała nudne zadanie, a wobec wycwanienia się dziecka, które nawet ja zdołałabym przewidzieć, robią awantury (może dziadek ma rację, że chce wnuki uchronić przed tym złym wpływem, ale za jego metody nie dałabym głowy). 

 

No i oczywiście – nie aprobuję SI. Wspominałam?

 

Wtręty narratorskie pod moim adresem doceniam, a jakże :) i teraz udzielę na nie specjalnych odpowiedzi:

"(Narrator wie, że forma "osłupiałe wzroki" nie istnieje, ale nie wie jak ją zastąpić)" Osłupiałe spojrzenia. Fakturka na mailu ^^ (a przecinka to zabrakło?)

"(rym nieplanowany – przyp. Narratora)" To precz z nim. Wieszanie girlandy na rymie nie spowoduje jego zniknięcia :)

 

To uczyniwszy, zajmijmy się potknięciami językowymi, których Autor nie udekorował. Czy jest ich wiele? Nie. Ale dajcie mi tekst, a błędy się znajdą ;)

 

Primo. "Mapa drogowa" to ohydna kalka z angielskiego. Piękna jest mowa Szekspira i dobra jest jej nauka, ale nie kosztem mowy Kochanowskiego i Reja. U nas mapa dróg (drogowa jest sól) może przedstawiać wyłącznie sieć tychże w województwie, powiedzmy, małopolskim.

 

Metafory generalnie pasują do stylizacji – są trochę przesadzone, ale najwyraźniej takie mają być i dobrze się układają. Ostatecznie narrator jest w tym tekście postacią, i to, mówiąc oględnie, ważną – wszystko, co buduje taką postać, jest zasadne. Kilka zdań wypadło jednak dziwnie, np. "Maks czuł się zaniepokojony wyświetlaną wiadomością nie tylko dlatego, że otrzymał ją od nieżyjącej osoby." cokolwiek drewniane. Albo "efekt jego kinomaniaczego, krótkiego zapału" – a może po prostu: jego krótkotrwałej kinomanii? Zaś zdanie: "Tu wybuchnęła potokiem łez, szlochając rozpaczliwie." miota się cokolwiek histerycznie. 

 

Ale… taki stary, a tak nie umie zastosować imiesłowu, no :P Wszyscy razem: imiesłów przysłówkowy współczesny ("nie zdążając" na przykład) NIE OZNACZA PRZYCZYNOWOŚCI, TYLKO JEDNOCZESNOŚĆ!!111 Argh!

 

A znowu imiesłów przysłówkowy uprzedni: "Dziadek zmarł nagle trzy miesiące temu, nie zdążając…" nie, zaraz, tu jest współczesny. Co on tu robi? Skąd się wziął, skoro zdążenie, jako dokonanie czynności, nijak nie mogło być współczesne dziadkowej śmierci? Hmm?

 

A "będący pamiątką" po prostu nie jest potrzebne – wystarczy napisać "zegar, pamiątka" (to jest w środku zdania, tylko dlatego ma być przecinek!) i będzie grało.

 

"Czyli to angielskie słowa były sednem zagadki, wydedukował chłopak." Sęk w tym, że to mowa pozornie zależna, więc pokazujesz to, co Maks pomyślał. A pomyślał raczej "są" niż "były".

 

Jeszcze co do mowy Szekspira: "obijały się po jego głowie" to anglicyzm składniowy (obijały mu się po głowie). Przekład "Banging your heart against some mad buggers wall" na "Bo jak długo można łomotać sercem w mur, za którym obłęd się skrył?" jest cokolwiek wątpliwy (https://songmeanings.com/songs/view/2838/): wyraźnie chodzi o dobijanie się do adresata – walniętego palanta, który olewa podmiot liryczny z jego wysiłkami. Jeśli to wyrzut wobec Maksa, to jego zasadności w tekście nie widać, a jeśli dziadkowa autoironia… to też nie wiem, co tu robi.

 

Słowa parę razy niecnie i za Twoimi plecami zmieniły znaczenie, bo czy to możliwe, żeby czcigodni Starcy pisali: "zwierzęta tworzą muzykę" zamiast np. zwierzęta muzykują? Albo "aktywności" (brrr!) zamiast czynności?

 

"Treść informacji" to masło maślane. Za to "treść, w formie zagadki" zawadza o oksymoron. Co ma oznaczać "źródło ustępstw"? Jakich ustępstw? Wobec czego? Nie "jako formę przygotowań" tylko w ramach przygotowań.

