- Opowiadanie: piotr_jbk - Dotknięcie Czterech Twarzy

Dotknięcie Czterech Twarzy

Historia walki o przetrwanie młodego człowieka, który po podjęciu decyzji wywracającej jego dotychczasowe, stabilne życie do góry nogami, zostaje zmuszony do ucieczki. Ścigany przez oddział najemników, szuka schronienia w odległym zakątku sawanny — na górze zamieszkanej przez jasnowłosego elfa pustelnika oraz wielką sowę.

Bardzo dziękuję Ambush za betę!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy III

Oceny

Dotknięcie Czterech Twarzy

 

Ahraneal oparł plecy o skałę na stoku Góry Barana. Szorstki, chłodny kamień dawał oparcie i złudne poczucie bezpieczeństwa. Pragnął przedłużyć chwilę ciszy, nim koszmar zacznie się ponownie.

Był jak skazaniec czekający na kolejne uderzenie bata. Spojrzał ponad rozległy masyw. Ta dziwna góra stała się jego azylem i ostatnią nadzieją. Mimo że było już po wschodzie słońca, srebrny dysk większego z księżyców wciąż wyraźnie odcinał się od błękitu.

– Jasna Siostro, prowadź moje kroki – wyszeptał.

Odetchnął. Własny głos dodał mu nieco otuchy. Ostrożnie wychylił się zza głazu. Skupił wzrok na drobnych sylwetkach jeźdźców przedzierających się od południa przez wysokie trawy. Znów szli jego śladem, a raczej złota za jego pojmanie. Choć był potomkiem dumnego ludu, długotrwały pościg uczynił z niego zaszczutą zwierzynę.

Zacisnął pięści, gdy zatrzymał wzrok na białej klaczy z pękatymi jukami po bokach. W każdym z juków znajdował się gliniany dzban pełen oliwy zmieszanej z alkoholem i ziołami. W jednym spoczywała głowa jego ojca, drugi dzban był pusty. Czekał na jego głowę.

Ojciec poległ dwa dni temu i od tamtej chwili Ahraneal odczuwał każdą cząstką ciała ciężar samotnej walki ze światem. Gorsza od strachu była tęsknota za ojcem, który był dla niego oparciem nawet wtedy, gdy wszystko inne zawodziło.

Miał dziewiętnaście lat. Jeszcze dwa tygodnie temu wierzył, że jego droga dopiero się zaczyna. Patrząc na liczny pościg, docierało do niego, że jego nadzieja na przeżycie kolejnych dni zawisła na bardzo wątłej nici.

Samotny jeździec właśnie zbliżał się do oddziału najemników. Jego siwe włosy lśniły nienaturalnie w ostrym świetle poranka. Był tropicielem grupy – i to, jak zinterpretował ślady Ahraneala, mogło zdecydować o życiu lub śmierci.

Tajemnicza siła drzemiąca w starcu sprawiała, że bał się go bardziej niż pozostałych żołnierzy. Gdy siwowłosy podjeżdżał bliżej, wola młodego uciekiniera słabła, a on instynktownie pragnął znaleźć się jak najdalej. Gdyby tropiciel odwrócił teraz głowę, byłby w stanie przewiercić go niepokojącymi, szarymi oczyma.

Ojciec powtarzał, że każdy może się pomylić. Czy dziś zwiadowca oddziału w końcu popełni błąd? Czy zwiodą go ślady spreparowane przez Ahraneala przy Podwójnym Wąwozie? Tam schroniłby się ktoś, kto nie zna okolicy, bo drzewa było widać już z daleka. Tymczasem on znał Górę Barana, czasem przejeżdżali tędy z ojcem i pamiętał, gdzie w porze suchej znaleźć wodę, rośliny jadalne dla koni, a przede wszystkim gdzie się ukryć.

Miał nadzieję, że jutro ścigający pojadą przeszukiwać długi Podwójny Wąwóz. To dałoby mu okazję, by wyrwać się pod osłoną ciemności ku wzgórzom na północnym zachodzie i skryć wśród poszarpanych skał, gdzie łatwo zgubić trop. Dowódca oddziału zapewne spodziewał się jego ucieczki na wschód, ku Czerwonej Przełęczy, bramie do leżących nad morzem miast.

Pora deszczowa miała nadejść za cztery tygodnie, wtedy bujna roślinność pokryje całą sawannę. Znów wybiegł myślami za daleko. Najpierw musiał przecież dotrwać do deszczów.

Choć miał nikłe szanse w starciu z całym oddziałem, nawet nie pomyślał, by zrezygnować. Nigdy łatwo się nie poddawał. Dzięki temu zasłużył na miano mówcy.

***

Kiedy tylko dowodzący oddziałem porucznik Garold spostrzegł gnającego ku nim jeźdźca, od razu uniósł prawą dłoń. Pozostałych osiemnastu najemników natychmiast wstrzymało marsz, całą uwagę kierując w stronę dowódcy.

Zbliżający się tropiciel nie nosił hełmu, jego siwe włosy targane silnymi podmuchami suchego wiatru z głębi kontynentu układały się na kształt morskich fal. Szare i pełne energii oczy kontrastowały z pomarszczoną twarzą. Był zmęczony. Łapał powietrze krótkimi, nerwowymi haustami jak ryba wyrzucona na rozgrzane kamienie.

Na prawej stronie czoła wyrósł mu guz, który przypominał połowę bulwy strzałkowca.

– Co się stało? Wyglądasz, jakby ktoś zdzielił cię pałką – zapytał porucznik.

– Walnąłem w jakiś cholerny konar i straciłem wodę z jednego bukłaka.

Dowódca lekko się skrzywił. Podejrzewał, że tropiciel nie mówi prawdy. Cokolwiek stało się w czasie zwiadu, jeśli było ważne i tak z czasem wyjdzie na jaw.

– Dajcie mu wody – odpowiedział tylko Garold.

Dowodzący oddziałem był wysokim mężczyzną o drobnej twarzy, która kontrastowała z szerokimi barkami i długimi rękami. Na wykonanej z wielkim kunsztem kolczudze nosił jedwabną tunikę. Materiał zapewne niegdyś był biały, teraz jego kolor zlewał się z wszechobecnym na sawannie szaroczerwonym pyłem. Hełm ozdobiony białą, opadającą z tyłu kitą końskiego włosia, świadczył o godności porucznika kompani Jasnego Płomienia.

Najmłodszy z najemników, rudowłosy chłopak, zeskoczył z konia i podbiegł do siwego mężczyzny. Podał mu bukłak. Starzec pił łapczywie, a krople wody ściekały z brody, kończąc drogę na pylistej powierzchni gleby, wyschniętej o tej porze roku na pieprz.

– Mów Kerkyrajos – ponaglił go Garold.

Choć cenił doświadczenie podporucznika, jego flegmatyczny spokój czasami działał mu na nerwy. Kerkyrajos miał tę charakterystyczną manierę ludzi władających magią, traktowania wszystkich z lekką wyższością, niezależnie od miejsca w hierarchii kompanii Jasnego Płomienia.

Garold niestety nie znał tych terenów. Tylko Kerkyrajos bywał nawet w tak zapadłych okolicach sawanny, jak Góra Barana. Dowódca skrzywił się na myśl, że znów będzie musiał podjąć decyzję wyłącznie na podstawie słów tropiciela. Jeden rozkaz mógł przesądzić o powodzeniu misji lub zagładzie jego oddziału.

– Nie będzie łatwo go pojmać, bo zaszył się wśród wąwozów. Próbował mylić ślady, ale ostatecznie wjechał do Podwójnego Wąwozu, to oznacza, że nie zna zbyt dobrze tej okolicy. Co prawda łatwo się tam ukryć, a na dnie każdej z dwóch odnóg znajdzie wodę, ale nie będzie tam wiele paszy dla koni. Juczny koń chłopaka jest w coraz gorszej kondycji i wyraźnie opóźnia marsz. Sam wszedł w pułapkę. Tym razem nam nie ucieknie.

Gdy Kerkyrajos skończył, dowódca zapatrzył się na dominujący na północnym horyzoncie masyw, zwieńczony ciemną sylwetką obelisku Czterech Twarzy.

Góra Barana była rozległym masywem poprzecinanym wąwozami, które podczas pory deszczowej wyżłobiły wezbrane strumienie. Z oddali rzeczywiście przypominała barani grzbiet porośnięty wełnistą sierścią.

Garold ponownie zwrócił się do tropiciela:

– Kerkyrajos, dlaczego do cholery nie zaczekałeś do nocy, kiedy zaśnie i nie przywiozłeś mi po prostu jego głowy? Przecież chłopak musi padać z nóg. Wiesz, że z nagrody dostałbyś ode mnie parę monet ekstra, a tak będziemy musieli uganiać się za szczeniakiem po tych zasranych wąwozach. Jak w końcu go dorwę, przekona się, że lepiej dla niego było się poddać, kiedy jeszcze oferowałem mu szybką śmierć. A tak, Emerkal będzie miał zajęcie na dwa dni – Dowódca splunął z niezadowoleniem, a na twarzy wspomnianego elfa zagościł zimny uśmiech.

Garold nie wyobrażał sobie innej pracy. Jedyne, co mogłoby go bardziej usatysfakcjonować, to żeby wszystko odbywało się według cywilizowanej rutyny. Zbieg grzecznie dawał się złapać, oni ucinali mu głowę i pakowali do gara z oliwą. Potem wszyscy zadowoleni i na swoim miejscu ruszali w drogę do zleceniodawcy. Gdy dostarczyli zbiegów, zgarniali nagrodę, a na koniec mogli wreszcie odpocząć po męczącej wyprawie.

Kerkyrajos tylko pokręcił głową z niedowierzaniem, że musi swojemu dowódcy tłumaczyć tak proste sprawy.

– W ogóle nie wjeżdżałbym do wąwozu, poruczniku. Chłopak ma łuk i potrafi się nim posługiwać. Nie wiemy, ile jeszcze zostało mu strzał. Jest młody, ale to wciąż drapieżnik. By uniknąć dalszych strat, musimy przygotować pułapkę. Nie ma jeszcze dużego doświadczenia, więc zastawienie sideł nie będzie przesadnie trudne. Wywabimy go z wąwozu, wtedy sam wpadnie w nasze ręce.

– Skąd wiesz, że potrafi posługiwać się łukiem? Widziałeś, jak z niego strzela? Ludzie pierwszego mówcy Kamiennej Rzeki mówili, że chłopak nie strzela za zbyt dobrze… – wtrącił się sierżant Borsuk.

Nazywali go tak, ponieważ jego czarną brodę przecinało pojedyncze pasmo siwizny. Małżeństwo z kuzynką pułkownika dało mu stopień starszego sierżanta, a inne cechy charakteru zapobiegły dalszemu awansowi.

Nie dokończył, bo dowódca przerwał mu stanowczo.

– Zamknij się, Borsuk! Nie odzywaj się, jeśli nie masz pojęcia, o czym mówisz. – warknął porucznik – Ludzie Kamiennej Rzeki mówili też, że jego ojciec, ten zasrany mówca, to jakiś podrzędny szaman, a teraz czternastu moich ludzi gryzie przez to piach. Tylko Cztery Twarze wiedzą, jak by się to wszystko skończyło, gdybyśmy się wcześniej nie rozdzielili. Kerkyrajos ma rację, musimy rozegrać to sposobem. – Dowódca rozstrzygnął dyskusję.

– Wedle rozkazu, poruczniku – potwierdził Kerkyrajos.

Kerkyrajos nie musiał przypominać, że tylko jego intuicja ocaliła oddział przed zagładą, gdy starszy ze zbiegów posłużył jakąś wredną magią. Dowódca miał na tyle rozsądku, żeby cenić i słuchać rad sędziwego Lakkańczyka. Kerkyrajos był nietypowym przedstawicielem swojej nacji, słynącej przede wszystkim z kupców, rzemieślników i żeglarzy, licznie zamieszkujących miasta położone nad całym zachodnim wybrzeżem oceanu. Wiele z tych miast zostało założonych zresztą jako lakkańskie faktorie handlowe, dopiero z czasem rozwijały się, przekształcając się w samodzielne organizmy państwowe.

Dzięki swojej skuteczności porucznik Garold cieszył się względami naczelnego wodza całej kompanii Jasnego Płomienia. Również szeregowi żołnierze darzyli go szacunkiem i chętnie wyruszali z nim w pole. Utrata niemal połowy ludzi podczas pojmania mówcy Kamiennej Rzeki mogła położyć się cieniem na całej jego karierze. Szczególnie, że miał w swoim oddziale wojownika z klanu Shiraz, nazywanych „zabójcami magów”. Ich tatuaże zapewniały im ochronę przed wszelką magią Pradawnych, dzięki temu byli tak skuteczni.

Tymczasem Kerkyrajos wyjął z juków cienki patyk i zaczął coś pracowicie rysować na wyschniętej powierzchni gleby. Dowódca zsiadł z konia i śledził ruchy siwowłosego tropiciela.

– Zrobimy tak – powiedział po dłuższym namyśle porucznik, przejmując patyk od Lakkańczyka. – Rozbijemy duży obóz w północnej części masywu, przy wjeździe do Podwójnego Wąwozu. Ty, Kerkyrajos, weźmiesz trzech nowych i ulokujecie się tutaj. – Porucznik wskazał kilka mil dalej na południe. – To na wypadek, gdyby udało mu się przejść do innego wąwozu i chciał uciekać na piechotę. Wtedy musiałby przejść obok was – dodał porucznik.

Kerkyrajos skinął głową, znali się z porucznikiem Garoldem tyle lat, że nie potrzebowali wielu słów, aby się porozumieć. Trzech młodych byłoby przynętą, a Kerkyrajos stanowił grot włóczni, który miał przebić zbiega. Nowi podawali się za synów rycerzy z dalekiego królestwa, krainy leżącej gdzieś na północnym wybrzeżu oceanu.

Jeden z nich posiadał nawet tunikę z herbem, na którym był jakiś dziwny dąb i podkowa, a inny nosił przy pasie zdobiony miecz z grawerunkiem na sztychu. Chociaż Garold stwierdził, że tunikę raczej zdarli z trupa, a nie otrzymali w spadku po ojcu rycerzu, to na głos nikt nie kwestionował słów nowych towarzyszy broni.

Przez te wszystkie lata Kerkyrajos i Garold schwytali niezliczonych zbiegów. Uciekinierzy od niewolniczego życia w nadmorskich miastach byli łatwą zwierzyną na wyschniętej o tej porze roku, bezlitosnej sawannie. Zlecenie dostarczenia głów dwóch mówców z klanu Kamiennej Rzeki, z Suchych Wzgórz, było jednak bardzo nietypowe.

Porucznik popatrzył na północ. Daleko, na skałach, zauważył jasnowłosą postać. Ubrana w błękit i biel sylwetka wyraźnie odcinała się od szaroczerwonych skał Góry Barana.

– Kerkyrajos, tam na skałach, kto to jest? – zapytał Garold.

– To taki elf-pustelnik, panie poruczniku. Mieszka blisko szczytu, w ruinach starej wieży, na północ od postumentu Czterech Twarzy. Nie musimy się go obawiać, on nigdy nie miesza się w nasze sprawy. Jest niegroźny, widziałem go tutaj już kilka razy – odparł stary Lakkańczyk.

– To bardzo dobrze, że jest niegroźny. W takim razie postaraj się go schwytać przy okazji łowów na naszego młodego mówcę. To jest czyste marnotrawstwo, żeby go tutaj zostawiać. Za elfa zapłacą nam całkiem nieźle, tylko postaraj się, żeby nie był zbyt poobijany. Musisz przypilnować nowych, Kerkyrajos, bo oni są cholernie nadgorliwi. Może przynajmniej elf częściowo zrekompensuje nam stratę ludzi i pułkownik nie urwie mi jaj, kiedy wrócimy. – Garold przerwał nagle, zdał sobie sprawę, że powiedział o jedno zdanie za dużo.

Trójka rekrutów, zwanych „nowymi”, działała porucznikowi na nerwy. Ich udział w zasadzce planowanej przez Kerkyrajosa nie zdziwił nikogo.

– Jak sobie życzysz, panie poruczniku – odpowiedział Kerkyrajos.

– Jeszcze powiedz mi, co to są za ruiny na szczycie? To elfie ruiny, że ten jasnowłosy zdecydował się tam zamieszkać? – zapytał sędziwego Lakkańczyka dowódca.

– To święte miejsce elfów, panie, ale nie wiem, dlaczego. To dziwny naród. Co do ruin, to mówią, że to nie po elfach, a wcześniejsze, jeszcze po tytanach. Tam są ogromne głazy, a przycięte tak równo, że nawet igły nie wciśniesz w spoiny – odparł Kerkyrajos. Porucznik zmarszczył czoło, co było niezawodnym objawem, że nad czymś intensywnie myśli.

– Zaraz się dowiemy czegoś więcej z pierwszej ręki. Mamy przecież elfa w oddziale. Czy to święte miejsce, Emerkal? – zapytał dowódca, unosząc brew.

Ciało elfa pokrywały tatuaże klanu Shirazów, zostały wykonane ardazytem, dzięki czemu oślepiały i obezwładniały każdego władającego magią. To dlatego Kerkyrajos trzymał się zawsze na dystans od sierżanta Emerkala.

– Nie, to nie żadne święte miejsce panie poruczniku. Ponoć mieszkał tam jeden z ostatnich tytanów, ale ja i tak mam to w dupie. Wierzę tylko w zimną stal i sztukę mojego klanu – odpowiedział spokojnie elf.

– Uwielbiam twój światopogląd, sierżancie. Powinni ustawić cię jako wzorzec żołnierza w budynku kapituły kompanii Jasnego Płomienia – roześmiał się porucznik, ale po chwili uśmiech zniknął z jego twarzy – Dobra. Dość tego gadania, ruszamy!

Oddział najemników ponownie był w ruchu. Nieuchronnie zbliżając się do zachodniego stoku Góry Barana i zbiega ukrytego pośród jego wąwozów.

 

***

Ahraneal założył obóz w wąwozie nazywanym „Małym”. Wbrew nazwie, kiedy weszło się głębiej, rozszerzał się i meandrował, ukazując miejsca dogodne do obozowania. Nawet w szczycie pory suchej można było tutaj znaleźć rośliny, którymi mogły pożywić się konie.

Drewno przygotował jeszcze przed zmrokiem, potrzebował tylko tyle ognia, żeby ugotować orzechy, suszone mięso i warzywa. Po ugotowaniu jedzenie łatwiej było strawić, a on desperacko potrzebował odzyskać siły.

Wrzucił do garnka także garść twardych czarnych jagód kolcokrzewu, do smaku kilka łodyżek suszonych ziół o słodkawym zapachu. Dodał też kilka bulw czerwonego strzałkowca, wyrosłego w wąwozie dzięki wilgoci niesionej przez spływające od wierzchołka mgły.

Od śmierci ojca nic nie upolował i jadł tylko twarde jak kość placki zbożowe. Pachnący garnek wydawał się niemal ucztą.

Do gałązek kolcokrzewu przyłożył cienki kawałek pręta z drewnianą rękojeścią. Trzymał przez chwilę prawą dłoń nad metalem, a w myślach ułożył „słowo ognia”. Kiedy końcówka zmieniła kolor na czerwony, ogień pojawił się niemal od razu. Powietrze wokół ogniska wyraźnie się ochłodziło.

Rozpalenie ognia to w praktyce wszystko, co osiągnął w magii Pradawnych. To trudna i kapryśna sztuka, a nie było jednego właściwego sposobu wypowiedzenia „słowa ognia” w celu wywołania określonego efektu. Każdy władający magią czynił to na swój własny sposób.

Najstarszy uzdrowiciel, który nadał mu imię, zawsze mówił: „Pradawni pozostawili po sobie nie tylko niezliczone czarne obeliski Czterech Twarzy. Dali nam iskrę magii, ale każdy musi odnaleźć własną drogę do jej użycia”.

Ahraneal pomyślał o ojcu, który pomimo że do końca życia pozostał niepiśmienny, potrafił posługiwać się magią Pradawnych po stokroć lepiej niż on. Do rozstrzygania sporów wśród młodzieży Kamiennej Rzeki wystarczały wierzbowe kije, dlatego Ahraneal nie nauczył się walki mieczem, chociaż ojciec był mistrzem ostrza. Gorzko tego żałował. Teraz ta umiejętność mogła ocalić mu życie.

Siwowłosy tropiciel zgubił lub umyślnie pozostawił małe zawiniątko zawierające kilka garści orzechów stepowych, do tego suszone warzywa i mięso. A jeśli było to świadome działanie, to jaki miał cel, dając mu jedzenie? Może żywność była zatruta, ale zapach i smak przecież temu zaprzeczały? Czy chciał w ten sposób zacząć zyskiwać zaufanie, by później zwabić go w jakąś pułapkę?

Mimo obaw zjadł wszystko. Kiedy skończył, zaczęła ogarniać go senność. Ostry skrzek ptaka przywrócił go do przytomności.

Niedaleko przygasłego ognia przysiadła szara sowa. Zachowywała się dziwnie. Widział ją wcześniej kilka razy w ciągu dnia, choć sowy są przecież zwierzętami nocy. Była ogromna w porównaniu do nocnych ptaków, które zamieszkiwały Suche Wzgórza, kraj jego dzieciństwa. Wczepiła pazury w kikut karłowatego drzewa, a jej wielkie oczy z ciekawością wpatrywały się w niego. Ahraneal lubił sowy, a wśród ludu Kamiennej Rzeki uchodziły za dobry omen.

– Niestety, jutro mogę być już martwy i nawet ty nie pomożesz mi przeżyć – powiedział cicho.

Sowa wcale nie przestraszyła się jego głosu. Być może oceniała, czy byłaby w stanie go upolować? A może po prostu potrzebowała innego żywego stworzenia, obok którego mogłaby pobyć.

Niespodziewana wizyta bardzo mu pomogła. Jego oddech uspokoił się, pierwszy raz od śmierci ojca czuł się bezpiecznie i mógł jasno myśleć.

– Jesteś głodna? – zapytał, a sowa odpowiedziała mu głośnym skrzekiem.

Poruszając się bardzo wolno, położył gotowany orzech na płaskim kamieniu. Ptak sfrunął i zjadł orzech, a kiedy skończył, zaskrzeczał ponownie.

– Przykro mi. Nie mogę dać ci więcej, nie wystarczy dla nas obojga. Jeśli przeżyję do jutra, obiecuję przygotować więcej. – W odpowiedzi sowa tylko z ciekawością przekręciła głowę, jakby rozumiała każde słowo.

Ahraneal podziwiał jej piękno. Białawe końcówki piór wokół jej głowy sprawiały wrażenie srebrnej poświaty, jak gdyby jej skronie ozdabiała korona. Sowa miała w sobie coś prostego i uczciwego, właściwego dzikim zwierzętom; mogły być śmiertelnie groźne, ale nie miały w sobie fałszu ani zdrady. W przeciwieństwie do niektórych jego rówieśników z klanu Kamiennej Rzeki.

Ojciec zawsze mówił, że poprzez kontakt ze zwierzętami można rozwinąć iskrę drugiego aspektu magicznego, talentu czującego. „Mógłbyś zostać jednym z naszych uzdrowicieli, jeśli odpowiednio rozwinąłbyś umiejętności czującego”. powtarzał mu ojciec. Niestety, pomimo wysiłków, nigdy mu się to nie udało. Nie lubił kontaktu ze zbyt wielką liczbą ludzi. Większość z nich wydawała mu się głupia i prymitywna. W przeciwieństwie do zwierząt, byli gotowi skłamać, zdradzić, a nawet wbić nóż w plecy dla doraźnej korzyści.

Fascynowała go mądrość zawarta w księgach, które przechowywał jego klan. Chciał zmieniać świat, kopać studnie, usprawniać metody nawadniania. Pragnął sprawić, że będą w stanie przetrwać porę suchą bez perspektywy głodu, nawet jeśli opady się opóźnią. A teraz cała ta wiedza okazała się bezużyteczna dla ściganej zwierzyny, bo do tej roli został zredukowany przez tropiący go oddział. Jeśli miał zginąć, to z bronią w dłoni. Kiedy przekroczy bramę umarłych, chciałby każdemu spojrzeć w oczy bez wstydu.

– Musisz uważać na „królową”. Ona tak potrafi odwrócić twoją uwagę od „tu i teraz”, że można całkowicie się zatracić – powiedział cicho jasnowłosy elf, który wyłonił się zza pnia drzewa rosnącego na stoku.

Ahraneal odruchowo sięgnął po łuk. Odłożył jednak broń, gdy stwierdził, że nie ma przed sobą jednego z najemników. Widział go wcześniej daleko na skałach, kiedy byli tutaj razem z ojcem. Elf niósł mały płócienny worek, pęk strzał i lekki miecz w pochwie, z paskami do zawieszenia go na plecach.

– Jesteś bardzo spokojny jak na zbiega, który ma dwudziestkę łowców na karku – stwierdził elf.

– Po prostu staram się przeżyć. Dlaczego tu jesteś? – zapytał Ahraneal.

Mimo pozornej swobody jego mięśnie wciąż były napięte, gotowe do sięgnięcia po broń w każdej chwili.

– Aż żal patrzeć na twoją broń. Masz dobry łuk, ale zgubiłeś gdzieś miecz, dlatego przyniosłem ci nowy. Nie robisz wrażenia siłacza, wobec tego wybrałem lżejszy. Mam w wieży jeszcze spory zapas, więc to nic wielkiego. No i strzał masz już niewiele, te na pewno ci się przydadzą. W worku jest też trochę jedzenia – odpowiedział elf.

– Dzięki za strzały. Bardzo mi się przydadzą, ale mieczem nie posługuję się najlepiej.

– Porwałeś się na cały oddział Jasnego Płomienia i nie potrafisz walczyć mieczem? Chyba stracę dobre zdanie o mówcach Kamiennej Rzeki. – Elf nie potrafił ukryć rozbawienia.

W pierwszej chwili Ahraneal spuścił głowę. Jego gość miał dużo racji. Powinien był nauczyć się walczyć, zamiast ślęczeć nad księgami. Po chwili dotarł do niego pełny sens wypowiedzi, łypnął na elfa spode łba.

– Jeśli chcesz wiedzieć, to ja nie porywałem się na nikogo – powiedział podniesionym głosem. – Po moim pierwszym wystąpieniu na zgromadzeniu mówców ktoś zdradziecko zamordował lidera naszego stronnictwa, a ja zostałem o to oskarżony. To dlatego musiałem uciekać z Suchych Wzgórz – zakończył już spokojniejszym tonem.

– Chyba zdajesz sobie sprawę, że wszyscy mordercy twierdzą, że są niewinni?

Młody mówca milczał przez chwilę, uniósł wzrok i spojrzał prosto w jasne oczy elfa.

– Jeśli mam być szczery, to mam gdzieś, co mówią wszyscy. Czy „królowa” przyleciałaby do zdradzieckiego mordercy? Popatrz mi prosto w oczy, elfie i powtórz, że jestem mordercą – powiedział, nie odrywając od niego wzroku.

– Przepraszam cię, młody mówco. Chyba zwyczajnie nie miałeś szczęścia. Nie chciałem się dokładać do twojego złego losu. Musiałem mieć pewność. Drzemie w tobie wielki duch, jeśli samotnie dotarłeś z Suchych Wzgórz aż tutaj.

– Nie byłem sam, ojciec mi towarzyszył. – Głos chłopaka zaczął drżeć, a oddech stał się płytki. – Mój ojciec, niestety, poległ w walce dwa dni temu.

– Bardzo mi przykro. Niestety, nie mogę zrobić dla ciebie nic więcej – odpowiedział poważnie elf.

Podszedł bliżej, po czym położył miecz, strzały i tobołek z jedzeniem obok młodego mówcy.

Elf próbował odciąć się od tragedii, która spotykała kolejnego uciekiniera, jak gdyby zadziałał w nim obronny instynkt. Przez lata słyszał tyle tragicznych historii i widział zbyt wielu skrzywdzonych czy zwyczajnie pechowych ludzi… Ale czy on za to odpowiadał? Przecież nie zamieszkał na Górze Barana, żeby pomagać zbiegom. Jeśli wtrąciłby się choć raz, żołnierze Jasnego Płomienia zwyczajnie pojmaliby go i zabili.

Miał do zrealizowania ważną misję. Nie mógł się zaangażować, żeby ocalić życie akurat tego zbiega. Jego zadanie wymagało poświęcenia, ale gdyby nikt nie robił rzeczy niewdzięcznych czy nierokujących powodzenia, to co miałoby w ogóle w życiu sens?

Elf miał już odejść, ale odwrócił się jeszcze w stronę młodziana i wyciągnął w jego kierunku dłoń.

– Jestem Geamin Shivanetah, niech Jasna Siostra ci sprzyja, młody mówco Kamiennej Rzeki – powiedział, a chłopak uścisnął jego dłoń.

– Jestem Ahraneal, dziękuję ci Geaminie. Niech Jasna Siostra oświetla także twoją drogę.

Kiedy wypowiedziane słowa dotarły do elfa, na jego twarzy pojawił się wyraz bezbrzeżnego zaskoczenia. Jakby nagle zobaczył ducha kogoś zmarłego przed laty. Dłoń elfa mimowolnie zacisnęła się mocniej.

– Zadam ci ważne pytanie. Kto nadał ci imię, chłopcze? Dlaczego nazwali cię „biały pies”?

W Katari, języku Suchych Wzgórz, „ahra” oznaczało biel, a słowem „neal” nazywano tam pasterskie psy chroniące stada owiec przed wilkami i szakalami.

– Imię nadał mi najstarszy uzdrowiciel klanu. Kiedy miałem dwa lata, ciężko zachorowałem i wielkim wysiłkiem mnie wyleczył. Zgodnie z naszymi prawami nadał mi wtedy imię. Pochodzące od niego imiona były dobre, zawsze coś znaczyły. Ja otrzymałem imię, które wywoływało tylko drwiny. Każdy znający język Suchych Wzgórz zaczyna się śmiać, słysząc moje imię.

Geamin skinął głową potwierdzająco.

– Dlaczego wyglądasz jakbyś zobaczył ducha, Geaminie? – zapytał jeszcze mówca.

– Nie mogę teraz odpowiedzieć. Być może będę mógł ci pomóc. Teraz muszę się rozejrzeć i przemyśleć to wszystko. Później na pewno do ciebie wrócę.

Mówił mechanicznie, ponieważ myśli miał już zajęte czymś innym. Z jego postawy zniknęła wcześniejsza swoboda. Stał się spięty, a oczy błądziły mu nerwowo. Najwyraźniej usłyszał coś, co bardzo go poruszyło.

– Powiedz mi chociaż, kim jest ten dziwny tropiciel oddziału najemników?

Teraz w postawie chłopaka widać było już wręcz desperację.

– To Kerkyrajos, potężny mag, czujący. To bardzo niebezpieczny człowiek. Trzymaj się od niego z daleka! – odpowiedział zdawkowo.

Odwrócił się i odszedł szybkim krokiem w stronę drzew akacji, z rzadka porastających brzegi wąwozu. Po chwili zniknął z oczu zdumionego chłopaka.

Dla Ahraneala odpowiedź elfa nie miała sensu. W jego klanie czujący pełnili bez wyjątku rolę uzdrowicieli. Bycie czującym oznaczało rozwinięcie talentu magii życia, wyczuwania i rozumienia wszystkiego, co żyje. Najbardziej biegli, jak ten, który nadał mu imię, potrafili nawet przewidywać przyszłość. Żaden nie był tropicielem ani łapaczem niewolników. Dlaczego potężny czujący miałby zajmować się tropieniem zbiegów?

 

***

Geamin szedł przed siebie. Jego myśli rozbiegały się we wszystkie strony, jak spłoszone stado antylop. Dlaczego, kiedy usłyszał imię „biały pies”, jego umysł zareagował tak gwałtownie? Czy ten przestraszony młodzian naprawdę był tym, na którego czekał przez wszystkie lata spędzone na Górze Barana?

„Na Górze Barana będziesz oczekiwał na Jasnego Wiernego. On posiądzie moc i wolę, aby odbudować dom dla naszego ludu. Ty podejmiesz każdą decyzję. Czy zechcesz się tam udać i podjąć się misji? Na tej drodze nic nie będzie łatwe.” Tytuł „wiernego” nosili wojownicy, biegle władający bronią, obdarzeni wielkim duchem, a ten tutaj nie potrafił nawet władać mieczem! To nie miało sensu.

Geamin wyczuwał w nim siłę, ale czy potrafiłby uczynić cokolwiek dla ocalałych elfów znad Srebrnych Jezior? Mieszkańcy Suchych Wzgórz nie byli przecież elfami. Choć pozostawali z nimi spokrewnieni, to w ich żyłach płynęła także krew wielu ludów, które na przestrzeni wieków przybywały na niegościnne ziemie między wielką rzeką a oceanem.

Bezwiednie zmierzał w stronę punktu na zachodnim zboczu góry, skąd wcześniej obserwował najemników rozbijających dwa obozy. Im dłużej szedł, tym wyraźniej czuł, że umyka mu coś istotnego.

Nagle go olśniło. Odtworzył jeszcze raz słowa czującego, który układał dla niego wróżbę w czasie rytuału: „To ty podejmiesz każdą z decyzji”. Wiedział już, że musi zdecydować, czy pomóc uciekinierowi. Właściwie zdecydował już wcześniej – gdy zobaczył prostolinijność chłopaka i bijącą od niego determinację. Jeśli wróżba miała jakikolwiek sens, nie mógł pozwolić temu chłopakowi umrzeć z rąk łowców niewolników.

Teraz musiał dokonać niemożliwego, uciec przed dwudziestoma wprawnymi żołnierzami z kompanii Jasnego Płomienia. A dowodził nimi Garold, jeden z najwredniejszych łowców niewolników na sawannie. Czyste szaleństwo! A mimo to po podjęciu decyzji poczuł ulgę. Po raz pierwszy od wielu lat wiedział, co powinien zrobić.

– Zatrzymaj się, elfie – powiedział ktoś.

Geamin miał wrażenie, że ktoś wypowiedział to tuż przy jego uchu, ale w pobliżu nie było przecież nikogo.

Dopiero gdy się rozejrzał, dostrzegł siwowłosego człowieka, który stał oddalony o czterysta kroków. Gdy przyjrzał się lepiej, przez moment miał wrażenie, że widzi tylko niesamowite szare oczy starca. Dreszcz strachu przeszedł elfa i chciał rzucić się do ucieczki. Jego umysł był jak przygnieciony przez ciężki głaz. Wiedział, że to Kerkyrajos i że napotkanie tego człowieka oznacza zgubę.

Napiął każdy mięsień, ale nie był w stanie wykonać ruchu. Widział i słyszał wszystko wokół, ale stał się jedynie biernym obserwatorem. Mógł tylko patrzeć, jak dwaj młodzi najemnicy podbiegli i odebrali mu broń. Związali mu ręce za plecami, a potem któryś pchnął go mocno w dół zbocza, jednocześnie ciągnąc za sznur. Geamin zatoczył się i przewrócił, boleśnie uderzając o twardą jak kamień ziemię.

– Musisz wyjść z jego głowy, poruczniku, inaczej chyba będziemy musieli go tachać aż do obozu – powiedział Lerth, najbardziej rozgarnięty spośród nowych.

– Daj mi ten sznur, kretynie! – warknął Kerkyrajos – Jak będziesz go prowadził w ten sposób, to wyłamiesz mu barki. Jak tej dziewczynie w zeszłym miesiącu. – Siwowłosy Lakkańczyk wyrwał końcówkę liny z rąk młodego najemnika.

– Mnie tam wyłamane barki nie przeszkadzały. Mniej wierzgała – zarechotał Joachim.

Potem na jego twarzy pojawił się szeroki, nikczemny uśmiech.

Śmiech podwładnego natychmiast rozpalił w Kerkyrajosie gniew. Uważał go za najgłupszego i najbardziej brutalnego spośród trzech nowych, rzekomych rycerskich synów z północy.

Ta dziewczyna miała taki sam kolor włosów, jak jego zmarła córka. Stary porucznik przyskoczył do Joachima z gwałtownością atakującego tygrysa. Uderzył go w twarz tak mocno, że rosły najemnik zatoczył się do tyłu. Upadł ciężko na ziemię i przez chwilę nie mógł się podnieść.

– Nie odzywaj się niepytany, żołnierzu – wycedził złowrogim jak śmierć głosem Kerkyrajos.

Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Joachim ostatecznie opuścił oczy. Nikt, kto miał przynajmniej odrobinę zdrowego rozsądku, nie rzucał wyzwania Kerkyrajosowi. On nie tolerował takich wybryków, do tego zabijał bez wahania.

– Tak jest, panie poruczniku – powiedział Joachim.

Otarł krwawiącą wargę, tłumiąc buzującą w nim wściekłość. Od czasu do czasu łypał z nienawiścią na swojego dowódcę. Tymczasem Lakkańczyk spokojnie wrócił do związanego elfa i lekko ujął koniec krępującej go liny.

– Idźcie przodem! – rozkazał Kerkyrajos trzem nowym.

„Garold dostanie swojego elfa” – pomyślał. To powinno pomóc jego dowódcy uniknąć degradacji po stratach oddziału. Cenił jego dar odławiania nawet najsprytniejszych zbiegów. Nie miał zamiaru uganiać się po sawannie z jakimś nierozgarniętym oficerzyną.

Cała czwórka poprowadziła więźnia do obozu. Gdy dotarli na miejsce, Kerkyrajos starannie wybrał dla siebie kryjówkę. Z oddali nie sposób było go dostrzec. Pułapka była gotowa. Pozostało tylko zaczekać, aż pojawi się młodszy uciekinier, a potem będą mogli wreszcie wracać. Szkoda było zabijać kogoś, kto rozwinął talent, ale to nie on ustalał zasady rządzące tym przeklętym przez Cztery Twarze światem.

***

Wiele godzin później Ahraneal przygotowywał się do snu. Wokół obozu rozciągnął cienką linkę, na której zawieszone były miedziane blaszki, wydające przy poruszeniu bardzo charakterystyczny dźwięk. Był wyczulony na ten dźwięk. Od lat używali takich blaszek podczas wspólnych wędrówek z ojcem. Kiedyś w trakcie drogi przez rzekę graniczną i dalej na teren Wielkiej Równiny zamieszkanej przez elfów, do ich obozu zakradła się pantera. Wtedy te niepozorne blaszki uratowały życie uczestników wyprawy.

Na posłaniu ułożył lekką pelerynę wypchaną suchymi trawami. Miała udawać kogoś śpiącego przy ogniu. Wyglądało to na tyle wiarygodnie, że ktoś nadchodzący od ujścia wąwozu powinien dać się nabrać. Sam wdrapał się na stok i ułożył w siodle pomiędzy dwoma drzewami. Łuk, razem z zapasem nowych strzał podarowanych przez elfa, miał w zasięgu ręki. Kiedy zakończył przygotowania, w końcu opadło go zmęczenie. Wsłuchiwał się w odległe wycie wilków, aż wreszcie zasnął płytkim snem zbiega.

We śnie po raz kolejny odtwarzał obrazy z dramatycznej nocy, która zmusiła go do ucieczki z Suchych Wzgórz. Bardzo chciał cofnąć tamte wydarzenia, lecz we śnie pozostawał jedynie bezsilnym obserwatorem. Jak co noc gnębiło go pytanie, czy gdyby nie został mówcą, mógłby wieść spokojne życie w swoim rodzinnym klanie? Potem śnił początkowy etap ucieczki. Całe jego ciało napięło się, kiedy chciał ostrzec rodzica przed drugim oddziałem, mającym obejść zastawioną przez ojca zasadzkę.

W pewnym momencie do jego snu wdarło się coś obcego i nienaturalnego. To była wielka sowa, która odwiedziła go wcześniej tego wieczoru. Siedziała u boku ojca, a ten odwrócił głowę w jego stronę i powiedział:

– Obudź się, synu. Powinieneś już wyruszać.

Ahraneal otworzył oczy całkowicie przytomny. Sowa właśnie odlatywała. Choć poruszała skrzydłami, nie towarzyszył temu żaden odgłos. Miał wrażenie, że skinęła mu głową. Pomyślał, że czuwała przy nim podczas snu. Dlaczego to robiła? Skupił się na swoim zadaniu.

Musiał czym prędzej wyruszyć, jeśli chciał podejść mniejszy obóz najemników pod osłoną ciemności. Dotarcie na miejsce powinno mu zająć nie więcej niż półtorej godziny. Miecz od elfa zostawił, nie było sensu zabierać broni, którą i tak nie potrafił się posługiwać.

Noc była ciemna, wysoko na bezchmurnym niebie świecił tylko mniejszy z księżyców, nazywany Ciemną Siostrą. Jej światło było słabe, nadawało konturom całego otoczenia złowrogi ciemnoszary odcień. Gdyby na niebie gościła Jasna Siostra, skryte podejście obozu najemników byłoby dużo trudniejsze, jeśli nie niemożliwe.

Wcześniej starannie wybrał trasę, którą dało się pokonać po ciemku. Największym problemem nie były wykroty ani żleby wyschniętych potoków. Kolczaste zarośla potrafiły podrzeć ubrania i dotkliwie poranić skórę, a były trudne do zauważenia w ciemności. Był przyzwyczajony, że zawsze należało uważać na węże, które czasem nocowały na rozgrzanych w słońcu kamieniach.

– Jasna Siostro, sprzyjaj mi dzisiejszej nocy. Wybacz, że nie idę do walki w promieniach twojego światła – wyszeptał prostą modlitwę Ahraneal, po czym wyruszył w noc.

Skradając się bezgłośnie, zbliżył się do mniejszego obozu najemników. Tutaj było tylko czterech, a co ważniejsze, gdy obserwował ich wcześniej, nie dostrzegł tam Kerkyrajosa. Z łukiem w ręku walka z czterema zwykłymi ludźmi zupełnie go nie przerażała. Potrafił strzelać tak szybko, że trafiał kilka glinianych kul, zanim zdążyły opaść na ziemię. Niestety nie zawsze trafiał w cel.

Pełniący wartę najemnik podszedł do krawędzi płytkiego jaru, stanowiącego koryto wyschniętego potoku. Wartownik nie należał do szczególnie bystrych, założył hełm zasłaniający uszy, przez co ciche odgłosy nocy docierały do niego stłumione.

Przez chwilę Ahraneal oddychał głęboko, starając się uspokoić walące jak młot serce. Przypomniał sobie noc, gdy wraz z ojcem nasłuchiwali pantery krążącej wokół obozu. Wspomnienie pomogło mu się skupić na walce.

Oddający mocz mężczyzna odwrócił tymczasem głowę, gdy z przeciwnej strony obozu rozległo się głośne pohukiwanie sowy. Odsłonięta szyja wartownika była teraz idealnie widoczna. To był moment, na który Ahraneal czekał. Wstrzymał oddech i wypuścił strzałę. Mocny głos sowy niósł się dalej, tłumiąc cichy brzęk cięciwy i mlaśnięcie, gdy strzała o szerokim grocie wbiła się w gardło. Zagłuszyło nawet mokry charkot kona­jącego wartownika, który nie mógł już wydać z siebie głosu.

Ahraneal w duchu podziękował pięknej sowie, która odwiedziła go wieczorem. Najciszej jak potrafił, ruszył między śpiących najemników. Zatrzymał się zaskoczony, w obozie leżał elf Geamin, który wcześniej przyniósł mu strzały i miecz.

„Czy schwytali elfa przez broń, którą mi dostarczył?” – Ukłucie winy zachwiało jego koncentracją.

Odłożył łuk i dobył sztyletu, zbliżył się do miejsca, gdzie leżał związany Geamin. Więzy na rękach były słabe, więc szybko poddały się ostrzu. Niestety, elf wyglądał na pogrążonego w letargu znacznie głębszym niż zwykły sen.

Ahranealowi towarzyszyło teraz irracjonalne wrażenie, że Kerkyrajos przewidział każdy jego krok. Że jest tylko marionetką w potężnym ręku maga, a decyzje nie są samodzielne. Leżący obok elfa Lerth przekręcił się właśnie plecami do nadchodzącego mówcy. Ahraneal nie zawahał się. Zakrył najemnikowi usta i przeciągnął ostrzem po gardle.

Podniósł wzrok i z przerażeniem odkrył, że w przeciwległym krańcu obozu pod szaroczerwonym płaszczem leży Kerkyrajos. Oczy starca były otwarte, a wpatrywały się wprost w niego. Ahraneal rzucił się do ucieczki. Joachim już nie spał i poderwał się z mieczem w dłoni. Na ucieczkę było już za późno.

Ahraneal dopadł do wierzbowego kija, który zostawił za posłaniem wciąż nieprzytomnego elfa. Już po pierwszym starciu kija z mieczem stało się jasne, że Ahraneal nie ma szans na zwycięstwo. Był co prawda mistrzem walki na kije, ale nigdy w życiu nie zmierzył się z kimś tak silnym i władającym ostrzem tak dobrze, jak Joachim. Mimo biednego odzienia Joachim dzierżył piękny półtoraręczny miecz z kwadratową głowicą, ukształtowaną na wzór obelisku Czterech Twarzy. Na sztychu widniał staranny grawerunek litery „A”.

– Rzuć broń! – krzyknął na niego gniewnie najemnik.

Ahraneal wciąż żył chyba tylko dzięki temu, że rzekomy rycerski syn chciał się wykazać i pojmać go żywcem.

Kij w końcu został przecięty. Joachim uśmiechnął się paskudnie, a Ahraneala przeszedł dreszcz strachu. Najemnik stał jednak nieruchomo i patrzył przed siebie jak posąg. Dopiero po chwili wszystko wyjaśniła powiększająca się plama krwi na jego lewym boku.

Kiedy w końcu osunął się bez zmysłów, zza jego pleców ukazała się sylwetka Kerkyrajosa z zakrwawionym sztyletem w dłoni.

– Stój spokojnie chłopcze – powiedział łagodnie Kerkyrajos i Ahraneal w jednym momencie stracił władzę nad ciałem.

Lakkańczyk podszedł spokojnym krokiem. Wyciągnął kij z jego ręki, a potem wyjął i odrzucił sztylet.

– Usiądź, tak będzie wygodniej – powiedział starzec.

Mówca wykonał polecenie. Nie chciał, ale kolana i tak się pod nim ugięły, powodując, że usiadł ciężko na zalegających w tym miejscu suchych liściach. Czuł się jak marionetka poruszana ręką mało delikatnego lalkarza.

W powietrzu pojawił się zapach ziół, niesiony przez wilgotne powietrze z górnych partii masywu. Sowa zniknęła, a cały świat Ahraneala skurczył się do szarych jak kamienna turnia oczu Kerkyrajosa.

Wciąż mógł mówić.

– Dostarczysz mnie do klanu Kamiennej Rzeki, żeby mnie sądzili? Jeśli jesteś tak potężny, wiesz na pewno, że nikogo nie zabiłem?

Lakkańczyk uśmiechnął się bez wesołości.

– Oczywiście, że wiem. Podoba mi się twoja naiwność. To bez znaczenia, czy jesteś winny. Zresztą pierwszy mówca nie zapłaciłby aż tyle za wasze głowy, gdybyś był winny. Niestety, nie możesz być żywy, bo jeżeli Garold dostanie cię w swoje ręce, to będziesz konał przez dwa dni w takich męczarniach, że już po godzinie będziesz błagał o śmierć, chłopcze. A gdyby Emerkal się postarał, to będziesz żył przez trzy dni tortur. Widziałem to już wielokrotnie i nie chcę więcej oglądać. Ja dam ci szybką śmierć, nie będziesz cierpiał. Rozmawiam z tobą, bo chcę, żebyś dobrze zapamiętał moje imię. Jestem Kerkyrajos z Dekuren – odpowiedział stary Lakkańczyk.

– Dlaczego twoje imię jest takie ważne?

Teraz próbował już tylko odwlec moment, kiedy wielki tasak Lakkańczyka oddzieli jego głowę od reszty ciała, żeby umieścić ją w dzbanie z oliwą. Desperacko rozglądał się w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mu się uwolnić. Geamin wciąż leżał bez zmysłów, a sowa się nie pokazała.

– Chcę, żebyś podał moje imię temu, kogo spotkasz za bramą. Widzisz, mam z tym kimś swoje rachunki. On zabrał mi córkę, a ja wysyłam tam wielu innych z moim imieniem na ustach. Masz coś w sobie chłopcze; jeszcze nigdy nie powiedziałem o córce komuś, kogo wyprawiałem na drugą stronę. Możesz czuć się wyróżniony – odpowiedział Kerkyrajos. W umyśle Ahraneala obok strachu, budziła się coraz większa odraza dla sędziwego Lakkańczyka.

– To dlatego zabiłeś swojego towarzysza broni? – Na twarzy Kerkyrajosa zagościł grymas zdziwienia.

– Dziwię się, że o to pytasz. Przecież gdybym nie zabił Joachima, on pojmałby cię żywcem chłopcze i umierałbyś potem w męczarniach. Drugi powód jest taki, że to brutal, głupi i nadgorliwy, a do tego wszystkiego jeszcze złodziej. Wyobrażasz sobie, że okradał nawet swoich kompanów z oddziału? Gardzę ludźmi takimi, jak on. Nadskakiwał kapitanowi, więc porucznik chciał się go po cichu pozbyć. Kompania Jasnego Płomienia to nie jest szkółka świątynna, chłopcze.

Lakkańczyk zamilkł na chwilę. Odgryzł kęs zbożowego placka, przełknął i popił. Wykonywał tak spokojne ruchy, jak gdyby jadł kolację ze starym przyjacielem, a nie w obecności wroga, którego wkrótce miał pozbawić życia.

– Szkoda, że nie zdążysz nauczyć się życia. Wyglądasz na pojętnego i czuję, że choć jesteś wciąż słaby jak dziecko, to zacząłeś rozwijać swoje zdolności magiczne. Każdy z nas otrzymuje iskrę talentu, ten dotyk boga od Czterech Twarzy, a tak niewielu ma dość rozumu i woli, żeby iskrę rozniecić w prawdziwy płomień. Tak naprawdę nawet nie zależy mi na twojej śmierci, to pewnie nie ma dla ciebie znaczenia, ale chciałem, żebyś to wiedział. Twoja śmierć to jak wyrzucenie klejnotu do morza. Gdyby dowodził ktoś inny niż Garold, wtedy kto wie, być może mógłbym cię nawet ocalić? Kilka razy mi się to udało, raz nawet zdołałem ocalić taką wysoką dziewczynę. Ale Garold? On zabiłby mnie bez mrugnięcia okiem, chłopcze. Porucznika nie da się wywieść w pole! Widzisz, każdego z nas skuwają jakieś okowy – zakończył Kerkyrajos.

– Ocaliłeś ją, bo przypominała ci zmarłą córkę? – zapytał Ahraneal i po wyrazie twarzy rozmówcy poznał, że trafił w samo sedno.

Reakcja starca okazała się jednak inna, niż się spodziewał. Kerkyrajos zamilkł, najwyraźniej nie chcąc rozmawiać o córce. Po chwili ciszy jego dłoń zacisnęła się na rękojeści rzeźnickiego tasaka.

– Musimy kończyć. Przykro mi chłopcze. Jak mówiłem, to nie będzie bolało.

Kerkyrajos zaczął podnosić się z miejsca.

– Dlaczego zostawiłeś dla mnie jedzenie, jeśli i tak zamierzałeś mnie zabić?

Mówił już bez większej nadziei, że uda mu się ponownie wciągnąć tropiciela w rozmowę, która oddali moment jego śmierci. Tym razem jednak usłyszał odpowiedź.

– Sam nie jestem pewien, dlaczego to zrobiłem. Kiedy w czasie zwiadu znalazłem się bliżej miejsca, gdzie się ukrywałeś, zobaczyłem coś z twojej przyszłości. Przez moment ujrzałem to, kim możesz się stać. Być może dlatego chciałem, żebyś zjadł posiłek jak człowiek i mógł odzyskać siły? Przyszłość nie jest ustalona, widziałem też ostrze Joachima przebijające mój brzuch, a teraz on leży martwy. Przykro mi, że twoja droga tutaj się kończy, ale nie poświęcę życia, żeby cię ocalić. Muszę dalej iść moją drogą.

Potem starzec ruszył w stronę młodego mówcy.

Dreszcz przeszedł przez wciąż unieruchomione ciało Ahraneala. Skupił całą uwagę na rękojeści tasaka trzymanego przez Kerkyrajosa. Lakkańczyk syknął z bólu, a rozgrzane ostrze wypadło mu z ręki.

Przez całe życie wierzył, że nigdy nie użyje magii przeciw żywej istocie. Teraz, pod wpływem instynktu przetrwania, zrobił to bez mrugnięcia okiem.

– To było głupie. Mówiłem przecież, że nie będziesz cierpiał – zapewnił wciąż spokojnie Kerkyrajos.

Spojrzał na unieruchomionego mówcę raczej ze smutkiem niż nienawiścią, po czym zaczął rozglądać się za inną bronią. Kiedy spostrzegł odebrany wcześniej sztylet Ahraneala, ruszył po ostrze.

Młody mówca miał wrażenie, że ból rozsadzi mu czaszkę, ale i tak skupił uwagę na sztylecie podnoszonym przez Kerkyrajosa. Tym razem skutek działania jego magii był szybszy i bardziej drastyczny; część drugiej dłoni Lakkańczyka zamieniła się w otwartą ranę.

Ranny mag mimowolnie zmniejszył nacisk na umysł Geamina, dzięki czemu elf zaczął się podnosić.

Nie było już wątpliwości. Więzień nie zamierzał się poddać bez walki. Kerkyrajos zmienił więc taktykę i przestał szukać broni. Pomimo pulsującego bólu, starał się skupić uwagę na przeciwnikach.

Bolesna rana po raz pierwszy zmusiła go do zastanowienia, czy słusznie poświęcił się doskonaleniu talentu czującego, zaniedbując zwykłą magię. Po raz pierwszy ktoś zdołał użyć talentu mimo jego mentalnego nacisku. To tylko spotęgowało jego wściekłość.

– Wy ścierwa! Chcecie walczyć z Kerkyrajosem z Dekuren? Proszę bardzo. Ugotuję wasze mózgi! Będziecie błagać, żebym was dobił! Zanim skonacie, będziecie wyli jak zarzynane barany, będziecie wić się w konwulsjach jak smażone węże i robić pod siebie!

Kerkyrajos był teraz wcieleniem gniewu. Jego twarz aż poczerwieniała z wściekłości. Pełen rezerwy, zawsze panujący nad sytuacją wielki mag przepadł bez śladu.

Z całych sił potężnego umysłu naparł na chłopaka i elfa. Geamin padł ponownie na ziemię z grymasem bólu, a Ahraneal chwycił się za skronie. Walczył całą siłą woli, by pomimo bólu i niemocy zaczerpnąć kolejny oddech.

Wtedy stało się coś nieoczekiwanego – nacisk na umysł nagle zniknął. Wszystko urwało się jak po cięciu niewidzialnego miecza. Zapadła nienaturalna cisza, jakby narzuciła ją istota potężniejsza od wszystkich obecnych. Milczał Kerkyrajos. Milczała sowa siedząca naprzeciw niego. Milczeli też Geamin i Ahraneal, wciąż oszołomieni torturą, która przed chwilą rozdzierała im umysły.

Mówca zaczął odzyskiwać wzrok, od razu zauważył, że także elf otworzył oczy. Tymczasem Kerkyrajos opadł na kolana i trwał w bezruchu. Wpatrywał się w nich pustym, nierozumiejącym wzrokiem. Wyglądał, jakby nagle znalazł się w miejscu, którego nie rozpoznawał. Coś pochłaniało całą energię generowaną przez jego talent, a on był bezsilny. Zaczął oglądać z niedowierzaniem swoje poparzone dłonie. Potem musiał zrozumieć, kto go obezwładnił, bo wbił pełne nienawiści spojrzenie w sowę, a ona nie odwracała oczu.

Pierwszy oprzytomniał Geamin. Pełzając na czworakach, dotarł do porzuconej broni Joachima. Złapał rękojeść i jednym zdecydowanym ruchem wbił ostrze w plecy Kerkyrajosa. Sztych miecza ozdobiony pięknym grawerunkiem wyłonił się z brzucha Lakkańczyka.

Geamin nawet nie próbował wyciągnąć ostrza. Usiadł tylko i ciężko dyszał. Pokonanie tych kilku kroków okazało się wysiłkiem niemal ponad siły.

Dotyk zimnej stali wyrwał Kerkyrajosa ze stuporu. Z niedowierzaniem popatrzył na sztych miecza sterczący z własnego brzucha. Nagle przeniósł wzrok na Ahraneala i przemówił:

– Idź do obelisku, dotknij go, moc Pradawnych ci pomoże. Nie walcz z nią, daj się jej ponieść, jak fali… – Jego głos zamarł, a ciało bezwładnie opadło na ziemię.

Mówca próbował jeszcze uchwycić sens ostatnich słów maga. Będzie musiał do tego wrócić, kiedy odzyska siły. Na razie spróbował wstać, lecz tylko się zachwiał i upadł ciężko. Umysł nie był jeszcze w stanie kontrolować równocześnie oddychania i działania mięśni. Oparł się plecami o chłodny kamień i skupił na oddychaniu. Śmierć Kerkyrajosa wciąż wydawała się nierealna.

Nieuchronnie nadeszła refleksja nad walką, w czasie której po raz pierwszy pozbawił innego człowieka życia.

– Zabiłem dwóch ludzi, ale zupełnie nic nie czuję. Żadnego żalu, nic, tylko pustkę w głowie.

Elf pokiwał głową, jakby słyszał podobne słowa już wiele razy.

– Dostałeś właśnie pierwszą lekcję życia na temat walki. W czasie walki lepiej zabić przeciwnika, niż dać się zabić jemu. Myśli przyjdą później. Albo się z nimi uporasz i przetrwasz, albo zaczniesz pić. Wtedy właściwie też przetrwasz…

Ahraneal nie odpowiedział. Nie miał zamiaru się poddać. To by oznaczało, że jego ojciec oddał życie na darmo.

– Musimy się stąd zabierać – powiedział elf, kiedy uspokoił oddech.

– Gdzie chcesz się ukryć?

– Zanim zjawi się tutaj reszta oddziału, pójdziemy do twojego wąwozu, jest najbliżej – odpowiedział elf.

– Łatwiej powiedzieć niż zrobić – odrzekł Ahraneal.

– Jesteśmy wielkimi wojownikami, pokonaliśmy Kerkyrajosa z Dekuren – stwierdził na wpół ironicznie elf.

Ahraneal próbował się roześmiać. Niestety, efekt bardziej przypominał kaszel chorego psa, z powodu wciąż słabej kontroli nad mięśniami.

Po chwili także elf spróbował wstać. Próba zakończyła się podobnym fiaskiem, jak wcześniejsze usiłowania Ahraneala. Elf również nie był w stanie utrzymać równowagi.

Minęła prawie godzina, nim odzyskali panowanie nad własnymi ciałami. Potem wspólnymi siłami i wielkim wysiłkiem udało im się w końcu stanąć na nogach.

Przed odejściem przecięli jeszcze gardło Kerkyrajosa i przebili serce. Nawet martwy siwowłosy mag wciąż budził strach.

Zlani potem, opierając się na swoich ramionach, zaczęli iść, a raczej wlec się w kierunku Małego Wąwozu. Bardzo pomocny dla utrzymania równowagi okazał się wierzbowy kij Ahraneala. Był co prawda nieco przykrótki po przecięciu w trakcie walki z Joachimem, ale nic lepszego nie znaleźli.

Siedząca na kikucie akacji sowa odprowadzała ich wzrokiem, z zaciekawieniem przyglądając się wysiłkom uciekinierów. Stopniowo, z każdym pokonywanym krokiem, ich głowy funkcjonowały coraz lepiej; tak, że kiedy byli przy wejściu do Małego Wąwozu, obaj mogli poruszać się samodzielnie.

– Zbieramy rzeczy i idziemy do mojej wieży. Po drodze bywa stromo, weź tylko to, co niezbędne – zarządził elf. A kiedy zauważył, że Ahraneal najpierw odłożył do zabrania swój wierzbowy kij, dodał: – Zostaw ten kij, skrócony i tak jest do niczego. Musisz nauczyć się w końcu walczyć mieczem. Ten, który ci przyniosłem, jest odpowiedni do twojego wzrostu i wagi.

– Używałem tego kija przez siedem lat. Nie chcę go tak po prostu zostawić. Jaki pożytek z miecza, jeśli nie umiem go używać? – odpowiedział mówca.

Elf wywrócił oczami, zanim ponownie się odezwał.

– Kij tej długości nie jest dobrą bronią. Weź miecz, a kiedy będziesz nim walczył, wyobraź sobie po prostu, że to twój drogocenny kij, tylko z ostrym końcem. Może tak będzie łatwiej? – zapytał z przyklejonym do twarzy drwiącym uśmiechem.

– Dobrze, wezmę ten cholerny miecz, zamiast dobrego kija. Jeśli przeżyjemy, nauczysz mnie jak się nim posługiwać – odpowiedział Ahraneal, a elf nawet się nie odezwał.

Kiedy ruszyli w górę, posuwali się zaskakująco sprawnie. Ich młode głowy odzyskały już niemal pełną sprawność po mentalnym ataku Kerkyrajosa. Zakończywszy wspinaczkę po ścianie wąwozu przeszli przez jego krawędź, zwieńczoną wypiętrzonymi na kształt zamkowych blanek skałami.

Weszli na nierówną skalną półkę. Roztaczał się stąd piękny widok na położony dwadzieścia mil ku zachodowi szczyt. Podobnie jak Góra Barana, zwieńczony był ciemną sylwetką obelisku Czterech Twarzy.

Elf położył na ziemi zawinięty w płaszcz tobół, po czym otarł pot z czoła.

– Tutaj zjemy posiłek i zaczekamy na dzielnych żołnierzy Jasnego Płomienia.

– Chcesz z nimi tutaj walczyć? – zapytał mówca z grymasem zdziwienia – Myślałem, że pójdziemy prosto do twojej wieży.

– Wciągniemy najemników w dłuższą walkę w ten sposób, że zmusimy ich do długiej wspinaczki w pełnym słońcu. Mają na sobie ciężki rynsztunek i wspinaczka ich zmęczy. Żeby skłonić Garolda do ataku, upozorujemy zaskoczenie w marszu i zajmiemy pozycję tam wysoko. Łatwo się obronimy, a kiedy spróbują oskrzydlenia, wtedy się wycofamy. Podczas „walki” będziemy mogli jeść i pić, skryci w cieniu. Kiedy potem będą odpoczywać, my pójdziemy do wieży i uciekniemy – wyjaśnił elf spokojnie.

– Myślisz, że nie zorientują się w twoim podstępie?

– Dwa lata temu zawędrowało tutaj czterech zbirów. Z jakiegoś powodu wymyślili, że mnie złapią. Pokazałem się im tam na górze. Ścigali mnie aż do zmroku. W ciemności stracili orientację i zabłądzili. W końcu umarli z pragnienia. Gdybym jednak chciał z nimi walczyć, wynik nie byłby wcale pewny. Chcę ci powiedzieć, że gdy wróg ma duża przewagę liczebną, musisz raczej manewrować niż walczyć z całym oddziałem.

Ahraneal wciąż nie wydawał się przekonany.

– Może w takim razie przygotować pułapki, żeby nie walczyć ze wszystkimi naraz. Obaj dobrze strzelamy, więc będziemy kolejno zabijać jednego po drugim. Co o tym myślisz? – zapytał ponownie mówca. W jego głosie było teraz znacznie więcej pewności siebie.

Elf patrzył na niego z wielkim zaciekawieniem, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył gadającego konia.

– Twój plan jest bardzo przebiegły, do tego uroczy, ale niestety całkowicie nierealny. Muszę ci przyznać, że masz ducha wojownika, młody mówco. Niestety nie zabijemy we dwójkę szesnastu wyszkolonych żołnierzy. Sam widziałeś, jak ci poszło, a raczej nie poszło z Joachimem. Niestety, musimy działać według realnego planu, czyli zmęczyć najemników wspinaczką, a potem zwyczajnie uciec – odpowiedział elf z odcieniem kpiny w głosie.

– Widziałeś moją walkę z Joachimem?

– Nie wszystko, ale widziałem wystarczająco. Chyba nie myślałeś, że byłem cały czas nieprzytomny? – odpowiedział pytaniem elf.

– Udawanie martwego nie jest honorowe – rzucił odruchowo Ahraneal.

– Ty zastrzeliłeś strażnika, kiedy poszedł ulżyć pęcherzowi, a drugiemu przeciąłeś gardło, kiedy spał. To było honorowe? Jeśli masz zamiar walczyć honorowo z takim oddziałem, to lepiej od razu otwórz sobie żyły.

Lekki, ironiczny uśmiech nie opuszczał twarzy elfa. Odpoczywali, czekając na pojawienie się oddziału. Zasadzka była gotowa, brakowało jedynie tych, którzy mieli w nią wejść.

***

Porucznik Garold obudził się godzinę po świcie. Wyprostował się powoli, rozciągając obolałe plecy. Takie wyprawy przypominały mu, jak wysoko cenił wygodne łóżko i spokojną służbę w dalekim Heranes. Spał przykryty dwoma derkami, bo noce na sawannie były zaskakująco chłodne.

Lubił dni kończące pościg. Poprzedzającej nocy Kerkyrajos wykonywał całą robotę związaną z łapaniem zbiegów, a nazajutrz mieli czas na wszystko. Zaczął od rozkazu przygotowania ciepłego posiłku dla całego oddziału. Chciał, by jego ludzie odzyskali siły przed drogą powrotną.

Wszystko musiało się udać. Gdyby coś poszło źle, Kerkyrajos już dawno przysłałby kogoś z wiadomością. Miał zamiar wysłać do małego obozu kilku żołnierzy po elfa i głowę zbiega.

– W nocy była cisza i spokój, żadna z naszych pułapek nie została naruszona. Nikt nie węszył przy naszym obozie – zameldował wracający z patrolu sierżant Emerkal.

– Bardzo dobrze. To znaczy, że zbieg poszedł do obozu Kerkyrajosa. Weź dwóch ludzi i jedź do nich. Tylko zabierz worek na głowę tego gówniarza. Nie chcę oglądać siodła upapranego juchą, a nie sądzę, żeby podporucznik pojmał go żywcem. Kiedy wrócicie, daj ludziom trochę odpocząć. Aha, jeśli Kerkyrajos złapał elfa, obchodźcie się z nim delikatnie, to cenny jeniec – podkreślił porucznik.

– Tak jest, panie poruczniku! – odparł służbiście sierżant i od razu ruszył, by wykonać zadanie.

Garold podziękował w duchu, że przed trzema dniami nie posłał sierżanta Emerkala z oddziałem, który został rozbity przez ojca mówcy Kamiennej Rzeki. Potrzebował pragmatycznych podoficerów, do tego potrafiących myśleć. Jeśli pułkownik wciąż będzie przyjmował do kompanii ludzi pokroju „nowych”, to nie czekała ich świetlana przyszłość. Czego mogli dokonać z takimi ludźmi jak Joachim?

Z dwoma pozostałymi podczas ostatniej wyprawy zamęczyli dziewczynę, zamiast korzystnie ją sprzedać. Torturować należało zbiegów, których nie trzeba było dostarczać żywych albo którzy nie nadawali się już do sprzedaży. Sama myśl, że kapitan chciał zrobić Joachima sierżantem, bo spodobała mu się jego brutalność, szczerze przerażała porucznika.

Nie upłynęły więcej niż dwie godziny, kiedy porucznik zauważył Emerkala gnającego na złamanie karku z powrotem w kierunku głównego obozu. Pomimo wieku, dowódca wciąż miał dobry wzrok i nie widział, żeby któryś z trzech jeźdźców miał przytroczony do siodła worek z głową zbiega. Intuicja podpowiadała mu, że wydarzyło się coś złego. Jeśli Kerkyrajos został ranny, ludzie Emerkala nie powinni byli zostawiać go samego. Dlaczego cholerne Cztery Twarze nie obdarzyły go talentem czującego? Wtedy już wiedziałby, co się stało.

Kiedyś już zdarzyło się, że zbiegli niewolnicy ugodzili Lakkańczyka strzałą, gdy przypadkiem trafił na ich kryjówkę. Wtedy cała sprawa skończyła się dobrze, wrócili z pięcioma zbiegami zamiast dwóch. Być może także teraz jakaś przypadkowa grupa zbiegów natknęła się na obóz Kerkyrajosa? A może oddział z konkurencyjnej kompanii wtrącił się w ich pościg? Tyle że na tym pustkowiu nie powinno być nikogo.

Porucznik dmuchnął mocno w świstawkę służącą do komunikacji w zgiełku bitwy. Choć od dawna nie stoczyli większej bitwy, to dźwięk świstawki wciąż podrywał ludzi na równe nogi.

– Siodłać konie i przygotować się do wyruszenia. Rynsztunek bojowy. Naciągnąć kusze. Założyć hełmy. Ostatni gotowy pięć batów! – krzyknął porucznik, dobywając całej siły swojego władczego głosu.

Nie zarządzał kar cielesnych z błahego powodu. Jego ludzie mieli wiedzieć, że to nie są ćwiczenia. Obóz eksplodował ruchem, jak mrowisko po wrzuceniu płonącej gałęzi. Niezależnie od tego, co każdy z żołnierzy akurat robił, podrywał się, jak gdyby ziemia pod jego stopami zaczynała się palić.

Kiedy dotarła do nich trójka jeźdźców prowadzona przez Emerkala, od gotowości dzieliły ich już tylko minuty. Sierżant był blady jak ściana, co potęgowało kontrast z tatuażami pigmentowanymi ardazytem.

– Kerkyrajos nie żyje. Ma wbity w plecy miecz Joachima, przebite serce i gardło, a obie dłonie poparzone. Rikard zginął od strzały w szyję, Lerth ma poderżnięte gardło. Joachim dostał sztylet w plecy i pchnięcie w bebechy. W obozie leżały rozcięte więzy, więc chłopaka pojmali, ale wtedy ktoś ich zaatakował. Ślady wydają się prowadzić w stronę mniejszych wąwozów w południowej partii masywu.

– Są jakieś obce trupy? Jak myślisz, ilu było napastników? – zapytał porucznik, ale sierżant pokręcił głową.

– Żadnych obcych trupów. Napastnicy raczej nie byli liczni, ale tam coś się nie zgadza. Możliwe, że byli w zmowie z nowymi lub samym Joachimem – odpowiedział sierżant Emerkal.

– Wystarczy sierżancie, muszę sam to zobaczyć. – Garold uciął rozmowę.

Strata tylu żołnierzy, a do tego śmierć Kerkyrajosa, oznaczały, że stawką nie była już tylko kariera porucznika, ale wręcz jego głowa. Dopóki taktyka zasadzek z potężnym Lakkańczykiem działała, dowództwo aprobowało ją bez zastrzeżeń.

Garold obawiał się jednak, że to się teraz diametralnie zmieni. Do przełożonych nie trafiało, że ktoś tak potężny, jak Kerkyrajos, jest w ich kompanii tylko dlatego, że pozwalano mu działać po swojemu.

Kiedy dowódca skończył rozmawiać z sierżantem, oddział był już gotów do wyruszenia.

– Dwa brązowe do żołdu dla wszystkich. Ruszamy! – krzyknął porucznik i poprowadził oddział na południe.

Nie oszczędzali koni i do mniejszego obozu dotarli bardzo szybko. Po obejrzeniu pobojowiska porucznik stwierdził, że Emerkal miał rację we wszystkim. Nic więcej nie dało się stąd wyczytać.

W raporcie napisze o zdradzie Joachima i ataku przypadkowych zbiegów. Na szczęście fakt, że Joachim podstępnie zabił maga, nie budził żadnych wątpliwości. Dowodem był jego miecz wbity w plecy Kerkyrajosa.

Garold zawsze postulował, żeby nowych rekrutów przesłuchiwał czujący. Być może teraz uda się to wprowadzić? Chyba że pułkownik znowu stwierdzi, że „potrzebujemy różnych ludzi, a jak czujący ich przesieje, wtedy prawie nikogo do kompanii nie przyjmiemy”.

Tajemnica tego, cokolwiek się wydarzyło w obozie, nie może wyjść na jaw. Młody zbieg, elf-pustelnik i ich sprzymierzeńcy, oni wszyscy muszą zginąć. Nikt nie może ich przesłuchać. Na szczęście w małym obozie nie było koni, uciekinierzy nie zdobyli więc świeżych wierzchowców.

– Jedyne ślady, jakie byliśmy w stanie odnaleźć, prowadzą w kierunku wąwozu w południowej części masywu – powiedział sierżant wracający z objazdu terenu wokół obozu.

– Dobra robota, sierżancie, ruszamy ich śladem – odpowiedział dowódca.

Zachowując ostrożność, dotarli do ujścia wąwozu. Porucznik bardzo odczuł teraz brak Kerkyrajosa, znającego tę górę jak własną kieszeń.

– Z koni! – rozkazał porucznik.

Osłaniał się tarczą, spodziewając się, że w każdej chwili zbiegowie mogą wypuścić strzały w ich kierunku. Żadne jednak nie nadleciały, a w głębi wąwozu znaleźli tylko opuszczony obóz i dwa konie. Rozpoznał zwierzęta należące do mówcy Kamiennej Rzeki. Uśmiechnął się. Bez koni młody zbieg już na pewno nie ucieknie. Miał coraz większą ochotę osobiście wyrwać mu serce.

Przy końcu wąwozu Garold zauważył wreszcie uciekiniera wspinającego się wysoko po północnym zboczu. Towarzyszył mu elf-pustelnik. Kiedy spostrzegli pościg, przyczaili się za osłoną skał, obserwując ich oddział.

– Ja idę wprost na nich. Borsuk na prawo, trzymajcie się z tyłu. I pamiętaj, żeby trzymać wysoko tarczę. Ty, Emerkal, weź czterech najzręczniejszych, wespniecie się tym żlebem na lewo i oskrzydlicie ich pozycję. Ruszycie dopiero wtedy, gdy ja będę sto kroków wyżej. Czekaj na mój znak. – Porucznik wskazał fragment zbocza wąwozu na lewo od nich.

– Elfa mamy brać żywcem? – zapytał sierżant Emerkal.

– Nie. Po prostu go zabijcie, sierżancie. Żaden cholerny zbieg nie opuści tej góry żywy!

– Tak jest, panie poruczniku! – odpowiedział sierżant i ruszył zbierać swoich ludzi.

Garold ruszył pod górę z zaskakującą jak na swój wiek zwinnością. Osłaniał się tarczą i chciał skupić uwagę uciekinierów na swojej grupie, żeby Emerkal odciął im odwrót. Borsuk jak zwykle miał trzymać się z tyłu i przede wszystkim nie dać się zabić.

Mimo wczesnej pory słońce zaczęło dawać się mocno we znaki. W ciężkim rynsztunku żołnierze szybko tracili siły.

 

***

 

Wiele godzin później Garold odpoczywał oparty o chłodny głaz na dnie wąwozu. Ochlapał głowę kolejną porcją wody z bukłaka i próbował zebrać myśli. Jego żołnierze wyglądali na wyczerpanych, większość położyła się płasko na ziemi, ciesząc się każdą chwilą odpoczynku.

Podstęp się nie udał. Zbiegowie wycofali się w momencie, kiedy tylko oddział Emerkala zagroził oskrzydleniem pozycji, której bronili. Zupełnie, jak gdyby wyczuli ludzi idących z sierżantem jakimś szóstym zmysłem. Ich wrogowie próbowali także wywołać kamienną lawinę, ale nachylenie ścian wąwozu nie było wystarczające i tylko kilka głazów potoczyło się w dół zbocza.

Żaden z żołnierzy Jasnego Płomienia nie został poważnie ranny. Jeden skręcił kostkę, a inny spadł na kolcokrzew. Byli wykończeni wspinaczką w upale, za to morale oddziału bardzo skorzystało na tym starciu.

Wiadomość o śmierci Kerkyrajosa musiała wywołać w oddziale morze spekulacji, co do tożsamości uciekinierów. Garold obawiał się, że jego żołnierze zaczną się zwyczajnie bać zbiegów. Bo kto byłby w stanie zgładzić potężnego Kerkyrajosa? Zapewne jakiś inny mag czy wręcz demon.

Widział ten strach na początku starcia. Jego ludzie co prawda wykonywali rozkazy, ale brakowało im zwykłego zaangażowania. Dopiero w trakcie walki żołnierze przekonali się, że ich przeciwnicy to istoty z krwi i kości, których strzały zatrzymuje zwykła drewniana tarcza.

Analizując przebieg wypadków na chłodno, porucznik próbował spojrzeć na sytuację oczami zbiegów. Właśnie ta umiejętność sprawiła, że był tak skutecznym łowcą wszelkiego autoramentu uciekinierów.

Co zbiegowie chcieli osiągnąć, walcząc w takim upale? Dlaczego przez pół dnia bronili pozycji, którą tak łatwo było oskrzydlić? Tyle że przez całą walkę pozostawali w cieniu i wcale się nie zmęczyli. Czy liczyli na to, że jego ludzie zostawią tu konie, a potem wykończeni wspinaczką będą ich ścigać przez zdradliwe partie szczytowe Góry Barana? Czy ich kompani czekali gdzieś w zasadzce? Nie. Gdy się wycofali, pognali podejrzanie szybko. Myśli porucznika skupiły się wokół koni.

Wreszcie rozgryzł podstęp wrogów. Zmęczoną twarz porucznika rozjaśnił uśmiech. Chcieli jako pierwsi dotrzeć do ich koni w głównym obozie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wiedział, że w obozie czeka na nich ktoś, kogo się nie spodziewają.

„Wydaje się wam, że jesteście tak przebiegli. W takim razie czeka na was śmiertelna niespodzianka!”. Wiedział, że koni i zapasów nie zostawia się bez ochrony. Ostatecznie to jego przezorność miała zadecydować o wyniku starcia. W tej chwili nie mógłby wymyślić korzystniejszego obrotu spraw. Nie będą musieli długo uganiać się za zbiegami. Szkoda było jedynie elfa, za którego na targu w Heranes dostaliby dobrą cenę.

– Zbieramy się! – krzyknął, zrywając się na równe nogi z nową energią.

To nie był dzień, kiedy żołnierze Jasnego Płomienia mogli wypocząć po walce. Zaczęli podnosić się z ziemi, choć robili to znacznie wolniej i bez entuzjazmu swojego dowódcy.

***

Geamin zatrzymał się, żeby złapać oddech. Odeszli już dobrą milę od wąwozu, poruszając się szczytową partią Góry Barana. Elf znał tu każdy kamień, dlatego przemieszczali się szybko, choć każdy krok po skałach wygładzonych przez wiatr i piasek wymagał ostrożności. Ahraneal sięgnął po bukłak, żeby ugasić pragnienie.

– Jaka jest następna część planu, Geaminie? – zapytał młody mówca

– Idziemy do mojej wieży. Stamtąd konno pojedziemy do głównego obozu najemników. Rozgonimy ich juczne konie. A potem po prostu uciekniemy – odpowiedział elf.

– Myślisz, że nie będzie tam straży?

– Strażnicy będą na pewno, ale nie zostawili tam więcej niż paru ludzi. Kilka wypuszczonych szybko strzał i obóz będzie nasz, zobaczysz sam.

– Myślałem, że nie będziesz chciał ich zabijać? – nie ustępował Ahraneal.

– To nie tak. Mówiłem, że nie zdołamy zabić wszystkich przy pomocy pułapek, a to zasadnicza różnica. Nie mam nic przeciwko zabijaniu ludzi z oddziału, który chce tobie odciąć głowę, choć nic złego nie zrobiłeś, a ze mnie zrobić niewolnika – odpowiedział Geamin.

– A w którą stronę potem pojedziemy?

– Ruszymy na wschód. Najpierw jednak objedziemy górę północną stroną, tam jest skaliste podłoże. Nie mają Kerkyrajosa, będzie im bardzo trudno podążać naszym śladem i to jest nasza szansa. Podoba ci się taki plan? – odpowiedział pytaniem elf, a Ahraneal potwierdził skinieniem głowy.

Sam nie widział lepszego sposobu, by uwolnić się od pościgu, szczególnie że własne konie zostały w Małym Wąwozie.

– Brzmi rozsądnie. Boję się tylko, czy zdążymy przed nimi do głównego obozu – odpowiedział młody mówca.

– Oni teraz odpoczywają, bo wspinaczka w zbroi w pełnym słońcu zabiera mnóstwo sił. Myślę, że mamy od nich spokój aż do zachodu słońca – wyjaśnił elf.

Do wieży dotarli jeszcze na długo przed zachodem słońca. Ahraneal miał cichą nadzieję, że jeśli nie zdołają uciec, wtedy będą mogli zamknąć się w wieży i zaczekać, aż ich prześladowcom skończą się zapasy. Jeden rzut oka na budynek wystarczył, żeby zorientować się, że pomimo grubych murów, była to budowla mieszkalna, a nie obronna. Drzwi nie były zbyt solidne, do tego duże okna, po trzy na każdym z poziomów, które bardzo trudno byłoby zabezpieczyć.

Słowo „wieża” było zresztą nieco na wyrost, budynek miał bowiem tylko dwa poziomy nadziemne, trzeci urywał się w połowie zwieńczony prowizorycznym dachem. Leżące wokoło kamienne bloki świadczyły, że niegdyś pięter było więcej.

Za to wszystkie potrzebne rzeczy były przygotowane do zabrania. Worki z suszonym mięsem i warzywami, zapasowe łuki, pęki strzał, trochę odzieży, grube derki, a nawet mały namiot z woskowanego płótna niezbędny w podróży podczas pory deszczowej, leżały równo ułożone na grubo ciosanym stole pełniącym zapewne rolę warsztatu. Było tam też kilka przedmiotów, których przeznaczenia Ahraneal nie był w stanie rozpoznać. Wystarczyło tylko wszystko załadować do juków i można było wyruszać.

Kiedy mówca zapytał elfa, skąd wiedział, że będzie musiał opuścić to miejsce, ten tylko wzruszył ramionami.

– Miałem przeczucie, że będę musiał w końcu się stąd ruszyć, więc wszystko przygotowałem. Jak sam zresztą widzisz, nie mam zbyt wielu rzeczy – odpowiedział elf.

Ahraneal nic nie powiedział. Dla niego wyglądało to na zapasy wystarczające na kilka miesięcy wędrówki.

Geamin rzucił mówcy tunikę Jasnego Płomienia, nie do odróżnienia od tych noszonych przez ludzi Kerkyrajosa, była nawet odpowiednio pobrudzona. Do tego miał także dwa hełmy kompanii.

– Skąd masz te rzeczy? Walczyłeś już z nimi kiedyś? – zapytał mówca.

– Dzisiaj pierwszy raz zabiłem jednego z nich, ale znalazłem kiedyś trzy trupy z ich kompanii. Pochowałem ich, chociaż nie musiałem tego robić. To jednak ludzie. Chciałem, żeby Cztery Twarze przepuściły ich przez Wielką Bramę, a szakale nie włóczyły kości po sawannie. Tuniki zachowałem. Pomyślałem, że kiedyś mogą się przydać i miałem rację. Te niewdzięczne sukinsyny chciały ze mnie zrobić niewolnika – odpowiedział z sarkazmem elf.

Droga prowadząca od wieży ku zachodowi okazała się zaskakująco łagodna. Widać było, że kiedyś była to trasa, którą można było bez problemu dotrzeć wozem pod same wrota wieży.

Dojechali do kamiennego mostu nad głęboką rozpadliną, dnem której płynęła wąska strużka wody.

Przyczółki mostu, wzniesione z ogromnych bloków ciemnej skały, przypominały posępne grobowce, jakich wiele znajdowało się na terytorium klanu Kamiennej Rzeki. Bloki ułożono bez spoin, jak gdyby ktoś wykonał je najpierw z miękkiego materiału i dopasował do siebie, a dopiero później zamienił w kamień.

– Bardzo wysoki most jak na taki mały potok – powiedział Ahraneal, przeprowadzając konia. Tam, skąd pochodził, wystarczyłyby cztery pnie zbite gwoździami, na koniec spięte obejmami.

– Powinieneś widzieć ten „potoczek” w porze deszczowej. Zamienia się w dużą, rwącą rzekę, potrafi całe drzewa zabrać w dół nurtu – odpowiedział elf.

Kiedy mieli już wyjechać na otwartą przestrzeń prowadzącą wprost ku obozowi, Geamin podjechał do młodego mówcy.

– Nie zaczynaj strzelać do pilnujących obozu z daleka. Mają na sobie dobre kolczugi, my nie. Musimy ich zaatakować z zaskoczenia. Używaj tych strzał z wąskimi grotami, które dostałeś ode mnie, one najlepiej przebijają kolczugi.

– Dobrze, widziałem już takie groty. Powiedz mi, z jakiej odległości mogę wypuścić strzałę? – zapytał mówca.

– Jeśli masz pewny strzał, to na dwadzieścia kroków. Ja będę strzelał pierwszy – powiedział stanowczo elf.

– W porządku sojuszniku.

Podążali w kierunku obozu. Nie spieszyli się przesadnie; nie chcieli przecież wzbudzać podejrzeń. W obozie było tylko trzech ludzi. Jeden z nich leżał, chroniąc się przed ostrym słońcem parawanem z lekkiej tkaniny, najwyraźniej drzemał. Drugi siedział oparty o leżące na ziemi siodło i kończył kawałek pieczeni ze zbożowym plackiem. Tylko jeden najemnik stał na warcie. Leniwie spoglądał w ich kierunku, wspierając się na długiej lancy.

Ahraneal poczuł kroplę zimnego potu na grzbiecie. Byli już mniej niż trzydzieści kroków od obozu, a elf nawet nie nałożył strzały na cięciwę. Dopiero kiedy zbliżyli się na mniej niż dziesięć kroków, elf uniósł łuk i lekkim ruchem wypuścił strzałę. Pierwszy strażnik osunął się z lancą w dłoniach. Nim jego ciało dotknęło ziemi, druga strzała elfa zabiła kolejnego najemnika.

Geamin dopadł do parawanu, za którym miał drzemać trzeci. Nie było tam jednak nikogo. Uwagę Ahraneala zwrócił kamień piętnaście kroków od obozu, zza którego podnosił się właśnie żołnierz napinający łuk. Odwrócony bokiem elf nie mógł zareagować wystarczająco szybko.

Ahraneal trafił najemnika tuż powyżej splotu obojczyka. Żołnierz zachwiał się i nie zdążył wypuścić strzały.

– Dobra robota, skąd wiedziałeś, że trzeci będzie poza obozem? – zapytał elf, przyglądając się kompanowi z uznaniem.

– Zastanawiałem się po prostu, jak ja bym to rozegrał. Pomyślałem, że jednego wystawiłbym „na wabia”, a pozostałym dwóm kazałbym się ukryć poza obozem z łukiem gotowym do strzału – odpowiedział mówca Kamiennej Rzeki.

– Masz głowę na karku, chłopcze! Zabieramy cztery luzaki. Resztę koni musimy zranić, żeby nie byli w stanie ich zmieniać, kiedy będą nas ścigać. Zabieramy zapasy dla nas dwóch na dwa tygodnie, reszta w ogień – powiedział elf.

Rozeszli się po obozie, poszukując żywności. Ahraneal znalazł worek zawierający mnóstwo strzał równo powiązanych w wiązki. Odłożył dwie, a resztę rzucił w ogień. To samo zrobił z łukami, które odkrył chwilę później.

Z boku usłyszał gwałtowny skrzek sowy. Odwrócił głowę. Niska postać z dwoma toporkami pędziła prosto na niego. Sięgnął po łuk i już po chwili mierzył w napastnika. Zawahał się, gdy dotarło do niego, że biegnie ku niemu kobieta. Miała ładną twarz, a długie kasztanowe włosy związała w koński ogon. Bardziej przypominała wędrowniczkę niż wojownika.

Coś uderzyło go w bark. Tam, gdzie stał moment wcześniej, śmignął toporek. Broń odbiła się od kamienia z głośnym brzęknięciem, krzesząc kilka iskier. Kątem oka mówca zauważył, jak elf wypuszcza strzałę. Kobieta runęła jak podcięta, trafiona wprost w prawe oko.

Geamin wyciągnął rękę, żeby pomóc mu wstać. Twarz elfa była ściągnięta, bez śladu uśmiechu.

– Lekcja życia numer dwa. Relacje z kobietami. Ostrze w ręku kobiety zabija tak samo, jak to w ręku mężczyzny. W tej kwestii mamy pełne równouprawnienie – oznajmił chłodno elf.

– Przepraszam, że się zawahałem – odpowiedział mówca, spuszczając wzrok.

– Na Suchych Wzgórzach nie ma wielu kobiet władających bronią, ale gdzie indziej jest inaczej. Następnym razem nie wahaj się chłopcze, bo zginiesz. A ja razem z tobą.

Ton elfa stał się teraz łagodniejszy.

– Wyglądała jak normalna dziewczyna – usprawiedliwił się Ahraneal.

– Normalna dziewczyna? To elitarna lakkańska najemniczka. Pochodzi z wielkiego narodu kupców, naukowców i żeglarzy, a to bardziej maszyna do zabijania niż dziewczyna. Gdybym nie powalił jej strzałą, nie wiem, czy dałbym jej radę z mieczem. Mieliśmy szczęście, że nie było jej w obozie, kiedy zaatakowaliśmy. – Geamin przewrócił nogą ciało kobiety. – Są tak fanatyczne, że obcinają sobie jedną pierś, żeby nie przeszkadzała im strzelać z łuku. – Dokończył, pokazując na brak wypukłości po jednej stronie torsu kobiety.

Nie zdawali sobie sprawy, że szczęśliwy zbieg okoliczności, dzięki któremu najemniczka znalazła się bez łuku daleko poza obozem, zawdzięczali sierżantowi dowodzącemu obozową strażą – a właściwie jego głupocie. Uważał on bowiem, że kobieta władająca bronią jest równie przydatna jak tańczący osioł, czyli wcale.

Posłał więc najlepszą wojowniczkę w oddziale po drewno na ognisko z samymi tylko toporkami. Przewrotny los obszedł się zresztą okrutnie z sierżantem, bo zginął od strzały Geamina w pierwszych chwilach ataku.

– Mamy żywność i strzały. Co teraz Geaminie? Możemy już jechać?

– Weź miecz i poprzecinaj jeszcze paski siodeł i juków. Jeśli zobaczysz bukłak, zrób to samo. Musimy utrudnić pościg.

Ahraneal dobył miecz z pleców i zaczął systematycznie ciąć wszystkie paski na swojej drodze. Wtedy zauważył coś w głębi obozu. Nie zamierzał tego zignorować.

Podbiegł do wielkiego naczynia. Jednym ruchem przeciął rzemień mocujący pokrywę, a potem ją odrzucił. Nie musiał oglądać zawartości, wiedział, co zanurzono w płynie. Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrzony w ciemną taflę oliwy. Potem uniósł dłoń nad powierzchnię. Gliniany dzban cały nagrzał się od słońca, co ułatwiło mu zadanie. Niemal natychmiast ponad płyn wystrzelił jasny płomień.

Pierwszy mówca nie zatknie głowy ojca przy Trupiej Skale. Właśnie ochronił go przed największą hańbą, jaka mogła spotkać po śmierci potomka klanu Kamiennej Rzeki. W myślach zaczął odmawiać modlitwę. Klan Kamiennej Rzeki chował swoich zmarłych w ziemi. Tylko ludzie żyjący wśród wielkich drzew oddawali swoich zmarłych płomieniom. Ale to i tak było lepsze niż pozostawienie ciała w rękach zabójców.

Ktoś szarpnął go za ramię i dopiero to wyrwało Ahraneala ze świata myśli.

– Już jadą. Wynosimy się stąd! – krzyknął elf. – Załóż tarczę na plecy. Pośpiesz się, do cholery!

Ahraneal skinął głową i chwycił tarczę podaną przez elfa. Przełożył rzemienie przez ramiona, a elf pomógł mu z ostatnim z nich.

– Trzymaj się blisko mnie – powiedział Geamin, po czym wskoczył na koński grzbiet.

Elf zdążył jeszcze ranić cztery zapasowe konie strzałami, po czym pognał na północny wschód. Młody mówca podążył za nim. Mimo że w swoim klanie uchodził za znakomitego jeźdźca, to ledwo mógł nadążyć.

– Jeśli nas rozdzielą, spotykamy się przy obelisku Czterech Twarzy dwadzieścia mil na zachód – dodał elf. Twarz miał ściągniętą w powadze, a wzrok skupiony.

– Dobrze – potwierdził.

Całą uwagę skupiał na prowadzeniu konia. Mimo to od razu pomyślał, że nie chciałby rozdzielać się z elfem. Jego doświadczenie dawało poczucie bezpieczeństwa.

Geamin jechał bardzo szybko, znał tutaj każdy kamień. Ahraneal zostawał coraz bardziej z tyłu. Kiedy jednak elf odwrócił się i zobaczył dzielący ich dystans, zwolnił, dostosowując tempo do towarzysza.

Minęli już północny kraniec Góry Barana i przemieszczali się na południe. Niedługo mieli odbijać ku wschodowi. Jasna Siostra nie sprzyjała Ahranealowi tego dnia, bo jego koń potknął się raz i drugi, po czym zaczął wyraźnie zwalniać.

Kiedy tylko elf to zauważył, od razu ku niemu zawrócił.

– Ukryj się między skałami, ja odciągnę pogoń w głąb sawanny. Oni już nie mają wiele sił. Nie wychodź zza tych skał, cokolwiek by się działo! – krzyknął elf i ponownie ruszył przed siebie.

Ahraneal ukrył wierzchowca i wspiął się na głaz. Wiedział, że nie powinien, ale nie potrafił odwrócić się od losu Geamina. Kiedy mijał go elf z klanu Shiraz, wzrok Ahraneala został na moment obezwładniony silnym światłem. Wiedział, jak sobie z tym radzić, w jego ojczyźnie istniała dolina obfitująca w ardazyt. Przymrużył oczy, tak jak należało to zrobić, kiedy patrzyło się pod słońce i przeczekał słabość jaka pojawiała się wraz z nienaturalnym działaniem ardazytu.

Wszyscy ścigający podążali kolejno za elfem. Kiedy naliczył siedmiu jeźdźców i zobaczył, że na końcu jedzie Garold, wykrzykując już rozkazy, przyszło nagłe ukłucie strachu o swojego sojusznika. To było zbyt wielu ścigających. Być może elf został właśnie ranny? Zrozumiał, że jeśli czegoś nie zrobi i jeśli wszyscy żołnierze Jasnego Płomienia podążą za elfem, po prostu osaczą go i zabiją. A potem przyjdą po niego.

Wyłonił się z kryjówki, błyskawicznie napiął łuk i wypuścił strzałę. Nie trafił jeźdźca. Strzała ugodziła konia w szyję, a ten potknął się i cisnął człowiekiem o ziemię. Drugiego najemnika trafił w niechronione kolczugą udo.

Garold, jak tknięty szóstym zmysłem, odwrócił głowę w stronę Ahraneala, wykonał kilka gestów i ruszył w jego stronę. Podążyło za nim kilku innych, a młody mówca zrozumiał, że jego plan zadziałał nawet zbyt dobrze i musi teraz uciekać. Zeskoczył z głazu i rzucił się biegiem w górę zbocza. Tutaj od wschodu nie było głębokich wąwozów, tylko kamienie i nieliczne drzewa.

Pokryte skałami wzgórza były dla niego jak woda dla ryby, dorastał w takim środowisku. Dlatego teraz poruszał się znacznie szybciej niż zmęczeni najemnicy. Cały czas trzymał strzałę na cięciwie łuku.

Ścigający musieli się rozproszyć na takim dystansie i to była jego szansa. Skierował się tam, gdzie skały stawały się rzadsze, bardziej poczuł, niż usłyszał zbliżającą się pogoń. Wyskoczył zza głazu, trafił pierwszego rumaka prosto w chrapy. Ranny koń stanął dęba. Ahraneal, wykorzystując nerwową reakcję drugiego zwierzęcia, strzelił jeźdźcowi prosto w twarz, kiedy ten usiłował złożyć się do strzału.

Potem dobił pierwszego, kiedy ten się podnosił, wciąż otumaniony po upadku z końskiego grzbietu. Oni nie okazali litości jego ojcu, więc na nią nie zasługiwali. Nie zawsze trafiał idealnie, ale za to wypuszczał strzały tak szybko, jak elfy.

Pojawił się Garold, a Ahraneal od razu wystrzelił w jego kierunku. W odpowiedzi strzała nadleciała od strony ścigających i uderzyła w głaz tuż przy głowie mówcy. Strzelił ponownie i nie patrząc czy trafił, rzucił się do ucieczki. Zamierzał zaczaić się gdzieś dalej i powtórzyć manewr z atakiem z zaskoczenia.

Tutaj teren wznosił się dużo mocniej. Kiedyś był to rozległy piarg, ale teraz mniejsze głazy zostały przykryte warstwą gleby. Ponad powierzchnię wystawały tylko twardsze skały, które w mniejszym stopniu poddawały się erozji. Przypominały ciemne zęby wyrastające w przypadkowych miejscach. Biegł dalej. Jego serce kołatało w piersi, a ciało pokrył pot. Szaroczerwony pył osiadał na ubraniu i skórze, wciskał się w nozdrza.

Coś uderzyło go w plecy. Poczuł kłujący ból. W duchu podziękował elfowi za tarczę, bo strzała co prawda ją przebiła, ale spowodowała tylko płytką ranę. Kluczył poruszając się w górę stoku. Kiedy tylko mógł, chronił się pomiędzy coraz liczniejszymi głazami.

Dotarł do skały wysokiej na dobre pięć kroków. Nie cierpiał wspinaczki, ale nie było tam żadnego przejścia. Żeby ujść pogoni, musiał dostać się na górę. Gdy przerzucał ciężar ciała, kończąc wspinaczkę, znów coś uderzyło go w plecy. Strzała musiała trafić w metalowe umbo jego tarczy, bo równocześnie rozległ się ostry szczęk metalu.

– Dziękuję, Jasna Siostro – wyszeptał.

Zdjął tarczę z pleców i odciął promienie wbitych w nią strzał. Uśmiechnął się gorzko, gdy pomyślał, że potrafił użyć miecza jedynie do tego. Osłaniając się tarczą, ostrożnie wyjrzał zza skały. Trzech ścigających biegło co sił w nogach, byli już mniej niż dwieście kroków za nim. Rozejrzał się wokół, szukając przejścia, którym mógłby podążyć dalej w górę.

Jedyna droga wiodła po odkrytej skale, gdzie byłby wystawiony na strzały. Rzucił się tam od razu. Liczył, że pościg jest jeszcze zbyt daleko, by celnie strzelać. Zawrócił natychmiast, gdy strzała śmignęła tuż przed jego twarzą. Kawaleryjska tarcza była zbyt mała, żeby mogła osłonic go całego podczas przejścia przez odkryty teren pod ostrzałem.

Zaklął pod nosem, bo właśnie znalazł się w pułapce. Co gorsze, sam się w nią zapędził. Sięgnął po strzały, nie zamierzał tanio sprzedać skóry. Wystrzelił dwa razy, ale jedyne co osiągnął, to zimny uśmiech Garolda. Ścigających było trzech, a wszyscy mieli łuki i doskonałe osłony przed strzałami.

– Bierz nóż i idź po niego! Trzy złocisze, jeśli ci się uda. Będziemy cię osłaniać. – Garold rozkazał najemnikowi o posturze portowego zbira.

Ahraneal zobaczył, jak zbir zaczął wspinać się na jego skałę. Między zębami zaciskał wielki nóż. Kiedy się wychylił zza osłony, by rzucić kamień, strzała świsnęła tuż obok jego głowy. Rzucił kamień na oślep, lecz zamiast krzyku bólu usłyszał tylko mamrotanie zbira:

– Idę po ciebie, mały.

Mówca nie mógł nic zrobić. Każde uderzenie serca przybliżało wielkiego najemnika do jego schronienia. Sięgnął po miecz, ale odłożył ostrze, nie miał pomysłu jak użyć go w takiej sytuacji. Nagle zauważył szarą sowę na skale powyżej. W tym momencie przyszedł mu do głowy pomysł.

Skupił się na nożu w ustach wspinającego się mężczyzny. Uspokoił umysł i uchwycił się myśli o tym ostrzu z taką siłą, jak rozbitek chwyta rzuconą linę. Metal w ustach najemnika błyskawicznie stał się czerwony, potem biały, by w końcu roztopić się w gęstą, jaśniejącą ciecz. Krople ciekłego metalu spływały jak rozpalone sople, przepalając skórę, tkanki, a nawet kość szczęki. Sięgnęły aż do szyi.

Jak zawsze po użyciu „słowa ognia” pojawił się szron, pokrywając skałę wokół zbira. Ten stracił uchwyt na śliskiej skale i runął w dół. Cały czas wydawał z siebie zwierzęcy skowyt. Chciał schłodzić oparzone miejsce dotykiem chłodnej ziemi, lecz to jeszcze potęgowało cierpienie.

Towarzysze odruchowo pochylili się nad rannym. Ostatni sprawny podwładny Garolda miał twarz bladą ze strachu. Patrzył oniemiały na obrażenia i rozpaczliwe spazmy druha. Porucznik chwycił przedramię żołnierza i mocno potrząsnął.

– Nie bój się! Jest nas dwóch. Dwa miecze dumnego Jasnego Płomienia przeciwko jednemu dzikusowi! – krzyczał Garold prosto w twarz podkomendnego.

– To demon. Tylko demon może tak ranić – odpowiedział mężczyzna,

Słowa dowódcy do niego nie trafiały, bo cały aż trząsł się ze strachu. Nie był w stanie nawet skupić wzroku.

Ten moment wykorzystał Ahraneal. Wychylił się zza skały. Maksymalnie naciągnął łuk i wypuścił strzałę. Garold rzucił się w bok. Strzała wbiła się w plecy wystraszonego najemnika. Grot wyszedł z jego piersi, po czym mężczyzna zwalił się z ostatnim westchnieniem na ziemię.

Poparzony wciąż ryczał z bólu, potęgując upiorną aurę starcia, a echo krzyków odbijało się od skalnych ścian. Garold spokojnie ocenił obrażenia rannego towarzysza. Dopiero teraz zauważył, że jego noga była nienaturalnie wygięta, musiał ją złamać przy upadku. Sięgnął po miecz i bez cienia emocji na twarzy, wolnym ruchem wbił ostrze w gardło, kończąc jego męki. Pod skałą zapadła na moment cisza.

– Obedrę cię żywcem ze skóry! – krzyknął Garold

Jego oczy płonęły mordem. Wydawało się, że słowa przywołały mrok, bo w tej samej chwili cień rzucany przez szczyt Góry Barana sięgnął skały, za którą ukrywał się mówca.

Potem porucznik Jasnego Płomienia zniknął z pola widzenia. Mijały minuty. Zimny pot płynął po plecach młodego mówcy Kamiennej Rzeki. Co jakiś czas wychylał głowę zza osłony, ale wciąż nie widział porucznika. Miał pewność, że Garold nie odpuści. Teraz polował już nie dla nagrody, lecz z nienawiści.

Ahraneal trwał w napięciu, aż usłyszał dziwny dźwięk. Znał go, ale nie potrafił skojarzyć, co oznacza. Przypominał furkotanie skrzydeł dużego ptaka. Czas zwolnił. Hałas narastał w miarę jak odwracał głowę.

Wreszcie zobaczył Garolda. Kręcił skórzaną procą i właśnie wypuszczał kamień prosto w jego stronę. Mówca chciał zasłonić się tarczą, ale zwyczajnie nie zdążył, bo pocisk leciał zbyt szybko. Kamień uderzył go w głowę z głośnym szczękiem stali. Hełm podarowany wcześniej przez elfa ocalił mu w tej chwili życie. Na moment zrobiło mu się ciemno przed oczami, a cały świat zaczął się nienaturalnie kołysać. W uszach rozległy się dziwne dźwięki, jakby ktoś tarł metalem o szkło.

Przez czerwonawą mgłę dostrzegł, jak Garold biegiem rusza ku jego skale. Instynktownie rzucił się do ucieczki, chwiejąc się jak pijany. Zakołysał się niepokojąco i mało brakowało, żeby spadł ze skalnej ścieżki. Odzyskał równowagę, gdy zogniskował wzrok na wielkiej sowie siedzącej na końcu ścieżki. Mrużyła oczy w ostrym świetle wieczornego słońca.

Przeszedł odkrytą skalną ścieżką, po czym wytoczył się na otwartą przestrzeń u stóp majestatycznego obelisku Czterech Twarzy. Zwrócona ku nim Twarz Wschodu spoglądała z pełnym nadziei uśmiechem, nieporuszona dramatycznymi zmaganiami rozgrywającymi się tuż obok.

Sowa pojawiła się ponownie. Biła skrzydłami tak rozpaczliwie, jak gdyby chciała siłą zagnać mówcę w stronę twarzy odlanych z czarnego metalu. W tej chwili Ahraneal przypomniał sobie słowa umierającego Kerkyrajosa:

„Idź do obelisku”.

I poszedł. Potykał się, lecz nie upadał. Obca, czarna jak noc siła obelisku przyciągała go ku sobie. Każdy krok stawał się łatwiejszy. Garold, widząc, że mówca nie trzyma już łuku, ruszył za nim biegiem. Nie dobył nawet miecza – chciał wreszcie pojmać zbiega. A potem rozerwać go na strzępy.

Kiedy dzielił go już tylko krok od obelisku, Garold chwycił jego prawe ramię tak mocno, jakby chciał wyrwać je z barku.

– Mówiłem, że obedrę cię ze skóry dzikusie i mam zamiar to zrobić – wycedził triumfalnie.

Mówca odruchowo sięgnął po sztylet i zadał cios na oślep. Jednak doświadczony najemnik bez trudu przechwycił jego ramię. Potem wykręcił nadgarstek tak mocno, że ból przeszył całe ramię. Sztylet natychmiast wypadł z dłoni mówcy. Gdy Garold odrzucał broń na bok, wykorzystał chwilę jego nieuwagi i ponownie szarpnął się w stronę obelisku. Strach przed złowrogim najemnikiem zniknął. Została tylko desperacja. Teraz to on zacisnął dłoń na nadgarstku porucznika.

– Idziesz ze mną na drugą stronę, sukinsynu!

W końcu położył lewą dłoń na wyrzeźbionej w czarnym metalu twarzy boga. Odsłonił zęby w upiornym grymasie satysfakcji. Miał być ostatnim zbiegiem, który straci życie za sprawą Garolda.

Według wszystkich ksiąg, dotknięcie obelisku oznaczało nieuchronną śmierć. Nawet pośredni kontakt miał zabijać. Miejsce, gdzie skóra Ahraneala zetknęła się z czarnym metalem, rozjarzyło się jasnym światłem. Powietrze gwałtownie się ochłodziło. Na ciemnej powierzchni zaszklił się szron. Chłód przeniknął przez jego skórę jak stalowy nóż. Krople potu zamarzły na czole, a w uszach rozległ się upiorny, dudniący dźwięk, jakby sam obelisk przebudził się ze snu.

Twarz boga przypominała ludzką. Patrzyła na wschód, ciągle z tym samym łagodnym i pełnym nadziei uśmiechem. Rysy były tak wyraźne, jak gdyby głowa żywej istoty została zestalona w metal.

Uderzyło w niego morze mocy, wlało się z siłą nadchodzącej ściany burzy. Spazm bólu przeszył młodego mówcę, a jego ciało zaczęło sztywnieć. W przebłysku myśli przywołał słowa umierającego Kerkyrajosa i przestał walczyć. Pozwolił jej płynąć i wypełnić całe ciało, jak woda wypełnia koryto rzeki, nie niszcząc go.

Energia sięgnęła Garolda. Spróbował się jej oprzeć, lecz fala była silniejsza. Tym razem to porucznik kompanii Jasnego Płomienia ze wszystkich sił usiłował uwolnić dłoń.

W jego oczach pojawił się strach, a silny dreszcz wstrząsnął ciałem. Bezwzględny łowca po raz pierwszy sam stał się zwierzyną w potrzasku. Chwyt Ahraneala był jak stalowe obcęgi, porucznik nie miał szans, żeby się wyrwać. Jego ręka zaczynała ciemnieć. Od miejsca zetknięcia z dłonią mówcy aż po czubki palców zmieniała kolor na nienaturalną czerń.

Garold szarpnął się po raz ostatni. Patrzył z przerażeniem, jak mały palec poczerniałej dłoni odrywa się i po upadku zmienia w pył.

Zaraz potem czerń przelała się przez całe ciało Garolda jak morska fala. Przez ułamek sekundy trwał bezruch. Potem ciemna rzeźba przypominająca człowieka rozpadła się na miliony fragmentów. Pył opadł w końcu na niebieski mech u stóp obelisku, wsiąkając jak woda w niezwykły całun.

Metal pod dłonią mówcy ustąpił, jakby stał się płynny. Monument pochłonął ciało i świadomość Ahraneala. Niezliczone, przenikające się obrazy uderzyły go ruchem, kolorami, zapachem, a nawet dotykiem kropel wilgoci. Widział góry niemal dotykające nieba, las wysokich zielonych drzew ciągnący się po horyzont, bezkresną równinę porośniętą wysoką trawą, falującą na wietrze jak wzburzone morze.

Jego uwagę przyciągnęła kraina otoczona pierścieniem ciemnych skał. Czuł bijącą stamtąd moc i tajemnicę. Podążył tam, jak ćma zwiedziona przez światło kryształu lumidarytu. Jego stopy dotknęły grafitowego podłoża. Zrobił kilka kroków w stronę wysokich bloków gładkiego kamienia i ciemnych kształtów budynków. To nie było jego miejsce. Ciało przeniknął ból, a płuca paliły jakby oddychał dymem. Poczuł ciepło spływające po twarzy. Dotknął twarzy i zobaczył krew. Zaczął słabnąć i zawrócił ku innym, bezpieczniejszym obrazom. Słabość zniknęła, a ból minął.

Pozwolił, by nurt porwał go dalej. Odwiedził krąg z wielkich bloków czarnego kamienia, nad srebrną taflą jeziora. Z górskiego zbocza patrzył na szarą wstęgę szerokiej rzeki, przecinającą bezkresne morze zieleni. Potem był kolejny obraz i następny.

Jego wola zaczęła słabnąć, a w umyśle zaczął działać instynkt przetrwania. Chciał wrócić. Musiał znaleźć wyjście z tego bezkresnego labiryntu obrazów. Pomyślał o Górze Barana. Spośród tysięcy obrazów jeden rozbłysnął nagle przed nim znajomym kształtem masywu. Desperacko rzucił się w tamtą stronę. Rozpoznał wąwozy po wschodniej stronie góry – te same, w których ukrywał się przed najemnikami. Odzyskał czucie swojego ciała, dotknął dłonią szronu pokrywającego niebieski mech, był zimny. Wciągnął w nozdrza zapach wieczornej wilgoci.

Obejrzał się na ciemny kształt. Był pewien, że nigdy więcej nie chce powtarzać tego wszystkiego, co przeżył w ciągu ostatnich minut. W końcu dopadło go wyczerpanie. Utracił świadomość i padł bezwładnie na niebieski mech. Cisza zaległa wokół, a Twarz Wschodu patrzyła na leżącego mówcę ze swoim zwykłym, pełnym nadziei uśmiechem.

 

***

Do uszu Ahraneala zaczął dochodzić irytujący zwierzęcy głos, jakby pohukiwanie sowy. Otworzył oczy i pozbył się z ust resztek niebieskiego mchu. Wielki, szary ptak wpatrywał się w niego z uwagą. Sowa zahukała raz jeszcze, jak gdyby chciała upewnić się, że mówca nie zamknie ponownie powiek. Słońce musiało zajść całkiem niedawno, ponieważ zachodni horyzont wciąż jarzył się czerwienią.

Przyjrzał się wielkiej sowie i niespodziewanie rozpoznał znajomy ślad w jej aurze. Jak gdyby kiedyś czytał lub słyszał o cudownej sowie, której głowa obwiedziona była koroną jasnych piór. Nici wspomnień połączyły się, tworząc wreszcie klarowną informację. Teraz wiedział już, czym, a właściwie kim jest cudowna sowa. Skinął głową z szacunkiem w stronę ptaka.

– Bez twojej pomocy byśmy zginęli. Dziękuję, że stanęłaś po naszej stronie – powiedział, patrząc w wielkie, szarobrązowe oczy.

Sowa w odpowiedzi zaskrzeczała tylko, po czym bezszelestnie wzbiła się w powietrze. Wokół Ahraneala zapanowała martwa cisza. Nigdzie nie widział Garolda ani innych ścigających go najemników Jasnego Płomienia. Miał w pamięci obrazy ucieczki oraz walki, ale na pewno nie pamiętał wszystkich wydarzeń długiego dnia. Był pewien, że wielu powalił, ale chyba nie wszystkich.

Nie było miecza ani łuku. Sztylet także gdzieś przepadł. Rozejrzał się wokół, ale nie mógł odnaleźć żadnego ostrza. Był tak strasznie głodny, że ponownie sięgnął po mech. Zaczął ssać i przeżuwać niebieskawą gąbkę. Z zaskoczeniem odkrył, że mech jest całkiem przyjemny w smaku, do tego wydaje się zaspokajać zarówno głód, jak i pragnienie.

W słabym świetle widział Górę Barana, zmieniającą barwy w odchodzącym świetle dnia. Wtedy do niego dotarło, że właśnie oglądał Górę Barana z odległości dwudziestu mil. Nie znajdował się wcale przy obelisku Czterech Twarzy, który zapamiętał jako ostatnie miejsce, gdzie walczył z najemnikami. Był dwadzieścia mil na zachód, w miejscu, gdzie mieli spotkać się z elfem.

Tego się nie spodziewał. Nie miał pojęcia, jak dotarł aż tutaj z Góry Barana. Miał większe luki w pamięci, niż pierwotnie przypuszczał. Widocznie ścigali go jeszcze przez jakiś czas. Dobrze pamiętał uderzenie w głowę kamieniem z procy Garolda. Impuls strachu tuż przed uderzeniem zostanie z nim aż do grobowej deski.

Pomacał lewą stronę głowy, gdzie trafił go kamień, ale nie było nawet guza. Dotknął pleców, nie był w stanie namierzyć także płytkiej rany po strzale, choć ubranie było rozdarte. Nawet blizna z dzieciństwa pod lewym kolanem zniknęła. Coś stało się z jego ciałem po tym, jak dotknął obelisku.

Kiedy w dużej odległości mignęła sylwetka zbliżającego się jeźdźca, Ahraneal przerwał rozważania. Udało mu się wstać, ale to był obecnie szczyt jego fizycznych możliwości. Dobył małego ostrza przymocowanego na łydce na czarną godzinę i uważnie obserwował stok poniżej.

Za skałą przypominającą zgarbioną staruchę dostrzegł biały płaszcz przyprószony szaroczerwonym pyłem. To była barwa kompanii Jasnego Płomienia. Ogarnął go dojmujący żal, że Geaminowi nie udało się zgubić prześladowców.

Tak niewiele brakowało, by się wyrwali. Teraz zbliżał się ku niemu zbrojny Jasnego Płomienia, a za nim zapewne kolejni. Pomyślał o elfie. Przed oczami stanął mu obraz jego ciała włóczonego przez padlinożerców po sawannie.

Zacisnął dłoń na ostrzu. Czekała go już tylko ostatnia walka. Ojciec pokazał mu, jak stawiać czoło złemu losowi z podniesioną głową.

Ze zdumieniem uświadomił sobie, że wyczuwa aurę zbliżającej się postaci. Miał pewność, że to nie był nieprzyjaciel. Przyjrzał się uważnie twarzy jeźdźca i zobaczył, że to Geamin. Elf uśmiechnął się, kiedy tylko go dostrzegł. Na jego widok Ahraneal omal nie stracił równowagi.

– Z tym ostrzem chciałeś rzucić wyzwanie kompanii Jasnego Płomienia? Gdzie masz łuk i miecz?

Elf zeskoczył z konia i mężczyźni padli sobie w ramiona.

– Nawet nie wiesz, jak dobrze cię widzieć żywego! Miecz i łuk gdzieś zgubiłem w czasie walki… Ty zostałeś ranny? – Ahraneal wskazał na szkarłatną plamę przy prawym biodrze elfa.

– To nic poważnego, najdalej za tydzień będziemy gotowi do wyruszenia. – Elf machnął lekceważąco ręką.

– Czyli wszystkie groby dla ludzi Jasnego Płomienia będę musiał wykopać sam. A ty wymigasz się od całej roboty, jak wtedy, kiedy udawałeś nieprzytomnego – powiedział Ahraneal z błyskiem w oku.

– Przypominam, że to ja umieściłem miecz w brzuchu Kerkyrajosa – Elf nie dawał za wygraną.

– Ale i tak wyszło na moje – odparł mówca, a na jego twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.

Elf uniósł brwi.

– Co masz na myśli, mówiąc, że wyszło na twoje?

– Całą bitwę rozegraliśmy według mojego planu. Po kolei wyeliminowaliśmy wszystkich najemników. – Na twarzy Ahraneala pojawił się pierwszy prawdziwy uśmiech od śmierci ojca.

– Nie wszystkich. Gdy tylko się zorientowali, że stali się zwierzyną łowną, wtedy dwóch uciekło. Przeceniłem własne siły, kiedy kazałem ci zostać między skałami. Podjąłeś trafną decyzję, żeby odciągnąć Garolda. Gdyby on dowodził, nie sądzę, żeby udało mi się ich wymanewrować. Uratowałeś mi życie. Dziękuję, Ahranealu.

– Przyznaję, że nie zrobiłem tego tylko po to, żeby ocalić ciebie. Ratowałem także własną skórę. W końcu jesteśmy sojusznikami – odrzekł mówca.

– Mam nadzieję, że nie chcesz teraz ścigać tamtych dwóch? – zapytał elf.

– Nie mam teraz sił na żaden pościg. Trochę odpocznę, zjemy coś i będę brał się do kopania tych grobów.

– Przegapiłeś jeden szczegół – powiedział elf, unosząc brew.

– Jaki szczegół?

– Czeka nas jeszcze ponad dwudziestomilowa podróż na Górę Barana. – Słowa elfa wywołały wyraz zaskoczenia na twarzy mówcy. Faktycznie, zapomniał, że nie byli na Górze Barana.

– Tak… oczywiście. To po prostu mi umknęło – odpowiedział mówca.

Elf cały czas uważnie mu się przyglądał, jakby wietrzył w tym jakąś tajemnicę.

– Jak ty w ogóle pokonałeś te dwadzieścia mil? Nie widziałem tu w okolicy żadnych śladów kopyt. A patrząc na twoje buty, raczej nie odbyłeś tak długiego marszu na piechotę – mówił elf, wskazując na lekko tylko przybrudzone, a do tego niezniszczone sandały mówcy.

– Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Wiesz, Garold miał taką procę i podczas walki przywalił mi mocno w głowę – odpowiedział zgodnie z prawdą chłopak.

– Dobrze, że wspomniałeś o Garoldzie. Co się z nim stało? Nie widziałem jego ciała przy skale, gdzie z nimi walczyłeś.

– Nie żyje. Jestem tego pewien. Dotknąłem obelisku i jego moc zabiła Garolda. Widocznie Pradawnym się nie spodobał – stwierdził Ahraneal.

– Mnie się nie spodobał, odkąd pierwszy raz go zobaczyłem, więc to nic dziwnego – dodał elf, ze swoim zwyczajnym uśmiechem.

***

Ahraneal złożył prochy głowy i resztę ciała swojego ojca w niewielkiej niszy u podnóża niedostępnej skały, niedaleko szczytu Góry Barana. Tylko ktoś znający dokładną lokalizację grobu, byłby w stanie go odnaleźć. Napis w języku Katari na skale głosił: „Tu leży Kalenar, mówca Kamiennej Rzeki”.

Stał nieruchomo nad grobem, wpatrując się w chłodny kamień, gdy światło Jasnej Siostry, wschodzącej zza szczytu, delikatnie rozjaśniało otoczenie. Łzy, które dotąd nie znalazły ujścia, teraz spływały cicho po twarzy Ahraneala, przynosząc ze sobą falę dawno tłumionych emocji.

Opadł na kolana i długo się nie podnosił, na chłodną skałę grobu padały łzy. Kiedy otarł ostatnią z nich i stanął pewnie na nogach, coś w nim się zmieniło. Wiedział, że nic nie będzie takie jak wcześniej.

Wyciągnął sztylet i z precyzją naciął skórę lewej dłoni. Zacisnął pięść i obserwował krople krwi znaczące kamienną płytę.

– Przysięgam… – Jego głos załamał się. – Przysięgam, że patrząc zza wielkiej bramy, nie będziesz musiał się mnie wstydzić. Zrobię wszystko, by nie zmarnować daru życia, który dwukrotnie mi ofiarowałeś. Przetrwam.

Po raz ostatni zatrzymał wzrok na grobie i był już gotów ruszyć przed siebie. Na szczycie widział kontur obelisku ozdobionego wizerunkiem Czterech Twarzy. Ich moc pomogła mu w walce. Pytanie, dlaczego tak się stało, musiało na razie pozostać bez odpowiedzi.

Największą liczbę najemników pochowali we wspólnej mogile, wykopanej w miękkiej ziemi blisko wjazdu do Podwójnego Wąwozu. Poległych po wschodniej stronie góry pogrzebali w okolicy wysokiej skały, gdzie rozegrała się walka z trzyosobowym oddziałem Garolda.

W duchu „życzyli powodzenia” misji poszukiwawczej Jasnego Płomienia, która z pewnością się pojawi i na podstawie kości spróbuje dociec, co naprawdę wydarzyło się na Górze Barana. Jak doszło do zagłady dużego oddziału.

Gdy Geamin leżał po zszyciu rany na biodrze, mieli dużo czasu na rozmowę. Nie mówili jednak wiele o tych kilku dramatycznych dniach.

Ahraneala cały czas dręczyło tylko jedno pytanie związane z ich walką. W końcu nie wytrzymał:

– Powiedz, dlaczego kiedy usłyszałeś moje imię, to tak nagle zmieniłeś zdanie i zdecydowałeś, żeby mi pomóc?

– To długa historia – odpowiedział Geamin, po czym na chwilę zamilkł. – Kiedy osiągaliśmy wiek męski, przechodziliśmy rytuał, coś w rodzaju wróżby. Inni mówili, że to obraz przyszłości. Ja usłyszałem że jeśli ocaleję, „powinienem udać się na Górę Barana i tam czekać na Jasnego Wiernego”. Byłem pewien, że chodzi o wzgórze pełne starych ruin, które nazywaliśmy Baranią Górą. Ale życie napisało inny scenariusz. – Milczał przez chwilę, jakby powrócił myślami do tamtych dni. – Step wysychał, koczownicy ze wschodu pokonali nas, a resztki mojego ludu ruszyły w świat. Nie mogłem wypełnić misji bo ratowaliśmy rannych. Potem, z grupą druhów, popłynęliśmy na południe, ale mój koń okulał i zostałem tutaj. Zamieszkałem na Górze Barana. Czekałem siedem lat. To wystarczy.

– Ale… „biały pies” to nie to samo co „jasny wierny”.

– Może i nie, ale w naszym języku „neal” oznacza „wierny”. Uznałem, że to wystarczy. Byłeś spokojny, mając dwudziestkę najemników na karku i nie potrafiąc walczyć mieczem. Aż boję się pomyśleć czego możesz dokonać, kiedy się tego nauczysz. – Geamin uśmiechnął się lekko. – A dla mnie siedem lat żałoby po umarłym świecie, to chyba wystarczająco długo. Czas ruszyć dalej.

– Cóż, dobrze, że się pojawiłem, bo nie wiadomo, jak długo byś tu jeszcze czekał. A zupełnie poważnie, to jednego nie rozumiem: jaki cel był twojego spotkania z Jasnym Wiernym?

Geamin odpowiedział, wpatrując się w przestrzeń.

– To nie zabrzmi poważnie, ale on miał pomóc zbudować przyszłość mojego ludu.

– Teraz rozumiem cię lepiej. Mogę jedynie przyrzec, że pomogę ci w tym dziele. Oczywiście moje możliwości są obecnie dość ograniczone.

– Tak, na razie nie spodziewam się po tobie zbyt wiele. – Roześmiał się Geamin, ale szybko spoważniał. – Teraz musimy ustalić, dokąd się udamy. Elfy z wielkiej równiny raczej nie przyjmą cię z otwartymi ramionami. W mieście będziesz musiał zmienić imię. Twoje jest zbyt charakterystyczne, a kompania Jasnego Płomienia o tobie nie zapomni. Ahraneal, „biały pies”… jeśli powiesz to komuś, kto zna Katari, będzie płakał ze śmiechu.

Ahraneal zmarszczył brwi.

– Co w takim razie proponujesz?

– Arnel, może Arenil. A najlepiej Arnelen. Brzmi prawie, jakbyś był jednym z nas, znad Srebrnych Jezior.

– Arenil… To chyba brzmi nieźle.

– Zatem masz nowe imię. A dla mnie to także nowy początek. W mieście nie będzie łatwe, ale przynajmniej żyjemy. – Geamin spojrzał na zachód, gdzie kontur odległych Gór Żółtych rysował się na horyzoncie.

Ahraneal wziął głęboki oddech, próbując przełknąć gorycz, która narastała w nim od dawna. – Tak, żyjemy. Mój ojciec poległ, reszta rodziny się mnie wyrzekła, a większość moich współplemieńców uważa mnie za zdrajcę. – Głos mu się załamał, ale kontynuował. – Osiągnęliśmy więcej, niż mogłem sobie wyobrazić jeszcze trzy tygodnie temu. Zwyciężyliśmy w starciu z dwudziestoma najemnikami i najpotężniejszym czującym naszych czasów, a wsparła nas jedyna w swoim rodzaju szara sowa… W sumie to jesteśmy cholernymi wybrańcami losu.

Spojrzeli na siebie, a na ich twarzach pojawił się uśmiech, pomimo wszelkich przeciwności, które ich spotkały.

Imię Ahraneal pozostało na Górze Barana, przy grobie ojca. Wydawało się właściwe, by pogrzebać je wraz z dawnym życiem. Przetrwał, walcząc ramię w ramię z Geaminem. Teraz obaj stali przed tym samym wyzwaniem – odnaleźć swoje miejsce w świecie.

Arenil szybko wrócił do pełni sił. Dzięki temu mógł wreszcie rozpocząć naukę władania podarowanym przez Geamina ostrzem. Niestety wyleczenie rany elfa trwało ponad trzy tygodnie.

Gdy w końcu wyruszyli, wielka szara sowa obserwowała coraz mniejsze sylwetki jeźdźców oddalające się na wschód ku morzu. Ptak bezszelestnie wzniósł się ponad szczyt Góry Barana i zataczając szerokie koła, skierował się w stronę starej wieży na północ od ciemnego obelisku.

Wylądowała u stóp wieży. Glina wciąż była sucha, pora deszczowa nie zawitała jeszcze na Górę Barana. Po dłuższej chwili w miejscu, gdzie wcześniej wylądował ptak, z ziemi podniosła się wysoka, przystojna kobieta o twarzy pełnej powagi. Jej włosy zaczynały już zabarwiać się bielą, co sprawiało, że głowa kobiety wyglądała jak przystrojona jasną koroną.

Przez chwilę stała nieruchomo w progu. Od czasu, gdy oddała elfowi parter, nigdy nie była w środku. Teraz weszła do wnętrza i oniemiała z wrażenia, widząc wielkie zmiany, jakie zaszły w ciągu ostatnich siedmiu lat. Elf bardzo ładnie wszystko urządził, pomyśleć, że ona wcześniej używała parteru tylko jako składziku. Usiadła na krześle i westchnęła głęboko. Oddanie tego poziomu nie było wielkim wyrzeczeniem, po prostu przeniosła się na najwyższy poziom. On nie mógł tam zamieszkać, nie miał przecież skrzydeł.

Jej spojrzenie zatrzymało się na bujanym fotelu obitym najlepszym płótnem, obok którego spoglądała naturalnej wielkości rzeźba sowy, wykonana z jednego kawałka drewna. Elf zostawił tutaj kawałek swojej duszy. Być może większy, niż sam przypuszczał.

Na stole leżał uprany i naprawiony pas mówcy Kamiennej Rzeki, szeroki i misternie utkany z delikatnych bawełnianych włókien. Jego brzegi zdobił haft przywodzący na myśl wijące się pędy suchej wierzby. Na środku odznaczały się cztery romby symbolizujące kamienie, godło klanu Kamiennej Rzeki.

Obok leżał list, zapisany starannym pismem:

„Przyjmij proszę mój pas mówcy. To jest najcenniejsza pamiątka po życiu na Suchych Wzgórzach, które utraciłem podobnie jak ty, Pani. Los prowadzi mnie tam, gdzie jego noszenie nie będzie możliwe. Wierzę, że w twoich rękach znajdzie opiekę i godność, na które zasługuje. Składam ci również podziękowania, wyrazy szacunku oraz ukłon przed twoją mądrością i mocą, Ahratalanes, Biała Sowo, mówco klanu Czarnej Skały.”

Podpisano: Ahraneal, mówca klanu Kamiennej Rzeki.

Na twarzy kobiety zagościł ciepły, łagodny uśmiech, a w jej oczach zaiskrzyły łzy, po raz pierwszy od tak wielu lat.

– Będzie mi was brakować, elfie znad jezior. I ciebie, młody mówco. Moje myśli nigdy was nie opuszczą, a moja siła przyjdzie wam z pomocą, gdy zimna stal ostrzy ponownie zagrozi waszym gardłom. Życzę wam przychylności losu, byście na końcu drogi odnaleźli miejsce, które będziecie mogli nazywać domem – powiedziała łamiącym się głosem kobieta – Tak jak ja, ostatnia z mojego klanu, odnalazłam to szczególne miejsce tutaj, z dala od ludzi.

Daleko za zachodnim horyzontem pojawiały się zarysy pierwszych chmur, piętrzących się niczym góry i gnanych przez monsuny znad oceanu. Ledwo słyszalne pomruki gromów zwiastowały nadejście długo wyczekiwanych deszczy. Sawanna miała wkrótce odnowić się nowym życiem.

KONIEC

 

Dramatis personae

Ahraneal – mówca z klanu Kamiennej Rzeki

Ahratalanes – mówca z klanu Czarnej Skały

Kalenar – mówca Kamiennej Rzeki, ojciec Ahraneala

Geamin Shivanetah – elf pochodzący znad wielkich jezior na wschodnim kontynencie

 

Kerkyrajos – Lakkańczyk, mag czujący, tropiciel w stopniu podporucznika kompani Jasnego Płomienia

Garold – dowódca oddziału najemników kompanii Jasnego Płomienia w stopniu porucznika

Emerkal – sierżant kompanii Jasnego Płomienia, elf, który przystąpił do klanu Shiraz, zabójców magów.

Borsuk – sierżant kompanii Jasnego Płomienia

Joachim – szeregowy kompanii Jasnego Płomienia, podawał się za rycerskiego syna z północy.

Rikard – szeregowy kompanii Jasnego Płomienia, podawał się za rycerskiego syna z północy.

Lerth – szeregowy kompanii Jasnego Płomienia, podawał się za rycerskiego syna z północy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Piotrze_jbk, opo­wia­danie li­czą­ce ponad 80000 zna­ków, nie wcho­dzi do gra­fi­ku dy­żur­nych, więc ci nie mają obo­wiąz­ku go czy­tać. Tak dłu­gie opo­wia­da­nie, choć­by było świet­ne i do­sko­na­le na­pi­sa­ne, nie może też li­czyć na no­mi­na­cję do piór­ka.

Możesz zostawić opowiadanie w obecnym kształcie, możesz też postarać się skrócić je do wymaganego limitu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy dziękuję za informację o limitach. Każda opinia jest cenna, nawet jeśli ktoś przeczyta tylko krótki fragment tekstu. Jeśli tekst nie zainteresuje nikogo, no cóż, to także jest „informacja zwrotna”.

 

Jak znajdę trochę czasu, spróbuję stworzyć wersję mieszczącą się w limicie 80000 znaków. Na tą chwilę, nie wiem na ile usunięcie 20% tekstu jest wykonalne, zachowując wartość artystyczną (optymistycznie zakładając że takowa istnieje ;) ).

Piotrze, postaram się zajrzeć do opowiadania. Życzę Ci mnóstwa optymizmu i sukcesów w dalszej pracy twórczej. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Regulatorzy Dziękuję! Teraz za dobre słowo, a z góry za informację zwrotną, nawet jeśli będzie miała postać tylko listy rzeczy do poprawy ;) A może szczególnie wtedy …

Z mojej strony życzenia dalszej cierpliwości i optymizmu, wbrew różnorakim emocjom które mogą budzić teksty publikowane na forum :)

Hej, piotr_jbk kłaniam się nisko i jako niedzielny dyżurny potwierdzam, że tekst jest za długi by zmieścił się w moim grafiku. Postaram się jednak zajrzeć, choć nie mogę tego obiecać:). Powodzenia i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej @Bardjaskier, kłaniam się nisko i dziękuję za zainteresowanie.

 

Jednocześnie składam samokrytykę z powodu objętości opowiadania, worek jutowy i popiół węglowy już przygotowane a w google maps Częstochowa już wyszukana ;)

A tak na poważnie to nawet jak przebrniesz przez połowę to i tak opinia będzie istotna.

Dzięki i pozdrawiam

Piotrze, dotarłam do momentu, kiedy najemnicy rozpoczęli wspinaczkę i na razie dołączam łapankę przeczytanego fragmentu. Reszta jutro. :)

 

wyj­rzał zza głazu, z góry miał zna­ko­mi­ty widok na roz­cią­ga­ją­cą się wokół Góry Ba­ra­na… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wyj­rzał zza głazu, skąd miał zna­ko­mi­ty widok na roz­cią­ga­ją­cą się wokół Góry Ba­ra­na

 

rów­nin­ną sa­wan­nę. Uciecz­ka na otwar­tej prze­strze­ni roz­le­głej sa­wan­ny… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: …rów­nin­ną okolicę. Uciecz­ka na otwar­tej prze­strze­ni roz­le­głej sa­wan­ny

 

Jeź­dziec był tro­pi­cie­lem od­dzia­łu i tej chwi­li życie Ah­ra­ne­ala za­le­ża­ło… → Chyba miało być: Jeź­dziec był tro­pi­cie­lem od­dzia­łu i od tej chwi­li życie Ah­ra­ne­ala za­le­ża­ło

 

Wie­rzył, że Do­wód­ca od­dzia­łu… → Dlaczego wielka litera?

 

uciecz­ki ku wscho­do­wi i Czer­wo­nej Prze­łę­czy, która sta­no­wi­ła naj­krót­szy szlak ku le­żą­cym nad mo­rzem mia­stom. → Powtórzenie.

A może w drugiej części zdania: …która sta­no­wi­ła naj­krót­szy szlak do leżących nad mo­rzem mia­st.

 

wtedy na całej sa­wan­nie w krót­kim cza­sie po­ja­wi się mnó­stwo ro­ślin­no­ści. Wtedy nie bę­dzie mu­siał… → Powtórzenie.

Proponuję: …i wtedy na całej sa­wan­nie w krót­kim cza­sie po­ja­wi się mnó­stwo ro­ślin­no­ści i nie bę­dzie mu­siał

 

W oby­dwu ju­kach znaj­do­wał się gli­nia­ny dzban wy­peł­nio­ny­mi oliwą zmie­sza­ną z al­ko­ho­lem i za­pra­wio­ną zio­ło­wy­mi eks­trak­ta­mi. W jed­nym znaj­do­wa­ła się→ Jeden dzban w dwóch jukach? Powtórzenie.

Proponuję: W każdym juku tkwił gli­nia­ny dzban wy­peł­nio­ny­ oliwą zmie­sza­ną z al­ko­ho­lem i za­pra­wio­ną zio­ło­wy­mi eks­trak­ta­mi. W jed­nym znaj­do­wa­ła się

 

A jesz­cze bar­dziej do­tkli­wa była tę­sk­no­ta za ojcem, który za­wsze był dla niego opar­ciem. → może:

A jesz­cze bar­dziej do­tkli­wa była tę­sk­no­ta za ojcem, który za­wsze stanowił dla niego opar­cie.

 

Zmie­rza­ją­cy ku nim tro­pi­ciel nie nosił hełmu… → A może: Zbliżający się tro­pi­ciel nie nosił hełmu

W zdaniu wcześniej napisałeś: …spo­strzegł gna­ją­ce­go ku nim jeźdź­ca

 

- Co się stało? Wy­glą­dasz, jakby ktoś zdzie­lił cię pałką – za­py­tał po­rucz­nik. → Zamiast dywizu powinna być półpauza. Wypowiedź dialogową zawsze rozpoczynamy półpauzą. Winno być:  Co się stało?

Ten błąd pojawia się w całym opowiadaniu.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

Wal­ną­łem się w jakiś cho­ler­ny konar… →  Wal­ną­łem w jakiś cho­ler­ny konar

 

Co­kol­wiek stało się w cza­sie zwia­du, jeśli było ważne, wtedy i tak z cza­sem wyj­dzie na jaw.Wtedy, czyli kiedy?

Proponuję: Co­kol­wiek stało się w cza­sie zwia­du, jeśli było ważne i tak z cza­sem wyj­dzie na jaw.

 

kro­ple wody ście­ka­ły z brody, koń­cząc swą drogę na py­li­stej po­wierzch­ni gleby… → Zbędny zaimek – czy krople mogły kończyć cudza drogę?

 

Ker­ky­ra­jos miał w sobie tę cha­rak­te­ry­stycz­ną ma­nie­rę… → Jak wyżej – czy mógł mieć manierę w kimś?

 

A tak, Ge­alen bę­dzie miał za­ję­cie na dwa dni – do­wód­ca splu­nął z nie­za­do­wo­le­niem… → Brak kropki po wypowiedzi, didaskalia wielką literą. Winno być:

A tak Ge­alen bę­dzie miał za­ję­cie na dwa dni.Do­wód­ca splu­nął z nie­za­do­wo­le­niem

 

całej kom­pa­nii Ja­sne­go Pło­mie­nia. Rów­nież sze­re­go­wi żoł­nie­rze kom­pa­ni da­rzy­li go… → Wystarczy: …całej kom­pa­nii Ja­sne­go Pło­mie­nia. Rów­nież sze­re­go­wi żoł­nie­rze da­rzy­li go

 

Trzech mło­dych miało sta­no­wić przy­nę­tę, a ostrze włócz­ni, które miało prze­bić… → Powtórzenie.

Proponuję: Trzech mło­dych byłoby przynętą, a ostrze włócz­ni, które miało prze­bić

 

kra­iny le­żą­cej na gdzieś pół­noc­nym wy­brze­żu oce­anu. → …kra­iny le­żą­cej gdzieś na pół­noc­nym wy­brze­żu oce­anu.

 

i puł­kow­nik nie urwie mi jaj, kiedy wró­ci­my. – Ga­rold urwał nagle… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …i puł­kow­nik nie utnie mi jaj, kiedy wró­ci­my. – Ga­rold urwał nagle… Lub: …i puł­kow­nik nie urwie mi jaj, kiedy wró­ci­my. – Ga­rold zamilkł nagle

 

w bu­dyn­ku ka­pi­tu­ły kom­pa­nii Ja­sne­go Pło­mie­nia.Ro­ze­śmiał się po­rucz­nik… → Zbędna kropka po wypowiedzi. Didaskalia małą literą. Winno być:

w bu­dyn­ku ka­pi­tu­ły kom­pa­nii Ja­sne­go Pło­mie­nia – ro­ze­śmiał się po­rucz­nik, ale po chwi­li

Tu znajdziesz wykaz czasowników dla didaskaliów dialogowych.

 

w wą­wo­zie na­zy­wa­nym „Małym”. Wbrew na­zwie, kiedy we­szło się głę­biej, roz­sze­rzał się i me­an­dro­wał… → Meandrować może rzeka, nie wąwóz.

Proponuję: …kiedy we­szło się głę­biej, roz­sze­rzał się i wił/ kluczył/ zakręcał

 

to było w prak­ty­ce wszyst­ko, co osią­gnął w magii pierw­szych. Była to trud­na i ka­pry­śna sztu­ka, nie było jed­ne­go… → Lekka byłoza.

 

Naj­star­szy uzdro­wi­ciel, który nadał mu imię, za­wsze mówił „pierw­si po­zo­sta­wi­li po sobie… → Naj­star­szy uzdro­wi­ciel, który nadał mu imię, za­wsze mówił:Pierw­si po­zo­sta­wi­li po sobie

 

Była o wiele więk­sza od noc­nych pta­ków, jakie za­miesz­ki­wa­ły… → Była o wiele więk­sza od noc­nych pta­ków, które za­miesz­ki­wa­ły

 

W prze­ci­wień­stwie nie­któ­rych jego ró­wie­śni­ków… → Pewnie miało być: W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych jego ró­wie­śni­ków

 

- Ja nie po­ry­wa­łem się na ni­ko­go! – po­wie­dział pod­nie­sio­nym gło­sem – Po pro­stu… → Brak kropki po didaskaliach.

 

To dla­te­go mu­sia­łem ucie­kać z Su­chych Wzgórz. Za­koń­czył już spo­koj­niej­szym tonem. → Zbędna kropka po wypowiedzi, didaskalia małą literą.

 

Wy­po­wia­dał słowa, ale jego myśli za­ję­te były już czymś innym. Jego po­sta­wa… → Czy oba zaimki są konieczne?

 

- Po­wiedz mi cho­ciaż, kim jest dziw­ny ten dziw­ny tro­pi­ciel… → Dwa grzybki w barszczyku.

Wystarczy:  Po­wiedz mi cho­ciaż, kim jest ten dziw­ny tro­pi­ciel

 

że coś waż­ne­go mu umyka w całej tej spra­wie. → A może: …że w tej sprawie umyka mu coś waż­ne­go.

 

stał się tylko bier­nym ob­ser­wa­to­rem. Mógł tylko pa­trzeć… → Powtórzenie.

Proponuję: …stał się bier­nym ob­ser­wa­to­rem. Mógł tylko pa­trzeć

 

od­bie­ra mu broń. Potem zwią­za­li mu ręce za ple­ca­mi i jeden z nich pchnął go mocno… → Nadmiar zaimków.

 

Ude­rzył go w twarz z taką siłą, że do­brze zbu­do­wa­ny na­jem­nik za­to­czył się do tyłu. Jo­achim opadł cięż­ko… → A może: Ude­rzył go w twarz z taką siłą, że do­brze zbu­do­wa­ny na­jem­nik za­to­czył się do tyłu, opadł cięż­ko

 

Idź­cie przo­dem! – Wydał po­le­ce­nie… →  Idź­cie przo­dem! – wydał po­le­ce­nie

 

Jeśli chciał po­dejść mniej­szy obóz na­jem­ni­ków pod osło­ną ciem­no­ści, fak­tycz­nie mu­siał czym prę­dzej wy­ru­szyć. Do­tar­cie do obozu na­jem­ni­ków po­win­no… → Czy to celowe powtórzenie?

 

wszyst­kie wy­ko­na­ne kroki w trak­cie ataku… → Raczej: …wszyst­kie kroki wy­ko­na­ne w trak­cie ataku

 

Każdy z nas otrzy­mu­je iskrę ta­len­tu… → Czy Ker­ky­ra­jo­s umiał mówić boldem?

 

wciąż w szoku po tor­tu­rze, ja­kiej do­zna­li. → …wciąż w szoku po tor­tu­rze, której do­zna­li.

 

krzyk­nął po­rucz­nik, do­by­wa­jąc całej siły swo­je­go wład­cze­go głosu. → Zbędny zaimek – czy dobywałby cudzego głosu?

 

Już po po­ko­na­niu kilku me­trów… → Skąd w świecie tej opowieści wiedziano o metrach?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Regulatorzy, Wprowadziłem poprawki,

Jestem bardzo wdzięczny, nie wiem jak Ty to robisz, że zauważasz te rzeczy. Magia jednak istnieje :)

 

 

wyjrzał zza głazu, z góry miał znakomity widok na rozciągającą się wokół Góry Barana… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wyjrzał zza głazu, skąd miał znakomity widok na rozciągającą się wokół Góry Barana

» Wprowadziłem bo lepiej brzmi, oryginalnie zostawiłem powtórzenie bo Góra Barana to nazwa własna

<<

 

równinną sawannę. Ucieczka na otwartej przestrzeni rozległej sawanny… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: …równinną okolicę. Ucieczka na otwartej przestrzeni rozległej sawanny

» To było intencjonalne, ponoć trzeba trzech powtórzeń żeby czytelnik zapamiętał

 

A jeśli nie utrwalamy sawanny to można uprościć i dać samą równinę:

Ahraneal z ostrożnością dzikiego zwierzęcia wyjrzał zza głazu, skąd miał znakomity widok na rozciągającą się wokół Góry Barana równinę. Ucieczka na otwartej przestrzeni rozległej sawanny zredukowała go do zaszczutej zwierzyny, która nie będąc w stanie stawić czoła łowcy w walce, już tylko ucieka i próbuje się ukryć.

 

Jeździec był tropicielem oddziału i tej chwili życie Ahraneala zależało… → Chyba miało być: Jeździec był tropicielem oddziału i od tej chwili życie Ahraneala zależało

 

» Tu było “w” ale chochlik pożarł, “od” nie pasuje bo jest później w zdaniu:

Jeździec był tropicielem oddziału i w tej chwili życie Ahraneala zależało od tego, jak tamten odczytał pozostawione przez niego ślady. <<

 

Wierzył, że Dowódca oddziału… → Dlaczego wielka litera?

» powinna być mała, zmieniałem szyk wyrazów i biedny dowódca został wielką literą <<

 

ucieczki ku wschodowi i Czerwonej Przełęczy, która stanowiła najkrótszy szlak ku leżącym nad morzem miastom. → Powtórzenie.

A może w drugiej części zdania: …która stanowiła najkrótszy szlak do leżących nad morzem miast.

» zmieniłem na “w stronę” bo technicznie rzecz ujmując szlak nie jest tylko do miast:

która stanowiła najkrótszy szlak w stronę leżących nad morzem miast. <<

 

wtedy na całej sawannie w krótkim czasie pojawi się mnóstwo roślinności. Wtedy nie będzie musiał… → Powtórzenie.

Proponuję: …i wtedy na całej sawannie w krótkim czasie pojawi się mnóstwo roślinności i nie będzie musiał

» Good point, pomyślałem że pierwsze wtedy można zastąpić przez kiedy, rym wydaje się lepszy kiedy przeczyta się na głos (nie ma podwójnego łączenia zdań przez “i”):

“Do pory deszczowej pozostawały jeszcze cztery tygodnie, kiedy na całej sawannie w krótkim czasie pojawi się mnóstwo roślinności. Wtedy nie będzie musiał się martwić o paszę dla koni. “ <<

 

W obydwu jukach znajdował się gliniany dzban wypełnionymi oliwą zmieszaną z alkoholem i zaprawioną ziołowymi ekstraktami. W jednym znajdowała się→ Jeden dzban w dwóch jukach? Powtórzenie.

Proponuję: W każdym juku tkwił gliniany dzban wypełniony oliwą zmieszaną z alkoholem i zaprawioną ziołowymi ekstraktami. W jednym znajdowała się

» Twoja propozycja bardzo ładnie brzmi ;) <<

 

A jeszcze bardziej dotkliwa była tęsknota za ojcem, który zawsze był dla niego oparciem. → może:

A jeszcze bardziej dotkliwa była tęsknota za ojcem, który zawsze stanowił dla niego oparcie.

» Bardzo fajna zmiana, “stanowił” lepiej komponuje się z oparcie <<

 

Zmierzający ku nim tropiciel nie nosił hełmu… → A może: Zbliżający się tropiciel nie nosił hełmu

W zdaniu wcześniej napisałeś: …spostrzegł gnającego ku nim jeźdźca

» Bardzo dobra zmiana, brzmi lepiej <<

 

- Co się stało? Wyglądasz, jakby ktoś zdzielił cię pałką – zapytał porucznik. → Zamiast dywizu powinna być półpauza. Wypowiedź dialogową zawsze rozpoczynamy półpauzą. Winno być:  Co się stało?

Ten błąd pojawia się w całym opowiadaniu.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

» Przyznaję się bez bicia, że przez całe życie uważałem że to jedno i to samo, już poprawiam <<

 

Walnąłem się w jakiś cholerny konar… →  Walnąłem w jakiś cholerny konar

» pełna zgoda “się” zbędne, <<

 

Cokolwiek stało się w czasie zwiadu, jeśli było ważne, wtedy i tak z czasem wyjdzie na jaw.Wtedy, czyli kiedy?

Proponuję: Cokolwiek stało się w czasie zwiadu, jeśli było ważne i tak z czasem wyjdzie na jaw.

» Absolutna zgoda<<

 

krople wody ściekały z brody, kończąc swą drogę na pylistej powierzchni gleby… → Zbędny zaimek – czy krople mogły kończyć cudza drogę?

» Zgoda, zaimki to wrogowie!<<

 

Kerkyrajos miał w sobie tę charakterystyczną manierę… → Jak wyżej – czy mógł mieć manierę w kimś?

» Zasadniczo się zgadzam i wprowadziłem, ale nie wiem dlaczego jeśli przeczyta się na głos zdanie w dwu wersjach to ta zawierająca “w sobie” wydaje się brzmieć bardziej naturalnie. Sam nie wiem <<

 

A tak, Gealen będzie miał zajęcie na dwa dni – dowódca splunął z niezadowoleniem… → Brak kropki po wypowiedzi, didaskalia wielką literą. Winno być:

A tak Gealen będzie miał zajęcie na dwa dni.Dowódca splunął z niezadowoleniem

» Tu zagwozdka bo mam w dokumencie źródłowym dużą literą i jestem pewien że już poprawiłem…<<

 

całej kompanii Jasnego Płomienia. Również szeregowi żołnierze kompani darzyli go… → Wystarczy: …całej kompanii Jasnego Płomienia. Również szeregowi żołnierze darzyli go

» Wprowadzone, jeśli nie traci jasności że chodzi o wojsko kompani <<

 

Trzech młodych miało stanowić przynętę, a ostrze włóczni, które miało przebić… → Powtórzenie.

Proponuję: Trzech młodych byłoby przynętą, a ostrze włóczni, które miało przebić

» Zgoda. “Było” to co prawda jedno z tzw słabych słów ale tutaj ważna jest przynęta <<

 

krainy leżącej na gdzieś północnym wybrzeżu oceanu. → …krainy leżącej gdzieś na północnym wybrzeżu oceanu.

» wprowadzone<<

 

i pułkownik nie urwie mi jaj, kiedy wrócimy. – Garold urwał nagle… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …i pułkownik nie utnie mi jaj, kiedy wrócimy. – Garold urwał nagle… Lub: …i pułkownik nie urwie mi jaj, kiedy wrócimy. – Garold zamilkł nagle

» W wojsku jaja zawsze się urywa i to musi zostać, ale to drugie urwanie można zmienić:

“Być może elf, chociaż częściowo zrekompensuje nam stratę ludzi i pułkownik nie urwie mi jaj, kiedy wrócimy. – Garold przerwał nagle, zdał sobie sprawę, że powiedział o jedno zdanie za dużo.”

wydaje mi się że przerwał brzmi bardziej naturalnie niż zamilkł <<

 

w budynku kapituły kompanii Jasnego Płomienia.Roześmiał się porucznik… → Zbędna kropka po wypowiedzi. Didaskalia małą literą. Winno być:

w budynku kapituły kompanii Jasnego Płomienia – roześmiał się porucznik, ale po chwili

Tu znajdziesz wykaz czasowników dla didaskaliów dialogowych.

» muszę sobie powiesić tą listę nad monitorem … <<

 

w wąwozie nazywanym „Małym”. Wbrew nazwie, kiedy weszło się głębiej, rozszerzał się i meandrował… → Meandrować może rzeka, nie wąwóz.

Proponuję: …kiedy weszło się głębiej, rozszerzał się i wił/ kluczył/ zakręcał

» Wąwóz absolutnie może meandrować, akurat pochodzę z jury i wielokrotnie spotkałem się z terminem w tym kontekście. Zobacz sama:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Meander_w_W%C4%85wozie_P%C3%B3%C5%82rzeczki

piękne miejsce, polecam. «

 

 

to było w praktyce wszystko, co osiągnął w magii pierwszych. Była to trudna i kapryśna sztuka, nie było jednego… → Lekka byłoza.

» Oj faktycznie byłoza, to może tak:

“Rozpalenie ognia to w praktyce wszystko, co osiągnął w magii pierwszych. To trudna i kapryśna sztuka, a nie było jednego właściwego sposobu wypowiedzenia „słowa ognia” w celu wywołania określonego efektu. Każdy władający magią czynił to na swój własny sposób.” <<

 

Najstarszy uzdrowiciel, który nadał mu imię, zawsze mówił „pierwsi pozostawili po sobie… → Najstarszy uzdrowiciel, który nadał mu imię, zawsze mówił:Pierwsi pozostawili po sobie

» Poprawione<<

 

Była o wiele większa od nocnych ptaków, jakie zamieszkiwały… → Była o wiele większa od nocnych ptaków, które zamieszkiwały

» który faktycznie lepiej<<

 

W przeciwieństwie niektórych jego rówieśników… → Pewnie miało być: W przeciwieństwie do niektórych jego rówieśników

>> Tak, „do” padło ofiarą edycji<<

 

 

- Ja nie porywałem się na nikogo! – powiedział podniesionym głosem – Po prostu… → Brak kropki po didaskaliach.

» Jest kropka, sir.<<

 

To dlatego musiałem uciekać z Suchych Wzgórz. Zakończył już spokojniejszym tonem. → Zbędna kropka po wypowiedzi, didaskalia małą literą.

>> Si seniora, byłem przekonany że „zakończył jest niepaszczowe”<<

 

Wypowiadał słowa, ale jego myśli zajęte były już czymś innym. Jego postawa… → Czy oba zaimki są konieczne?

>> Usunąłem pierwszy w ten sposób (usunąłem też elf dla lepszej płynności):

 Nie mogę teraz odpowiedzieć. Być może będę mógł ci pomóc. Teraz muszę iść się rozejrzeć i pomyśleć, ale na pewno wrócę – odrzekł elf. Wypowiadał słowa, ale myśli miał zajęte już czymś innym.

Jego postawa nie była już tak swobodna i życzliwa, jak jeszcze kilka chwil wcześniej. Stał się spięty a jego oczy błądziły nerwowo, jak gdyby w młodym uciekinierze odkrył coś, czego bardzo się obawiał.”

 

- Powiedz mi chociaż, kim jest dziwny ten dziwny tropiciel… → Dwa grzybki w barszczyku.

Wystarczy:  Powiedz mi chociaż, kim jest ten dziwny tropiciel

» Jest jeden grzybek, sir.<<

 

że coś ważnego mu umyka w całej tej sprawie. → A może: …że w tej sprawie umyka mu coś ważnego.

>> Faktycznie ładniej <<

 

stał się tylko biernym obserwatorem. Mógł tylko patrzeć… → Powtórzenie.

Proponuję: …stał się biernym obserwatorem. Mógł tylko patrzeć

» Tylko usunięte<<

odbiera mu broń. Potem związali mu ręce za plecami i jeden z nich pchnął go mocno… → Nadmiar zaimków.

>> usunąłem nich i zmieniłem pierwsze mu na jego, rytm wygląda lepiej:

Mógł tylko patrzeć, jak dwóch młodych najemników podbiega i odbiera jego broń. Potem związali mu ręce za plecami i któryś pchnął go mocno w dół zbocza, jednocześnie ciągnąc za sznur. „ <<

 

Uderzył go w twarz z taką siłą, że dobrze zbudowany najemnik zatoczył się do tyłu. Joachim opadł ciężko… → A może: Uderzył go w twarz z taką siłą, że dobrze zbudowany najemnik zatoczył się do tyłu, opadł ciężko

>> Uprościłem drugie zdanie ale nie połączyłem. W dynamicznych scenach bardzo długie zdania nie działają dobrze:

Uderzył go w twarz z taką siłą, że dobrze zbudowany najemnik zatoczył się do tyłu. Opadł ciężko na wyschniętą ziemię i nie był w stanie się podnieść.” <<

 

Idźcie przodem! – Wydał polecenie… → – Idźcie przodem! – wydał polecenie

>> Jest wydał, sir<<

 

Jeśli chciał podejść mniejszy obóz najemników pod osłoną ciemności, faktycznie musiał czym prędzej wyruszyć. Dotarcie do obozu najemników powinno… → Czy to celowe powtórzenie?

>> I tak i nie, po prostu nie rzuciło mi się w oczy, zmieniłem w drugi na „na miejsce”:

Jeśli chciał podejść mniejszy obóz najemników pod osłoną ciemności, faktycznie musiał czym prędzej wyruszyć. Dotarcie na miejsce powinno mu zająć nie więcej niż półtorej godziny.„

 

wszystkie wykonane kroki w trakcie ataku… → Raczej: …wszystkie kroki wykonane w trakcie ataku

>> Faktycznie brzmi lepiej<<

 

Każdy z nas otrzymuje iskrę talentu… → Czy Kerkyrajos umiał mówić boldem?

>> To magia, czasem znacznik rtf zostaje kiedy kopiuje się przez schowek :)<<

 

wciąż w szoku po torturze, jakiej doznali. → …wciąż w szoku po torturze, której doznali.

>> Jest której sir<<

 

krzyknął porucznik, dobywając całej siły swojego władczego głosu. → Zbędny zaimek – czy dobywałby cudzego głosu?

>> Zostawiłem intencjonalnie ponieważ kiedy przeczyta się na głos i porówna:

Ostatni gotowy pięć batów! – krzyknął porucznik, dobywając całej siły swojego władczego głosu.

i

Ostatni gotowy pięć batów! – krzyknął porucznik, dobywając całej siły władczego głosu.

To drugie nie brzmi dla mnie dobrze <<

 

Już po pokonaniu kilku metrów… → Skąd w świecie tej opowieści wiedziano o metrach?

>> Fair point, dałem kroki. <<

@Re­gu­la­to­rzy, Wpro­wa­dzi­łem po­praw­ki,

Je­stem bar­dzo wdzięcz­ny, nie wiem jak Ty to ro­bisz, że za­uwa­żasz te rze­czy. Magia jed­nak ist­nie­je :)

Nie, Piotrze, to nie magia. ;) Rzecz polega na tym, że zawsze znacznie trudniej dostrzec usterki we własnym tekście, który po kilkakrotnym czytaniu zna się niemal na pamięć, podczas gdy w tekście widzianym pierwszy raz potykasz się nawet na źle postawionych przecinkach, że o grubszych błędach nie wspomnę.

Swego czasu zauważyłam, że aby na coś, co czytało się już kilka razy, spojrzeć „świeżym okiem”, można zmienić czcionkę – znany tekst jawi się wtedy jakby był zupełnie obcy.

 

» To było in­ten­cjo­nal­ne, ponoć trze­ba trzech po­wtó­rzeń żeby czy­tel­nik za­pa­mię­tał

Błędne mniemanie, Piotrze, w dodatku krzywdzi czytelnika – wszak czytelnik nie jest idiotą, żeby mu coś wykładać jak dziadek krowie na granicy.

 

» Good point, po­my­śla­łem że pierw­sze wtedy można za­stą­pić przez kiedy, rym wy­da­je się lep­szy kiedy prze­czy­ta się na głos (nie ma po­dwój­ne­go łą­cze­nia zdań przez “i”):

Piotrze, piszesz prozą, więc włączanie do tekstu rymów nie jest dobrym pomysłem. To zabieg niepożądany, ba, wręcz szkodliwy.

Owszem, jeśli zachodzi taka konieczność, możesz włączyć jakiś wierszyk tudzież zwrotkę piosenki czy innej rymowanki stosownej do okoliczności, ale w prozie niech nic nie rymuje się „niechcący”.

 

» Przy­zna­ję się bez bicia, że przez całe życie uwa­ża­łem że to jedno i to samo, już po­pra­wiam <<

A nie zastanowiło Cię nigdy, dlaczego te kreseczki mają różną długość i że zapewne w żadnej książce nie widziałeś, aby wypowiedź dialogowa zaczynała się dywizem?

 

» Zgoda, za­im­ki to wro­go­wie!<<

Ależ nie! Zaimki są bardzo pożyteczne, pod warunkiem, że ich użycie jest uzasadnione. Szkodliwy bywa ich nadmiar.  

 

» Wąwóz ab­so­lut­nie może me­an­dro­wać, aku­rat po­cho­dzę z jury i wie­lo­krot­nie spo­tka­łem się z ter­mi­nem w tym kon­tek­ście. Zo­bacz sama:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Meander_w_W%C4%85wozie_P%C3%B3%C5%82rzeczki

pięk­ne miej­sce, po­le­cam. «

Dziękuję za polecenie.

Piotrze, rozumiem Twoje przywiązanie do miejsca, z którego pochodzisz, ale nie będę ukrywać, że – przy całym szacunku dla Wikipedii – zdecydowanie większą ufność pokładam w definicjach zawartych w SJP PWN.

 

Na koniec dodam, że niepotrzebnie przysporzyłeś sobie pracy, składając tak dokładny raport o poczynionych poprawkach. Wszystkie moje uwagi – poza ewidentnymi bykami – to tylko sugestie i propozycje. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zechcesz z nich skorzystać, zrozumiem, gdy będziesz wolał pozostać przy własnych sformułowaniach. Wszak to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Na razie tyle, ale mam nadzieję odezwać się jeszcze dzisiaj lub najdalej jutro, albowiem właśnie zasiadam do lektury dalszego ciągu opowiadania. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Regulatorzy, jeśli chodzi o raportowanie sugerowanych/wprowadzonych, to całe życie zawodowe spędziłem w IT i to jest standard, przy proponowanych zmianach w kodzie że musi być starannie zanotowane.

Zwyczajnie nie pomyślałem że można inaczej. A wbrew pozorom nie dodaje to wiele pracy, jeśli przez całe życie używałem zwykle około 4 aplikacji w tym samym czasie. Żonglowanie okami nie jest wtedy problemem.

A jeśli chodzi o zapis dialogu to nie zwróciłem uwagi bo 99 % książek słucham jako audiobooki, przez to mam też problemy z przecinkami, formatem, etc. Ale oczywiście przyswajam informacje :)

 

Dzięki za tip ze zmianą czcionki, muszę wypróbować!

 

I nie musisz się martwić że będę wprowadzał rymy, to mój błąd, miałem na myśli rytm czyli brzmienie zdania kiedy czytamy na głos. Często robię tak, że jeśli nie jestem pewien, czy zmianę wprowadzić czytam obie wersje na głos i wybieram tą, która lepiej brzmi.

 

A z meandrami jeszcze zobaczę, ale tutaj na tę chwilę test brzmienia wypadł na nie. Gdybym nie pochodził z Jury, być może nie wymyślił bym takiego miejsca jak to w opowiadaniu :)

 

Czytało się nieźle, ale żałuję, że poskąpiłeś informacji o świecie, w którym wszystko się dzieje – zobaczyłam tylko sawannę i trochę skał. Brakło mi tła całej historii. Króciutkie wzmianki wplecione w opisane wydarzenia to dla mnie trochę za mało, choć zdaję sobie sprawę, że wtedy opowiadania byłoby jeszcze dłuższe. Sprowadziłeś rzecz do dość dramatycznego pościgu, opisu potyczek i licznych śmierci, a ponieważ na walkach zupełnie się nie znam, więc nawet nie potrafię ich należycie docenić.

Podoba mi się połączenie losów bohatera i elfa.

Pozostaję z nadzieją, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące, ale zdecydowanie lepiej napisane i nieco krótsze.

Powodzenia!

 

jak gdyby ktoś wy­ko­nał je naj­pierw z mięk­kie­go ma­te­ria­łu i do­pa­so­wał do sie­bie, a do­pie­ro póź­niej za­mie­nił je w ka­mień. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

– Bar­dzo wy­so­ki ten most jak na taki mały potok – po­wie­dział Ah­ra­ne­al, prze­pro­wa­dza­jąc konia po wy­so­kim mo­ście. → – Bar­dzo wy­so­ki ten most jak na taki mały potok – po­wie­dział Ah­ra­ne­al, prze­pro­wa­dza­jąc konia.

 

i żadna strza­ła nie w stro­nę elfa nie po­le­cia­ła. → Dwa grzybki w barszczyku.

 

To samo zro­bił ze łu­ka­mi… → To samo zro­bił z łu­ka­mi

 

dłu­gie kasz­ta­no­we włosy upię­ła w koń­ski ogon… → …dłu­gie kasz­ta­no­we włosy związała w koń­ski ogon

 

zwol­nił, do­sto­so­wu­jąc tempo do wol­niej­sze­go mówcy. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …zwol­nił, do­sto­so­wu­jąc tempo do towarzysza.

 

zo­ba­czyłże na końcu je­dzie Ga­rold… → …zo­ba­czył, że na końcu je­dzie Ga­rold

 

Ga­rold, jak tchnię­ty szó­stym zmy­słem… → Ga­rold, jak tknię­ty szó­stym zmy­słem

 

Tutaj teren za­czy­nał już moc­niej piąć się w górę. → Masło maślane – czy coś może piąć się w dół?

Proponuję: Tutaj teren za­czy­nał już moc­niej wznosić.

 

Stra­cił uchwyt śli­skiej skały i runął w dół. → Masło maślane – czy mógł runąć w górę?

Wystarczy: Stra­cił uchwyt śli­skiej skały i runął.

 

i nie­mal runął w dół ze skal­nej ścież­ki. → Kolejne masło maślane.

 

Miecz i łuk gdzieś zgu­bi­łem w cza­sie walki … → Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

– To nic po­waż­ne­go, naj­da­lej za ty­dzień bę­dzie­my mogli wy­ru­szać – Elf lek­ce­wa­żą­co mach­nął ręką. → Brak kropki po wypowiedzi.

 

i będę brał się za ko­pa­nie tych gro­bów. → …i będę brał się do kopania tych gro­bów.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

 Tak oczy­wi­ście.– Tak oczy­wi­ście.

 

Mu­si­my teraz usta­lić, gdzie się udamy.Mu­si­my teraz usta­lić, dokąd się udamy.

 

Tam gdzie kie­ru­je nas los… → Tam dokąd kie­ru­je nas los

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, Dziękuję za przeczytanie i korektę językową, szczególnie mając świadomość, że nie jest to typ prozy, który preferujesz.

Faktycznie, świat nie jest tu zbyt rozbudowany, ale starałem się wykorzystać dostępne punkty zaczepienia, aby pokazać, że akcja nie rozgrywa się w „białym pokoju”.

Fabuła skoncentrowana jest na postaciach, ponieważ napisałem to opowiadanie na podstawie starego szkicu, dzięki któremu główny bohater został powołany do wirtualnego życia.

Dziękuję za miłe słowa i zapewniam że dołożę wszelkich starań aby następne produkty mojego pióra były lepiej napisane :)

 

Bardzo proszę, Piotrze. Jest mi niezmiernie miło, że uznałeś uwagi za przydatne, a skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kiedy wypuszczasz z ulgą powietrze z płuc po męczącej becie i nagle wpada reg:)

Tak, po komentarzach Reg zastanawiam się zawsze, kto bierze mnie na betę, skoro nie umiem znaleźć żadnego błędu:)

 

Piotrze_jbk krótkie podsumowanie po becie. Masz umiejętność snucia opowieści, ale i skłonność do gadulstwa. Przed Tobą żmudna nauka balansowania między tymi dwoma skłonnościami.

Moim zdaniem warto byś napisał coś stanowiącego zamkniętą całość, żeby czytelnik nie wisiał wśród niedopowiedzeń i sekretów. Może coś o wpływie obelisków na ludzi, bo to podobało mi się najbardziej.

delulu managment

@Vrchamps, bardzo trafna obserwacja. To jak po burzy, kiedy wychodzisz na pole (niech żyją regionalizmy), a grom uderza sto metrów dalej :)

 

@Ambush, Poprawki Regulatorzy są nauczką dla mnie, żeby Twoich poprawek nie wprowadzać bardzo późnym wieczorem, bo pisanie to nie piekarnia i tutaj pośpiech zawsze się zemści :)

 

Dzięki za podsumowanie. Ubieranie opowiadanej historii w słowa jest trudniejszą sztuką niż wydaje się na początku. A zrobienie tego precyzyjnie, obrazowo i bez przegadywania to wyższa szkoła jazdy konnej.

Jeśli chodzi o tajemnice świata: czarne obeliski, pierwszych itd., to faktycznie jest już szkic większej całości, która rozwiązuje wszystkie tajemnice z tym związane, ale upłynie jeszcze sporo wody w Wiśle, zanim ujrzy światło dzienne.

Tymczasem mam “w piekarniku” coś, co pokaże nieco więcej świata. I tym razem założeniem będzie zmieścić się w limicie 80 000 znaków!

 

Ode mnie jeszcze generalna refleksja. Kiedy przeglądałem opowiadania na forum, zauważyłem, że w dialogach wszyscy dążymy raczej do doskonałości językowej, a nie naturalności. Ludzie w codziennej komunikacji nie mówią jak absolwenci filologii polskiej UJ i w przypadku dialogów korekta powinna pójść nieco innymi torami niż dla narracji.

 

Podobało mi się i czytałem z zainteresowaniem. Chętnie bym kliknął, ale bez uzasadnienia merytorycznego nie przejdzie, a nie mam siły na takie. Polecam do czytania. Fajne. I napisz coś o dalszych losach dwójki bohaterów i sowy/Jasnej Pani. Pozdrawiam. :)

Dziękuję za miłe słowa.

Dla autora sążnistego opowiadania fantasy na 100 k znaków bez wcześniejszego dorobku każdy czytelnik jest na wagę złota :)

Przeczytałam do drugich gwiazdek i nie wciągnęło. Za mało widocznej fantastyki, ot jacyś źli ludzie ścigają chłopaczka po sawannie. Jeszcze nie wiadomo, o co chodzi, ale już dużo nazw własnych.

dzban wypełniony oliwą zmieszaną z alkoholem

Czy oliwa daje się wymieszać z alkoholem?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam do drugich gwiazdek i nie wciągnęło. Za mało widocznej fantastyki, ot jacyś źli ludzie ścigają chłopaczka po sawannie. Jeszcze nie wiadomo, o co chodzi, ale już dużo nazw własnych.

dzban wypełniony oliwą zmieszaną z alkoholem

Czy oliwa daje się wymieszać z alkoholem?

 

Witaj, Finkla,

Dzięki za komentarz. Opowiadanie faktycznie nie rozkręca się szybko, ale zapewniam że jest w nim duuużo fantastyki.

 

Czy oliwa daje się wymieszać z alkoholem?

W czystej postaci oczywiście nie, ale wystarczy dodać np. sproszkowanej kory i odrobinę mydła, które spełnią rolę emulgatora. W ten sposób możemy stworzyć stabilną mieszaninę, która w dodatku nie będzie zbyt szybko parowała.

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Nowa Fantastyka