- Opowiadanie: cd4093 - Dzień z życia wiejskiej poetki

Dzień z życia wiejskiej poetki

Historia z życia zwykłej dziewczyny mieszkającej w jednej z polskich wsi. Walka z nieznanym, solidarne poruszenie lokalnej ludności, wątek romantyczny i erotyczny (z użyciem wyrobów cukierniczych).

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dzień z życia wiejskiej poetki

W drodze do pracy, to jest niewielkiego wiejskiego sklepiku mieszczącego się w domu cioci Grażyny, zauważyłam gęś puszczoną samopas. Z zamiłowania jestem poetką i uważam, że nic tak nie sprzyja wenie, jak pisanie piórem nostalgicznie maczanym w kałamarzu, złapałam więc ptaka i wyrwałam pióro.

– Au! – gęś krzyknęła z oburzeniem. – Domorosła poetka się znalazła. Druga Wisława, psiamać.

– Stul dziób – powiedziałam smętnie, bo taka już jestem. Smętna.

I gęś stuliła, gdyż słowa poety mają wielką moc.

Wrzesień był wyjątkowo zimny. Słońce dopiero próbowało wyłonić się zza horyzontu, gdy, trzymając pióro w zębach, szukałam kluczy w torebce. W końcu odnalazłam je między kanapką ze szczypiorkiem a maczetą. Zamek szczęknął głucho, a drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, które gwarantowało, że nikt nie wejdzie do sklepu niepostrzeżenie. Zapaliłam światło, usiadłam na krześle i maczetą przycięłam pióro. Zaczęłam kolejny dzień pracy przeplatanej pisaniem poezji.

Mój tatuś był największym producentem bimbru w powiecie, a może nawet w województwie. Dzięki temu, że odnalazł kiedyś na grzybobraniu pod Wąbrzeźnem kamień filozoficzny, który leżał zagubiony w borowikach, posiadł technologię pozyskiwania czystego etanolu z trocin. Tym samym koszty produkcji miał znikome, a ogromna marża pozwoliła mu się niesłychanie wzbogacić. Sam nasz dom miał osiemnaście hektarów powierzchni. Co ciekawe tatuś był abstynentem. „Pierwsza zasada dealera: nie bierz tego, co sprzedajesz”, powiadał. Jednak gdy nikt nie widział, lubił popalać wysuszone na wpół zbutwiałe liście, które każdej jesieni namiętnie zbierał. Miał nawet specjalny pokój w naszym domu. Na środku stała tam taczka pełna pożółkłych i sczerwieniałych liści. Najbardziej lubił klonowe, ale nie pogardził też dębowymi czy kasztanowymi. Taczki strzegła gwardia leśnych krasnali uzbrojonych w średniowiecznie piki; oczywiście takie malutkie.

Gdy tatuś palił, w całym domostwie unosił się trupi odór jesieni. Mamusię, jako zadeklarowaną jesieniarę, kręciło to niepomiernie. Gdy tylko czuła ten pochmurny i przepojony marazmem aromat, wyciągała z sobie tylko znanej skrytki w staniku wafle familijne. Ona nie mogła się oprzeć miazmatom zbutwiałych liści, a on – waflom familijnym. Nie znam zresztą żadnego mężczyzny, który byłby w stanie się im oprzeć. To właśnie za przyczyną taczki suchych liści i nabrzmiałego wafelkami stanika znalazłam się na świecie.

Rodzice byli dosyć konserwatywni, jak większość mieszkańców naszej gminy. Ot, zwykli ludzie, przekonani, że wartość człowieka rodzi się z jego pracy. Dlatego właśnie po ukończeniu szkoły dali mi do wyboru wyjazd na studia lub udział w rodzinnym biznesie. „Możesz jechać do stolicy studiować, zatracić się w wyuzdanych hulankach, stoczyć na dno i zaprzepaścić swoje sielskie życie, którym żyła moja matka, matka jej matki i stryjeczna ciotka od strony babki po kądzieli twojego ojca, lub pozostać z nami, pławiąc się w luksusie”, powiedziała mama. Nie zastanawiałam się długo, tym bardziej że praca w sklepie pozwalała mi swobodnie oddawać się pasji. Oczywiście, sklep był tyleż wielobranżowym punktem handlowym typowym dla wsi, co meliną zajmującą się dystrybucją produktów taty, ale to tylko dodawało mu urokliwego sznytu.

Chwilę po moim przyjściu nadjechała drezyna z dostawą z piekarni. Stacja kolejowa na tyłach sklepu to było bardzo praktyczne rozwiązanie. Rozładowałam bułeczki i chleby i zasiadłam do pisania. Krzesło poskrzypywało, gdy pochylałam się nad kartką, jarzeniówki pobrzękiwały z cicha, a sklepowy dzięcioł postukiwał od niechcenia w kontuar. Zapisałam gęsim piórem pierwszy wers:

skąpana w złotym słońcu kaczka

Zastanawiałam się, czy nie zmienić kaczki na kaczora. Z jednej strony kaczka ulotna, efemeryczna, z drugiej strony kaczor pięknie upierzony. Moje rozważania przerwał pierwszy klient. Nie widziałam go przez tumany gęstej mgły, która zalegała w sklepie, jak to w zimny wrześniowy poranek. Usłyszałam tylko skrzypienie drzwi i uprzejme „Dzień dobry”. Głos poznałam od razu. To był mój przyjaciel z lat szkolnych, Gwidon.

– Cześć, Gwidon! – zawołałam z uśmiechem.

Gwidon stracił rodziców w wypadku snopowiązałki. Na wsi takie rzeczy zdarzają się często. Miał wtedy dwanaście lat. Na szczęście jego wychowaniem zajęła się łosza z pobliskiego lasu, która pracowała w urzędzie gminy w Referacie do spraw Geodezji i Gospodarki Nieruchomościami. Możecie mieć wątpliwości, jak klępa może poradzić sobie z wychowaniem nastolatka. Może, i to nie gorzej niż przedstawiciel naszego gatunku, który na ogół i tak nie odnosi spektakularnych sukcesów. Największym wyzwaniem było dla niej wchodzenie do ubogiej chatki Gwidona. Mając w kłębie dobrze ponad dwa metry, z początku zawsze przyrżnęła w nadproże. „Nadproże, poroże, psia jego mać” – pozwalała sobie na przekleństwo połączone z zakamuflowaną seksistowską aluzją. Gdy opanowała kucanie w trakcie wchodzenia, radziła sobie tak dobrze, jak każda inna matka. Gwidon wyrósł na porządnego mężczyznę. Ukończył z wyróżnieniem studia, po których wrócił do rodzinnego sioła. Nie zatracił się w wyuzdanych hulankach. Ale jego wychowała łosza.

– O, cześć! W tej mgle nie widziałem, czy to ty, czy twoja ciocia. – Gwidon torował sobie rękami drogę w gęstej jak smoła zawiesinie. – Witaj, mały.

Pogłaskał dzięcioła, gdy dotarł do lady. Od dawna marzyłam, żeby jego smukłe palce z taką delikatnością przesunęły się po moim karku. Dzięcioł odwdzięczył się, muskając główką dłoń Gwidona, a później powrócił do rzeźbienia w kontuarze płaskorzeźby pod tytułem „Oblężenie Pskowa i inne kadry z wyprawy inflanckiej Stefana Batorego”. Lubiłam tego małego patriotę, choć Gwidona lubiłam bardziej.

– To, co zawsze? – zapytałam, trzepocząc rzęsami jak ćma z zapaleniem ucha. Na Gwidonie nie zrobiło to żadnego wrażenia.

– Jasne – odparł.

Spakowałam mu dwie świeżutkie bułeczki, kabel trójżyłowy dwa i pół milimetr kwadrat (trzy metry bieżące), słoiczek radzieckiego towotu, osiem kilo proszku do prania i odkamieniacz do czajnika.

– Wózek w tylnej przerzutce pomija mi czwarty talerz w kasecie przy wysokiej kadencji. Może rzuciłbyś okiem? Ja się na tym zupełnie nie znam. – Nie próbowałam już sztuczek z rzęsami, ale po błysku w oku Gwidona widziałam, że druga przynęta zadziałała.

– Bardzo chętnie. – Rozpromienił się. – Podjedź do mnie po pracy. Obejrzymy i coś tam się wykombinuje.

Wydawało się, że chce podtrzymać rozmowę, ale brakuje mu pomysłu.

– Świetnie. Przyjdę po piętnastej, bo dziś przyjechałam PKS-em – ucięłam jego rozmyślania.

– To w niczym nie przeszkadza – odparł z uśmiechem.

Gdy wyszedł, przekreśliłam „kaczkę” i wyciągniętym spod lady złotym długopisem zapisałam „kaczor”. Zgłoski lśniły czerwienią w świetle wschodzącego słońca. Zapowiadał się wspaniały dzień.

* * *

Do Gwidona szłam jak niesiona wiatrem. Może dlatego, że rzeczywiście wiało dość mocno, a wszędzie dokoła fruwały kawałki eternitu pozrywanego z okolicznych domostw. Co mniejsze i lżejsze dzieci urządzały sobie zabawy, wskakując na połacie azbestu i dając się ponieść wichurze. Ja dałam się ponieść emocjom i zapomniałam założyć buty, które zdejmowałam często w sklepie, by czuć więź z archaicznymi sosnowymi deskami, którymi była pokryta podłoga. Na szczęście w domu przyzwyczaiłam się do długich spacerów na boso. Dojście do łóżka zajmowało mi zazwyczaj około czternastu godzin. Musiałam pokonać liczne pułapki, które tatuś zainstalował w trosce o moją cnotę. Wydaje mi się, że nie były one potrzebne. Po pierwsze, uchodząc za mafioza, budził strach we wszystkich, którzy chcieliby mnie wykorzystać. Po drugie, nawet gdyby znalazł się konkurent, który chciałby mi się oświadczyć, nie wiedziałby, od czego zacząć. Jak przyjść z butelką bimbru do abstynenta, od którego zresztą ten bimber się kupiło? Impas. Mówiłam sobie, że to dobrze, bo z bólu samotności rodziła się moja poezja.

Długa droga do łóżka miała swoje zalety. Wprawdzie musiałam zabierać ze sobą kubek z wodą, ale miałam dobrze wyszczotkowane zęby. Po drugie w drodze układałam kolejne tomiki poezji. Tatuś chciał je wydać w drodze self-publishingu. „Córeczko, mam kasy jak liści” – powiedział pewnego razu. Nie chciałam jednak tego. Chciałam, żeby ktoś mnie wydał z emocji, nie dla pieniędzy. „Mam w naszym mieście powiatowym drukarza, który jest mi dłużny za bimber na wesele syna. «Spalę ci dom albo będziesz wydawał mojej córce tomiki poezji», powiem mu”. To wydało mi się artystycznie uczciwe. Na tamten czas miałam wydane czternaście tomików. Domyślałam się, że większość nakładu wykupywał tatuś, ale nie zwykłam wtrącać się w życie moich czytelników.

Gwidona zastałam w szopie, niewiele mniejszej od jego domku. Hobbystycznie zajmował się inżynierią genetyczną trzody chlewnej i roślin uprawnych. Szopę miał zagraconą mikroskopami, pipetami, kolbami, sprzętem do inseminacji i wirówkami. Wirówek używał także do wzbogacania uranu, czym dorabiał sobie do przychodu ze sprzedaży brukwi, bowiem z poletka odziedziczonego po rodzicach trudno było się utrzymać.

– O, już jesteś! Dzień tak szybko mija przy robocie. Nie, nie wchodź – zaoponował, gdy chciałam wejść do środka. – Poranisz sobie stopy.

Rzeczywiście, pod jego butami chrzęściły szalki Petriego.

– Zrobił się tu dziś straszny bałagan. Wieczorem posprzątam. Chodźmy do domu, ogrzejesz nogi.

W domu było ciepło i przytulnie. Gwidon skonstruował ścianę z tuczników, którym ciepłotę ciała przez modyfikację genu STA2 podniósł do trzystu pięćdziesięciu kelwinów.

– Dlaczego otwierasz okno? – zapytałam.

– Tuczniki tak hajcują, że się tu ugotujemy. Poza tym szum wiatru zagłuszy ich chrumkanie.

Wydało mi się to bardzo romantyczne. Przy Gwidonie zaczynałam rozumieć, że nauka to nie przeciwieństwo poezji, ale jej dopełnienie. Przy naparze ze świerkowego igliwia i kompostu zastanawialiśmy się, czy wypastowany na czarno kaban jest dobrym przybliżeniem ciała doskonale czarnego i obliczaliśmy jego rozkład widmowy. Żadne z nas nie poruszyło tematu przerzutki. Później Gwidon chwycił mnie za rękę i nieśmiało poprosił, żebym zadeklamowała coś ze swoich poezji. Wybrałam ten czterowiersz, który mnie samą zawsze porusza do głębi:

znam i lubię

oczy twoje

pochmurną nocą zagonione w kozi róg

Dokończył wraz ze mną:

mego serca

– Mam je wszystkie – powiedział, po czym otworzył szafkę stojącą za nim i pokazał czternaście tomów. – Wiem, że to głupie, ale czasem mam wrażenie, że są o mnie. Nie, nie żebyś pisała z myślą o mnie, tylko tak bardzo o mnie mówią… – Zawstydził się swoim wyznaniem.

– Może są o tobie? – powiedziałam, a serce nieomal wyskoczyło mi z piersi, aż zaczęły mnie kłuć wafelki.

– Nigdy dotąd żadne słowa nie dały mi tyle nadziei. – Uśmiechnął się.

Nagle przez otwarte okno dobiegł nas głośny kwik szlachtowanego świniaka, aż zadrżał białkowy grzejnik, a szczecina tuczników stanęła na sztorc. Już chciałam zażartować, że będzie w przyszłym tygodniu świeża kiełbasa na sklepie, oczywiście spod lady, gdy usłyszeliśmy ludzkie krzyki pełne przerażenia tak bezbrzeżnego, że strach natychmiast zgasił rumieńce, które wcześniej oblały nasze twarze. Czar chwili nie tyle prysł, co został zmiażdżony jakąś obcą a bezlitosną siłą. Zastąpił go jednak nasz bojowy zapał. Zawsze w głębi serca czułam się raczej Świrszczyńską niż Pawlikowską-Jasnorzewską. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, były pełne ognia.

– Biegnę z odsieczą, a ty zabarykaduj się tu i wyglądaj mnie z utęsknieniem – zakomenderował Gwidon.

– Idę z tobą – odparłam krótko, gdyż po napisaniu czternastu tomików naprawdę nie miałam ochoty na mielenie ozorem.

Spojrzał na maczetę, którą wyciągnęłam z torebki.

– Na nocnej zmianie w sklepie czuję się z tym raźniej – wyjaśniłam. – Nie martw się, tatuś sprowadził dla mnie Papuasów, którzy od wczesnego dzieciństwa uczyli mnie fechtunku. W jego branży cała rodzina musi być gotowa na wszystko.

W odpowiedzi Gwidon chwycił wiszący nad tucznikami mauser gewehr 98 i dwa granatniki granatenwerfer 16.

– Pamiątka po pradziadku. Zawsze mówił, że każdy łowi rybę ze wspólnej rzeki do własnego kosza. Dotąd nie rozumiałem, co to ma wspólnego z bronią, i nigdy nie zrozumiem, bo nie żyje od czterystu lat, ale tak właśnie mówił.

– Gdy umiera starzec, płonie cała biblioteka – odparłam. Nie mógł się z tym nie zgodzić. Ruszyliśmy do wyjścia.

– Chwileczkę, o czymś zapomniałaś. – Zatrzymał mnie.

– Ach, rzeczywiście, nie założyłam butów – odparłam ze śmiechem.

– Nie w tym rzecz – zaoponował. – Z tobą choćby boso w bój – dodał. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, że to ja jestem bosa, a on ma na nogach stoczniowe buty wzmacniane blachą, wyjaśnił: – Nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle wrócimy. Umyjmy zęby.

Zgodziłam się ochoczo, bo mogę cierpieć dla poezji samotność, ale nie próchnicę ani choroby przyzębia. Z tego powodu w torebce obok maczety mam zawsze szczoteczkę. Szczotkując zęby, oglądnęliśmy Teleexpress. W Galerii Ludzi Pozytywnie Zakręconych przedstawiono mężczyznę zbierającego gipsowe odlewy tropów jednorożców, nie miał jednak ani jednego odlewu, bo takie głupoty jak jednorożce nie istnieją.

Po chwili byliśmy gotowi i rzuciliśmy się w bój, ale przy samych drzwiach przypomniałam sobie:

– Nie mam szczypiorku między zębami? Jadłam wcześniej kanapkę, a czasem mi utyka między górnymi jedynkami i muszę później wynitkować, bo szczoteczka nie zbiera.

– Ani źdźbła – odparł krótko, bo czas naglił.

Bez zbędnej zwłoki wyruszyliśmy na pomoc sąsiadom.

* * *

Gdy dobiegliśmy do gospodarstwa starego Prumchli, skąd dobiegały hałasy, ujrzeliśmy przerażający widok. Pole po horyzont usiane było małymi gremlinami, przypominającymi skrzyżowanie kreta i jeża. Poczułam, jak moje nogi zamieniają się w watę i osunęłam się w ramiona Gwidona. Pachniał izopropanolem, lutowiem i WD-40, co mnie nieco otrzeźwiło.

Zbiegło się już pół wsi.

– Co tu się dzieje? – zapytał wójt.

– Ttttotototoootoo wyszło sssspod ziemmmmi – odpowiedział przerażony Prumchla, dzwoniąc zębami. – Zeżarło świniaka i zaczęło się dobierać do krowy, ale żem wyskoczył z kosą. Ubiłem tuzin i cofnęły się, ale to się przecież zaraz rozejdzie po całej wsi!

– Nie ma chwili do stracenia. Ludziska, kosy na sztorc i tyralierą! – Wójt natychmiast zaczął wydawać rozkazy.

Lud otoczył pole i zaciekle bronił miedzy czym popadło: kosami, widłami, łopatami i kankami z mlekiem. Co jakiś czas ktoś padał pokąsany w łydki. Znoszono go na improwizowanych noszach, a jego miejsce w szeregu zajmował inny.

– Długo się nie utrzymamy. Młoda – spojrzał na mnie – dzwoń po ojca, niech przyjeżdża ze swoimi zakapiorami.

Zadzwoniłam, ale tatuś powiedział, że jest już w drodze. Rzeczywiście, za dwie minuty wjechały trzy czarne limuzyny, z których wypadło dwudziestu chłopa z bronią maszynową. Gwidon pobiegł z nimi.

– Córcia, zbieramy się. Paszporty gotowe, uciekamy na Węgry. – Tata złapał mnie za rękę i próbował zaciągnąć do samochodu, ale stawiłam opór.

– Tato, przecież obiecałeś, że uciekać będziesz tylko przed Krajową Administracją Skarbową, a to zaledwie jakaś horda potworów z piekła rodem.

– Masz rację. – Uspokoił się. – Co robić? Hm… Skoro to bestie z piekła…

I za trzy minuty przyjechał na motorynce ksiądz proboszcz.

– Chwileczkę… – zaczął wertować prawo kanoniczne. – Wolno nam zastosować miny przeciwpiechotne i bomby kasetowe, a gdyby sytuacja była szczególnie groźna – przełknął ślinę – wnyki na sarny.

– Wnyki to ja mam – wtrącił się Prumchla, znany w powiecie kłusownik, który kiedyś pomylił śmigłowiec z dzikiem, skutkiem czego był całkowity zakaz lotów nad naszym powiatem.

– Miny byłyby skuteczniejsze, moglibyśmy znacząco spowolnić inwazję – zmartwił się proboszcz.

Tymczasem nadbiegli pracownicy tatusia z Gwidonem.

– Szefie, skończyła się amunicja – rzucił jeden z nich, zdyszany i pogryziony w łydki.

– I granaty – dodał Gwidon.

– Co możecie zaproponować, chłopcy? – zapytał tatuś.

– Normalnie łamiemy nogi, ale tutaj niewiele tym zdziałamy.

– Coś więcej?

– To wszystko. – Zasmuceni zwiesili głowy.

– Chyba mam pomysł – odezwał się niespodziewanie mój ukochany.

– Zaufaj mu, tatku – poparłam go szybko. – Jeżeli coś odwali, to połamie się mu nogi – dodałam asekuracyjnie, żeby tatuś nie wymyślił czegoś gorszego.

Gwidon wziął tatusia na stronę i przez kilka minut coś tłumaczył. Ja tymczasem wyjęłam notes i opisywałam poetycko pole bitwy:

w bitewnym szale staję na szańcu

odważna jak panna młoda w weselnym tańcu

wznoszę czoło ku gwiazdom

ich pobladłe lica prowadzą myśli ku rodzinnym gniazdom

Mężczyźni spierali się chwilę, ale zaraz doszli do porozumienia.

– Panie wójcie! – zawołał tatuś. – Proszę szybko zabarykadować drogi, żeby przypadkiem nikt nie ściągnął tu wojska, bo nam puszczą wieś z dymem. Poza tym trzeba się chronić przed dezercją.

– Przez las nie przejdą, bo tam wszędzie wnyki – wtrącił znów Prumchla. Wójt spojrzał na niego z dumą i odpowiedział:

– Oddeleguję dzieci w strojach ludowych. Będziemy udawali odpust na wszystkich wylotówkach.

– Odpust? – zdziwił się proboszcz. – Przecież to wypada w maju.

– Bóg istnieje poza czasem – uciął dyskusję wójt, na co ksiądz z uznaniem skinął głową. – Kobiety zorganizują kuchnię polową, opatrzą rannych, a miłośniczki równouprawnienia pójdą na front.

– My tu wszystkie konserwatywne jak stańczycy – odparła żona Prumchli, spoglądając na rannych, po czym poszła odpalić betoniarkę, by rozrobić w niej sałatkę warzywną.

– A wy do roboty. Audentes fortuna iuvat! – rzucił z werwą wójt w naszą stronę i ruszył do improwizowanego sztabu kryzysowego.

W tym momencie szosą nadciągnęła mamusia, jadąca na saniach zaprzężonych w cztery konie ozdobione kolorowymi tasiemkami. Na zakręcie płozy podbite blachą sypnęły iskrami. Mamusia, odkąd została przewodniczącą koła gospodyń wiejskich, trochę przesadzała z kultywowaniem tradycji regionu. Nie zawsze też rozumiała, że obyczaje występują w kontekście, chociażby w kontekście pór roku.

– Córciu, czemu jesteś bosa? – Matki zwracają uwagę na dziwne szczegóły.

– Tak wyszło. – Lekceważąco machnęłam ręką. – To w niczym nie przeszkadza, tylko trochę łaskocze, jak się nadepnie na poziomicę albo izohalinę, ale to drugie to akurat w morzu tylko.

– A równoleżniki?

– Te minutowe ledwo się zauważa, a najbliższy pełny stopień jest daleko stąd – uspokoiłam mamę. – Nie gadajmy jednak o obuwiu. Gwidon ma jakiś plan. Zbiera ekipę i ruszamy do dzieła.

– Zatem wskakujcie wszyscy na sanie! – zaprosiła nas.

Gdy Gwidon nadciągnął z sześcioma lekko rannymi do pomocy, jeden z koni usiadł i się rozpłakał. Wystarczył jednak strzał z bata, by stanął w szeregu, i już za chwilę pędziliśmy szosą do domu mojego ukochanego przy akompaniamencie straszliwego chrobotu płóz i skocznej melodii wygrywanej przez mamę na skrzypkach. Gwidon wytłumaczył po drodze pomysł i, gdy tylko dotarliśmy do jego domu, ruszyliśmy z robotą. My z mamą miałyśmy się zająć systemem chłodzenia opartym o wężyk igielitowy i pompę paliwa z łady. Dałam mamusi pięćdziesiąt metrów wężyka i pokazałam, jak dziurawić go szydłem. Ruszyłyśmy z robotą, a dla animuszu zaczęłyśmy śpiewać ludowe pieśni jak „Zakukała zieziuleńka” i „Tam na Podlasiu trawka się wiła, a gdzie ta dziewczyna, co mnie lubiła”. Wyszłam na chwilę zapytać Gwidona, jak dużo igielitu mamy przygotować. Gdy wróciłam, rura leżała zwinięta obok, a mama darła pierze.

– Mamo, miałaś dziurawić igielit! – krzyknęłam zdenerwowana. – Nie mamy czasu do stracenia!

– Ach, przepraszam, córeczko – odpowiedziała szczerze zawstydzona. – To przez te ludowe przyśpiewki. Poniosło mnie. Krew nie woda.

Wróciłyśmy do pracy. Za chwilę mamie skończył się igielit, więc poszła do szopy po kolejny zwój. Nie wracała przez dłuższy czas. Gdy po nią poszłam, zastałam ją przed szopą z rozpalonym piecem do sękacza polewającą rożen rozbełtanymi jajkami. Szybko znalazłam rurkę w szopie, potem delikatnie ujęłam mamusię pod ramię i zaprowadziłam do domu, gdzie wróciłyśmy do pracy.

– Może coś z Sanah albo Paktofoniki, żeby cię poniosło i żebyś nie zajęła się na przykład kraszeniem jaj? – zaproponowałam łagodnie.

– Dobrze. – Mamusia zgodziła się z westchnieniem. – Rzeczywiście nie panuję nad sobą w tym stresie.

Gwidon z pomocnikami uruchomił migomat i uzbrajał traktor. Słońce zaszło już za horyzont, gdy kończyliśmy pracę. Nasze dzieło było wspaniałe. Poprosiłam Gwidona, by dał mi pół godziny na opisanie tego widoku poematem. Powiedział, że na polu giną ludzie i można by się jednak pospieszyć, ale wyjaśniłam, że walczyć z gremlinami da się i w nocy, a pierwsze gwiazdy na aksamicie nieba są tylko teraz, bo potem są i pierwsze, i drugie, a to już nie to samo. Westchnął i przyniósł mi stół, krzesełko i pergamin z przyborami piśmienniczymi.

oto boskie ogniki wschodzą na aksamicie

nie łodzi dziś przewodniczki lecz zbrojnego hufca

do broni do broni przyjaciele mężni

po chwałę nieśmiertelną ruszajmy

Gdy tylko skończyłam, ruszyliśmy w bój. Na miejscu tatuś już czekał z cysterną. Nasza konstrukcja zrobiła na nim wrażenie. Traktor został wyposażony w miotacz płomieni z pospawanych wiader i polutowanych rurek miedzianych. Wstępnie podpalony bimber miał ogrzewać się w spiralnie zakręconych rurkach, by łatwiej zachodziło dalsze spalanie. Była to koncepcja oparta na sprawdzonych rozwiązaniach z baloniarstwa i radzieckich kuchenek turystycznych. Zaraz za instalacją do palenia gremlinów znajdował się system rurek z igielitu do chłodzenia kół i podwozia. Na przyczepie umieściliśmy dwa mauzery: na wodę i etanol.

Po zatankowaniu obu płynów Gwidon wskoczył do szoferki. Proboszcz poświęcił całą konstrukcję i mój ukochany ruszył w pole. Już po chwili kretojeże skwierczały w piekielnym ogniu, z którego zapewne się zrodziły. Na koniec Gwidon objechał pole bez odpalania instalacji, zalewając je hektolitrami bimbru, by wyplenić do cna gremliny, które kryły się jeszcze pod ziemią.

Później Prumchla zaorał i zabronował pole i została wystawiona warta do obserwacji, czy nasze zabiegi były w pełni skuteczne. Proboszcz obłożył klątwą wszystkich, którzy wydaliby tajemnicę, a wójt zapewnił o odcięciu donosicieli od sieci kanalizacyjnej.

Gdy wzeszło słońce, wojna była w pełni zakończona, miotacz płomieni schowany w stodole u Prumchli, sałatka warzywna zjedzona, a betoniarka wymyta ludwikiem.

– Zimno mi w stopy – zauważyłam, drżąc na całym ciele, bo adrenalina przestała działać.

– Czas wracać do domu, córeczko – powiedziała mama. – Wsiadaj na sanie, okryję cię skórami i pledami.

– Wytrzymam jeszcze chwilę, przecież Gwidon ma coś do powiedzenia tacie.

Gwidon podrapał się po głowie i zrobił minę, jakby miał sobie przypomnieć lantanowce w kolejności wzrastających liczb atomowych. Na szczęście kopniak bosą nogą w kostkę sprawił, że w głowie ukochanego coś zachrobotało, zastukało, po czym najwyraźniej odpowiednie koła się zazębiły, gdyż zaczął, choć nie bez pewnego problemu:

– Lantan, cer, prazeodym, neodym, promet, samar, europ, gadolin, terb, dysproz, holm, erb, tul, iterb i lutet. Pragnę prosić o rękę państwa córki.

– Chłopcze – zaczął tatuś podniosłym tonem, zerkając na mamusię – byłeś dzielny, uratowałeś całą wieś, a może i kontynent, ale w sumie chroniłeś własny tyłek, więc no nie wiem.

Zmartwiłam się bardzo, że rodzice nie podzielają mojego pragnienia zamążpójścia za tak znacznego bohatera, ale Gwidon się nie poddawał.

– Wiem, że od czasu covidowego kryzysu energetycznego trociny znacznie podrożały, ze względu na produkcję brykietu do pieców – zaczął chytrze. – A co gdyby okazało się, że krzyżówka sosny, pszenżyta i łopianu pozwala zebrać z hektara osiemdziesiąt ton trocin cztery razy w roku?

Oblicze taty pojaśniało, a mama złożyła ręce w geście radości i aż łzy jej stanęły w oczach.

– Synu, szkoda, że mam tylko jedną córkę, bo wart jesteś ze czterech! – wypalił tatuś i ze wzruszeniem przytulił przyszłego zięcia. Potem zleciało się okoliczne ptactwo, by zapleść w moich włosach wianek z siana, bylin i patyków, bo to już był wrzesień, i to zimny, i wiele kwiatów nie było. Tatuś, gdy na mnie popatrzył, jakby się rozmyślił, bo bosa, przystrojona w wianek, wyglądałam w promieniach wschodzącego słońca jak żywcem wyciągnięta ze skansenu, ale słowo się rzekło, a mamusia już się napaliła na wesele i poprawiny trwające trzy tygodnie i krochmaliła welon.

Wesele rzeczywiście ciągnęło się tygodniami. Wprawdzie bimber skończył się już piątego dnia, ale nikt się nie dziwił, ani nie zadawał pytań, bo wójt z proboszczem pilnowali, by nie obnoszono się z dziwnymi wypadkami w naszej wsi. Wartowników na polu Prumchli trzymaliśmy do marca, a później Prumchla wydzierżawił je tacie pod sosnołopianopszenżyto. A ja oddałam ukochanemu wszystko, co wypełniało obficie mój stanik – cztery paczki wafli familijnych.

Koniec

Komentarze

samopas po wsi

Dla mnie wystarczyłoby samo samopas. Zwłaszcza, że już wiemy, że na wsi. 

 

Widzę, że masz kłopot z zapisem dialogów, więc łap: https://www.fantastyka.pl/loza/14

 

I gęś stuliła, gdyż słowa poety mają wielką moc.

Zrzuciłabym poza dialog. 

 

Był wrzesień, wyjątkowo zimny.

A może: Wrzesień był wyjątkowo zimny?

 

W końcu odnalazłam je między kanapką ze szczypiorkiem a maczetą.

hehe ;)

 

Mój tatuś był największym producentem bimbru w powiecie, a może nawet [w] województwie. 

 

Taczki strzegła gwardia leśnych krasnali uzbrojonych w średniowiecznie piki; takie oczywiście malutkie.

 

Wolałabym oczywiście takie malutkie. 

 

 

Ona nie mogła się oprzeć miazmatom zbutwiałych liści, a on – waflom familijnym.

Nie powtarzałabym wafli, bo były w poprzednim zdaniu. Może ciastkom?

 

Gwidon stracił rodziców w wypadku snopowiązałki.

To już nie jest dialog, powinno spać do kolejnego akapitu. 

 

 w Referacie ds. Geodezji i Gospodarki Nieruchomościami.

Rozwinęłabym skróty.

 

Od pogłaskał dzięcioła dałabym poza dialog. 

 

Wyznam Ci, że już przy maczecie w torebce dostałam zawrotu głowy. 

Potem leciałam na azbestowych płytach, wraz z dziećmi, a wafle w staniku wibrowały mi radośnie.

 

Obawiam się autorko, że jesteś osobą nieco szaloną, ale mam nadzieję, że jeszcze wpadniesz z jakimś opowiadaniem.

"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke

Witaj. :)

 

Ze spraw językowych – wątpliwości i sugestie (wyłącznie do przemyślenia):

Może rzuciłbyś na to okiem? Ja się na tym zupełnie nie znam. – Tym razem nie próbowałam już sztuczek z rzęsami, ale po błysku w oku Gwidona widziałam, że ta przynęta zadziałała. – powtórzenia?

Obejrzymy i coś tam się wykombinujemy. – czy celowo on tak dziwnie mówi?

Wprawdzie musiałam zabierać sobą kubek z wodą, ale miałam dobrze wyszczotkowane zęby. – ze?

Matki zwracają uwagi na dziwne szczegóły. – literówka?

– Te minutowe ledwo się zauważa, a najbliższy pełny stopień jest daleko stąd. – Uspokoiłam mamę. – błędny zapis dialogu?

– Może coś z Sanah albo Paktofoniki, żeby cię poniosło i żebyś nie zajęła się na przykład kraszeniem jaj – zaproponowałam łagodnie. – czy ona tu mamy nie pytała?

Zaraz za instalacją do palenia gremlinów znajdowała się system rurek z igielitu do chłodzenia kół i podwozia. – literówka?

 

Opowiadanie wywołało u mnie jedną reakcję:

 

 

 

Cała treść jest absolutnie szokująco absurdalna, z całą pewnością nie można jednak odmówić Twojemu opowiadaniu braku fantastyki. Klikam za absurdalny humor i pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

@Ambush, dziękuję za uwagi. Uwzględniłem chyba wszystkie oprócz powtórzenia wafelków. Postępek ten wynika z tego, że w mojej opinii wafelki tudzież wafle mimo przynależności do wyrobów ciastkarskich, są wyrobem tak specyficznym, że nie godzi się określać ich mianem „ciastek”. Właściwie niewiele brakowało, abym użył zapisu „Wafle Familijne”, ale właściciel marki „Jutrzenka” nie odezwał się jeszcze z ofertą lokowania produktu.

Co do zapisu dialogów, to przeczytałem poradniki z forum, ale brakuje mi jeszcze w tej kwestii intuicji. Czytając książki, staram się zwracać na nie szczególną uwagę, aby wytrenować sieć neuronową. Tymczasem jestem bardzo wdzięczny za wszelkie konkretne wskazówki w tej materii.

Obawiam się autorko

Jestem autorem, ale wobec narratorki opowiadania tę omyłkę poczytuję za dowód uznania dla zdolności pisarskich.

@bruce, dziękuję za wnikliwość (poprawiłem omyłki, których niestety nie wyłapał komputer) i spojrzenie mistrza. Znaczy ono dla mnie wiele.

Wybacz cd4093, zagapiłam się nieco. ;)

"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke

I ja dziękuję, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

„Matko Bosko, co to się stanęło!” – w tym opowiadaniu absurd goni absurd, ale muszę przyznać, że miejscami naprawdę szczerze mnie rozbawiło.

Jak dla mnie, tych absurdalnych sytuacji jest trochę za dużo – jedna za drugą – spokojnie starczyłoby ich na trzy opowiadania.

Mimo wszystko tekst jest bardzo fajny i zabawny.

Ciężko powiedzieć, który fragment jest najlepszy, bo jest ich naprawdę sporo. Niektóre nadawałyby się do Pythonów lub ZDCP – ktoś powinien to zekranizować!

 

Gratuluję dobrego tekstu.

Zdecydowanie klikam do biblioteki!

 

Pozdrawiam,

rr

@Robert Raks, siadając do pisania, miałem na uwadze to, żeby nie przesadzić, szybko jednak dałem się porwać wydarzeniom i zacząłem obawiać się, że nie utrzymam tempa i końcówka wyjdzie płaska i nudna. Bawiłem się jednak świetnie i cieszę się, że znajdują się zadowoleni Czytelnicy. Dziękuję za punkt!

Oczywiście, jeżeli odezwie się Mann czy Cleese, chętnie się dogadam.

 

Wypadki opisane przez wiejską poetkę, choć zdawały się straszne, okazały się tyleż absurdalne, co zabawne i cieszę się, że cała wieś, wspólnymi siłami, uporała się z zagrożeniem.

Wiejska poetka stanęła na wysokości zadania i przebieg wydarzeń przedstawiła nader dokładnie, nie gubiąc nic z prozy życia, a jeszcze krasząc rzecz nutą poezji.

Cd4093, ufam że poprawisz usterki i udaję się do klikarni. ;D

 

Druga Wi­sła­wa, psia mać. → Druga Wi­sła­wa, psiamać.

 

– Stul dziób – po­wie­dzia­łam smęt­nie, bo taka już je­stem smęt­na. → Staraj się unikać dodatkowych półpauz w dialogach. Sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

Proponuję: – Stul dziób – po­wie­dzia­łam smęt­nie, bo taka już je­stem. Smęt­na.

 

Miał nawet de­dy­ko­wa­ny pokój w na­szym domu. → Na czym polegało dedykowanie pokoju?

 

wi­szą­cy nad tucz­ni­ka­mi Mau­ser Ge­wehr 98 i dwa gra­nat­ni­ki Gra­na­ten­wer­fer 16. → …wi­szą­cy nad tucz­ni­ka­mi mau­ser ge­wehr 98 i dwa gra­nat­ni­ki gra­na­ten­wer­fer 16.

Nazwy broni piszemy małymi literami.

 

i pompę pa­li­wa z Łady. → …i pompę pa­li­wa z łady.

Nazwę samochodu piszemy małą literą.

 

a be­to­niar­ka wy­my­ta Lu­dwi­kiem. → …a be­to­niar­ka wy­my­ta lu­dwi­kiem.

Nazwy wyrobów przemysłowych piszemy małą literą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy:

Druga Wisława, psia mać. → Druga Wisława, psiamać.

O, psiajucha! Tego to się nie spodziewałem!

Proponuję: – Stul dziób – powiedziałam smętnie, bo taka już jestem. Smętna.

Tak pierwotnie miało być, ale myślałem, że taki równoważnik zdania będzie właśnie niepoprawny. Z radością więc zmieniam. 

Miał nawet dedykowany pokój w naszym domu. → Na czym polegało dedykowanie pokoju?

Korpomowa z IT.

Co do pisowni wielką literą egzemplarzy wyrobów przemysłowych, to sugerowałem się Komunikatem Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN z dnia 16 czerwca 2025 r. Jednak, w rzeczy samej, zmiany obowiązują dopiero od przyszłego roku, zatem jako urodzony formalista, poprawiam wszystko.

Dzięki za głos i docenienie kunsztu poetyckiego protagonistki!

Cd4093, cieszę się, że z zadowoleniem przyjąłeś tak komentarz jak i łapankę. Mam nadzieję, że niebawem znów zamieścisz coś równie lekkiego i równie smacznego. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spróbuję, jak tylko dowiem się, skąd się to wzięło w mojej głowie. Albo nie dowiem się, ale po prostu znów się w niej coś takiego pojawi.

Poczekam. Jestem cierpliwa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobry tekst. Przede wszystkim bardzo przyjemnie się czyta, jest lekko i absurdalnie, a przy tym naprawdę zabawnie. Bardzo lubię taki typ humoru. Pal licho fabułę, dla tych pomysłowych gagów warto sięgnąć po tekst, no również bohaterowie bardzo sympatyczni, z tą główną czele. Pod względem języka również nie mam zastrzeżeń.

Czytam te wtorkowe opowiadania na dyżurze i bardzo liczę, że będę mógł coś nominować, ale idzie ciężko i ostatnio nominowałem coś chyba w miocenie. No… do teraz.

Hej, niespodziewałem się Wesa Andersona :), a właśnie z nim skojarzył mi się Twój tekst. Jest absurdalnie zabawny, ale w przyziemny sposób. Do tego ma w sobie taką kobiecą wrażliwość, że aż się zdziwiłem, że autorem jest mężczyzna;). Niech żyją wafle familijne zza stanika, bo tekst jest naprawdę dobry. Balans między absurdem, a dbałością o płynność i fabuły zasługuje na uznanie i muszę przyznać, że kupiłeś mnie tym opowiadaniem :). Oby tak dalej, pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć, cd4093.

 

Ubawiłem się, to na pewno. Może nie przednio, ale kilkukrotnie zdołałeś skłonić moje wargi do szerszego uśmiechu. Kilkanaście razy lekko drgnęły, inne zaś kilkanaście pozostały obojętne. Innymi słowy – całkiem niezła dawka absurdu i humoru.

Swojski klimat, który prezentujesz zgrabnym językiem – oczywiście na mocny plus. Po lekturze dłuższy czas debatowałem w głowie, co uczynić przy głosowaniu. I po ostatecznych przemyśleniach zabrakło mi kropki nad i. 

Dlaczego?

W zasadzie z dwóch powodów.

Pierwszy: wyważenie absurdu względem całości tekstu. Absurd jest fajny i działa wtedy, gdy odpowiednio go dozujemy i jest trafiony. W Twoim opowiadaniu w większości przypadków raczej był trafiony, ale były też momenty, w których był, bo był. Bo miał być i tyle. Ale zmierzam do tego dozowania – miejscami czułem pewien przesyt. Odpowiednie wplatanie absurdu powoduje, że mocniej na człeka działa, a jak mamy fragmenty nim przesycone, to trochę zaczyna blednąć i stawać się bardziej obojętnym. Może zagmatwanie to opisałem, ale mam nadzieję, że coś tam da się z tego zrozumieć.

Drugi: Fabuła. Zgadzam się, że w tego typu opowiadaniu nie musi grać głównej roli. Przy dobrym absurdzie można z zadowoleniem oddać się lekturze pozbawionej głębszej i konkretniejszej fabuły. Ale dodać do dobrego absurdu, a Twój tekst za taki uważam, dobrą i niebanalną fabułę – to właśnie byłaby ta kropka nad i. A tutaj fabuła jest przemyślana, bohaterowie dobrze skonstruowani, koniec też jakoś domyka pewien aspekt z życia bohaterki – ale do niebanalności jednak trochę zabrakło.

A, zapomniałbym. Po tytule oraz samym początku z gęsią byłem pewien, że poezja odegra większą rolę. Natomiast okazała się tylko krótkimi przerywnikami, bez wpływu na wydarzenia, więc równie dobrze mógłby to być dzień z życia wiejskiej praczki i niewiele by to zmieniło. 

Ale za te wafle familijne w staniku to szanuję podwójnie.

 

Pozdrawiam!

 

 

 

Sympatyczny absurdzik.

Fabuła, IMO, składa się z prostych i doskonale znanych elementów: boy meets girl zakończone ślubem plus atak nieznanych stworów zakończony zwycięstwem. Ozdobniki jednak niosą wystarczająco dużo świeżości.

Bohaterowie równie barwni – od protagonistki do wójta.

Humor na plus.

Mam wątpliwości co do piórkowości tekstu, ale że wypadałoby rozstrzygać na korzyść oskar Autora, to będę na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

@zygfryd89, @Bardjaskier, @Finkla: Cieszę się, że mogłem Was rozbawić i że udało mi się stworzyć sympatycznych bohaterów. W główną bohaterkę włożyłem chyba całą moją kobiecą część natury. Widocznie jest jej sporo, skoro wyszło tak dobrze.

@Bardjaskier: Muszę się przyjrzeć Andersonowi, bo jeszcze nie miałem przyjemności.

@Realuc: W pełni rozumiem Twoją opinię. Świetnie bawiłem się przy pisaniu tego opowiadania. Było lekko, łatwo i przyjemnie. Jest to jednak zbiór gagów, dla których fabuła jest osią, umożliwiającą płynne przejście od jednego do drugiego. Plan wydarzeń złożonością zbliża się raczej do cepa niż snopowiązałki, ale powiedzmy sobie szczerze, nie miałem większych ambicji. Najważniejsze, że ktoś oprócz mnie dobrze się bawił przy czytaniu. Obawiałem się trochę, że wyjdzie coś w stylu „zabawne przy pisaniu, mniej przy czytaniu”. Miałem tak przy „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” Strugackich i nie doczytałem do końca, bo miałem raczej ochotę to pisać niż czytać.

Ave, cd4093! (to się odmienia jakoś?)

 

Zanim przejdę do recenzji opowiadania, opowiem Ci historię. Gdy byłem małym chłopcem, rodzice zabrali mnie na wycieczkę do pewnej zapomnianej wioski Galów. I tam był taki kociołek, podobno magiczny. Później okazało się, że nie kociołek, a miska i nie magiczny, a czarodziejski. Czarodziejski miska.

Wykorzystując moment nieuwagi moich szanownych rodzicieli, zajrzałem do miski i zobaczyłem tam coś, czego się zupełnie nie spodziewałem…

 

 

W tym przydługim wstępie chodziło o to, że uwielbiam absurd, znaczy się…

 

No i przy lekturze Twojego tekstu zupełnie się nie zawiodłem. Sama fabuła jest, powiedzmy sobie wprost: dość pretekstowa, ale to nie o nią się tutaj rozchodzi, a o wyśmienitą dawkę humoru i absurdalne opisy. Momentami miałem wręcz wrażenie, że przeczytałeś jakiś poradnik odnośnie moich preferencji literackich.

 

Długo zastanawiałem się, jaki gag/żart spodobał mi się najbardziej i wytypowałem:

Tato, przecież obiecałeś, że uciekać będziesz tylko przed Krajową Administracją Skarbową, a to zaledwie jakaś horda potworów z piekła rodem.

Delikatną uwagę mam do braku dialogów, co (przy uwzględnieniu ścian tekstu) momentami powodowało lekką monotonię w lekturze, ale przy tej długości nie odczuwałem zupełnie znużenia.

 

Podczas czytania bawiłem się doskonale, więc w głosowaniu piórkowym będę na TAK.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

@Realuc: Jeszcze odnośnie tytułowej poetki – wydawało mi się, że trochę zakorzeniłem jej pasję w fabule, choć, owszem, nie wpływa szczególnie na bieg wydarzeń. Czy mogłaby być praczką? Może tak, gdyby nie to, że jednak jest poetką.

@cezary_cezary: Chyba się nie deklinuję, a już prawie na pewno nie w wołaczu. Właściwie to się deklinuję, ale wszystkie przypadki brzmią tak samo, gwoli ścisłości. W każdym razie nie odmieniam się w taki sposób jak miska.

Żart o KAS-ie też należy do moich ulubionych.

Dialogi nie są moją mocną stroną, ale starałem się, żeby nie brzmiało to wszystko zbyt sucho.

To, że w ogóle rozważacie piórko, jest już dla mnie wyróżnieniem i dużą zachętą do intensywniejszego pisania.

Jakkolwiek doceniam lekkość pióra i wyraziste postaci, muszę przyznać, że niezupełnie do mnie przemówił ten tekst. Być może lepiej by było, gdyby oceniał go ktoś bardziej obeznany z konwencją i tematyką, jako że nigdy nie byłem fanem groteski ani też nie mam zbyt wiele do czynienia z ludnością wiejską, której obyczajowość jest tutaj (jak rozumiem) przejaskrawiana i krytykowana.

Co do warstwy groteskowej, niestety nic mnie tutaj nie rozśmieszyło, ale w ogóle jestem trudno rozśmieszalny i nie da się tego uznać jako obiektywnego argumentu za czymkolwiek. Spróbuję to choć trochę zobiektywizować na przykładzie:

– Na nocnej zmianie w sklepie czuję się z tym raźniej – wyjaśniłam. – Nie martw się, tatuś sprowadził dla mnie Papuasów, którzy od wczesnego dzieciństwa uczyli mnie fechtunku. W jego branży cała rodzina musi być gotowa na wszystko.

W odpowiedzi Gwidon chwycił wiszący nad tucznikami mauser gewehr 98 i dwa granatniki granatenwerfer 16.

– Pamiątka po pradziadku. Zawsze mówił, że każdy łowi rybę ze wspólnej rzeki do własnego kosza. Dotąd nie rozumiałem, co to ma wspólnego z bronią, i nigdy nie zrozumiem, bo nie żyje od czterystu lat, ale tak właśnie mówił.

W jaki sposób informacja, że tatuś zatrudnił Papuasów jako nauczycieli fechtunku, wzbogaca opowiadanie lub czyni je zabawniejszym? Odgaduję, że może to aluzja do popisywania się bogactwem poprzez wysyłanie dzieci na egzotyczne zajęcia albo do kolonialnych wyobrażeń o egzotycznych kulturach. Skądinąd kojarzę, że w Papui-Nowej Gwinei władze sobie rzeczywiście nie radzą z problemem porachunków gangsterskich i bójek na noże, więc może też erudycyjne odniesienie do tego tematu. Niemniej wszystko to wydaje mi się naciągane.

W kwestii pradziadka nic się nie zgadza: jeżeli zmarł czterysta lat temu, pamiątką po nim nie może być nowożytna broń, nie wiadomo też, skąd Gwidon miałby wiedzieć, co mówił (i jak w ogóle można mieć pradziadka odległego o czterysta lat) – o ile niczego nie przeoczyłem, nigdzie indziej nie było wzmianek, aby w tej rodzince występowała wyjątkowa długowieczność. Nie wykluczam, że dla niektórych czytelników taka niespójność chronologiczna jest śmieszna; dla mnie, obawiam się, raczej frustrująca.

Przy okazji zaznaczyłem brakujący przecinek (domknięcie wtrącenia).

 

W sprawie komentarzy obyczajowych: niektóre na pewno są celne. Na przykład ten z myśliwym, który pomylił śmigłowiec z dzikiem, więc czapkujące lobby myśliwskiemu władze, zamiast go osądzić, wydały zakaz lotów nad powiatem – ten jest nawet tragicznie aktualny, tylko że wpisy i obrazki satyryczne o zbliżonej konstrukcji widzi się wszędzie.

Inne jednak wydały mi się zbyt przerysowane, często do nieczytelności, jak chociażby ten z łoszą wychowującą nastolatka albo z ogrzewaniem tucznikami. Albo też wielokrotnie podkreślana kwestia braku obuwia głównej bohaterki – zakładałem, że będzie stanowić satyrę na wyobrażenia o łączności ludności wiejskiej z naturą albo ewentualnie dążyć do wątku erotycznego, ale w sumie nie wydaje się pełnić jednej ani drugiej funkcji.

 

Z przypadkowych drobiazgów:

Słońce dopiero próbowało wyłonić się zza horyzontu, gdy(-,) trzymając pióro w zębach, szukałam kluczy w torebce.

O ile wiem, takie przecinki między spójnikami a imiesłowami raczej nie są zalecane.

Prumchly

Prumchla – Prumchli (Prumchła – Prumchły).

Zastąpił go jednak nasz bojowy zapał. Zawsze w głębi serca czułam się raczej Świrszczyńską niż Pawlikowską-Jasnorzewską. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, były pełne ognia.

I Świrszczyńska ma tu odgrywać rolę poetki sławiącej i uosabiającej zapał bojowy?…

 

W głosowaniu piórkowym na NIE, ale cieszę się, że miałem okazję przeczytać i przemyśleć ten utwór. Miło słyszeć, Autorze, że ma to szansę zachęcić Cię do intensywniejszego pisania i może też udzielania się w komentarzach. Pozdrawiam i życzę wiele weny!

Słońce dopiero próbowało wyłonić się zza horyzontu, gdy(-,) trzymając pióro w zębach, szukałam kluczy w torebce.

O ile wiem, takie przecinki między spójnikami a imiesłowami raczej nie są zalecane.

A mnie się wydaje, że ten przecinek jest potrzebny – oddziela imiesłów od reszty zdania. Jakby to było wtrącenie.

Babska logika rządzi!

Do tej kwestii odnosi się reguła PWN https://sjp.pwn.pl/zasady/367-90-b-4-imies%C5%82%C3%B3w-zako%C5%84czony-na-%C4%85c-%C5%82szy-wszy;629779.html, uwagi a) i b). Z tym zastrzeżeniem, że według mojego doświadczenia podpunkt b) stosuje się jedynie lub niemal jedynie przy spójnikach łącznych i rozłącznych (czyli gdy nie zachodzi zjawisko analogiczne do cofnięcia przecinka przed spójnikami złożonymi typu “zwłaszcza że”), ale nie znajdę na to od ręki solidnych źródeł.

