- Opowiadanie: Bardjaskier - Pani Sowa

Pani Sowa

Hej,

 

Odgrzewany kotlet, ale w poprawionej wersji.

 

Miłej lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pani Sowa

Dzwonek do drzwi oderwał Caroline od ekranu laptopa. Sięgnęła po laskę o srebrnym uchwycie w kształcie słowika i, wsparta na niej, wstała. Szurając papuciami i postukując laską, ruszyła do drzwi. Sprawdziła przez wizjer, kto ją odwiedza, choć od lat widywała jedynie dozorcę Luisa i sąsiada Denzela, zajmującego mieszkanie piętro niżej.

– Dzień dobry – przywitał się Denzel, oparty o ścianę z torbą zakupów.

– Dzień dobry, Denzel. – Uśmiechnęła się do czarnoskórego chłopaka zza uchylonych drzwi, wciąż blokowanych łańcuchem.

– Cieszę się, że jesteś ostrożna. Ale zapewniam, że większości włamywaczy na pewno nie chciałoby się wdrapywać na dziesiąte piętro.

– Nigdy nic nie wiadomo – powiedziała Caroline i ściągnęła łańcuch.

– Szczerze mówiąc – zaczął Denzel, wchodząc do mieszkania – niewielu lokatorów zdaje sobie sprawę, że na ostatnim piętrze kamienicy jest w ogóle jakieś mieszkanie.

– I bardzo dobrze, cenię sobie prywatność. Chyba bym oszalała, gdybym musiała co chwilę podchodzić do domofonu lub odganiać akwizytorów. I tak mam już dość tych, którzy do mnie wydzwaniają. – Caroline przekręciła zamki i ruszyła za gościem przez pokój do części kuchennej.

Obserwowała, jak Denzel kładzie zakupy na blacie obok kuchenki i spogląda na drzwi prowadzące na metalową platformę drogi przeciwpożarowej. Minęła go, udając, że nie widzi skrzywionej miny.

– Napijesz się herbaty? – zapytała Caroline w nadziei, że dzięki temu uniknie tematu zaimprowizowanego balkonu.

– Nie, dziękuję. Jest ciepło jak cholera, za ciepło na herbatę, ale nie pogardziłbym szklanką soku – powiedział i przeczesał gęste loki grzebieniem o długich ząbkach.

– Oczywiście – rozpromieniła się staruszka. – Mam owocowy, ten, który lubisz najbardziej.

Denzel przez ramię obserwował, jak nalewa sok do szklanki. Była drobna, o siwych, mocno już przerzedzonych włosach, zgarbiona i kulejąca po zwichnięciu biodra. Wyglądała na bezbronną i wzbudzała litość. Denzel wiedział jednak, że umysł ma bystry i bywa przebiegła. Poczekał, aż poda mu szklankę. Podziękował i wypił sok jednym tchem, następnie zapytał:

– Jak to zrobiłaś?

– No wiesz, najważniejsze to utrzymywać odpowiednią temperaturę w lodówce. Sok nie może być zbyt zimny, bo od tego zęby dzwonią, a tylko odpowiednio schłodzony – powiedziała, unikając wzrokiem karmnika i donic z kwiatami na balkonie.

– Wiesz, o co mi chodzi. – Denzel oparł się plecami o blat i zaplótł chude ręce na piersi. – Jak namówiłaś Luisa, żeby ci udostępnił platformę przeciwpożarową?

– Ach, daj spokój. – Machnęła niedbale ręką, jakby odganiała niewygodne pytanie. – Mieszkam w tej kamienicy od pięćdziesięciu siedmiu lat i nigdy nie widziałam, żeby ktoś korzystał z tej konstrukcji.

– To jedyna droga ucieczki w razie pożaru. – Spojrzał na nią z wyrzutem.

– I tak nie mogłabym z niej skorzystać.

– Ale ktoś mógłby się wspiąć i bezpiecznie cię znieść – zauważył Denzel.

– Daj spokój. W moim wieku niestraszny mi już pożar, terroryści i inne kataklizmy. Za to brakuje mi przestrzeni. Miło jest móc wyjść na świeże powietrze i odpocząć od tych czterech ścian.

Denzel spuścił głowę i pokręcił nią nieprzekonany. Współczuł staruszce, która nie wychodziła, odkąd miała wypadek, i życzył jej jak najlepiej, ale przerobienie drogi pożarowej na balkon z karmnikiem, roślinami i fotelem – zresztą ustawionym tak, by blokował dostęp do drabiny prowadzącej na niższy poziom – uważał za pomysł lekkomyślny, a nawet nieodpowiedzialny.

– A pracownicy administracji? – Nie dawał za wygraną. – Chyba nie powiesz mi, że przechodzą przez twoje mieszkanie, żeby dostać się na dach.

– Drabinka została zlikwidowana. Zajmowała miejsce na ścianie dla karmnika. Sikorki też muszą mieć swoją przestrzeń – stwierdziła z poważną miną.

– Szaleństwo.

– Luis wpuszcza ich od sieni. Zresztą wywiesił stosowną informację, że droga na dach jest dostępna od sieni z powodu złego stanu technicznego rusztowania.

– Złego stanu. – Denzel uśmiechnął się. – Raczej z powodu starszej pani, która postanowiła urządzić sobie na nim ogródek.

– Proszę cię, Denzel. Luis zgodził się na to tylko pod warunkiem, że żaden lokator nie zgłosi skargi. Tylko ty i Luis wiecie o moim oknie na świat. Proszę, nie odbieraj mi tego.

– Spokojnie, nie mam zamiaru. – Denzel spoważniał.

Chciał jeszcze zapytać, jak namówiła dozorcę na to wszystko, ale gdy spojrzał w jej zielone oczy, zrozumiał, że bijący z nich lęk, a zarazem ufność, to coś, czemu nie może się oprzeć. I nie miał już serca, by dalej ją wypytywać.

– A jak ci idzie praca nad powieścią? – zapytał i odstawił szklankę do zlewu.

– Bardzo dobrze. Powinnam skończyć redagowanie tekstu za tydzień, a to oznacza, że będzie gotowa czternaście dni przed terminem – odpowiedziała z dumą Caroline, szczęśliwa, że Denzel zszedł z tematu jej małej tajemnicy.

– Podziwiam cię. Mam trzydzieści siedem lat i już mi się nie chce pracować. Naprawdę nie wiem, skąd bierzesz tyle energii.

– Kiedyś zrozumiesz, że gdy człowiek zostaje sam na świecie, każde zajęcie jest dobre, byle tylko nie myśleć o tym. – Uniosła palec i wskazała błękitne niebo za oknem.

– Rozumiem. No nic, muszę już iść. Poczta i leki są w torbie.

– Dziękuję ci, Denzel. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

– To naprawdę drobiazg – powiedział, otwierając drzwi. – A, i jeszcze jedno. Skoro już przesiadujesz na schodach przeciwpożarowych, nie zauważyłaś może kota?

– Nie, tylko moje ptaki, które dokarmiam – zdziwiła się Caroline. – A czemu pytasz?

– Zauważyłem ostatnio na placu, od strony rusztowania, sporo zdechłych gołębi. Myślałem, że może to jakiś kot. No nic, nie przeszkadzam. Do widzenia.

– Do widzenia, Denzel. – Caroline już zaczepiła łańcuch, gdy usłyszała pukanie.

– Jeszcze jedno. – Denzel uśmiechnął się przez szparę w drzwiach. – Już dawno chciałem o to zapytać. Skoro tyle lat redagujesz książki innych ludzi, nie myślałaś o napisaniu czegoś swojego?

– Kiedyś dawno temu wydałam powieść, ale uwierz mi, stworzenie porządnego tekstu to droga przez mękę. Wolę skupić się na dopieszczeniu tekstów tych, którzy już wylali pot i łzy nad swoimi powieściami.

– Rozumiem. Można ją gdzieś dostać?

– Mam chyba jeszcze jakiś egzemplarz w domu. Za tydzień ci go przygotuję. Mnie już nie jest do niczego potrzebny.

– Dziękuję. Miłego dnia, Caroline.

Zamknęła drzwi i przekręciła zamki. Spojrzała przez wizjer, a gdy Denzel zniknął z jej piętra, wyszeptała pod nosem:

– Głupi czarnuchu. Wtykający nos w nie swoje sprawy. Prędzej przeniosę się na tamten świat, niż dam ci w brudne łapska moją książkę. – Poczłapała do biurka, na którym leżał laptop. – Na co mi przyszło na stare lata, skazana na czarnucha i meksykańca. Czy w całym Nowym Jorku nie ma już żadnych białych ludzi?

Usiadła do tekstu i założyła okulary. Odnalazła fragment, na którym skończyła.

– Kolejny grafoman. Kto czyta takie gnioty? – Poprawiła fragment powieści.

Mimo wszystko była szczęśliwa, że redakcja wciąż korzysta z jej usług i przesyła nowe teksty. Jakkolwiek kiepskie były te prace, pozwalały jej zapomnieć o zrujnowanym zdrowiu i zbliżającym się końcu życia.

 

***

 

Kończyła parzyć herbatę. Zerkała na sikorkę wnoszącą materiał do domku dla ptaków. Była dumna, że wywalczyła ten niewielki skrawek przestrzeni na zewnątrz i jak go zagospodarowała. Otworzyła drzwi i wyszła na trzeszczącą metalową platformę. Postawiła herbatę na parapecie i wróciła po laptopa. Usiadła w fotelu, rozkoszując się wiosennym wietrzykiem, brzęczeniem owadów buszujących w konwaliach, które zasadziła w czerwonych donicach, i oczywiście parą sikorek, które wybrały jej balkon na nowy dom. Chwilę przyglądała się, jak ptaki na zmianę znoszą nową wyściółkę do gniazda.

Po pracy nad redagowaniem powieści Caroline spojrzała z niechęcią na plik zatytułowany „Pani Sowa”. Zaznaczyła go kursorem, lecz nie zdołała wcisnąć klawisza „Enter”.

– Ty stara kretynko – westchnęła. – Ile lat piszesz tę powieść?

Zastanowiła się i wyszło jej, że ponad dwadzieścia.

– Tyle czasu? Nie łudź się, kochana, nic już z tego nie będzie.

Palec wskazujący zawisł nad klawiszem „Delete”. Ale tego również nie odważyła się zrobić. Choć nie zaglądała do „Pani Sowy” od dobrych sześciu miesięcy, nie chciała też zrezygnować z nadziei, że może jeszcze kiedyś dokończy drugą powieść.

Nalała herbaty do filiżanki i zajrzała do recenzji „Kolibrowego ogrodu” – pierwszej powieści, która zapewniła jej pracę w redakcji oraz utrzymanie na niezłym poziomie. Mimo że od premiery minęło czterdzieści lat, wciąż świetnie się sprzedawała.

Wyciągnęła paczkę Cameli bez filtra i zapaliła. Przeglądała stare artykuły z „The Times”, „The Washington Post”, „The Guardian” i wielu innych gazet – wszyscy oni leżeli u jej stóp. Kiedyś zdanie Caroline było w redakcji święte, a decyzje dotyczące młodych autorów zawsze słuszne.

– Niewdzięczne sukinsyny! Powinni mi postawić pomnik przed redakcją – powiedziała, wypuszczając dym przez nos.

Choć w duchu i tak była wdzięczna, że pozostawili jej redagowanie tekstów, wiedziała, że bez tego, uwięziona w mieszkaniu, już dawno skończyłaby ze sobą.

Wyrzuciła niedopałek przez barierkę i otworzyła przeglądarkę. Wpisała adres www.innywymiar.com i zalogowała się do konta. Pod nickiem Pani Sowa sprawdziła posty z opowiadań, które ostatnio oceniała. Portal literacki dla raczkujących pisarzy był jej ostatnim przyczółkiem wielkości. Weterani portalu doskonale wiedzieli, kto kryje się pod nickiem Pani Sowy, i traktowali opinie Caroline z najwyższym szacunkiem. Każdy, kto publikował na stronie, z niepokojem otwierał post oznaczony nickiem Pani Sowa.

Caroline przeczytała kilka odpowiedzi, napisała parę komentarzy i przeszła do zakładki „Opowiadanie miesiąca”. Chciała sprawdzić, czy jakieś ją zainteresuje. Przebiegła wzrokiem po tytułach i nickach. Zapaliła kolejnego Camela, gdy koperta w prawym górnym rogu strony zapaliła się na czerwono.

– No proszę, co my tu mamy? – powiedziała, kątem oka obserwując sikorkę, która złapała pszczołę nad dzwonkiem konwalii.

Wiadomość prywatna do Pani Sowy była rzadkością. Zaintrygowana przesunęła kursor na kopertę. Użytkownik kryjący się pod nickiem Nobody zatytułował korespondencję „Czegoś takiego jeszcze nie czytałaś”.

– No, pomyślałby kto? – parsknęła Caroline.

Przez chwilę rozważała skasowanie wiadomości, ale ciekawość zwyciężyła i ostatecznie wcisnęła „Enter”. Poza dołączonym plikiem tekstowym o nazwie „Nowy tekst” znajdowała się krótka informacja.

„Czytałem Pani książkę i uważam, że jest niezła, choć z pewnością nie tak dobra jak tekst, który załączyłem. Jestem pewien, że osoba tak obeznana z literaturą jak Pani doceni wyjątkowość mojego tekstu i z przyjemnością go zredaguje.

Pozdrawiam, Nobody”.

Caroline uśmiechnęła się pod nosem. Był to zapewne odwet za niezbyt pochlebny komentarz . Lub też jakiś młody zapaleniec, pod wpływem samozachwytu, próbował popełnić portalowe samobójstwo. Zamyślona Caroline nie zauważyła gołębia, który przysiadł na poręczy balustrady. Dopiero przeciągłe gruchanie zwróciło jej uwagę. Powoli podniosła wzrok znad monitora komputera. Gołąb spojrzał na nią, pokręcił głową i podszedł do zawieszonego na drutach plastikowego pudełka z ziarnem dla sikorek. Zabrał się do wyjadania nasion. Caroline sięgnęła ostrożnie po laskę. Gdy poczuła pod palcami stylisko, dźwignęła ją powoli. Nachyliła się i jednym pewnym uderzeniem metalowego słowika rozgniotła głowę gołębia. Rękojeść laski odbiła się od balustrady z metalicznym dźwiękiem. Truchło ptaka spadło na balkon. Caroline pchnęła je końcówką laski i przez szczeble balustrady obserwowała, jak spada na plac między kamienicami.

– Dobrze ci tak, gruchający obesrańcu – powiedziała.

Kochała ptaki, ale nie znosiła gołębi – brudnych, śmierdzących, brzydkich i nikomu do szczęścia niepotrzebnych.

– Trochę jak czarnuchy – wyszeptała z satysfakcją, obserwując, jak kot z pobliskiego śmietnika podchodzi do ptaka.

Wyciągnęła chusteczkę i zaczęła wycierać z krwi metalowego słowika.

– Dobrze, panie Nobody, a teraz wezmę się za ciebie – powiedziała i rozsiadła się wygodnie w fotelu.

 

***

 

Caroline stała na balkonie drogi przeciwpożarowej. Patrzyła na domek dla sikorek. Ptaki wyłożyły wnętrze kawałkami tektury, watą i gałązkami. Cieszyła się, że będzie świadkiem wyklucia piskląt.

– Jest pani niepoprawna – Luis odezwał się z łazienki. – Myśli pani, że nie czuję tego papierosa?

– Nie twoja sprawa, głupi meksykańcu – powiedziała i zaciągnęła się.

– Słucham?

– To jedyna radość, jaka mi pozostała w życiu, no i balkon – odpowiedziała.

– To jest tak samo nieodpowiedzialne jak ten balkon.

Zerknęła przez kuchnię do łazienki i zobaczyła gruby, wypięty tyłek dozorcy mocującego się z poręczami przy wannie.

– Jestem ci bardzo wdzięczna za udostępnienie balkonu i za domek dla sikorek. Miło, że ty i Denzel pamiętacie o starszej lokatorce.

– Niech mnie tu pani nie czaruje. A z Denzelem porozmawiam o liście zakupów, by ukrócić ten obrzydliwy nałóg. Rozumiem, że może pani tęsknić za wychodzeniem z domu, ale czy papierosy są niezbędne do życia? – wysapał dozorca z wnętrza wanny.

– Jesteście dla mnie tacy dobrzy jak rodzeni synowie – odpowiedziała i wyrzuciła niedopałek przez barierkę.

Papierosy przywoził jej kurier raz w roku, ale uznała, że nie musi o tym mówić dozorcy, tym bardziej że nie miała nic przeciwko temu, by napuścić Luisa na sąsiada.

– Pomaganie to jedno, a wpędzanie pani do grobu to co innego. Porozmawiam sobie z Denzelem, jak tylko go spotkam – powiedział Luis.

Przeszedł przez kuchnię i wytarł ręce w papierowy ręcznik.

Caroline spojrzała na niego dobrotliwie, gdy oparł się o parapet.

– Tylko nie bądź dla niego za surowy – powiedziała.

– Kości mu nie policzę, bo kto by pani zakupy przynosił? – Luis rozejrzał się i zagwizdał z podziwem. – Ładnie urządziłaś balkon. Co to za kwiatki?

– Konwalie.

– Konwalie – powtórzył, zerkając na fotel. – Ale ten fotel to już przesada. Do tego zastawia dojście do drabinki.

Luis już miał wejść na balkon, gdy Caroline zastąpiła mu drogę.

– Kochany, przestawię go.

– Powinna go pani usunąć, pomogę…

– Nie. Proszę, dzięki niemu mogę więcej czasu spędzać na powietrzu z moimi sikorkami.

– Rozumiem, ale tu chodzi o pani…

– Luis, popatrz na mnie. Ile jeszcze będę żyła? Dwa, może trzy lata?

– Niech pani przestanie. Jeśli nie będzie pani palić, przeżyje pani i mnie, i Denzela. – Uśmiechnął się pod czarnym wąsem.

– Nie mam już nikogo na świecie prócz tych sikorek i moich konwalii, proszę cię.

– Jest pani niemożliwa. – Pokręcił głową pucułowaty dozorca. – Dobrze, ale niech go pani przestawi.

– Oczywiście.

– Proszę za mną, pokażę pani poręcze.

Caroline odetchnęła. Ostatnio rusztowanie trzeszczało i chwiało się. Gdyby dozorca wszedł po fotel, z pewnością zaraz kazałby jej zlikwidować balkon.

Przeszli do łazienki.

– Tu ma pani schodki przy wannie. W ścianę wmontowałem uchwyt, drugi tu, by mogła się pani przytrzymać przy wchodzeniu do wody – powiedział Luis.

– Pięknie ci dziękuję, Luis. Jesteś skarbem nie tylko dla mnie, ale i całej kamienicy.

– Wpadnę w przyszłym tygodniu. Proszę wypróbować wannę, a jeśli coś będzie trzeba poprawić, to się załatwi.

– Na pewno wszystko będzie w porządku. – Uśmiechnęła się do niego i poklepała go po ramieniu.

– Będę leciał pod czwórkę, coś tam cieknie z rury w łazience.

– Szkoda, myślałam, że napijemy się herbaty.

– Następnym razem – powiedział Luis i poszedł w stronę wyjścia.

– Do widzenia – pomachała mu z kuchni.

– Do widzenia i proszę pamiętać o fotelu.

– Dobrze, Luis.

Gdy drzwi zamknęły się za dozorcą, podeszła o lasce do komputera. Sprawdziła wiadomości na Innym Wymiarze, ale Nobody już się nie odzywał.

– Poszło ci w pięty – powiedziała w stronę monitora.

Mimo wszystko była nieco zawiedziona, że nieopierzony użytkownik tak łatwo się poddał. Przez chwilę myślała, że mogłaby zajrzeć do tekstu Nobody'ego, ale duma zwyciężyła. I żeby jej nie korciło, usunęła całą wiadomość.

Wieczorem napuściła wody do wanny. Otworzyła drzwi prowadzące na balkon, by mieszkanie zbytnio nie zaparowało. Obok wanny, na stoliczku, naszykowała paczkę zapałek, papierosy Camel i książkę. Gdy wanna była pełna, rozebrała się ostrożnie i za pomocą drążków oraz schodków, nie bez trudu, weszła do gorącej wody.

– Jak na Meksykanina, nieźle sobie poradziłeś, Luis – powiedziała i zanurzyła się po szyję.

Sięgnęła po papierosa i zapaliła. Wiatr szeleścił firanką, a sikorki szczebiotały na balkonie. To była pierwsza samodzielna kąpiel od czasu zwichnięcia biodra i Caroline rozkoszowała się nią do chwili, gdy szczebiot nagle ucichł. Sięgnęła po laskę i pchnęła drzwi łazienki. Przez moment dostrzegła w ciemności zarysy mebli, nim drzwi się przymknęły.

– Cholerna krzywizna. Że jeszcze nie oszalałam w tym nierównym mieszkaniu… – warknęła i urwała, bo z zewnątrz doszedł ją jakiś dźwięk. Metaliczny, jakby ktoś przesuwał coś po balkonie.

– Ktoś tam jest? – zapytała drżącym głosem.

Na chwilę zrobiło się bardzo cicho. Żar papierosa z wolna trawił tytoń, a gdy popiół z sykiem spadł do wody, ponownie usłyszała szuranie. Złapała podpory i już chciała się podnieść, lecz uświadomiła sobie, że na balkonie tylko jeden przedmiot mógł wydawać taki odgłos – jej fotel zastawiający drabinkę przeciwpożarową. Szuranie ustało.

– Luis, to ty? Ja… Ja przepraszam, wiem, że miałam przestawić fotel – powiedziała.

W odpowiedzi usłyszała, jak stary parkiet skrzypi pod czyimś ciężarem.

– Luis, czy wszystko w porządku? Co się dzieje z balkonem?

Kolejne skrzypnięcie usłyszała tuż obok drzwi łazienki.

– Luis? Proszę, odezwij się! – Złapała laskę i, ściskając ją oburącz, poczuła, jak łzy napływają do jej oczu, a wargi zaczynają drgać.

Czuła się żałośnie – naga, z laską przygotowaną do ataku. Drzwi łazienki były wciąż uchylone. Nikt nie wchodził. Nie słyszała też, żeby ktoś przemieszczał się po mieszkaniu. Dostrzegła w szczelinie między drzwiami a framugą sylwetkę. Postać była ubrana na czarno, z głową zasłoniętą kominiarką. Poczuła, jak serce zaczyna łomotać. Obcy patrzył na nią. Nie zdołała utrzymać laski w dłoniach. Z brzdękiem metalowy słowik odbił się od kafelków, gdy laska wypadła poza wannę. Caroline zasłoniła twarz dłońmi i zaczęła histerycznie łkać.

Nie miała pojęcia, ile minęło czasu, nim doszła do siebie. Nie odważyła się odsłonić oczu. Gdy woda była już całkiem zimna, a Caroline zaczęła dygotać, zmusiła się, by spojrzeć przez palce. W szczelinie między drzwiami a framugą nie dojrzała nic prócz ciemności.

Chłód wody zmusił ją, by wyjść z wanny, wspierając się na zamontowanych przez dozorcę uchwytach. Stała chwilę na kafelkach naga i roztrzęsiona. Schyliła się po laskę i ruszyła do kuchni.

– Proszę, weź, co tylko chcesz, tylko nie rób mi krzywdy – powiedziała.

Wiatr poruszał zasłonką, nie spostrzegła żadnego innego ruchu. Podeszła do balkonu i zauważyła to, czego już była pewna – fotel i dywan zasłaniający drabinkę przeciwpożarową były odsunięte. Zamknęła pośpiesznie balkon, zarzuciła szlafrok i zapaliła światło. Rozejrzała się dokładnie. Drzwi wejściowe były zamknięte. Uznała więc, że włamywacz musiał wyjść tą samą drogą, którą dostał się do mieszkania. Zaczęła sprawdzać mieszkanie.

– Co ukradłeś, sukinsynu? – powtarzała, zaglądając w każdy kąt.

Wszystko jednak zdawało się leżeć na swoim miejscu. Biżuteria, oszczędności w pudełku po cygarach, nawet laptop na biurku. Podeszła do komputera i dotknęła ekranu.

– Jak dobrze, że mi ciebie nie zabrał – wyszeptała.

I wtedy zauważyła, że obok leży maszynopis. Na pierwszej stronie widniał napis „Nowy tekst”.

 

***

 

Następnego dnia Caroline odstawiła fotel na miejsce. Walczyła ze sobą dłuższy czas, czy zgłosić zajście na policję. Obawiała się jednak, że w jej wieku całe zdarzenie może zostać potraktowane jako wymysł pogrążonego w demencji starczego umysłu. A niczego tak się nie bała jak przytułku. Bez krewnych, ze zwichniętym biodrem i wyimaginowanymi prześladowcami prawdopodobieństwo eksmisji do Słonecznej Jesieni lub Spokojnego Seniora było całkiem duże. Ostatecznie postanowiła nie ryzykować. Zamiast tego napisała do administratora Innego Wymiaru w sprawie użytkownika Nobody. Zapaliła Camela i popatrzyła na maszynopis.

W trakcie dnia jednak zaczęła postrzegać całą sytuację w nieco jaśniejszych barwach.

– Wystarczy, że będziesz zamykać na noc balkon, stara kretynko, i masz go z głowy. Przy odrobinie szczęścia podczas kolejnej wizyty skurwiel zleci z drabinki i skręci sobie kark.

Pewna siebie, wspierając się na lasce, z papierosem w ustach sięgnęła po maszynopis i ruszyła w stronę zlewu. Położyła tekst na blacie, uchyliła drzwiczki szafki i otworzyła pojemnik na śmieci. Sięgnęła po powieść, gdy zadzwonił domofon.

Dzwonek w mieszkaniu odzywał się w dwóch przypadkach: raz w roku podczas wizyty kuriera oraz podczas pomyłek, a te zdarzały się nader rzadko. Jak zwykle zaczekała, aż wybrzmi piąty sygnał. Domofon ucichł. Znów sięgnęła po powieść, gdy dzwonek ponownie zabrzęczał.

– Co jest, do ciężkiej cholery? – warknęła.

Wyrzuciła niedopałek do zlewu i ruszyła w stronę słuchawki.

Porwała ją z widełek i krzyknęła:

– Słucham!

Nikt się nie odezwał, więc zapytała:

– Jest tam ktoś?

Odwiesiła słuchawkę i podeszła do okna wychodzącego na wejście do kamienicy. Nikt nie stał przed drzwiami. Spojrzała niepewnie na maszynopis. Wzięła głębszy oddech i ruszyła do blatu. Podniosła tekst, a gdy schylała się, by umieścić go w koszu, domofon znów się odezwał.

– Pieprz się – warknęła i wyrzuciła powieść.

Wieczorem pojawił się Denzel, by zabrać śmieci. Zapytał, jak zawsze, czy czegoś potrzebuje. Podziękowała mu, a gdy wyszedł, usiadła do komputera. Tekst, który redagowała, spodobał się i pogratulowano jej dobrze wykonanej pracy. Weszła na stronę Innego Wymiaru z nadzieją, że jest jakaś odpowiedź od administratora strony. Koperta w prawym górnym rogu ekranu podświetlała się na czerwono.

Pierwsza wiadomość była od Nobody'ego, a druga od administratora.

– Załatwię cię, śmieciu, zobaczysz – powiedziała w stronę monitora i sięgnęła po papierosa.

Najpierw wybrała wiadomość od prześladowcy.

– „Do zobaczenia” – odczytała na głos. – To się jeszcze okaże.

Otworzyła drugą wiadomość. Patrzyła chwilę w ekran. W końcu wyciągnęła zapalniczkę i odpaliła Camela.

– Jak to, nie ma użytkownika o takim nicku?

 

***

 

Obudził ją domofon. Caroline spojrzała na zegarek. Była druga w nocy.

– Dzwoń sobie, ile chcesz, draniu – powiedziała i obróciła się na bok. – W końcu ci się znudzi.

Rano od razu wyczuła, że coś jest nie tak. Uniosła się na łokciach i zobaczyła tuż obok poduszki dosunięty fotel, a na nim maszynopis.

Cały poranek Caroline spędziła na oględzinach drzwi balkonowych. Wiedziała, że Nobody chciał ją nastraszyć, a tajemnica zamkniętych drzwi prowadzących na drogę przeciwpożarową miała potęgować efekt.

– I bez tego jestem wystarczająco roztrzęsiona – wyszeptała.

Zmusiła się do zjedzenia lekkiego śniadania. Później wpadł Luis, żeby zapytać o drążki zamontowane przy wannie. Zapewniła go, że wszystko jest funkcjonalne i w najlepszym porządku.

– Widzę, że zrezygnowałaś z fotela na balkonie – zauważył Luis.

– A, tak. Faktycznie nierozsądnie jest blokować drogę przeciwpożarową.

– Widzisz, teraz jeszcze musisz rzucić palenie, a dam ci spokój.

Rozciągnęła usta w życzliwym uśmiechu, a gdy się obrócił, pokazała mu środkowy palec. Zanim jednak zatrzasnął drzwi, zawołała pośpiesznie:

– Luis?

– Tak?

– Nie zauważyłeś, czy ktoś obcy kręci się przy kamienicy?

– Nie, nikogo takiego nie widziałem. Czy coś się stało?

– Nie, ja tylko… Miałam okropny sen, że ktoś w nocy chodzi po mieszkaniu.

– Rozumiem – powiedział dozorca z troską w głosie. – To przez to, że tyle czasu spędzasz w domu. Szczerze współczuję, Caroline. Chcesz, żebym sprowadził lekarza?

– Nie! – wykrzyknęła. – To znaczy nie trzeba, dziękuję.

Dozorca przyglądał się jej chwilę z zatroskaną miną, nim wyszedł. Zamknęła drzwi i spojrzała na maszynopis.

– Dobra, wygrałeś, draniu – powiedziała.

Przeniosła powieść na biurko. Z szuflady wyciągnęła czerwoną kredkę i zaczęła czytać. Pod wieczór odłożyła tekst. Wzięła z talerza czekoladowe ciastko i oparła się na krześle. Zamierzała zrobić taką korektę, żeby Nobody nie poznał tekstu, a pisania odechciało mu się do końca życia. Teraz jednak, skubiąc ciastko po przeczytaniu ponad stu stron, musiała przyznać, że powieść nie tylko nie wymagała zbyt wielu poprawek, ale była dobra. Uświadomiła sobie, że od bardzo dawna nie czytała tak porządnego tekstu.

 

 ***

 

Caroline potrzebowała się uspokoić i spokojnie przemyśleć całą sytuację. Napuściła wody do wanny, przygotowała na stoliku paczkę Camel, zapałki oraz herbatę. Po krótkim namyśle postanowiła też otworzyć drzwi na balkon.

– Jeśli zechcesz, i tak wejdziesz, a ja nie mam zamiaru dać ci się terroryzować – powiedziała hardo.

Wyszła na chwilę, żeby sprawdzić, jak mają się sikorki. W domku zastała samiczkę wysiadującą jaja. Dała jej spokój. Ściągnęła ubranie i ruszyła do wanny.

Po jednym papierosie i gdzieś w połowie herbaty usłyszała, jak balkon zgrzyta pod ciężarem Nobody'ego. Drzwi do łazienki były uchylone – odsłaniały tylko część kuchni. Prześladowca Caroline znów zaczekał, aż się ściemni, nim ją odwiedził. Dostrzegła jego sylwetkę, gdy mijał łazienkę, a po chwili usłyszała szelest przewracanych stron maszynopisu.

– Poczęstuj się ciasteczkami – powiedziała z przekąsem.

Szelest ucichł, by po chwili Nobody znów wrócił do sprawdzania tekstu.

Caroline zapaliła papierosa i cierpliwie czekała, rozkoszując się wodą, lecz bacznie obserwując mieszkanie przez uchylone drzwi. Sylwetka znów mignęła jej przed oczami.

– I jak, zadowolony? – zapytała.

Nobody stanął. Usłyszała, jak parkiet skrzypi pod butami, gdy zbliżył się do szczeliny między drzwiami a framugą. Caroline poczuła niepokój. W duchu skarciła się za lekkomyślność. Mimo to zerknęła i dojrzała jego ciemną sylwetkę. Przyglądał się jej dłuższą chwilę. Zasłoniła piersi, choć Nobody nie mógł widzieć jej nagości. Gdy nerwy znów zaczęły puszczać, zadygotała, a usta zadrżały. Wtedy Nobody pośpiesznie ruszył w stronę balkonu.

Caroline wytarła się, włożyła szlafrok i wyszła z łazienki. Zapaliła światło i spojrzała na powieść. W miejscu, w którym skończyła poprawiać tekst, odczytała wiadomość nakreśloną czerwoną kredką:

– „Dobra robota, dziękuję”.

– Nie ma za co, zboczeńcu – powiedziała i spojrzała na okruchy pozostawione na talerzu.

 

***

 

Caroline weszła pod kołdrę i patrzyła w ciemne mieszkanie, rozmyślając o powieści, szantażu oraz o samym prześladowcy. Całe życie potrafiła dostosowywać się do sytuacji, które los rzucał jej pod nogi. Tym razem nie wiedziała, co robić, przez co czuła się jeszcze bardziej stara i bezbronna.

– Skurwiel – wyszeptała w ciemność.

Obróciła się na bok i zacisnęła w pięściach pościel, obiecując sobie, że nie będzie płakać. Na próżno. Otarła oczy o poduszkę. Najtrudniej było przyznać przed sobą, że już nigdy nie stworzy czegoś równie dobrego jak ta powieść, która przemocą wdarła się w jej życie.

Zmieniła pozycję. Leżała na plecach, wpatrzona w sufit. Sięgnęła po paczkę Camel i zapaliła papierosa. Żar świecił w mieszkaniu, a Caroline wypuszczała dym, obserwując kłęby unoszące się w stronę sufitu. Wtedy zauważyła czerwoną lampkę na szafce z naczyniami.

 

***

 

Kolejny dzień przyniósł najpierw Denzela, następnie Luisa. Obaj przyszli sprawdzić, jak się czuje.

– Jeszcze nie oszalałam, brudasy – wymamrotała, nim usiadła do powieści.

Pod wieczór skończyła redagowanie. Ułożyła tekst starannie obok laptopa i zabrała się do pieczenia czekoladowych ciastek. Wrzuciła blachę do nagrzanego piekarnika i zaczęła napuszczać wodę do wanny. Poczęstunek dla prześladowcy ustawiła obok powieści, a po namyśle dostawiła też szklankę mleka. Otworzyła drzwi balkonu, rozebrała się i ruszyła do wanny.

Tego wieczora Nobody kazał na siebie czekać dłużej niż poprzednim razem. Wypaliła trzy papierosy, nim usłyszała trzeszczące rusztowanie. Już się nie skradał, od razu ruszył przez mieszkanie w stronę biurka.

– Nie śpiesz się – powiedziała, nieco dygocząc, gdyż woda była już chłodna.

Nobody wertował powieść, a Caroline nasłuchiwała. Gdy woda zrobiła się już całkiem zimna, szelest stron ucichł. Przez krótką chwilę zdawało jej się, że słyszy dźwięk szklanki odstawianej na blat biurka.

Nobody rozpiął zamek błyskawiczny, następnie zasunął go i zrobił kilka szybkich kroków. Stanął nagle w miejscu, w którym Caroline widziała go przez uchylone drzwi. Był wysoki, ubrany w czarny dres i kominiarkę. W prawej ręce ściskał teczkę. Nobody obrócił głowę w kierunku staruszki. Caroline, do połowy wychylona z wanny, z papierosem w ustach, patrzyła w napięciu. Pisarz zgiął się wpół i złapał za brzuch, po czym postąpił dwa kroki w tył. Widziała w jego oczach pytanie. Zaciągnęła się z satysfakcją i patrzyła, jak pada na podłogę.

Caroline wyszła z łazienki i obeszła Nobody'ego szerokim łukiem. Stanęła przy biurku. Talerz i szklanka były puste.

 

***

 

Caroline przeglądała powieść, gdy Nobody zaczął się budzić. Obserwowała kątem oka, jak powieki pisarza unoszą się powoli. Bezskutecznie poruszał rękami i nogami. W końcu dotarło do niego, że jest oklejony szarą taśmą. Pierwsze słowa stłumiły zaklejone usta.

– Obudziłeś się, to dobrze. Samotna egzystencja ma swoje dobre strony, ale nieraz brakuje mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać.

Nobody szarpał się coraz bardziej. Siedział z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o kuchenną szafkę. Wyglądał trochę jak niedbale rzucony dywan. Caroline zaniepokoiła się nieco, gdy taśma coraz głośniej trzeszczała. Gdy była pewna, że wytrzyma, powiedziała:

– Nigdy nie myślałam, że kiedyś zatęsknię za rozmową z drugim człowiekiem. Zawsze obchodziłam się bez tej wątpliwej przyjemności. – Sięgnęła po papierosa. – Ale chyba się zestarzałam.

Nobody wierzgał, przechylając się niebezpiecznie, aż w końcu upadł na lewy bok. Caroline odetchnęła z ulgą.

– A może to te okoliczności tak na mnie działają? – spytała, założyła nogę na nogę i zaciągnęła się Camelem. – Bo widzisz, dobrze jest porozmawiać z kimś, kto dla odmiany jest słabszy i bardziej bezbronny niż ja.

Nobody znieruchomiał, gdy Caroline rozłożyła szeroko nogi, nie przejmując się tym, że jest zupełnie naga. Oparła łokcie na kolanach i wbiła wzrok w niebieskie oczy.

– Starość jest przykra. Trzeba o wszystko prosić, człowiek stale potrzebuje pomocy. To strasznie upokarzające. I te myśli: „Ile jeszcze zostało mi czasu?” Na zrobienie tego czy tamtego.

Choć Nobody wciąż miał na twarzy kominiarkę, Caroline wyraźnie widziała ból w jego oczach.

– A tak, to leki przeciwbólowe przestają działać. Te same, które przyswoiłeś wraz z ciastkami i mlekiem. Było ich bardzo dużo. Trochę się bałam, że twoje serce może nie wytrzymać takiej ilości. – Zgasiła papierosa.

Tłumione przez taśmę słowa zaczęły się zmieniać. Caroline wiedziała, że to krzyk bólu.

– Ależ miło jest popatrzeć na ciebie, takiego bezradnego, słabego. To daje sporą satysfakcję, a tej rzadko ostatnio doświadczam. – Wstała, wspierając się na lasce ze srebrnym słowikiem, i ruszyła w stronę pisarza.

Nobody dostrzegł swoją lewą dłoń i brakujący kciuk, po czym zawył rozpaczliwie przez taśmę. Caroline stanęła przy kuchennym blacie i podniosła telefon.

– Potrzebowałam sprawdzić kilka rzeczy na tym ustrojstwie. Okazuje się, że blokada ekranu jest zabezpieczona odciskiem kciuka. Musisz mi to wybaczyć, ale jestem za stara, by co chwilę schylać się i przykładać ci telefon do dłoni. – Podniosła odcięty palec i odblokowała ekran. – Tak jest znacznie łatwiej.

Nobody zamknął oczy. Po chwili ciałem wstrząsnęły drgawki. Caroline patrzyła na niego chwilę. Zastanawiała się, czy aby nie dostał torsji. Gdy zorientowała się, że płacze bezgłośnie, wróciła do przeglądania telefonu.

– O, mam – powiedziała zadowolona. – Dostęp do twojego dysku i do poczty. Znalazłam też kilka stron, na których się udzielasz. Bardzo mnie cieszy, że nie dzieliłeś się z nikim powieścią. W ogóle muszę przyznać, że jesteś dość tajemniczy. To nas łączy.

Nobody otworzył oczy i spojrzał pytająco na Caroline.

– Tak, ty, mój podglądaczu, znalazłam twój tekst na dysku i usunęłam go wraz z notatkami. Dobrze wiedzieć, że podziwiasz mnie i moją jedyną publikację. Jestem z niej dumna. Jednak nie myślałeś chyba, że dam się bezkarnie podglądać i straszyć jakiemuś gówniarzowi.

Nobody bezskutecznie starał się coś wytłumaczyć.

– Widzisz, pochlebia mi, że poświęciłeś powieść mojej osobie, bo nie da się ukryć, że twoja Gołębica to ja. Ale to oznacza, że musiałeś mnie obserwować przez dłuższy czas. Nie tylko śledzić w internecie, ale także w domu. – Caroline podeszła do Nobody'ego, który odruchowo spuścił wzrok.

Chwilę szukała czegoś w telefonie, w końcu nachyliła się nad nim i pokazała ekran.

– Nie wstydź się. Nieraz mnie widziałeś nagą i chyba wtedy ci to nie przeszkadzało. A teraz zachowujesz się niekonsekwentnie. Chyba że podglądanie starszych kobiet jest dla ciebie satysfakcjonujące tylko przez ekran telefonu lub szparę w drzwiach.

Nobody z coraz większym przerażeniem patrzył na siebie i Caroline na ekranie telefonu.

– Znalazłam wszystkie kamery i nagrania na dysku. – Podniosła się, z wysiłkiem pomagając sobie laską. – Ale do rzeczy. Nie mogę ci darować tych dni w strachu, gdy zamieniłeś moje mieszkanie w więzienie, a życie w koszmar. Nigdy nikt mnie tak nie upokorzył jak ty. Nigdy przez nikogo nie czułam się tak bezbronna i nic nieznacząca. Nawet gdy los skazał mnie na czarnucha i Meksykanina. – Caroline podeszła do blatu. – Więc postanowiłam, że jako zadośćuczynienie wezmę twoją powieść.

Nobody znów wierzgnął na podłodze niczym wyrzucona na brzeg ryba, bezskutecznie starając się uwolnić.

– To naprawdę świetna powieść, a że opisuje moje życie, będzie wyglądało wiarygodnie, kiedy to ja się pod nią podpiszę. – Caroline podeszła do Nobody'ego. – Zmiany, które wprowadzę, powinny nadać powieści mojego klimatu, a czytelnikom namiastkę dawnej mnie sprzed lat.

Nachyliła się nad Nobodym. Lewą ręką złapała go pod brodę i uniosła mu głowę.

Zobaczył w jej dłoni pełną strzykawkę z długą igłą.

– A to – wyjaśniła – jest spora dawka leków przeciwbólowych i uspokajających, rozpuszczonych w wodzie. Mój poczęstunek dla ciebie za Gołębicę.

Nobody szarpnął się. Caroline przewróciła go na plecy. Usiadła mu okrakiem na piersi, udami objęła ramiona. Lewą ręką ponownie złapała go za brodę, by unieruchomić kręcącego głową Nobody'ego.

– Wiesz, że kocham ptaki. Sam to opisałeś w powieści, ale musisz też wiedzieć, że nienawidzę gołębi. Brzydzę się nimi zupełnie tak, jak ludźmi, którymi musiałam się otaczać, a ty, gnojku, skazałeś mnie na życie wśród tych obesranych gruchaczy. Chciałeś to opublikować. Tego ci nie daruję i możesz być pewien, że Pani Sowa nie skończy wśród szarych piór i gołębiego łajna. Przepiszę zakończenie.

Zobaczyła w oczach Nobody'ego przerażenie, dzikie, zwierzęce, jak u gołębia, któremu niegdyś przetrąciła skrzydło. Siedziała w fotelu i obserwowała szkodnika, jak męczył się na balkonie. Spoglądała w jego ślepia – bezbronne, słabe, przestraszone, takie jak oczy Nobody'ego.

– Na koniec ostatnia rada: trzeba dbać o zęby. Ja, mimo sędziwego wieku, mam wszystkie własne i z takim kompletem zamierzam odejść na tamten świat. A ty masz braki. – Zmacała palcem wskazującym policzek pisarza i odnalazła miejsca po brakującej piątce i szóstce.

Caroline podnosiła się i opadała na jego piersi, gdy Nobody wierzgał, uśmiechnięta niczym nastolatka na mechanicznym byku. Nie patrzył na igłę zbliżającą się do policzka, lecz na pisarkę – nagą, pomarszczoną, z fałdami skóry zwisającymi z chudych rąk i piersiami leżącymi na żebrach widocznych pod cienką niczym papier skórą. A ona patrzyła na niego z wyszczerzonymi zębami przez białe kosmyki włosów zwisające z łysiejącej już głowy. Oboje usłyszeli, jak ostra końcówka igły przebija taśmę, a następnie policzek. Caroline wcisnęła tłok i gorzka mieszanka leków z wodą wypełniła usta Nobody'ego.

– Śpij spokojnie, mój najwierniejszy fanie – powiedziała.

 

***

 

Caroline, zdyszana, opadła na fotel. W prawej dłoni trzymała rączkę trójkołowego wózka schodowego, którego niegdyś używała do wnoszenia zakupów na dziesiąte piętro kamienicy.

– Przydałeś się, stary towarzyszu sklepowych wojaży – wyszeptała.

Sięgnęła po telefon i wybrała numer alarmowy. Gdy odezwała się dyżurna, Caroline powiedziała:

– Dobry wieczór. Stało się coś strasznego. Chyba ktoś skoczył z dachu kamienicy, w której mieszkam.

 

***

 

Było trochę zamieszania w związku z młodym człowiekiem, który wybrał do popełnienia samobójstwa akurat dach kamienicy Caroline. Nieco później dowiedziała się od Denzela, że chłopak był kompletnie naćpany. Całe zajście miało też przykre konsekwencje dla Luisa, który został zwolniony za to, że nie dopilnował, by droga na dach była odpowiednio zabezpieczona. Caroline na jakiś czas musiała zlikwidować balkon, pozostawiając jedynie karmnik i domek dla sikorek. Ale było warto – za jednym zamachem pozbyła się z życia Nobody'ego i Meksykanina.

 

***

 

– Caroline, nie wiem, jak to zrobiłaś, ale to jest po prostu niesamowite. „Pani Sowa” będzie lepsza od twojej pierwszej powieści. Gwarantuję ci to, a redakcja zadba o reklamę. Znowu będziesz na pierwszych stronach gazet.

– No cóż, cieszę się, że na stare lata udało mi się jeszcze coś osiągnąć – powiedziała Caroline, dopalając Camela.

– To będzie bestseller. Jesteśmy w kontakcie. Muszę kończyć, bo dobijają się do mnie na drugą linię. Jesteś wspaniała, Caroline. Zadzwonię później.

Rozłączyła się, odłożyła telefon na biurko i odsunęła szufladę. Wyciągnęła z niej czarną kominiarkę. Włożyła do środka dłoń i patrzyła, jak przez otwory na oczy i usta wlatuje papierosowy dym.

– Dziękuję, to też twój sukces, Nobody – powiedziała.

Usłyszała gruchanie. Powoli obróciła głowę w stronę kuchni. Szary gołąb siedział na blacie i przyglądał się jej.

– Ty… ty mały szczurze – wysyczała przez zaciśnięte zęby.

Wsparła się na lasce i ruszyła w stronę ptaka. Gołąb obserwował ją bez większego zainteresowania.

– To będzie ostatnie mieszkanie, do którego wtargnąłeś – powiedziała, zbliżając się z uniesioną nad głowę laską.

Nim jednak metalowy słowik runął na gołębia, ten przefrunął na zlew. Mijając drzwi na balkon, Caroline usłyszała na zewnątrz trzepot skrzydeł. Wyjrzała. Zobaczyła, że balustradę w całości obsiadły gołębie. Kłębiły się na podłodze i barierkach, a jeden siedział na domku dla sikorek. Ptaki gruchały, trzepotały skrzydłami i srały. Caroline czuła, jak zalewa ją fala wściekłości. Ruszyła z uniesioną laską przez uchylone drzwi. Wypadła na balkon i zamarła, bo żaden z ptaków nie odfrunął. Patrzyły na nią tępo, kręcąc łbami.

– To ty? – wyszeptała Caroline.

Wtedy gołębie rzuciły się na nią. Obsiadły ją, wbijając pazury w sukienkę, drapiąc i dziobiąc. Caroline na oślep zamachała srebrnym słowikiem, gdy jeden z ptaków wplótł się we włosy, bijąc skrzydłami o twarz. Poczuła, jak ktoś wpycha jej w ręce plik papierów. Upuściła laskę, a gdy srebrny słowik uderzył o podłogę, poczuła mocne szarpnięcie. Zatoczyła się i wpadła plecami na barierkę, która z trzaskiem pękła. Ptaki w tej samej chwili odleciały. Nim runęła, przez ułamek sekundy dostrzegła mężczyznę w kominiarce.