 

Suplika to prośba https://wsjp.pl/haslo/podglad/71960/suplika – nie dziękczynienie, i nie ogólnie "modlitwa". Wypadki się raczej uprzedza niż wyprzedza. Skąd wytrzasnąłeś pomysł, że karteczkę można "przytrzymać do płyty", i to jeszcze taśmą, nie chcę wiedzieć, ale można ją najwyżej przytwierdzić (trzyma się beczkę rumu w czasie sztormu i smycz psa, ale zawsze rękami).

 

Powolność nie jest cechą postępów, tylko ich robienia, więc powinno być: powoli robiła postępy, a nie "robiła powolne postępy". (Aliteracja swoją drogą). Składać się można z wielu elementów – jak Krzyżak może się złożyć z jednego, tego nie wie sam Lovecraft. Chwila to to samo, co moment, więc "chwila załamania Maksia trwała tylko moment" brzmi pociesznie. A "pyszniła się, dyskretnie oświetlona" wywołuje zeza, bo pycha nijak się nie wiąże z dyskrecją.

 

Idiom brzmi "puścić mimo uszu", nie "mimo ucha" (doceniam, że nie poszedłeś na łatwiznę z tym po trzykroć przeklętym "ignorować"!). Ale to nieszczęsne "delikatnie" zamiast "ostrożnie", "lekko"… wrrrr…. i jeszcze tym "delikatnym" ma być bicie głową o ścianę? No, naprawdę.

 

Tu zaburzył się szyk: "monitora, czarnego w przeważającej części" zmień na: monitora, w przeważającej części czarnego.

 

Znalazły się też (o, tempora! o, mores!) moje ulubione tautologiczne konstrukcje typu: "wzmianka o czymś, co było mottem życiowym" – w czym to jest lepsze od "wzmianka o motcie"? No, może brzmi trochę lepiej, ale i słowo "motto" dałoby się czymś zastąpić. O życiowej dewizie, na przykład.

 

Rymów nieobwieszonych girlandami też nie zabrakło: irytacji – informacji; dorosłości – możliwości – aktywności (argh). A tu: "wiedział, że to wiadomość od wiadomej osoby" mamy piękną aliterację. I znaczenia też pokrewne.

 

Nazwę "Internet" piszemy dużą literą, jest to bowiem nazwa własna. Tak w ogóle – nie tylko osoby mają nazwy własne. Mają je liczne byty nieosobowe, jak Kraków, Mruczuś i Hewlett-Packard. Miejscami masz paszczowe didascalia napisane dużą literą, co nie uchodzi Twej powadze.

 

W kwestii przecinków w "chyba że" – mea maxima culpa. Naprawdę byłam przez te wszystkie lata święcie przekonana, że one mają w tym miejscu być, dopóki mnie Ślimak nie wyprowadził z tych sprośnych błędów, Niebu obrzydłych. Nie ma być. Mmmm. 

 

Poza tym chyba wszystkie kwestie interpunkcyjne poprawiła już reg – mnie niektóre umknęły, co interpretuj, jak chcesz. Zdaje się, że zwróciła Ci też uwagę, żebyś pisał liczebniki słownie, a nie cyfrą, więc ja nie muszę ;)

 

Reszta, jak zwykle – na zamówienie. Stopy wody pod kilem!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Sprytna opowieść Staruchu, pełna tajemnic, zagadek i wywołująca uśmiech na twarzy. Co prawda naciągnąłeś regulamin mapy jak żagiel, ale się nie porwał, więc gratuluję! ????

Jak zawsze ładny język, choć w zapisach dialogu coś mi tam zawyło. Co prawda czytanie współczesnym dzieciom Trylogii uważam za niewiarygodne, ale poza tym bardzo zgrabnie to skonstruowałeś.

 

delulu managment

Trochę się zbierałem do napisania tego posta.

@Śniąca@Ambush – wielkie dzięki za lekturę i ciepłe słowa.

@Tarnina – to będzie trochę więcej słów ;)

 

Łatwość zagadek – być może to sprawia takie wrażenie. Natomiast nie mam pojęcia, jak w tekście na 20 tys znaków oddać czas, potrzebny na rozwiązanie zagadki. Czy zadanie zagadki, a potem fabuła typu: czekał, czekał, czekał, myślał, starał się , główkował, spał, myślał, myślał, myślał na 15 tys. znaków?

Zapewne mógłbym to jakoś oddać, ale nie wiem jak. Moim zdaniem te kilka słów o wysiłku umysłowym Maksia powinno wystarczyć. To jak oddanie czekania w 10-minutowym filmie o Bolku i Lolku czy Reksiu – przecież nie będą czekać 7 minut w 10-minutowym epizodzie. Więc załatwia się to kilkusekundowym przerywnikiem, mrugając do widza w nadziei, że poczuje ten upływ czasu.

Mnie się jak widać nie udało, ale jestem otwarty na propozycje.

 

Osoba Dziadka – hm, dla mnie jest jasne, że Dziadek wcale Dziadkiem nie jest. Tylko pewnego rodzaju hybrydą. Zresztą mam pewien pomysł na tekst, który pokaże Dziadka w trochę innym świetle. Może kiedyś powstanie?

 

Maksia wada – to kolejny temat, który pewnie powinienem rozciągnąć. Przyznam się bez bicia, że taką frajdę sprawiło mi wymyślanie zagadek, że resztę potraktowałem nieco po macoszemu.

 

Pisownia Dziadek/dziadek i Staruszek/staruszek – raz Dziadek/Staruszek był “tym” Dziadkiem/Staruszkiem, a raz dziadkiem/staruszkiem z dużego zbioru dziadków/Staruszków. Ale coś mi mogło umknąć.

 

Czytanie Trylogii – ja mojemu synowi przeczytałem m.in. całego Władcę Pierścieni, więc Trylogię też można młodzieży czytać. Bo przecież proces czytania wieczornego jest przyjemny dla lektora, a skoro słuchacz nie widzi obiekcji, to można tę czynność długo kontynuować!

 

Co do językowych obiekcji Tarniny – nie wszystkie rzeczy wydające się niepoprawnymi takie są.

Wszelakich tautologii, rymów, powtórzeń zmieniać już nie będę, bo tak mi się napisało, do druku to nie pójdzie, więc przyjmę je tylko do wiadomości.

Pochyliłem się nad I/internetem – nawet specjaliści nie są zgodni . 

 

Ach, i liczebniki powyżej napisałem za pomocą cyfr, bo tak było szybciej. Proszę o wybaczenie!

 

Dziękuję Paniom jeszcze raz za lekturę, komentarze i wspaniały konkurs, który dał mi niesamowicie wiele frajdy :D

(szkoda, że tylko mnie, ale to już inna historia).

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

@Tarnina – to będzie trochę więcej słów ;)

Serio? XD

Natomiast nie mam pojęcia, jak w tekście na 20 tys znaków oddać czas, potrzebny na rozwiązanie zagadki. Czy zadanie zagadki, a potem fabuła typu: czekał, czekał, czekał, myślał, starał się , główkował, spał, myślał, myślał, myślał na 15 tys. znaków?

Nie. Pokazać wysiłek bohatera – może parę nieudanych prób, może trochę frustracji i wykłócania się z ludźmi. Samego czasu jako czasu nie pokażesz, możesz pokazać tylko to, co się dzieje w czasie. Nie chodzi o liczbę znaków (bezpośrednio). Chodzi o to, jakie to znaki, czym ten czas wypełnisz.

To jak oddanie czekania w 10-minutowym filmie o Bolku i Lolku czy Reksiu – przecież nie będą czekać 7 minut w 10-minutowym epizodzie

Ale dlaczego by mieli? Wystarczy szybki montaż ze znudzonymi bohaterami albo coś w ten deseń.

 dla mnie jest jasne, że Dziadek wcale Dziadkiem nie jest

Hmmmmm. Dla Ciebie pewnie tak, bo taki miałeś zamiar, ale czy udało Ci się ten zamiar przekazać…

Przyznam się bez bicia, że taką frajdę sprawiło mi wymyślanie zagadek, że resztę potraktowałem nieco po macoszemu.

Trochę tak :)

Trylogię też można młodzieży czytać

Ja tam sama czytałam, ale ile miałam wtedy lat? Nie pomnę. Jeśli była to liczba dwucyfrowa, to nieduża.

nie wszystkie rzeczy wydające się niepoprawnymi takie są

Jeżeli nie są, to powinno być widać, że nie są i dlaczego.

Pochyliłem się nad I/internetem – nawet specjaliści nie są zgodni . 

A to ciekawe… byłam pewna, że traktujemy światową sieć jako jedną sieć z nazwą własną. Cały czas się człowiek uczy ^^

Ach, i liczebniki powyżej napisałem za pomocą cyfr, bo tak było szybciej

No, skandal XD

(szkoda, że tylko mnie, ale to już inna historia).

Oj, bez przesady :D

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka