„Zakładał, że pisanie samo w sobie okaże się łatwe, wystarczy po prostu przelać na papier niekończący się, nerwowy potok słów, rozbrzmiewających w jego głowie od lat”.
– George Orwell, Rok 1984, tłum. Julia Fiedorczuk.
Pewnie wiecie, czym się żywią jaszczurki? I jakim sposobem kameleon zmienia barwy? Bo ja wiem. Ale nie powiem. Nie o tym jest ta historia.
Ojciec był inspektorem weterynaryjnym. Kiedyś postawił mi na regale parę swoich branżowych książek, „bo u niego nie ma miejsca”. Pośród mojej kolekcji komiksów pojawił się więc siódmy tom serii traktującej o hodowli gadów.
Dzieło to stało się obiektem żartów odwiedzających mnie gości.
Na moich osiemnastych urodzinach jeden z kolegów, zachęcony widokiem tej książki, zaczął opowiadać o teoriach spiskowych. O oszołomach, którzy wierzą w ukrywających się na Ziemi jaszczuroludzi. Twierdził, że sporo jest takich osób.
Ja zakląłem i pokręciłem głową na taką niedorzeczność. Roześmiałem się. Ale dziewczyna, która nas dotąd słuchała (udając, że gapi się w telefon), nagle krzyknęła i w panice wybiegła z mieszkania.
Z tego powodu postanowiłem wreszcie, że „Bezterraryjny chów gadów” musi zniknąć z biblioteczki. Zwłaszcza, że zbliżała się moja impreza imieninowa. Muszę tę sytuację wyjaśnić, zanim dopuszczę się czynów kryminalnych. Już słyszę, jak moi goście podśpiewują „siódmy chów, terrra siódmy… hu! Hu! Huuu!”.
Tak było na osiemnastce! Koszmar.
Najpierw chciałem książkę ukryć gdzieś w pokoju, schować do szafy. Ale to było krótkowzroczne. Wciąż mieszkałem z ojcem. Wystarczy, że wyciągnie ją z szafy pod moją nieobecność. Znajdzie ją na pewno. I zaraz „gady” wrócą tam, gdzie były.
Do biblioteki też nie zaniosę, bo tam pracuje matka. Choć rodzice żyją w separacji, to współpracują w wielu sprawach. Nie, to bez sensu.
Matka wychowywała mnie w szacunku do książek. Nie miałem serca, aby tę książkę zniszczyć własnoręcznie. Postanowiłem zrobić tak, aby nie wróciła. Jak stara, porysowana płyta cd, którą wywaliłem pod wiatą śmietnikową, a dobrotliwy sąsiad przyniósł mi ją z powrotem. Myślał, że wyrzuciłem przez pomyłkę.
Sprzedaż internetowa też odpadała. Korzystaliśmy z ojcem z jednego komputera. Wystarczyłoby, że zapomnę usunąć historię wyszukiwania i ech…
Nawet nie wiecie, ile kombinacji przeanalizowałem. W mojej wyobraźni książka zawsze wracała jak bumerang.
Lepiej, żeby zniknęła z mieszkania i to bez śladu. Jak ojciec sobie o niej przypomni, to będę udawał, że nie wiem gdzie jest. Powiem, że pewnie sam gdzieś upchał.
Zdecydowałem, że „akcja książka” zostanie wykonana nieco dalej.
Jakiś czas temu podjąłem pierwszą pracę. Dojeżdżałem codziennie z naszej wsi do małego miasta. I to była moja okazja. Planowałem, że porzucę właśnie tam przeklęte „gady”.
Ludzie w miasteczku wydawali się dziwni. Wydawało mi się, że zawsze jeździ za mną jakiś samochód. Czasem, że ktoś mnie śledzi idąc chodnikiem. Albo skrada się za budynkami. Dlatego raz wszedłem za jedną z podejrzanych osób w podwórko. Musiała się schować albo uciec, bo zniknęła z zasięgu wzroku. Stale towarzyszyło mi uczucie bycia obserwowanym.
Wiem, co powiecie: to normalne, że nowy w obcym mieście rzuca się w oczy. I ludzie mu się przyglądają. Ale moim zdaniem to było coś więcej. Mieszkańcy byli w zmowie. Jakby wiedzieli coś, czego ja nie wiem.
Miasteczko było słabo oświetlone. Wieczorami pełne mrocznych zakamarków. Czasem ktoś przebiegał ciemnymi uliczkami. Ktoś skradał się pod ścianami. Oni mieli jakieś swoje tajemnice.
Zmęczyła mnie ta paranoja. Jeśli faktycznie istnieli jacyś „Oni” musiałem ich zdemaskować. Wytrącając z równowagi, doprowadzić do ich ujawnienia się. Ale, jak to zrobić, gdy ja sam byłem dla nich zbyt przewidywalny?
W tygodniu stała trasa między domem a pracą. W piątki i soboty imprezy. Jeśli znajdowałem się pod obserwacją, to każdy (nawet znajomi) mógł przewidzieć mój następny ruch.
Musiałem zrobić coś szalonego. Byle nie popaść w konflikt z prawem. Coś nieznacznego. Na miarę moich możliwości. Ale wykraczającego poza plan, rutynę i przyzwyczajenia.
Gdybym porzucił książkę na ławce w parku , pomyślą, że zwyczajnie zapomniałem. Ale gdy ułożę ją równiutko na ścieżce, widać będzie, że to celowe działanie. Jeśli okaże się, że podążają za mną krok w krok, to da im do myślenia. Niech się głowią. Po co ją zostawiłem? Dlaczego w tym miejscu i czasie? I dlaczego ten tytuł? Może dzięki temu się potknął? Spanikują? Zaczną popełniać błędy?
***
Było po zmroku, kiedy przyjechałem na nockę do marketu. Po drodze musiałem przejść przez park.
Wyobraźnia zaczęła mi podsuwać obrazy reptilian czyhających z laserami w koronach drzew. Zachichotałem. Chyba mi już odbija od tych imprez. Łażę z jakąś durną książką w nocy i fantazjuję. Zdecydowanie powinienem zmienić tryb życia, bo głupieję. Trzeba przysiąść do nauki, pomyśleć o egzaminie na studia.
Przemierzałem alejki dość gęsto oświetlone przez latarnie.
Wokoło cicho i pusto, ale zbyt widno. Dlatego skręciłem w boczną ścieżkę, po czym wszedłem między gęste krzaczory, gdzie panowała ciemność.
Upewniłem się, że nikt przypadkowy nie widzi (nie chciałem wyglądać głupio) i położyłem „gady” na środku ścieżki. Zastanawiałem się nawet, czy, gdy będę wracał w dzień, to jeszcze je tu znajdę.
Nie zapowiadali deszczu w tym tygodniu. Może rano ktoś ją sobie weźmie? Albo wyrzuci do śmieci? W sumie mało uczęszczana ścieżka, żeby ktoś od razu książkę podniósł… Przepraszam za te dywagacje. Już zmierzam do rzeczy. I właśnie wtedy to się wszystko zaczęło. To były cztery dziwne epizody.
Pierwszy Epizod
Jako że wcześniej miałem kilka dni wolnego, to w trakcie pierwszej nocki wyjątkowo paliłem się do roboty. A nie było jej akurat za wiele. Powykładałem trochę towaru. Ogarnąłem sklep, pomyłem lodówki, wyrzuciłem śmieci.
Muszę nadmienić, że przyszedłem do pracy trzeźwy i wyspany (aż za bardzo).
Na przerwie, jak i przez całą zmianę, nie czułem potrzeby aby jeść, ani pić (a było lato!).
Nikt więc nie miał szans tą drogą podrzucić mi żadnej substancji wywołującej halucynacje. Nie można też zrzucić winy na przemęczenie.
Dlaczego o tym mówię? Już wyjaśniam. Mianowicie coś dziwnego zaczęło się dziać z kierowniczką sklepu.
Opiszę pokrótce tę osobę. Jeśli chodzi o jej zachowanie, to wobec mnie przejawiała dobre maniery. Zaś z naszymi koleżankami z pracy lubiła rozmawiać językiem pełnym przekleństw. Zawsze podziwiałem jak elastycznie i płynnie przechodzi z języka żyrafy do języka szakala.
Na potrzeby tej opowieści nazwę ją sobie „Elitą”. Tę kierowniczkę. Miała arystokratyczne rysy twarzy. Albo „Elitką”. Bo drobna i bardzo szczupła. Chociaż może jednak „Elitą” – ona nie stosowała zdrobnień. Gdyby na przykład pracował u nas jakiś „Boguś”, najczęściej wybierałaby formę „Bogusław”. „Boguś”? Nigdy.
Wiem, to niepotrzebna dygresja. Wracam do meritum.
Na zakończenie pracy wszedłem do biura. Potem (po przebraniu się w szatni) nie mogłem tam wracać, bo już odbiłem identyfikator. Ta czynność automatycznie kończy pracę i nie wolno przekroczyć progu biura – żyjemy w świecie kamer.
Był już jasny dzień. Stałem obok siedzącej Elity, wpatrującej się w monitor.
Pomieszczenie było doskonale oświetlone promieniami słońca. Widziałem wszystko dokładnie. Moja twarz była oddalona od jej twarzy o kilka, może kilkanaście centymetrów.
Kiedy sprawdzaliśmy grafik, skupiła wzrok na danych z ekranu.
Nie patrzyłem w ekran. Patrzyłem cały czas na jej oczy. Może to przez jej urodę. Dzisiaj powiedziałbym n i e z i e m s k ą.
Rozszerzone źrenice Elity zmniejszyły się. Ku mojemu zaskoczeniu zwęziły się w wyraźne pionowe szparki. Jak u kotów. Albo jak u gadów. Oczy węża. Nie mogło być mowy o przywidzeniu. Były tak wyraźne, że w ich czerni dostrzegałem białe plamki odbijającego się światła.
Najdziwniejsza w tym wydawała się moja reakcja. A właściwie jej brak. Żadnego zawału. Żadnego krzyku. Nic nie czułem. Jakbym już to widział miliony razy. Czy miałem w DNA zapisane wspomnienia ludzi z takimi źrenicami? Czy może żyłem już wcześniej i spotkałem się z tym w poprzednich wcieleniach?
Drugi Epizod
Dokładnie dwa tygodnie później wszedłem do marketu i skierowałem się do biura.
Drzwi otwarte. Jeszcze nie przekroczyłem progu, a już widziałem, że coś było nie tak.
Kierowniczka siedziała przy biurku. Miała króciutką spódniczkę i koszulkę bez rękawków, więc widziałem jej odsłonięte nogi i ramiona. Odniosłem wrażenie, że skuliła się pod moim spojrzeniem. Skóra na jej ciele zrobiła się nagle idealnie biała. Nie blada, nie sina. Była tak biała, że wyraźnie kontrastowały z tą bielą niebieskie żyłki. Jak siatka niebieskich pęknięć rozchodzących się po białym marmurze.
Elita przeraziła się na mój widok. W niczyich oczach dotąd nie widziałem takiego zwierzęcego przerażenia. O czym myślała przez te dwa tygodnie? Uświadomiła sobie, że poprzednim razem utraciła kamuflaż? I pokazała swoje prawdziwe oczy? Zapomniała się? Przez nasze uprzejme relacje poczuła się zbyt bezpiecznie?
Jakiś czas przed pierwszym epizodem wspomniałem przy koledze z pracy o jaszczuroludziach. Nic szczególnego, ubawiony byłem takimi teoriami spiskowymi. Opowiadały o politykach, urzędnikach i policjantach, podmienianych na ukrytych reptilian. Zmiennokształtni reptilianie, he, he. Humanoidalne gady przybyłe z kosmosu. Sporo tego było w necie.
Wkręciłem to sobie? Naczytałem się i naoglądałem głupot, po czym one zaczęły żyć własnym życiem?
Ale kolega na dźwięk słowa „jaszczuroludzie” nagle spoważniał. Chociaż dotąd kpił ze wszystkich i wszystkiego. Dziwne.
Może ja wypierałem z pamięci takie epizody? Może wcześniej miałem takie wspomnienia, tylko mój uwarunkowany umysł je zakłamywał? Postanowiłem, że nie będę ich wypierał. Wiem, co widziałem.
Sęk w tym, że wypieranie jest podświadome. Wedle najbardziej pokręconych teorii Freuda. Nie można go powstrzymać.
Trzeci Epizod
Upłynęły dwa miesiące. Zasuwam w robocie. Końcówka nocnej zmiany w markecie. Ciężko. Bieganina do rana. Zmęczenie, łomot serca, oczy wielkie. Siedzieliśmy styrani w pomieszczeniu socjalnym. Czekaliśmy z prowadzącą zmianę na przyjście Elity do pracy. Przyjechała.
Otworzyłem dla niej boczne wejście do sklepu. Na zewnątrz było jeszcze ciemno. Weszła Elita, a za nią pracownik. W wąskim korytarzyku, w którym ledwie się mieściliśmy, panował lekki półmrok.
Od kiedy zobaczyłem pionowe źrenice Elity minęło sporo czasu. Mój umysł gotów był już zracjonalizować to sobie. Nie staliśmy wtedy w biurze twarzą w twarz. Może to było przywidzenie… Wbrew temu, co sobie obiecywałem (że nie będę wypierał), stopniowo przychylałem się do zakłamywania czegoś, co wymykało się schematom.
Aż tu nagle… wracam na socjal i powoli dociera do mnie, że widziałem zmiany na twarzy Elity. Wypełzające niczym robale. Z jej oczodołów wypełzały długie gałki oczne, przyjmując postać przezroczystych czułków. Wysuniętych przed twarzą i penetrujących przestrzeń. Jak u ślimaka.
Pomyślałem, że to złudzenie, że półmrok. Podobne przerażenie u Elity jak ostatnio.
Przypuszczałem, że tym razem będzie próbowała mnie za coś skarcić. Żeby odwrócić moją uwagę od swojego widoku. Albo szybko się ukryje zatrzaskując drzwi biura. I otworzy, jak się doprowadzi do porządku.
Zamiast tego Elita weszła na socjal. Stała w świetle i widać, że galaretowate czułki nie do końca się jeszcze schowały. Częściowo wsunęły się w oczodoły, ale tęczówki wciąż wisiały na glutach.
– Coś ty taki zmęczony? – zagadnęła mnie chytrze Elita. Wykrzywiła usta w grymasie, który miał zapewne być beztroskim uśmiechem. – Naprawdę wyglądasz na zmęczonego.
Tak, byłem wycieńczony. I senny. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że celowo próbuje przekierować moje myśli na zmęczenie, by odwrócić uwagę od siebie. Dotarło do mnie, że pracownicy stosowali takie techniki już wcześniej. To był ich stały numer. Teraz również jej.
Wyczułem, że ktoś mi się przygląda. Oparta o zlew, całkowicie nieruchoma, wpatrywała się we mnie koleżanka Elity. Gienia. Nawet nie próbowała ukryć strachu.
Widziała to, co ja? Domyślała się, co zobaczyłem?
Wyglądała, jakby zupełnie straciła kontrolę nad sytuacją. Albo, co gorsza, nad swoim pęcherzem. Gdyby mogła, to zapadłaby się pod ziemię. Przerażało ją, że zacząłem widzieć TE RZECZY.
Bo co? Była od niej? Od Elity? Razem to ukrywały? Była jej agentem? Zniewolonym umysłem? Może wyznawczynią jakiegoś kosmicznego kultu? Wtajemniczoną powierniczką sekretu, za dochowanie którego liczyła na nagrodę? Otrzymanie cząstki mocy lub uniknięcie jakiejś kary?
Tymczasem fizjonomia Elity wróciła do normy. Grymas zmienił się w jej codzienny uśmiech. Jakby nic się nie wydarzyło.
Czwarty Epizod
Była księżycowa, jasna noc. Spacerowałem po parku. Przyjechałem do pracy, ale dojazd miałem taki, że została mi ponad godzina do nocnej zmiany.
Pomyślałem żeby poprzechadzać się trochę. Zapalić papieroska. Przeanalizować te pokręcone epizody w moim życiu.
Czy Elita była kosmitą? Jeśli nawet, to czego się bała? Albo czego się bał ten zmiennokształtny stwór, jeśli nim była. A może tacy jak ona nie przylecieli tu żadnym spodkiem i wszelkie spekulacje na temat UFO to fikcja i mydlenie oczu. Robione po to, by ukryć obecność jakiegoś starożytnego gatunku. Inteligentnych humanoidów egzystujących skrycie między nami.
Z lubością zaciągnąłem się dymem. Miałem zwyczaj palić po kryjomu. Jak teraz w parku. Oficjalnie uchodziłem za niepalącego. Przed ojcem na pewno.
Wypaliłem papierosa do połowy i zacząłem chować paczkę fajek do woreczka. Woreczek zwinąłem, tak żeby śmierdziało jak najmniej. Kiedy chowałem zawiniątko do kieszeni kurtki, spojrzałem przed siebie. Na oświetlone wzniesienie jakieś sto metrów dalej.
Były tam zielone, drewniane ławki i latarnie zalewające wzniesienie wielką plamą światła. Tam, gdzie ja stałem, było zupełnie ciemno. W każdym razie, gdyby ktoś stamtąd obserwował, nie mógłby mnie raczej dostrzec. Zbyt duży kontrast.
Pomiędzy ławkami wisiał śmietnik. Taki mały, obły, z blachy ocynkowanej. Żółty. Rodzaj śmietnika często widywany na przystankach. Albo w parkach. Wisiał trochę pochylony do przodu.
Zabawne. Pomyślałem wtedy. Wygląda zupełnie jak świecąca łepetyna jakiegoś łysego faceta, przyczajonego na skraju mroku i światła.
W tym momencie łysy facet zaśmiał się i pozwolił swojemu ciału swobodnie opaść do przodu. Na pewno było mu niewygodnie w pozycji, w której trwał niczym artysta-mim. Ruszył prosto przed siebie. Schodził ze wzniesienia, kierując się w moją stronę. Przemierzał park pośród czarnych cieni ciągnących się od pni.
Nie szedł sam. Kiedy mijał drzewa, pomiędzy którymi prześwitywało światło księżyca, spostrzegłem jeszcze kogoś. Z ciemności obok niego wyłoniła się kobieta.
W pierwszej chwili wydawało mi się, że ją znam. To mogła być jedna z koleżanek z pracy. Ale chyba była tylko podobna.
Odziana w czarną kurtkę, na której widniało coś na kształt pionowego rzędu pasów. Grubych pasów, może z klamrami? Nie jestem pewny. Było za ciemno. Może to uprząż wspinaczkowa? Może z jej pomocą właśnie zeszła z drzewa?
Czy byli to tajniacy z policji, którzy czyhali na nocnych marków? W razie gdyby któryś wolał konopie od tytoniu?
A co jeśli to wytłumaczyć zasadzką mafii? Zwalczającą potencjalnych dilerów-kurierów konkurencji z innego miasta? Paranoicy broniący strefy wpływów!
Może ja lub ktoś z rodziny podpadł wpływowej osobie? I został uruchomiony „seryjny samobójca”? Miałem przejść koło zasadzki nieznanych sprawców, a oni by mnie wtedy wciągnęli na gałąź?
Byłoby to wyjaśnienie bardziej racjonalne niż jakieś zwidy. Kobieta, w przeciwieństwie do radośnie wyszczerzonego towarzysza, wyglądała na wystraszoną i bladą. Czy ona tu przyszła świadomie, czy też nie wiedziała, co się właściwie dzieje?
Zbliżali się i za chwilę mieli się ze mną zrównać. Szli szerokim korytem płytkiego, wyschniętego strumienia do mostka, który znajdował się tuż za mną.
Ich kroki, ich buty… nie wydawały żadnego dźwięku. To niemożliwe. Byli już tak blisko, że powinienem słyszeć cokolwiek. Chyba że frunęli nad ziemią.
Kiedy się ostatecznie ze mną zrównali, byli oddaleni o jakieś dwa i pół metra. Myślałem, że teraz w końcu skonfrontuję moje przypuszczenia z rzeczywistością. Że się odezwą. Albo bez słowa pójdą swoją drogą.
Ale tak się nie stało. W ciemności przed mostkiem nagle zniknęli. Rozpłynęli się w powietrzu. Nie ukryli się, nie uciekli. Mógłbym na czworaka obmacywać koryto strumienia, ale wiedziałem, że to nie ma sensu. Bo ich już po prostu tutaj nie było. Zniknęli na moich oczach.
Czy ja oszalałem? Halucynowałem? Miałem schizofrenię? Czy na tym polega schizofrenia i to było jej kolejne stadium?
Albo uderzyłem się w pracy w głowę? Dołożyć do tego dym z papierosa. Niedotlenienie tkanek doprowadziło do mikrouszkodzenia ośrodka pamięci. I to powoduje, że umysł przestaje filtrować niewygodne treści… hmmm.
A może żyjemy w symulacji i obserwowałem błędy systemu?
Czy to jednak działanie narkotyków? Ktoś mi spryskał papierosy nieznaną substancją?
Przez chwilę starałem się skupić na racjonalnych rozwiązaniach.
Może jakieś potężne imperium atakuje nas nową bronią psychotroniczną? A to zniknięcie, cóż… wojsko pracowało nad stworzeniem takiego maskowania. Może właśnie miałem do czynienia z prototypem. Może od dawna używają tej technologii. I podglądają ludzi w parkach.
Czy gorszym wytłumaczeniem będzie spisek Disneya do spółki z Hollywood? Programowanie podprogowe od dziecka za pośrednictwem telewizji?
Ta kobieta była wystraszona. Czyżby reptilianie chcieli mnie porwać, ale za szybko ich dostrzegłem? A jeśli to ona została porwana? Opętana jakimś sposobem przez łysego, posłusznie dała się prowadzić. Dokąd? Do bramy przenoszącej w inny wymiar? Może to ja w nieznany sposób uzyskałem wgląd w inne wymiary? Albo ściany wymiarów nachodziły na siebie, generując błędy?
***
Trzy tygodnie po ostatnim epizodzie wybrałem się do parku w dzień.
Mijałem spacerujących ludzi.
Grudniowa aura delikatnie przyprószyła alejki śniegiem.
Stąpałem po białej ścieżce, na której kiedyś porzuciłem książkę. Pamiętam, że nawet sprawdzałem zaraz następnego dnia, czy nadal tam jest, ale zniknęła. Ktoś mnie wtedy obserwował ukryty w ciemnościach?
Czy pozostawienie książki o gadach zostało odczytane przez agenturę reptilian jako tajny znak? Jak jakieś kody? I to uruchomiło serię dziwnych zdarzeń? Ale pewnie nie miało to na nic wpływu. Kto wie.
Dotarłem do mostka i bez przekonania zszedłem do koryta strumienia. Butem badałem teren – w miejscu, gdzie zniknęli nocni goście. Nie było żadnej bramy do innego wymiaru. Może w dzień nie działa.
To mi się wszystko przyśniło? Nigdy wcześniej ani później nie miałem już żadnych wizji.
***
Wkrótce cały świat ogarnęła tajemnicza zaraza. Ludzie zostali zmuszeni stawiać czoła realnym problemom, zamiast snuć opowieści na temat reptilian.
Chociaż były teorie o pozaziemskim pochodzeniu wirusa, ale wiedziałem za mało, żeby wszystko tłumaczyć ingerencją kosmitów.
Takie jednostronne wytłumaczenie świadczyłoby raczej o chorobie umysłowej. Tym bardziej, że, jeżeli nawet istnieli, to za mało miałem o nich informacji, by jasno ocenić ich w kategoriach dobra i zła. Z drugiej strony, jak ktoś się ukrywa z niewiadomego powodu to… zupełnie ludzkie i naturalne jest podejrzewanie go o niecne zamiary.
Próbowałem wrócić pamięcią do czterech dziwnych epizodów.
Tamte wspomnienia zdawały się szarzeć i znikać z mojego umysłu.
Jak jakieś majaki bez sensu i znaczenia. Jakby nie mogły mieć żadnego wpływu na moje życie. Jak gdyby jakaś obca jaźń mnie blokowała przed zapisaniem tego.
I powtarzała: zapominasz… Zapominasz o tym… bo tego nie było…
Co się ze mną dzieje? Tracę pamięć z każdym dniem. Czuję się tak jakby mózg pochłaniała jakaś… mgła… Spisuję wszystko na kartkach, zanim zniknie.