Caroline uderzyła o bruk. Stara platforma przeciwpożarowa zatrzeszczała, a konstrukcja rozleciała się z hukiem, zasypując plac między starymi kamienicami.

 

***

 

Jako pierwszy na zewnątrz wybiegł Denzel. W stercie stali walającej się po placu nie od razu dostrzegł Caroline, leżącą wśród szarych piór i gołębich odchodów. Podszedł do niej, odgarnął kilka prętów i zobaczył, że starsza pani ściska w rękach maszynopis podpisany „Nowy tekst”. Pod tytułem czerwoną kredką ktoś nabazgrał drukowanymi literami: NOBODY.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)

Tytuł jest mi oczywiście znany, a jakże. :)

Zatrzymały mnie następujące fragmenty (wszelkie sugestie i wątpliwości odnośnie technikaliów są wyłącznie do przemyślenia):

– Cieszę się, że jesteś ostrożna. Ale zapewniam, że większości włamywaczy na pewno nie chciałoby się wdrapywać na dziesiąte piętro. – powtórzenie?

– Szczerze mówiąc – zaczął Denzel, wchodząc do mieszkania – niewielu lokatorów zdaje sobie sprawę, że na ostatnim piętrze kamienicy jest w ogóle jakieś mieszkanie.

– I bardzo dobrze, cenię sobie prywatność. – i tu?

I tak nie mogłabym z niej skorzystać.

– Ale ktoś mógłby się wspiąć i bezpiecznie cię znieść – zauważył Denzel. – i tu?

W moim wieku niestraszny mi już pożar, terroryści i inne kataklizmy. Za to brakuje mi przestrzeni. – i tutaj też?

Jakkolwiek kiepskie były te prace, pozwalały jej zapomnieć o zrujnowanym zdrowiu i zbliżającym się końcu życia. Kończyła parzyć herbatę. – i tu?

„Czytałem Pani książkę i uważam, że jest niezła, choć z pewnością nie tak dobra jak tekst, który załączyłem. Jestem pewien, że osoba tak obeznana z literaturą jak Pani doceni wyjątkowość mojego tekstu i z przyjemnością go zredaguje. – i tutaj?

Truchło ptaka spadło na balkon. Caroline pchnęła je końcówką laski i przez szczeble balustrady obserwowała, jak spada na plac między kamienicami. – i tu?

Papierosy przywoził jej kurier raz w roku, ale uznała, że nie musi o tym mówić dozorcy, tym bardziej że nie miała nic przeciwko temu, by napuścić Luisa na sąsiada. – i tu?

Proszę wypróbować wannę, a jeśli coś będzie trzeba poprawić, to się załatwi.

– Na pewno wszystko będzie w porządku. – Uśmiechnęła się do niego i poklepała go po ramieniu.

Będę leciał pod czwórkę, coś tam cieknie z rury w łazience. – i tu także?

Uznała więc, że włamywacz musiał wyjść tą samą drogą, którą dostał się do mieszkania. Zaczęła sprawdzać mieszkanie. – i tu?

Przyglądał się jej dłuższą chwilę. Zasłoniła piersi, choć Nobody nie mógł widzieć jej nagości. – i tutaj?

Caroline zaniepokoiła się nieco, gdy taśma coraz głośniej trzeszczała. Gdy była pewna, że wytrzyma, powiedziała: (…) – i tu też?

– To naprawdę świetna powieść, a że opisuje moje życie, będzie wyglądało wiarygodnie, kiedy to ja się pod nią podpiszę. – Caroline podeszła do Nobody'ego. – Zmiany, które wprowadzę, powinny nadać powieści mojego klimatu, a czytelnikom namiastkę dawnej mnie sprzed lat. – i tu?

Caroline przewróciła go na plecy. Usiadła mu okrakiem na piersi, udami objęła ramiona. Lewą ręką ponownie złapała go za brodę, by unieruchomić kręcącego głową Nobody'ego. – a także tutaj?

Nie patrzył na igłę zbliżającą się do policzka, lecz na pisarkę – nagą, pomarszczoną, z fałdami skóry zwisającymi z chudych rąk i piersiami leżącymi na żebrach widocznych pod cienką niczym papier skórą. A ona patrzyła na niego z wyszczerzonymi zębami przez białe kosmyki włosów zwisające z łysiejącej już głowy. – i tu?

Chyba ktoś skoczył z dachu kamienicy, w której mieszkam. Było trochę zamieszania w związku z młodym człowiekiem, który wybrał do popełnienia samobójstwa akurat dach kamienicy Caroline. – i tu?

Poczuła, jak ktoś wpycha jej w ręce plik papierów. Upuściła laskę, a gdy srebrny słowik uderzył o podłogę, poczuła mocne szarpnięcie. – i tu?

 

– A pracownicy administracji? – Nie dawał za wygraną. – Chyba nie powiesz mi, że przechodzą przez twoje mieszkanie, żeby dostać się na dach. – mam wątpliwość, czy to nie gardłowe (?)

Była dumna, że wywalczyła ten niewielki skrawek przestrzeni na zewnątrz i jak go zagospodarowała. – mocno zgrzyta mi konstrukcja tego zdania (?)

– Kości mu nie policzę, bo kto by pani zakupy przynosił? – Luis rozejrzał się i zagwizdał z podziwem. – Ładnie urządziłaś balkon. Co to za kwiatki? – to nagłe spoufalenie jest dziwne i nieco sztuczne

 

Niejednolicie piszesz o „paczce papierosów” przy odmianie wyrazu „Camel” – czemu?:

Wyciągnęła paczkę Cameli bez filtra i zapaliła.

Napuściła wody do wanny, przygotowała na stoliku paczkę Camel, zapałki oraz herbatę.

Sięgnęła po paczkę Camel i zapaliła papierosa.

 

 

Poza tym jest sporo stojących w sąsiednich zdaniach wyrażeń typu ”(od)powiedział/a”, tworzących dodatkowe powtórzenia, czyli błędy stylistyczne (w całym opowiadaniu jest ich ponad 30).

 

Miło znowu wrócić do znanego tekstu i przypomnieć go sobie. :) Bardzo dobry pomysł na horror. :)

O ile kojarzę, klikałam już na niego poprzednio. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Hej, 

 

Dzięki Bruce za odwiedziny. Doceniam łapankę, jednak zwrócić uwagę, że większość powtórzeń jest w dialogach. Niestety przy rozmowie postaci trzeba wybrać między naturalnością, a powtórzeniami. W takim przypadku wybieram to drugie, by dialogi nie brzmiały sztucznie.

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Jasne, jasne, to zawsze tylko sugestie. :) 

Pozdrawiam i również dziękuję. :) 

Pecunia non olet

Ale Camele muszę poprawić:D

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

laugh

Pecunia non olet

Zdaje mi się, że już czytałam poprzednią wersję. To na konkurs słowiczo-skowronkowy było, zgadza się?

Babska logika rządzi!

Hej Finkala :)

A nie, bez konkursu… o ile dobrze pamiętam :D. Miło mi, że wpadłaś :).

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Jak bez konkursu, to mogłam nie czytać…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka