- Opowiadanie: Borowik - Dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt sześć

Dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt sześć

Witam wszystkich bardzo serdecznie :)

 

Przedstawiam wam moje nowe dzieło i z góry przepraszam za ewentualne błędy. Mam wrażenie, że mogłem odrobinę poszaleć z przecinkami ^^

Oceny

Dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt sześć

– Kurwa… ja to mam pecha – przeklęła Nieba i dysząc niczym pies, z całych sił, jakie jej pozostały, ruszyła w stronę stromego urwiska. Była teraz, dosłownie, w czarnej dupie. Przed nią, a dokładniej jakieś trzydzieści metrów niżej znajdowało się morze, z przeciwnej strony zaś biegł, liczący kilkudziesięciu mężczyzn, oddział. Szansa na ucieczkę praktycznie nie istniała, ale mimo to czarnowłosa nie zamierzała się poddać. Domyślała się, że goniący ją wojownicy, nie mają przyjaznych zamiarów.

– “Co to za gnoje?” – pomyślała, oglądając się za siebie.

Była już zmęczona tym ciągłym sprintem. Kropelki potu powolutku spływały jej po czole, a drżące cały czas mięśnie, zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Wiedziała, że dłużej już nie wytrzyma, ale… jaki miała wybór? Napastników było zbyt wielu. Dodatkowo nigdy wcześniej ich nie spotkała i nie wiedziała, jakim orężem albo, co gorsza, jaką magią dysponują. Ubrani w dziwne, białe pancerze, z połyskującymi tarczami wielkości dorosłej sarny oraz jakimiś tajemniczymi, migającymi światełkami na hełmach byli wyjątkowo natarczywi. Najgorsze jednak, że pojawili się dosłownie znikąd… tak po prostu i z niewiadomych przyczyn ruszyli w stronę spokojnie spacerującej kobiety, która niewiele myśląc, zaczęła spieprzać ile sił w nogach. Początkowo miała nawet nadzieję, że zdoła ich zgubić w rosnącym nieopodal, gęstym lesie, lecz teraz, na otwartej przestrzeni, konfrontacja była chyba nieunikniona. Czując, że jest już u kresu sił, Nieba zaczęła zwalniać, aż w końcu całkowicie się zatrzymała. Mężczyźni natomiast, w jednej chwili ją otoczyli, zachowując jednocześnie kilkumetrowy odstęp. Co prawda, również mieli za sobą dobry kilometr, lecz nie wyglądali na zmęczonych. Niektórzy się nawet uśmiechali.

– Dobra… – wysapała kobieta. – Złapaliście mnie… ale zróbcie jeszcze, choćby jeden krok w moją stronę to pożałujecie, nie żartuję!

Niestety jej słowa, choć groźne, nie wywołały zamierzonej reakcji.

– Ktoś wie, co ona powiedziała? – zapytał jeden z białych żołnierzy, słysząc niezrozumiały bełkot.

– Nie – odparł stojący obok towarzysz. – Ale i tak mam to w dupie. Rozkaz brzmiał „złapać i przyprowadzić”, więc bierzmy się do roboty i miejmy to za sobą.  

Po tych słowach mężczyzna, zasłaniając się tarczą, powoli ruszył w stronę młodej kobiety. Nieba widząc, że nieznajomi nie posłuchali jej ostrzeżenia, albo najprawdopodobniej go nie zrozumieli, przybrała postawę obronną. Co prawda, najpotężniejszą czarodziejką nie była, ale i tak znała kilka pomocnych sztuczek, używanych przeważnie na śmierdzących ochlajtusów z oberży.

– “Chyba pora je wykorzystać” – pomyślała a w momencie, gdy żołnierz zbliżył się wystarczająco blisko, szybkim ruchem wykonała pieczęć i czując w dłoni pulsujące ciepło, rzuciła w niego małą kulą ognia. Czar błyskawicznie uderzył w tarczę najbliższego żołnierza, po czym… zniknął, zostawiając po sobie jedynie ciemne plamki.

– Nawet go nie sparzyło… – Kobiecie w jednej chwili zrzedła mina. Wiedziała, że nie jest zbyt dobra, jeśli chodzi o czarowanie, zresztą często się jej to wypominało, ale teraz to już całkowicie straciła wiarę w siebie. Co więcej, zamiast przestraszyć natrętów, jeszcze bardziej ich nakręciła.

– To… wiedźma! – wykrzyknął po chwili jeden z żołnierzy.

– Trzeba ją szybko obezwładnić – dodał inny i nie czekając na kompanów, zostawił tarczę na ziemi, po czym doskoczył do Nieby. Oczywiście kobieta nie zamierzała mu ułatwiać zadania, lecz mimo starań, jej chaotyczne ciosy i kopnięcia zdały się na nic w obliczu silnych ramion mężczyzny, który już po chwili całkowicie ją unieruchomił.

– Puszczaj bydlaku! – darła się Nieba, szamotając się jednocześnie na wszystkie strony. Jej krzyki, w jednej chwili, rozniosły się po całej polanie i były tak donośne, że zdołały dojść do uszu, stojących na wzniesieniu, dowódców.

Było ich czterech. Jeden stary, ubrany w dość oryginalny, biały kombinezon oraz trzech młodych podoficerów. Bezpieczni i otoczeni ze wszystkich stron przez strzelców, z widoczną ekscytacją podziwiali to, co działo się kilkaset metrów dalej.

– Mamy ją – rzekł siwobrody doktor, po czym delikatnie skrzywił usta na znak podniecenia. Nie powiedział tego głośno, ale widok Nieby bezsilnie walczącej z oddziałem zwiadowczym, sprawiał mu wielką radość. Dawno już nie czuł takiej… adrenaliny.

– Bierzemy ją na główny statek? – zapytał jeden ze stojących obok podoficerów.

– Nie. Najpierw musimy ją przesłuchać, panie… – doktorek zerknął w stronę znaczków na mundurze, informujących o stopniu wojskowego – sierżancie.

– Rozumiem.

– Niech pan lepiej przekaże nasze współrzędne pilotowi. Będziemy potrzebować też kilku medyków. Trzeba ją zbadać i sprawdzić, czy nie ma jakichś wszy albo gorszego robactwa.

– Tak jest – odparł lakonicznie podwładny, lecz nim ruszył w stronę radia, by przekazać rozkazy, zapytał jeszcze. – A co z ochroną… w końcu to wiedźma…

– Nie będzie potrzebna – odpowiedział szybko doktor i wyciągając z kieszeni mały czujnik, dodał. – Moc tej kobiety, według licznika, jest szacowana na czternaście punktów, więc – starzec delikatnie się uśmiechnął – mogłaby nam, co najwyżej, podgrzać zupę tymi swoimi czarami.

Słysząc słowa dowódcy, wszyscy obecni zaczęli szczerzyć zęby. Dobrze wiedzieli, że słabi mieszkańcy, zazwyczaj są oznaką łatwej do zdobycia planety. Wcześniej, w innych rejonach galaktyki, musieli się mierzyć z osobnikami dysponującymi technologiami na poziomie sześćdziesięciu lub nawet siedemdziesięciu punktów, lecz i tak bez problemu dawali im radę. Oczywiście jedna kobieta nie mogła odzwierciedlać potencjału wszystkich ludzi, lecz i tak stanowiła doskonały symbol tego, że nie będzie większego problemu z zasiedleniem, nowo odkrytej przez federację, planety.

Doktor Frits już zaczynał sobie wyobrażać, jakiż to zaszczytów dostąpi po zakończeniu kolonizacji, w końcu to on był głównym dowódcą jednostek zwiadowczo-rozpoznawczych, które odkryły to piękne miejsce. Miał już, rzecz jasna, kilka orderów i odznaczeń honorowych, lecz i tak marzyły mu się nowe, jeszcze bardziej błyszczące.

– Może dostanę medal kolonizatora… – zastanawiał się w myślach, lecz nim zdążył się całkowicie ponieść wyobraźni, dookoła rozległ się donośny, wręcz ogłuszający huk, na którego dźwięk niemalże nim wstrząsnęło… zresztą nie tylko nim.

– Co to było? – zapytał jeden z podoficerów, dotykając jednocześnie uszu, gdy nagle na niebie ukazały się dwie, nieznajome postacie, a dokładniej mężczyźni. Wylecieli spomiędzy chmur, po czym dosłownie, niczym istne gromy, runęli na oddział zwiadowczy, transportujący unieruchomioną Niebę. Ubrani na biało żołnierze nawet nie zdążyli zareagować, gdy potężna fala wiatru, wywołana lądowaniem nieznajomych, zwaliła ich z nóg i odepchnęła na dobre kilka metrów. Nowo przybyli natomiast, czując już pod stopami twardy grunt, ze spokojem zaczęli analizować całą sytuację.

– Oj, panowie. Tak sobie żony nie znajdziecie – powiedział nagle, odziany w stalową kolczugę oraz skórzaną kamizelkę mężczyzna, spoglądając jednocześnie, jak jego towarzysz pomaga, oswobodzonej już, Niebie wstać.

– Mistrz Rosso… – sapnęła kobieta, widząc przed sobą, ubranego na czerwono, przyjaciela i nawet się uśmiechnęła, dostrzegając obok drugiego – Mistrz Thyn…

– Spokojnie, Nieba. Już jesteśmy – odparł troskliwie Rosso, lecz już po chwili jego wzrok powędrował na otaczających ich obcych.

Zwiadowcy, chociaż byli odrobinę zdezorientowani obecną sytuacją, niemalże natychmiast podnieśli się na nogi i otoczyli nowo przybyłych. Z jednej strony wiedzieli, że muszą wykonać zadanie, lecz z drugiej… widok dwóch potężnych wojowników odebrał im pewność siebie. Stali teraz, zasłaniając się tarczami i czekali na rozkazy swoich zwierzchników.

 

 

 

– Co to za jedni? – Zdziwił się sierżant, lecz zamiast jakiejkolwiek odpowiedzi czy też wyjaśnienia, usłyszał prosty rozkaz od przełożonego.

– Każ zwiadowcom się wycofać.

– Wycofać? Ale jak to…

– Rób, co mówię – przerwał mu doktor i, z widocznym niepokojem, spojrzał na swoją pikającą zabawkę. – Licznik mocy wskazał właśnie ponad pięćdziesiąt punktów… ci dwaj mogą być niebezpieczni, a ja nie zamierzam tracić ludzi. Musimy ich szybko unieszkodliwić… z daleka.

 

 

 

– No dalej, na co czekacie? – prowokował Thyn i zerkając w stronę swoich towarzyszy, dodał. – Na kobietę to się rzucali, ale jak przyszło się zmierzyć z silniejszymi, to im jaja odpadły…

– Po pierwsze, to oni cię nie rozumieją – stwierdził rzeczowo Rosso i widząc, że nieznajomi zaczynają się nagle wycofywać, powoli wstał z kolan. – A po drugie, to chyba coś knują.

– Tak… na pewno – Thyn zaczął szczerzyć zęby. – Takie tchórze to potrafią tylko…

Niestety ostatniego zdania mężczyzna nie dokończył. W tym samym momencie, dosłownie dwa centymetry obok jego głowy przeleciał dziwnie wyglądający pocisk.

– Skurwiele! – wykrzyknął Thyn a widząc, że w ich stronę leci cała salwa, szybkim ruchem wykonał pieczęć i dotknął dłonią podłoża. Ziemia, w jednej chwili, wyskoczyła do góry, tworząc jednocześnie masywny, kilkometrowy wał.

 

 

 

– Przeklęci czarnoksiężnicy! Czy tutaj wszyscy ludzie posługują się magią? – Doktor omal nie zemdlał na widok potężnej, ziemnej zapory. – Ognia! Zmienić pociski z ogłuszających na ostre. Mam już dość tej zabawy!

 

Strzelcy, słysząc rozkazy, przestawili swoje karabiny i już po chwili w powietrzu zaroiło się od małych, połyskujących oraz jednocześnie zabójczych wiązek energii, które jedna po drugiej waliły w ziemisty mur, powoli go uszkadzając.

 

 

 

– Strzelają do nas, jaką dziwną magią – rzekł Thyn.

– Oni cali są dziwni – odparła prosto Nieba.

– Dlaczego cię gonili? – zapytał nagle Rosso.

– Nie wiem… Nigdy wcześniej ich nie widziałam. Przysięgam!

– Spokojnie. My też ich nie znamy – rzekł Rosso i dostrzegając, jak pociski wypalają w ziemi kilkucentymetrowe dziury, dodał. – Chyba nie mają przyjaznych zamiarów. Ich magia… może zabijać i to wyjątkowo szybko.

– Chcesz się nimi zająć? – zapytał Thyn, słysząc słowa przyjaciela.

– Muszę… – odparł sucho Rosso, po czym wyskoczył na ziemisty wał.

Biali strzelcy, widząc go, zaczęli dosłownie napieprzać ze swoich karabinów, lecz mimo chęci… wszyscy chybiali. Doktor oraz jego towarzysze ze zdumieniem przecierali oczy i niestety za późno zrozumieli, że ubrany na czerwono człowiek, nie jest zwykłym czarnoksiężnikiem, z jakimi mieli wcześniej styczność.

– Przepraszam was, ale… nie lubimy obcych – rzekł po cichu Rosso i wykonawszy specjalną pieczęć, rzucił na ziemię coś, co przypominało płonącą wstęgę. Początkowo czar nie wydawał się różnić od tego, rzuconego wcześniej przez Niebę, lecz już po chwili… eksplodował. Doktor, podoficerowie oraz wszyscy żołnierze, nawet nie spostrzegli, gdy ogień rozprzestrzenił się po całej okolicy, wchłaniając i przerabiając na pył wszystko, co było w jego zasięgu…

 

 

 

Oddziały poszukiwawcze znalazły grupę zwiadowczą (a raczej to, co z niej zostało) kilka godzin później, dokładnie tam, gdzie urwał się sygnał. Specjalnie wyszkoleni ratownicy, powoli przeszukiwali teraz spopieloną polanę, na której znajdowało się kilkadziesiąt ludzkich szkieletów, tonących w oceanie prochu i szczątków. Nic nie zdołało przetrwać. Nawet mrówki i inne insekty spłonęły w tym, jakże dziwnym pożarze.

– Co tu się stało? – zastanawiał się jeden ze służbistów, spoglądając na kilka hektarów, strawionej przez pożogę, ziemi. Wcześniej nigdy nie spotkał się z podobną sytuacją. Odrobinę zdezorientowany szukał teraz odpowiedzi na swoje pytanie, gdy nagle dostrzegł za wzgórzem, wyjątkowo dobrze zachowane ciało. Widocznie małe wzniesienie zdołało osłonić, znajdujący się za nim, niewielki obszar. Tylko tutaj, na tym kilkumetrowym odcinku, trawa, zachowała zielony odcień. Mężczyzna, nie zastanawiając się długo, podszedł bliżej i już po chwili ujrzał przed sobą zwłoki doktora Fritsa.

– Nawet pan dowódca… – szepnął z żalem ratownik, oglądając zwęglone członki przełożonego. Co prawda, nie za bardzo za nim przepadał, lecz w obecnej sytuacji, było mu go odrobinę żal. Spalenie żywcem to coś, czego nie życzyłby nawet najgorszemu wrogowi. Powoli zbliżył się do ciała. Wyglądało teraz żałośnie. Prawdę mówiąc, mężczyźnie aż odechciewało się na nie patrzyć, gdy nagle… usłyszał cichy jęk, który mógłby niejednemu zmrozić krew w żyłach.  

– Niemożliwe… – Ratownik niemalże natychmiast przykucnął przy doktorze i widząc, że jest właśnie świadkiem cudu, zaczął się drzeć w stronę swoich kompanów, którzy w jednej chwili przylecieli, aby pomóc. Zajęci udzielaniem pierwszej pomocy i podłączaniem ciała do specjalnych urządzeń medycznych, stali się całkowicie obojętni na wszystko inne. Nie obchodziły ich nadlatujące statki ani pytania przybyłych przed chwilą oficerów, na temat stanu zdrowia dowódcy. Mieli teraz jedno zadanie… uratować człowieka. Zdeterminowani i skupieni na swojej robocie, nawet nie spostrzegli, leżącego nieopodal małego, drgającego czujnika. Odrobinę przypalony wskazywał wykryty wcześniej, najwyższy poziom mocy, liczącej sobie… równe dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt sześć punktów…

Koniec

Komentarze

Początek mnie nie kupił– głównie dlatego że ciężko było mi sobie wyobrazić co się dzieje (najpierw jakieś tarcze, potem kombinezony?) niemniej po jakimś czasie wszystko stało się jasne.

Poziom opisów wydaje się dziwnie “skakać”, przez większość czasu są naprawdę dobre, niemniej w niektórych fragmentach wydaję się że stwierdziłeś “dobra, jedno zdanie opisu starczy”.

Niemniej klimat oraz zakończenie, które pomimo tytułu naprawdę mnie zaskoczyło, kradną wszystko. W mojej opinii– świetne opowiadanie.

Kar’ador dzięki śliczne za komentarz :)

 

Co do opisów to masz rację, bo mogłem się bardziej postarać, ale cóż… jestem leniem :(

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

No witaj, Borowiku. Na przecinkach się specjalnie nie znam, ale nawet ja zauważyłam, że rzeczywiście trochę zbyt szczodrze obdarzyłeś nimi niektóre zdania. W dodatku parę razy źle odmieniłeś czasownik, albo w ogóle użyłeś złego czasownika (ogień się rozprzestrzenia, a nie rozpowszechnia). Do tego kilka razy w krótkim tekście użyłeś określenia “ziemisty mur”, które wcale nie jest aż tak ładne, żeby je kilka razy powtarzać. Ja jednak widzę w tym tekście poważniejsze usterki (oczywiście podług mojego gustu). Mam trzy główne zarzuty:

1) przekleństwa w narracji. O ile jestem skłonna strawić przeklinanie w dialogach (choć i tam ich nie lubię, a tutaj w ogóle opowieść się od przeklinania zaczyna), to narrator nie powinien (w moim odczuciu) kląć ani używać innych zwrotów zupełnie kolokwialnych, roli narratora zupełnie (nadal moim zdaniem) niegodnych.

2) motyw damy w opałach. Naprawdę nie lubię opowieści, które zasadzają się na tym, że biedna, słabiutka niewiasta musi być uratowana przez jakże potężnych mężczyzn. To już było i niech nie wraca więcej. 

3) przypakowani ponad miarę czarodzieje. Nie lubię światów, w których moc bohaterów jest przepotężna i powalająca całą armię wrogów. Przegięcie kojarzące się z Dragon Ballem. Jestem na nie z takimi zagrywkami, zwłaszcza, że nic nie wspominasz o obciążeniu, jakie taka moc może wywierać na czarodzieju. Poza tym, ten koleś to jakiś psychopata chyba, nic nie próbował nawiązać dialogu, tylko zmiótł z powierzchni ziemi całą armię WYCOFUJĄCYCH SIĘ ludzi, o których nic nie wiedział? Klasyczny przykład najpierw strzelaj, a potem pytaj? Gdyby miał trochę oleju w głowie zabiłby kilku dla przestrogi, a z resztą próbowałby się dogadać? Ale może to tylko ja. 

Pomijam kwestię motywu deus ex machina, gdzie przepotężni czarownicy zjawiają się kompletnie znikąd i robią rozpierduchę. 

Generalnie tekst, niestety, niespecjalnie mi się podobał, ale nie przejmuj się :) Jestem pewna, że znajdą się i tacy, którym przypadnie do gustu. Trzymam kciuki za kolejne Twoje dzieła! Pracuj dalej, a na pewno dorobisz się wspaniałych opowiadań :D 

rosebelle dziękuję, że przeczytałaś :)

 

A co do zarzutów to postaram się sprostować kilka kwestii.

 

  1. Zazwyczaj nie nadużywam przekleństw ( zdołałem napisać trzystu stronicową książkę, w której słowa typu kur*** padają zaledwie dwa, może trzy razy), ale tutaj uznałem, że zaszaleję i dam się ponieść emocjom.
  2. Dama w opałach… hmy… tutaj to już chyba rzeczywiście kwestia gustu :)
  3. Co do super mocy bohaterów to Rosso oraz Thyn stanowią( uwaga spoiler, jeśli oczywiście uda mi się dopisać kolejne fragmenty) pewnego rodzaju elitę. To już jest jakby górna półka, więc ich siła powinna być jako taka. Jeśli natomiast chodzi o kompletną rozpierduchę to motywem do unicestwienia przeciwników była ich agresja. (uwzględniłem to, że ich pociski mogły zabić czarodziei)

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Jak dla mnie, to w ogóle nie jest opowiadanie. Raczej scenka, w której dwie, bliżej nieznane formacje wojowników usiłują nawzajem się pokonać. Po zakończonych działaniach jedni znikają, drudzy usiłują ratować nie całkiem spalonego dowódcę.

Tyle zrozumiałam. Nie udało mi się dociec, o co tu chodzi. :(

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Źle zapisujesz myśli bohaterów, pewnie przyda Ci się poradnik: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

Czu­jąc, że jest już u kresu swo­ich sił… –> Zbędny zaimek. Czy mogła być u kresu cudzych sił?

 

Roz­kaz brzmiał „za­ła­pać i przy­pro­wa­dzić”… –> Literówka.

 

po­my­śla­ła w mo­men­cie, gdy żoł­nierz zbli­żył się… –> Literówka.

 

był głów­nym do­wód­cą jed­no­stek zwia­dow­czo – roz­po­znaw­czych… –> …był głów­nym do­wód­cą jed­no­stek zwia­dow­czo-roz­po­znaw­czych

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Dok­tor omal nie ze­mdlał na widok po­tęż­ne­go, zie­mi­ste­go muru. –> Wał usypany z ziemi nie jest murem.

Proponuję: Dok­tor omal nie ze­mdlał na widok po­tęż­ne­j, zie­mnej zapory.

Ten błąd powtarzasz w dalszej części tekstu.

 

nie spo­strze­gli, gdy ogień roz­po­wszech­nił się po całej oko­li­cy… –> Raczej: …nie spo­strze­gli, gdy ogień rozprzestrzenił się po całej oko­li­cy

 

gdy nagle do­strzegł za wzgó­rzem, wy­jąt­ko­wo do­brze za­cho­wa­ne ciało. –> Jak można dostrzec coś, co jest za czymś, w tym przypadku za wzgórzem?

 

Wi­docz­nie małe wznie­sie­nie zdo­ła­ło osło­nić, znaj­du­ją­cy się za sobą, nie­wiel­ki ob­szar. –> Wi­docz­nie małe wznie­sie­nie zdo­ła­ło osło­nić, znaj­du­ją­cy się za nim, nie­wiel­ki ob­szar.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie tam się podobało. Chętnie przeczytałabym dalszy ciąg, aczkolwiek rzeczywiście z przecinkami zaszalałeś ;)

regulatorzy Dziękuję bardzo za przeczytanie i wskazanie błędów :)

 

Anet Dziękuję za komentarz :)

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Cieszę się, Borowiku, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj!

*Autor komentarza zaznacza, że w komentarzu zawarte są jedynie jego poglądy (choć to chyba logiczne, że nie czyjeś inne) i nie trzeba się z nimi zgadzać.

Ja bym tych uwag na serio nie brał, a przynajmniej nie wszystkich :)

 

– Kurwa… ja to mam pecha – przeklęła Nieba i dysząc niczym pies, z całych sił, jakie jej pozostały, ruszyła w stronę stromego urwiska.

 

“– Kurwa… ja to mam pecha – przeklęła Nieba i dysząc niczym pies, z całych sił, jakie jej pozostały, ruszyła w stronę stromego urwiska.” – Trochę niefortunnie wypadło tutaj imię bohaterki, najpierw myślałem, że przeklinała na niebiosa, dopiero później zorientowałem się, że zapis wielką literą to nie błąd tylko imię; w obecnym stanie zdanie sugeruje najpierw, że bohaterka dyszała z całych sił, a później wychodzi na to, że jednak ruszyła z całych sił. To zgrzyta i zmusza czytelnika do cofnięcia się. Lepiej zapisać to w dwóch zdaniach.

 

Przed nią, a dokładniej jakieś trzydzieści metrów niżej znajdowało się morze, z przeciwnej strony zaś biegł, liczący kilkudziesięciu mężczyzn, oddział.

Ja też mam problemy z przecinkami ale tutaj mieszają okropnie.

 

Przed nią, a dokładniej jakieś trzydzieści metrów niżej(+,) znajdowało się morze, z przeciwnej zaś strony zaś biegł, liczący kilkudziesięciu mężczyzn(-,) oddział. – podkreśliłem wtrącenie; wtrącenie wydzielamy przecinkami obustronnie.

 

– Chyba pora je wykorzystać – pomyślała a w momencie, gdy żołnierz zbliżył się wystarczająco blisko, szybkim ruchem wykonała pieczęć i czując w dłoni pulsujące ciepło, rzuciła w niego małą kulą ognia. Czar błyskawicznie uderzył w tarczę najbliższego żołnierza, po czym… zniknął, zostawiając po sobie jedynie ciemne plamki.

Ten akapit to tak jakby w restauracji zamówić przystawkę, zupę, drugie danie i deser, poczekać aż wszystko przyniosą i zmiksować, a następnie pałaszować ze smakiem.

Po pierwsze myśli bohaterki koniecznie muszą być zapisane inaczej niż jej wypowiedzi, na pewno nie powinny zaczynać się od półpauzy sugerującej dialog. Najlepiej wybrać jeden sposób zapisu myśli bohaterów i konsekwentnie stosować go w całym opowiadaniu. Chwytaj pomocny link z poradnikiem: Jak zapisać myśli bohaterów?

Po drugie zbliżył się(…) blisko – masło maślane.

Po trzecie podkreśliłem powtórzoną informację.

Po czwarte słowo “błyskawicznie” jest zbędne, w tym i tak rozbudowanym zdaniu i brzmi śmiesznie.

Rozbij to trochę, na przykład tak:

 

“Chyba pora je wykorzystać – pomyślała. W momencie, gdy żołnierz zbliżył się wystarczająco, ruchem dłoni wykonała pieczęć i czując pulsujące ciepło, rzuciła w niego małą kulą ognia. Czar błyskawicznie uderzył w tarczę najbliższego żołnierza, po czym… zniknął, zostawiając po sobie jedynie ciemne plamki.

 

– Nawet go nie sparzyło… – Kobiecie w jednej chwili zrzedła mina. Wiedziała, że nie jest zbyt dobra, jeśli chodzi o czarowanie, zresztą często się jej to wypominało, ale teraz to już całkowicie straciła wiarę w siebie.

Pomijam zły zapis myśli. Powinno być raczej:

“Nawet go nie sparzyło… – Kobiecie w jednej chwili zrzedła mina. Wiedziała, że nie jest zbyt dobra, jeśli chodzi o czarowanie, zresztą często się jej to wypominano, ale teraz to już całkowicie straciła wiarę w siebie.”

Chociaż ja ciąłbym jeszcze bardziej:

“Wiedziała, że nie jest zbyt dobra w czarowaniu, zresztą często jej to wypominano, ale teraz to już całkowicie straciła wiarę w siebie.”

 

Jeszcze droba uwaga: “w jednej chwili”. Pięć razy używasz tego sformułowania w tekście.

 

1 “Mężczyźni natomiast, w jednej chwili ją otoczyli, zachowując jednocześnie kilkumetrowy odstęp.”

2 “– Nawet go nie sparzyło… – Kobiecie w jednej chwili zrzedła mina.”

3 “Jej krzyki, w jednej chwili, rozniosły się po całej polanie i były tak donośne, że zdołały dojść do uszu, stojących na wzniesieniu, dowódców.”

4 “Ziemia, w jednej chwili, wyskoczyła do góry, tworząc jednocześnie masywny, kilkometrowy wał.”

5 “– Niemożliwe… – ratownik niemalże natychmiast przykucnął przy doktorze i widząc, że jest właśnie świadkiem cudu, zaczął się drzeć w stronę swoich kompanów, którzy w jednej chwili przylecieli, aby pomóc.”

Mój komentarz: Co nagle to po diable.

 

Było ich czterech. Jeden stary, ubrany w dość oryginalny, biały kombinezon oraz trzech młodych podoficerów. Bezpieczni i otoczeni ze wszystkich stron przez strzelców, z widoczną ekscytacją podziwiali to, co działo się kilkaset metrów dalej.

Ten biały kombinezon to naprawdę taki oryginalny skoro: “Ubrani w dziwne, białe pancerze” (cały oddział ubrany był podobnie)?

Nie jestem pewien czy mieli co podziwiać, bo nie wiem czy byli w stanie dostrzec, co się właściwie dzieje. Widok zasłaniali im, osłaniający ich strzelcy, ale pal licho strzelców, szamocząca się dziewczyna, też była otoczona, przez, nomen omen, kilkudziesięciu mężczyzn, w białch zbrojach i z tarczami wielkości saren i w odległości kilkuset metrów.

To co oni tam, kurwa, podziwiali, jak chuja mogli dostrzec? (Wspominałem, że z odległości kilkuset metrów?)

Pewnie zaczniesz się bronić, że stali na wzniesieniu? Cóż z tego skoro oddział przebiegł za bohaterką przez las, więc dowódcy stali na wzniesieniu za gęstym lasem :D Dobra, tak się wygłupiam :)

 

Dalej poprawek nanosić nie będę, bo nawet nie wiem czy są mile widziane :)

 

Wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać:

 

“Bezpieczni i otoczeni ze wszystkich stron przez strzelców, z widoczną ekscytacją podziwiali to, co działo się kilkaset metrów dalej.

– Mamy ją – rzekł siwobrody doktor, po czym delikatnie skrzywił usta na znak podniecenia. Nie powiedział tego głośno, ale widok Nieby bezsilnie walczącej z oddziałem zwiadowczym, sprawiał mu wielką radość. Dawno już nie czuł takiej… adrenaliny.”

 

Banda starych zboczeńców… Jak się delikatnie skrzywia usta na znak podniecenia? (w dodatku takie znaki daje siwobrody doktor, nie każ mi sobie tego wyobrażać :D)

A ten oddział zwiadowczy, to chyba z Chin, że kilkudziesięcioosobowy :D

 

“– Nie. Najpierw musimy ją przesłuchać, panie… – doktorek zerknął w stronę znaczków na mundurze, informujących o stopniu wojskowego – sierżancie.”

Teraz zaczynamy zdrabniać? A te znaczki to aby nie naszywki, lub symbole, belki na naramiennikach?

 

“Słysząc słowa dowódcy, wszyscy obecni zaczęli szczerzyć zęby.” – To oni tak synchronicznie szczerzyli zęby? Na miejscu doktorka pomyślałbym że jacyś upośledzeni mi się trafili, po czym delikatnie skrzywiłbym usta na znak podniecenia.

 

“Doktor Frits” – ten + to podniecanie się = skojarzył mi się z Josefem Fritzlem… i z frytkami :)

 

“– Może dostanę medal kolonizatora… – zastanawiał się w myślach, (aczkolwiek na głos, bo wredna półpauza wkradła się przed jego myśli)”

 

“– Może dostanę medal kolonizatora… – zastanawiał się w myślach, lecz nim zdążył się całkowicie ponieść wyobraźni, dookoła rozległ się donośny, wręcz ogłuszający huk, na którego dźwięk niemalże nim wstrząsnęło… zresztą nie tylko nim.” → “lecz nim zdążył całkowicie dać się ponieść wyobraźni,” 

 

“– Co to było? – zapytał jeden z podoficerów, dotykając jednocześnie uszu, gdy nagle na niebie ukazały się dwie, nieznajome postacie, a dokładniej mężczyźni. Wylecieli spomiędzy chmur, po czym dosłownie, niczym istne gromy, runęli na oddział zwiadowczy, transportujący unieruchomioną Niebę. Ubrani na biało żołnierze nawet nie zdążyli zareagować, gdy potężna fala wiatru, wywołana lądowaniem nieznajomych, zwaliła ich z nóg i odepchnęła na dobre kilka metrów. Nowo przybyli natomiast, czując już pod stopami twardy grunt, ze spokojem zaczęli analizować całą sytuację.

– Oj, panowie. Tak sobie żony nie znajdziecie – powiedział nagle, odziany w stalową kolczugę oraz skórzaną kamizelkę mężczyzna, spoglądając jednocześnie, jak jego towarzysz pomaga, oswobodzonej już, Niebie wstać.

 

U ciebie wszystko ciągle dzieje się nagle, w jednym momencie i jednocześnie.

Eeee, to kilkudziesięciu pancernych chłopa, lądowanie gromoprędkich, wiatrotwórczych czarodziejów odrzuciło na kilka metrów, a unieruchomioną Niebę, którą transportowali, oswobodziło?

 

“Zwiadowcy, chociaż byli odrobinę zdezorientowani (Salwa śmiechu z mojej strony, great job!) obecną sytuacją, niemalże natychmiast podnieśli się na nogi i otoczyli nowoprzybyłych.”

(niemalże + natychmiast występuje w opowiadaniu tylko dwa razy, zawiodłeś mnie, autorze…)

 

“Licznik mocy wskazał właśnie ponad pięćdziesiąt punktów…” – latający czarodzieje mają ponad pięćdziesiąt punktów, a “Wcześniej, w innych rejonach galaktyki, musieli się mierzyć z osobnikami dysponującymi technologiami na poziomie sześćdziesięciu lub nawet siedemdziesięciu punktów, lecz i tak bez problemu dawali im radę” – więc trzeba się wycofać?

 

“nagle”

 

“– Tak… na pewno – Thyn zaczął szczerzyć zęby.” – o, kolejny się szczerzy, jak głupi do sera.

 

 

Mój ulubiony fragment, połączenie Matrix i Full Metal Alchemist (chociaż, po latających czarodziejach, tworzących wale uderzeniowe, już się Matrixa lub Supermana spodziewałem):

 

“Niestety ostatniego zdania mężczyzna nie dokończył. W tym samym momencie, dosłownie dwa centymetry obok jego głowy przeleciał dziwnie wyglądający pocisk.

– Skurwiele! – wykrzyknął Thyn a widząc, że w ich stronę leci cała salwa, szybkim ruchem wykonał pieczęć i dotknął dłonią podłoża. Ziemia, w jednej chwili, wyskoczyła do góry, tworząc jednocześnie masywny, kilkometrowy wał.” – Dobrze, że mu się przyjrzał, temu pociskowi dziwnemu.

 

“– Strzelają do nas, jaką dziwną magią – rzekł Thyn.” – jakąś (literówka)

“– Muszę… – odparł sucho Rosso, po czym wyskoczył na ziemisty mur.” – chyba “wskoczył”, zresztą pewnie lepiej wie co zrobił ;) mógł jeszcze wyskoczyć na piwo, w międzyczasie.

 

 “– Co tu się stało? – zastanawiał się jeden ze służbistów, spoglądając na kilka hektarów, strawionej przez pożogę, ziemi. Wcześniej nigdy nie spotkał się z podobną sytuacją. Odrobinę zdezorientowany szukał teraz odpowiedzi na swoje pytanie, gdy nagle dostrzegł za wzgórzem, wyjątkowo dobrze zachowane ciało.” – Czy aby na pewno chodziło ci o słowo służbista? Koleś jest mocny, skoro spopielenie całego oddziału, tylko odrobinę go dezorientuje.

 

“nagle”

 

“Mężczyzna, nie zastanawiając się długo, podszedł bliżej i już po chwili ujrzał przed sobą zwłoki doktora Fritsa.

– Nawet pan dowódca… – szepnął z żalem (?) ratownik, oglądając zwęglone członki (znów śmiech, chociaż ja bym członków Fritzla nie chciał oglądać :D) przełożonego”

dalej:

“Co prawda, nie za bardzo za nim przepadał, lecz w obecnej sytuacji, było mu go odrobinę żal.” – HAHAHAHA, serio, odrobinę żal? :D

 

“nagle”

 

– Niemożliwe… – ratownik niemalże natychmiast przykucnął przy doktorze i widząc, że jest właśnie świadkiem cudu, zaczął się drzeć w stronę swoich kompanów, którzy w jednej chwili przylecieli, aby pomóc.”

 

“równe dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt sześć punktów…” – Ale hardkor. “It’s over 9000!”

 

Nie wiem czy napisałeś autorze, swoje opowiadanie celowo w taki sposób, ale co się pośmiałem to moje :)

Miłego dnia,

Pozdrawiam!

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

No, zgadzam się z przedpiścami – fabuła szału nie robi. Ot, kolejni źli napadli na terytorium szlachetnych dzikusów. O dziwo (dziewięć przypadków na dziesięć w tego typu literackich starciach), tubylcy potrafią się skutecznie obronić.

Cóż, dobrze tak agresorom. Niech sobie poszukają do kolonizacji planet bez inteligentnego życia.

Posługujesz się metrami. Naprawdę Twoi bohaterowie znają układ SI?

Nad warsztatem należy jeszcze pracować. Przecinki szaleją. Na przykład, Borowiku, powinny być przy wołaczach, ale stamtąd pouciekały w jakieś nieortodoksyjne miejsca. Inne błędy już chyba wypisali poprzednicy.

Babska logika rządzi!

Mytrix dzięki za opinię i czas poświęcony na wskazanie błędów :) (trochę tego chyba jest)

Finkla dzięki za komentarz :) A te przecinki to już po prostu są takie szalone ^^

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Co do biednej kobiety ratowanej przez mężczyzn, to tak jak w życiu. Częściej to panowie ratują panie w opresjach niż odwrotnie. 

Dobrze się czytało ten fragment. Mam nadzieję, że cała fabuła będzie czymś więcej niż kolejną inwazją złych agresorów na szlachetnych dzikusów. 

Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy jest punktem widzenia, nie prawdą

Jeszcze mi się w życiu nie zdażyło być ratowaną z opresji. Więcej, nie znam żadnej dziewczyny, którą jakiś szlachetny mąż z opresji ocalił. Dziewczyny same o siebie dbać muszą, bo wiadomo, że jak coś się stanie to ich wina, że głupie, albo same się prosiły (o kłopoty). Ratunki szlachetne tylko w książkach fantasy :P Staroświeckie poglądy jakieś tutaj przekazujecie, nie widzieli Wonder Woman?

Druzusie, ja tam nie wiem. Podobno w życiu tak jest, że nie można się doprosić o wymianę uszczelki w kranie. Za to jak facet złapie katar, to już koniecznie trzeba go ratować, do apteki pobiec, pocieszyć, coś ciepłego do picia zrobić… ;-)

Babska logika rządzi!

Ja wam koledzy radzę, się z naszymi Fantastkami nie kłóćcie :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Kochani, po co te spory.

Nie dzielmy ludzi na kobiety i mężczyzn, tylko na dobrych i złych :)… i ewentualnie jeszcze na tych, co jeżdżą multiplą.

 

Multipla jest dziwna :/

 

 

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Tutaj, Borowiku, muszę się zgodzić. Multipla jest dziwna… Niepokojąca wręcz. Horror o złowrogim Fiacie Multipla?

Multipla? Przyjmuję wyzwanie.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

DruzusMagnus dziękuję za komentarz :)

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Multipla jako horror? Christine, Stevena Kinga mi się kojarzy. Podmienić kadilaka na fiata i tragikomedia gotowa. 

Oczywiście, że kobiety same o siebie najlepiej potrafią się zatroszczyć. Faceci po prostu czasem chcą się jeszcze czuć potrzebnymi ;) 

Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy jest punktem widzenia, nie prawdą

Mężczyźni są i bedą potrzebni, nie muszą się martwić ;) <3 

“Seksmisji” nie oglądałaś? Poradziłybyśmy sobie bez nich. ;-)

Babska logika rządzi!

Mimo wszystkich uchybień, skrzętnie wynotowanych przez przedpiśców, czytało się w sumie nieźle. Akcja była, a o to w tym tekście zapewne chodziło. Udana wprawka przed czymś większym, z wyraźniejszą Fabułą. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

thargone dzięki za opinię :)

 

Cieszę się, że mimo wielu błędów udało Ci się dostrzec jakiś potencjał w tych wypocinach, to bardzo wiele dla mnie znaczy :D

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

“Była teraz, dosłownie, w czarnej dupie.” – no to czytam, zainteresowana, między czyimi pośladkami znalazła się bohaterka, a to tylko wróg ją gonił i wcale dosłownie tam nie była.

Unikaj pisania o postaciach per ‘-włosa’, bo dotarłam do czarnowłosej i na tym zakończyłam lekturę. Naprawdę, kolor włosów bohaterki, która ucieka przed oddziałem żołnierzy, jest jej najbardziej charakterystyczną cechą?

Bellatrix Dzięki za odwiedziny :)

 

Rady przyjmuję do serca, chociaż… odnośnie “czarnowłosej”, to wydaje mi się, że nie popełniłem żadnego rażącego błędu. Wiem, nie jest to zbyt oryginalne, ale jednocześnie uważam, iż określenie postaci nawiązujące do jej, nawet najprostszej, cechy jest naturalne i w niczym nie przeszkadza :)

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Formalnie to nie jest błąd, bardziej znak ostrzegawczy: ‘niewyrobiony autor’ :) A chyba lepiej unikać takich “łatek”, przynajmniej do czasu, kiedy staniesz się rozpoznawalny :)

Oj tam, oj tam :D Nawet niewyrobiony autor może zaciekawić swoim tekstem czytelnika. Wszystko zostawia po sobie jakiś ślad.

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Nowa Fantastyka