Wycieczka genialnej kobiety do Kotliny Kongo. W celu zdobycia złota, by mogła zainwestować w swoją firmę...
Zapraszam do czytania!! Będę bardzo wdzięczny za komentarze. :)))
Wycieczka genialnej kobiety do Kotliny Kongo. W celu zdobycia złota, by mogła zainwestować w swoją firmę...
Zapraszam do czytania!! Będę bardzo wdzięczny za komentarze. :)))
Matylda Kruk była niezwykle zdolnym dzieckiem. Gdy miała dziewięć lat rodzice zachwyceni tym jak się szybko rozwija zaprowadzili ją do psychologa, by zbadać jaki ma iloraz inteligencji. Test wykazał bardzo wysoki poziom 193 punkty w skali Wechslera.
Dziewczyna mając dwadzieścia lat była już profesorem z dziedziny chemii i biologii. Wykładała na uniwersytecie i dorabiała sobie tworząc testy IQ i łamigłówki dla różnych gazet i portali, a także podkładała głos pod filmy i programy naukowe. Imała się wielu zajęć, można było o niej powiedzieć, że „zna się na wszystkim”, więc oprócz stałej pensji miała dodatkowe bardzo wysokie dochody. Stać ją było na duży dom, gdzie stworzyła sobie laboratorium, w którym oddawała się swojej pasji, czym było tworzenie perfum.
Badała rośliny i związki chemiczne, łączyła je we wspaniałe zapachy. Minęły trzy lata i założyła swoją firmę. Szybko pięła się w górę, a jej marka stawała się coraz bardziej rozpoznawalna.
Pewnego dnia zadzwoniła do niej serdeczna przyjaciółka o imieniu Grażyna.
– Cześć kochana, jest okazja by zdobyć bardzo duże pieniądze w łatwy sposób. Musimy się spotkać.
– W porządku, może w sobotę rano u mnie?
– Idealnie.
&&&
Kobiety siedziały przy stole w salonie Matyldy. Jadły ciastka i piły kawę. Grażyna zaczęła:
– Mój przyjaciel Michał, o którym ci kilka razy mówiłam, że odwiedza i bada wioski tubylców na różnych kontynentach, znajduje się teraz w Kotlinie Kongo. Natrafił tam na pewne plemię, które ma dostęp do bogatych pokładów złota. Mówił, że mają wielkie posągi z czystego złota. Każda osoba tam, ma wisiorki z niego zrobione. Nikt o tym nie wie. Tylko mój przyjaciel i jego ekipa, która odpowiada za jego transport po plemiennych wioskach.
– Rozumiem – powiedziała Matylda – chcesz byśmy tam poleciały i zaczęli sprzedawać moje perfumy?
– Właśnie tak. Zarobimy na tym krocie.
– Plan wydaje się dobry. To może się udać.
I przyjaciółki zaczęły omawiać szczegóły całego przedsięwzięcia.
&&&
Dwa tygodnie i jeden dzień później. Kotlina Kongo. Blisko wioski plemienia Younteene.
Duży śmigłowiec transportowy leciał nad cudownie wyglądającymi, soczyście zielonymi lasami deszczowymi. Matylda i Grażyna były zachwycone. Widok oszałamiał.
– Wspaniałe – głośno powiedziała Matylda przekrzykując hałas, jaki wywoływał śmigłowiec.
Jej przyjaciółka uśmiechnęła się i podniosła kciuk do góry.
Lecieli jeszcze kilka minut i ich oczom ukazała się wioska. Chatki rozrzucone były na trzech polanach, w okolicach dużej rzeki, która oddzielała je od siebie. Wszyscy w helikopterze zauważyli budynek znacznie większy od pozostałych. To musiał być pałac wodza plemienia.
W oddali ujrzeli mężczyznę machającego rękami, który stał na niedużej łące. Wszyscy domyślili się, że to Michał, człowiek który wpadł na pomysł tej niezwykle korzystnej wymiany handlowej. Helikopter skierował się w tamtą stronę.
Chwilę później wylądowali i pilot zgasił silnik, Grażyna wysiadła i gdy zrobiła to również Matylda, przyjaciółka przedstawiła jej Michała, gdyż ta widziała go pierwszy raz. Potem wypakowali swoje bagaże i pakunki zawierające perfumy. Cały czas otaczali ich ciekawscy tubylcy, którzy jednak już parę razy widzieli helikopter i nie była to dla nich całkowita nowość.
– Mamy przygotowany dla was apartament – zażartował Michał. Potem powiedział coś w tutejszym języku do mężczyzn z plemienia stojących najbliżej.
Ci zabrali się za przenoszenie dobytku kobiet do chaty, w której miały mieszkać. Ta była specjalne dla nich wybudowana i znajdowała się w rogu osady. Zrobiono ją jak wszystkie inne, z bambusowych tyczek i skór zwierzęcych. Gdy weszły do środka ujrzały nieduże pomieszczenie i dwa łóżka, z czymś co można by określić materacem, który jak się chwilę później okazało był bardzo wygodny.
Michał powiedział:
– Łóżka, może to absurdalne, ale są wygodniejsze od wszystkich, w których przyszło mi kiedykolwiek spać. Zrobione są z miękkich gałęzi pewnej rośliny, połączonych żywicą.
Kiedy dziewczyny zaaklimatyzowały się, Michał poprowadził ich do pałacu, przed którym czekał wódz o imieniu Hohgharre i jego żona Delighha.
Byli oni niskiego wzrostu i skąpo odziani. Mężczyzna miał jedynie spodnie do kolan i dużo wisiorków na szyi. Na jego głowie znajdowało się trofeum – łeb czarnego jaguara. W sutkach, uszach i wargach miał kolczyki z czystego złota. Kobieta natomiast ubrana była w czerwoną spódnicę. Na nadgarstkach wisiały jej obrączki, również ze złota. Podobnie jak jej małżonek, posiadała liczną biżuterię powbijaną w różne części twarzy. Wszystkie te przedmioty były z najcenniejszego na świecie kruszcu.
Wódz powiedział coś w obcym języku i zrobił zapraszający gest.
– Jesteście zaproszone do środka – przetłumaczył Michał.
Weszły więc. Znalazły się w rozległej izbie z paleniskiem, a także niezbyt wysokim, ale obszernym stołem, przy którym siedziało się na drewnianej ławie. Przygotowano dla nich ucztę. Na stole przykrytym skórą pełniącą funkcje obrusu, znajdowało się mnóstwo rarytasów i potraw, a także napojów, których Matylda ani Grażyna nigdy nie próbowały.
Zaczęły jeść, gdyż były bardzo głodne. Wódz wyglądał na bardzo szczęśliwego, bo Matylda i Grażyna pałaszowały wszystko ze smakiem i pomrukami zadowolenia.
Gdy już się najadły i pochwaliły smakowite potrawy, zaczęto dyskusję, w której niezbędny był tłumacz Michał.
Wódz i jego małżonka wiedzieli już mniej więcej, z czym przybywają ich goście. Ale Matylda mimo tego opowiedziała o swoich perfumach, jakie mają znaczenie dla ludzi w miastach, jaki to wielki biznes, opowiedziała, że w jej świecie wszyscy ich używają. Gdy skończyła tą wyczerpującą, ale ciekawą opowieść poszła po pakunki, w których były perfumy o wartości ponad pięćdziesięciu tysięcy złotych.
Potem zaczęła prezentacje. Trwało to ponad godzinę, a gdy zakończyła Hogharre i Delighha byli zachwyceni. W pomieszczeniu unosił się mocny, wspaniały zapach zmieszanych różnych perfum.
– Zostańcie tu kilka dni – powiedział wódz – poznacie nasz sposób życia, nasze zwyczaje.
– Pewnie, że skorzystamy z waszej gościnności – odparła Matylda i dodała od razu – jedna rzecz mnie bardzo ciekawi. Jak udaje się wam w tak doskonały sposób usuwać włosy? Nie widzę na waszych ciałach choćby włoska.
Teraz odpowiedziała żona wodza:
– One wcale nam nie rosną. Gdyby nie Michał i jego ludzie, nie wiedzielibyśmy, że coś takiego jak włosy w ogóle istnieje.
– To niezwykle ciekawe. – powiedziała Matylda.
Rozmawiali, aż do zmroku na przeróżne tematy. Potem kobiety poszły do swojej chatki i leżąc przed zaśnięciem, dzieliły się wrażeniami z minionego dnia.
&&&
Następnego dnia przy śniadaniu, które zjadły u siebie, przybył Michał i przekazał wiadomość od wodza:
– Hogharre chce byście po porannym posiłku zobaczyły miejsce kultu ich bóstwa, które nazywają Keszsata i wykąpały się w Świętym Jeziorze.
Dziewczyny więc, jak tylko zjadły, podekscytowane ruszyły razem z Michałem i wodzem wydeptaną dróżką przez dżunglę. Szli dobre dwadzieścia minut, w końcu dotarli w niezwykłe miejsce. Było tu nieduże jezioro o czarnej wodzie, otoczone dziewiczą roślinnością. Matylda zastanawiała się, czy powstało sztucznie czy naturalnie.
Na środku jeziora, z wody wyłaniał się wielki złoty posąg, przedstawiający węża o trzech głowach. Na brzegach, w równych odstępach znajdowały się jeszcze trzy posągi, a na nich znaki, które jak tłumaczył Michał, czytano razem jako „Keszsata”.
Wódz ściągnął odzienie i wszedł do wody, następnie zanurzył się cały, razem z głową. Potem, po wynurzeniu krzyknął coś w swoim języku i gestami zaprosił do kąpieli. Michał przetłumaczył, dziewczynom:
– Obrazi się, jeśli nie wykąpiecie się w Świętym Jeziorze.
W tej sytuacji nie miały wyjścia, przy odmowie cały trud wyprawy mógłby pójść na marne. Dlatego rozebrały się i weszły do jeziora, które było ciepłe niczym podgrzewany basen. Zastanawiające jednak było dla Matyldy, jaka substancja barwi wodę na ciemny kolor.
Po tym zdarzeniu wódz dbając, by kobiety nie nudziły się zorganizował wiele różnych atrakcji, na przykład polowanie na dzika. W końcu nadszedł wieczór i przyjaciółki położyły się do łóżek, by zmęczone szybko zasnąć.
Rano pierwsza obudziła się Matylda. Gdy tylko otworzyła oczy przestraszyła się bo na poduszce były jej włosy. Prędko wyjęła z bagażu lusterko i spojrzała w nie. Oniemiała, bo była całkiem łysa.
Przerażona obudziła Grażynę, której także wyszły wszystkie włosy. Chwilę później odkryły, że stało się tak z wszystkimi na ich ciele, także łonowymi.
W panice poszły do domku, w którym spał Michał i obudziły go.
– Co się do cholero stało, popatrz jak my wyglądamy!
Ten roześmiał się i zaczął je uspokajać:
– Odrosną wam, też tak miałem.
– Na pewno? – denerwowała się Grażyna.
– Tak, na sto procent.
Później zaczęli rozmawiać na poważnie:
– Czym to mogło być spowodowane? – zastanawiała się Matylda.
– Wydaje mi się, że to po kąpieli w tym czarnym jeziorze.
– Muszę wziąć próbkę wody z tego jeziora.
&&&
Nadszedł dzień powrotu. Helikopter wyładowany był złotem, dużo więcej wartym niż perfumy, które zostawili w wiosce.
Matylda miała też ze sobą próbkę czarnej wody ze Świętego Jeziora.
Kilka dni później przyjaciółki spotkały się ponownie w domy Matyldy.
– Wpadłam na świetny pomysł – powiedziała geniuszka. – Jakby tak wykorzystać substancję sprawiającą wypadanie włosów do depilacji? W formie żelu, którym smarowałoby się nogi czy pachy. Takim skutecznym specyfikiem podbiłybyśmy rynek. Stałybyśmy się miliarderkami.
Grażyna rozpromieniła się:
– Warto spróbować.
– Jeszcze dzisiaj zacznę badania nad próbką, którą mam.
&&&
Matylda późnym wieczorem poszła do uniwersyteckiego laboratorium. W budynku uczelni nie było już prawie nikogo. Położyła duży słoik z czarną wodą na stoliku i zabrała się za przygotowanie mikroskopu i różnych substancji potrzebnych do eksperymentów, które chciała przeprowadzić.
Gdy wszystko było gotowe zaczęła doświadczenia. W próbce wody pod powiększeniem ujrzała jakieś dziwne czarne drobnoustroje. Dodawała do nich po kolei różne substancje. W pewnym momencie drobnoustroje zniknęły, jakby wyparowały. Stało się to nagle po dodaniu pewnej substancji żelującej. Matylda chciała zamienić wodę w żel, którym można by się smarować.
Tak ją to zaskoczyło, że niechcący zrzuciła ręką słoik z wodą ze Świętego Jeziora plemienia Younteene. Ten rozbił się, a zawartość wylała się na podłogę.
Matylda złapała się za głowę zrozpaczona.
– Ale szkoda – westchnęła i poszła po szmatę.
Już miała zacząć ścierać podłogę, gdy czarny płyn podobnie jak przed chwilą próbka pod mikroskopem wyparował.
Zmartwiona odłożyła przyrządy, których używała na swoje miejsca i opuściła laboratorium a potem uniwersytet. Zdarzenie jednak nie dawało jej spokoju.
&&&
Minęły niecałe dwie doby i po uniwersytecie rozniosła się szokująca wieść; wszyscy stracili włosy. Nikt oprócz Matyldy nie miał bladego pojęcia dlaczego tak się stało.
– Substancja musiała rozprzestrzenić się w powietrzu – zastanawiała się przerażona dziewczyna.
Było jednak gorzej niż myślała. Drobnoustroje atakujące cebulki błyskawicznie namnażały się i już następnego dnia włosy stracili wszyscy mieszkający blisko gmachu uniwersytetu.
EPILOG
Matylda prędko rozpoczęła prace nad wynalezieniem antidotum. Gdy owłosienie stracili wszyscy w mieście wiedziała, że żarty się skończyły. Anonimowo poinformowała odpowiednich ludzi o tym, że należy zbadać powietrze.
Czas mijał a pozbawionych owłosienia po tygodniu było już ponad sto tysięcy ludzi i z każdą chwilą przybywało.
Cześć, Dawidzie!
Jestem świeżo po lekturze opowiadania i prawdę mówiąc nie wiem, co Ci napisać… Pierwszy akapit sprawia wrażenie notatki z gazetki szkolnej. A późniejsza fabuła w zasadzie stanowi tylko pretekst do wywiezienia próbki skażonej wody.
Językowo jest niezbyt dobrze, po drodze zgrzytało i to dość mocno :( W lekturze nie pomagał też fakt, że opowiadanie oparłeś na prostych i krótkich zdaniach, które czyta się dość jednostajnie.
Twist na koniec nawet zabawny (sam jestem łysy, więc doceniam podwójnie), ale zbyt pospiesznie poprowadzony. Poza tym, nie wiem czy plaga łysienia jest aż tak przerażająca… (ale znowu, mam inny punkt odniesienia).
Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
cezary_cezary
trudno tym razem się nie udało :) raz na wozie raz pod wozem. Dziękuję za przeczytanie i komentarz.
napisałem dłuższą odpowiedź ale mi stronę wywaliło…
Jestem niepełnosprawny...
już jest dobrze
w takim krótkim opowiadaniu chodzi głównie o twist bo o co innego? przecież nie o opisy postaci ani poboczne wątki… aa nie wiem. szkoda, że kaplica. Może inni napiszą inaczej, chyba można mi tak marzyć, ale chcę znać prawdę.
Jestem niepełnosprawny...
w takim krótkim opowiadaniu chodzi głównie o twist bo o co innego?
Gdyby tak było, to równie dobrze mógłbyś wszystkie akapity przed twistem usunąć i zastąpić je np. pojawieniem się kuriera, który dostarcza próbkę skażonej wody. Wydaje mi się, że nie tędy droga. No, ale to tylko moja opinia, z którą oczywiście nie musisz się zgadzać.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Siema, dawidiq150. Pomysł ciekawy z jeziorem i wypadającymi włosami. Tylko nie za bardzo wiem o co chodzi z ideą transportowania perfum w dzikie rejony Afryki. Pisz, pracuj nad warsztatem. Pozdrawiam.
Dzięki Hesket :)))
Bardzo się cieszę!!! Super, że moje pomysły często się czytelnikom podobają.
Dzisiaj mam turniej szachowy. Zobaczymy jak to wyjdzie, szachy błyskawiczne 3 min. + 2 sekundy po każdym ruchu. Ale fajnie!!
Jestem niepełnosprawny...
Hmmm. Mam wrażenie, że tekst jest niedokończony. No, ludzie masowo łysieli. I?
IMO, przeceniasz znaczenie inteligencji. Bohaterka powinna raczej mieć smykałkę do interesów. Wysokie IQ nie oznacza wrażliwego powonienia, a to chyba niezbędne w branży perfumiarskiej. W sumie Matylda wydaje się tak wypasiona, że bardziej nie można.
Trudno mi uwierzyć we wioskę afrykańską, w której mieszkańcy mają mnóstwo złota i nie zostali z niego obrabowani jeszcze w średniowieczu. Pizarro miał mniej niż 200 ludzi i wystarczyło na Amerykę Południową… Czy łowcy-zbieracze budują pałace dla wodzów? Wydaje mi się, że nie mają aż takich nadwyżek ekonomicznych, żeby móc sobie pozwolić na takie inwestycje. Czy potrzebują perfum?
Obawiam się, że po zjedzeniu obcych sobie miejscowych potraw Europejki mogłyby się ciężko pochorować.
IMO, próbek nie trzyma się w słoikach. Zwłaszcza, jeśli mają znieść długą podróż z licznymi przesiadkami. I oddzielmy poznawanie składu próbki od przerabiania jej na perfumy. To trochę tak, jakbyś jednocześnie czytał interesującą książkę i wycinał litery z nieprzeczytanych kartek, żeby ułożyć nowe zakończenie.
Na jego głowie znajdowało się trofeum – łeb czarnego jaguara.
Jaguary żyją w Ameryce Południowej. Bambusów w Kongo też nie jestem pewna.
Wszystkie te przedmioty były z najcenniejszego na świecie kruszcu.
Ale z rodu, platyny, palladu…?
Babska logika rządzi!
Hej Finkla !!!
Dzięki za przeczytanie i komentarz. Faktycznie dużo tych błędów logicznych. Ale myślę, że z czasem to się zmieni. Jak nabiorę wprawy.
Pozdrawiam serdecznie i chciałem przypomnieć, że cię gonie w liczbie opowiadań :)
Jestem niepełnosprawny...
Goń, goń… :-)
Babska logika rządzi!