Hmmm. Możesz mieć rację, ale moja kobieca intuicja się z Tobą nie zgadza. Ale ja jej zbytnio nie ufam…

Babska logika rządzi!

Cześć!

Długo wahałam się nad swoim głosem w sprawie piórka, ale ostatecznie będę na TAK. 

Lubię absurd, a równocześnie nie lubię, kiedy coś za bardzo ucieka w bizarro, szczególnie jeżeli po drodze traci fabułę. I tak jak moja sympatia wobec gatunku – lub jej brak – nie powinny wpływać na głos, tak obecność i strukturę fabuły można już uznać za kryterium zahaczające o obiektywizm (o ile cokolwiek poza czystą językową poprawnością w opowiadaniach można oceniać choć w najmniejszym stopniu obiektywnie). No i tutaj fabuła jest – prosta jak budowa cepa, może trochę pretekstowa, ale jest. Mamy wątek miłosny, mamy atak na wieś, mamy backstory bohaterki i jej rodziny. I ta prostota działa, ponieważ tekst jest absurdem, a nie miałaby najmniejszych szans w opowiadaniu stojącym jakkolwiek blisko realności. Bohaterowie pasują do całości – dziwni, ale równocześnie z własnymi charakterami. Moim zdaniem wziąłeś narzędzia oferowane przez gatunek i zrobiłeś z nich fajny użytek. 

To, co dałoby się poprawić, to wyważenie absurdu, bo tu wszystko jest dziwne, wszystko jest niepasujące. Gdyby czasami zaoferować czytelnikowi drobne przerwy od chaosu, niektóre żarty i elementy mogłyby zadziałać lepiej. Niemniej, pośmiałam się. Jestem fanką betoniarki oraz pomylenia śmigłowca z dzikiem. 

Trzymam kciuki za kolejne teksty!

Ponoć robię tu za moderację, więc w razie potrzeby - pisz śmiało. Nie gryzę, najwyżej napuszczę na Ciebie Lucyfera, choć Księżniczki należy bać się bardziej.

@Ślimak Zagłady: Dziękuję, że tak szczegółowo przedstawiłeś swój punkt widzenia. Lubię absurd, choć znawcą gatunku nie jestem. Po prostu świetnie się bawię, pisząc takie teksty. Dlaczego mnie to bawi? Trudno powiedzieć. Nie mam zdolności poznawczych, które pozwoliłyby mi dogłębnie zanalizować zjawisko poczucia humoru, więc nie odwdzięczę się podobną analizą.

W każdym razie z Twojego opisu wynika, że absurd jest tu wzorcowy. Za Wikipedią:

Absurd (łac. absurdus – niewłaściwy, niestosowny, absurdalny) – pojęcie określające sytuację, sformułowanie lub myśl będące wewnętrznie sprzeczne z przyjętymi zasadami logiki, bazujące na fałszywych lub mało prawdopodobnych założeniach, albo wynikające z błędów w rozumowaniu dedukcyjnym lub indukcyjnym.

Opowiadanie nie jest w ogólności krytyką wiejskich przywar, a raczej pochwałą przedsiębiorczości i solidarności mieszkańców wsi. Pochwałą pisaną z pełną świadomością, że „Polska nie dzieli się na kresowych i resztę, tylko na mądrych i głupich”. Oczywiście, tu i ówdzie wbiłem szpilkę zupełnie serio w ramach odreagowania problemów społecznych, które mnie irytują.

Świrszczyńska, owszem, krytykowała organizatorów Powstania Warszawskiego, ale niech przemówi sama:

Żeby wszystkie kule na świecie

trafiły we mnie,

toby już nie mogły trafić w nikogo.

 

I żebym umarła tyle razy,

ile jest ludzi na świecie,

żeby oni nie musieli już umierać,

nawet Niemcy.

Moim zdaniem to wystarcza, by moja bohaterka się z nią utożsamiała. Oczywiście, jeżeli znasz lepiej pasującą polską poetkę, chętnie rozważę zmianę.

@Ślimak Zagłady, @Finkla: Wskazane błędy językowe poprawiłem za wyjątkiem spornego przecinka. Ten pozostawiłem.

@Verus: Poniosło mnie, to fakt, ale nie żałuję. Może to było badanie, jak daleko można się posunąć?

Dziękuję za głos!

Nie mam zdolności poznawczych, które pozwoliłyby mi dogłębnie zanalizować zjawisko poczucia humoru, więc nie odwdzięczę się podobną analizą.

W każdym razie z Twojego opisu wynika, że absurd jest tu wzorcowy.

Bynajmniej nie jestem przesadnie zadowolony ze swojej analizy. Czytałem W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego i parę innych pozycji, starając się zrozumieć, dlaczego nielogiczności, które część odbiorców najwyraźniej bawią, mnie wydają się puste treściowo i frustrujące, ale trudno coś na to poradzić. Mam nadzieję, że dysponuję dostateczną wiedzą teoretyczną, żeby rozpoznawać wartość arcydzieł absurdu, ale “jak zachwyca, kiedy nie zachwyca”. Staram się pisać komentarze piórkowe jak najbardziej rzetelnie, niemniej po to Loża ma dziewięcioro członków, żeby wyrównywały się indywidualne osobliwości i niedociągnięcia. Przy okazji szczerze gratuluję wyróżnienia!

Świrszczyńska, owszem, krytykowała organizatorów Powstania Warszawskiego, ale niech przemówi sama:

Mogę tutaj dostrzec współczucie, gotowość do poświęcenia, ale zapał bojowy chyba nie bardzo. Oczywiście nie zaręczę, czy każdy czytelnik potraktuje to podobnie lub co powiedziałaby sama autorka. Zgoda, jeśli bohaterka ma się porównywać tylko z dobrze rozpoznawalnymi polskimi poetkami (a nie przykładowo z Tyrteuszem), to o lepszy typ może być trudno.

A odnośnie tamtego spornego przecinka odgrzebałem właśnie poradę Bańki https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/nadmiar-przecinkow;8801.html (omówioną kiedyś w wątku językowym przez Bolly’ego i Dogsdumpling). Kluczowe zdanie: “Gdyby jednak zaimek miał być wydzielony przecinkami w taki sposób, nic nie szkodzi”. Czyli interpretuję to w taki sposób, że zastosowanie tamtego podpunktu b) i postawienie przecinka po zaimku względnym “gdy” jest przynajmniej równie uprawnione jak po spójniku łącznym lub rozłącznym, a może wręcz zalecane. Ukłony dla Twojej kobiecej intuicji, Finklo!

Ćśśśś, nie rób jej takich rzeczy, bo się rozbestwi. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej,

szalony tekst. Chyba jak dla mnie za dużo tutaj tego absurdu i groteski. Niby z jednej strony mnie to przygniatało, ale z drugiej… nie mogłam przestać czytać. :)

Rozumiem, że te paczki familyjnych w staniku to inspiracja Larą Croft? :D

 

 

 

Gratuluję zasłużonego piórka i pozdrawiam!

@Ślimak Zagłady: Nie mam wątpliwości co do Twojej szczerości i dobrej woli. A że nie zachwyca, to żaden problem. Wbrew głupiemu porzekadłu, o gustach można dyskutować, ale jednak koniec końców, są przecież różne.

@Marszawa: Czyli taka guilty pleasure? Też dobrze.

Nie inspirowałem się Larą, no ale ona jakby rzeczywiście tam ma ze dwie paczki!

Nowa Fantastyka