- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Jan Tadeusz

Jan Tadeusz

Autor użył starej kopii roboczej, tak więc pojawienie się opowiadania nie oznacza końca problemów z publikacją na portalu. Jednocześnie autor nie mógł dłużej czekać z dodaniem tekstu, ponieważ każdy następny dzień groził zapisaniem kolejnych znaków poza górnym limitem określonym w konkursie. Jednocześnie uznał, że walka z ograniczeniami wadliwego obecnie systemu operacyjnego portalu pasuje do fabuły opowiadania.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Jan Tadeusz

Instytut Fizyki z zewnątrz nie wygląda spektakularnie, w przeciwieństwie do tego, co dzieje się w jego ciasnych murach. Niezbyt okazały budynek główny oddziela od ruchliwej alei szpaler drzewek i niewielki, ogrodzony parking. Za nim znajdują się rzędy kolejnych budynków instytutu tak jak ja pamiętających PRL. Trudno byłoby w nich znaleźć miejsce na ogromne laboratoria, jakie pokazuje się w filmach sensacyjnych. Mnie i moim kolegom przyszło gnieść się w mocno ograniczonej przestrzeni i przy każdym większym eksperymencie walczyć o to, aby pomieścić całą potrzebną aparaturę, a potem przeciskać się pomiędzy sprzętem i meblami. Tak jak tej letniej, upalnej soboty, choć pracowało nas tylko dwoje.

Dzień był to jednak bardzo szczególny. Poprzedzały go całe lata przygotowań – walki z biurokracją, kompletowania wyposażenia, a co za tym idzie i zbierania funduszy. Tak naprawdę moja kariera naukowa, w zasadzie całe moje życie prowadziło do tego momentu. Dla prawdziwego naukowca liczy się wiedza, do której zazwyczaj dochodzimy małymi kroczkami, a ten krok miał szansę okazać się milowym.

– Czego spodziewa się pan po eksperymencie, profesorze? – usłyszałem głos asystentki. Anna Stokrotna po studiach została doktorantką, co niezmiernie mnie cieszyło.

– Tak naprawdę, to… nie wiem – uśmiechnąłem się. – Podobnie jak pan Young światło, przepuścimy przez szczeliny wiązkę elektronów, aby uzyskać obraz dyfrakcyjny. Potem włączymy detektory i prążki zmienią się w…

– Profesorze!

– … dwie… przepraszam, Stokrotko. – Właśnie zostałem przyłapany na tym, że najbardziej błyskotliwej studentce, jaką miałem, opisuję jedno z najprostszych doświadczeń z fizyki. – Natura wykładowcy – dodałem w usprawiedliwieniu.

– Zazwyczaj, aby obserwować zmianę obrazu dyfrakcyjnego, nie używa się komputerów kwantowych – wskazała ogromny kriostat, który dawał znać o swojej pracy przenikliwym szumem.

– Piękny, prawda? – Ze środka sufitu, niczym ogromny stalaktyt, zwisało kłębowisko metalicznych płytek, cylindrów i rurek, omiatając podłogę wiązkami kolorowych przewodów. Kierowanie zespołem, który zbudował to cudo techniki, napawało mnie dumą. Tego dnia jednak największe osiągnięcie naszego instytutu, skryte wewnątrz przemyślnego systemu chłodzenia, było jedynie narzędziem. – Będzie ultraszybkim rejestratorem, dzięki kwantowemu splątaniu z detektorami.

– Zamierza pan… – jej oczy stały się ogromne – zarejestrować trajektorię elektronów bez wywołania kolapsu funkcji falowej!

– Albo zarejestrować, co się da, zanim ten kolaps nastąpi. Spróbujemy być szybsi od natury.

Anna potrzebowała kilku minut, aby się uspokoić, więc zrobiłem nam kawę. Potem dłuższą chwilę tłumaczyłem dokładny przebieg eksperymentu i jej w nim rolę. Nie chciałem angażować większego zespołu, bo nie miałem pewności, czy cokolwiek odkryjemy.

Do szumu kwantowego komputera dołączyło buczenie transformatorów i pompy próżniowej. Obserwowałem na monitorach wzorowe, regularne prążki interferencyjne. Idealny obraz dyfrakcji świadczący o tym, że strumień elektronów wystrzeliwanych z mojego działa elektronowego zachowywał się jak typowa fala. Podniosłem do ust filiżankę i wziąłem łyk chłodnej już kawy. Za chwilę miało zdarzyć się to, na co tak długo czekałem. Kilka sekund, po których kubity superkomputera ulegną dekoherencji. Mgnienie oka na spojrzenie za podszewkę rzeczywistości.

– Włącz! – niemal wykrzyczałem do Anny, a ona natychmiast wypełniła polecenie. Wszystko zamarło, jakby czas się zatrzymał…

 

Chłodzenie komputera, pompa próżniowa, buczenie transformatorów – zaawansowany sprzęt zdawał się, niczym werble, akompaniować tej doniosłej chwili. Interferencyjne prążki dzielnie prężyły się na monitorach. Uniosłem do ust filiżankę…

– Aaa! – kawa była gorąca jak lawa, przez co upuściłem naczynie, zdobiąc swój laboratoryjny fartuch brązową plamą. – A niech to… – poprawiłem ciężkie okulary i z przekleństwem na ustach ruszyłem w stronę aneksu kuchennego po papierowe ręczniki. Nagle świat zawirował i zgasł.

Chwilę potem obserwowałem z góry, jak Anna przytomnie odcina prąd od transformatorów, po czym delikatnie odciąga moje ciało od wyrwanych przewodów, klęka nad nim, sprawdza oddech, puls. Powstrzymując łzy, zadzwoniła po pomoc i przystąpiła do resuscytacji. Obraz zaczął ciemnieć, by po chwili przejść w czarną pustkę. Nadal słyszałem szum kwantowego komputera, buczenie pompy próżniowej i Annę – … dwadzieścia dziewięć, trzydzieści! – Wdech. Drugi. – Jeden, dwa, trzy…

 

***

 

Czułem się, jakby wciągnęło mnie do rury odkurzacza. Po chwili stałem w małym pomieszczeniu o białych ścianach, przed drzwiami z wielkim napisem „Witamy” i bardzo nie chciałem przez nie przechodzić. Jeszcze nie. Najpierw trzeba pozbierać myśli.

Czy to naprawdę się wydarzyło? Poślizgnąłem się na rozlanej kawie i wpadłem w przewody doprowadzające prąd do transformatora? Mogłem, być może, dokonać jednego z największych odkryć w historii ludzkości i zginąłem tuż przed porażony prądem, jak pieprzony fajtłapa! – Kurwa maaaaać! – rozdarłem się na całe gardło.

Długą chwilę zajęło mi uspokojenie się. „Witamy”? Walcie się! Wcale nie chciałem tu być. Zresztą, kto mnie wita i gdzie? Od ukończenia szkoły średniej byłem ateistą przekonanym o tym, że śmierć to koniec naszej egzystencji, a tu proszę – niespodzianka! Brakowało jeszcze rogatego diabła, popychającego mnie widłami w kierunku kotła ze smołą za przekleństwo, które mi się wyrwało… Nie! Nie wyrwało mi się. Przeklinam, jak jestem wkurwiony. Jeśli to powód, aby skazać mnie na wieczne potępienie, to proszę bardzo. Mam gdzieś niebo, jeśli nie można w nim swobodnie okazywać emocji. Nacisnąłem klamkę, a drzwi rozwarły się bezszelestnie.

Nie tego się spodziewałem. Nie było rajskich ogrodów ani piekielnych czeluści. Żadnego chóru aniołów, czy światłości wiekuistej. Wyglądało to raczej jak terminal ogromnego lotniska pod wielką, szklaną kopułą. Za szkłem, na żółtawym niebie, wśród pomarańczowych obłoków, zobaczyłem ogromną planetę otoczoną pięknymi, lodowymi pierścieniami.

– Halo! Proszę pana! Proszę tu podejść!

Za niewielkim biurkiem kilka metrów przede mną siedziała drobna, młoda kobieta i bardzo starała się wygrać z Saturnem walkę o moją uwagę. Wreszcie jej się to udało. Podszedłem. Wyglądała na nie mniej zdezorientowaną ode mnie.

– Ale co pan tu robi? Skąd się pan tu wziął?

– Też chciałbym wiedzieć – odparłem całkiem szczerze. – Chyba umarłem.

– No tak, ale dlaczego tak wcześnie? – Blat biurka mojej rozmówczyni okazał się ekranem dotykowym, na którym gorączkowo starała się znaleźć jakieś informacje.

– W pełni się z panią zgadzam. Jeśli gdzieś tu można zgłosić reklamację, to ja chętnie wrócę, skąd przybyłem. Mam tam pewien eksperyment do dokończenia.

– Proszę sobie nie żartować, tam się nie wraca. – Mała blondynka w błękitnym uniformie usilnie wertowała jakieś tabelki na rozświetlonym stole. – No tak! – wykrzyknęła z zadowoleniem. – Miał pan się u nas pojawić za dwie godziny i dwadzieścia trzy minuty.

Patrzyła mi prosto w oczy z wyraźnym wyrzutem.

– Ale to pani ma teraz jakieś pretensje do mnie? – Cała sytuacja wydawała się coraz bardziej absurdalna.

– No przecież jest tu jasno napisane. O dwudziestej trzeciej szesnaście, śpiąc w szpitalnym łóżku, miał się pan zadławić językiem.

– Widocznie nie dowieźli mnie do szpitala – wyruszyłem ramionami.

– Panie Marku… – zaczęła.

– Nie mam na imię Marek – oświadczyłem natychmiast, po czym nastała niezręczna cisza, gdy mierzyliśmy się wzrokiem.

– Pan Marek Kwiatkowski – wycedziła powoli, zerkając na blat biurka. – Wygląd się zgadza – kontynuowała, widząc przeczący ruch mojej głowy. – To, kim pan jest do cholery?!

No proszę, w zaświatach wolno kląć! Nie jest tak źle.

– Jan – skinąłem lekko głową. – Jan Tadeusz Polak.

– Co pan robi w ciele pana Kwiatkowskiego? – spytała po dłuższej chwili.

– Nie wiem.

– No, ale przecież nie można tak sobie brać czyjegoś ciała!

– To się wydarzyło raczej bez mojego udziału.

– Za dwie godziny i szesnaście minut pojawi się tu pan Kwiatkowski, a ja nie mam dla niego drugiej powłoki.

– Chciałoby się powiedzieć, niezły macie burdel w tym Archeo. – Nie wiem dlaczego, ale absurd tej sytuacji zaczął mnie bawić.

– Co? – Mojej adwers… Adwersarzystce? Adwersatorce? Adwersarce może? Ja pierdzielę! Nie nadążam za tymi nowymi feminatywami. Jestem fizykiem kwantowym, a nie polonistą. W każdym razie mojemu adwersarzowi, choć to ona, a nie on, nie było do śmiechu. – Będzie pan musiał oddać ciało!

– Nie ma mowy. Jak ja będę wyglądał bez ciała?

– W ogóle nie będzie pan wyglądał. Zawsze jakieś problemy z tymi Polakami – westchnęła głęboko.

– Ale ja nie mówiłem, że jestem Polakiem. To znaczy, jestem, ale mówiłem, że nazywam się Polak.

– Podwójne nieszczęście. Ja nie wiem, co mam z panem zrobić. Muszę to zgłosić. – W tym momencie jej oczy zabłysły, jakby na kontaktowych soczewkach wyświetlił się jakiś obraz. Zaczęła potakiwać, więc zorientowałem się, że jest uczestnikiem rozmowy, której nie byłem w stanie usłyszeć. W każdym razie w wyniku tej wideokonferencji moja rozmówczyni, choć nadal przejęta, znacznie się rozluźniła. – No dobrze. Wyznaczam panu wizytę u psychologa. Tam się pan dowie więcej.

– Nie potrzebuję psychologa… chyba.

– To standardowa procedura. Witamy na Tytanie i … do widzenia.

W polu mojego widzenia właśnie pojawiło się okienko nawigacji, jakbym nosił okulary z wyświetlaczem. Wyglądało na to, że pani zza biurka definitywnie zakończyła rozmowę, więc nie pozostało mi nic innego, jak odwzajemnić „do widzenia” i podążyć wskazaną drogą.

 

***

 

Stwierdzić, że poszedłem do psychologa, byłoby chyba drobnym nadużyciem. Zdecydowaną większość drogi pokonałem, stojąc na wbudowanym w podłogę transporterze. Mijałem dziesiątki ubranych w neutralne, białe kombinezony, równie jak ja zdezorientowanych umrzyków. Po prawej ciągnął się rząd jednakowych drzwi, których drugą stronę zapewne zdobił napis „Witamy”. Przed każdymi, za niewielkim biurkiem siedziała jakaś pani w błękitnym uniformie. Swoją drogą, nie dbają tu o parytety? Zresztą, co ja wiem o zaświatach? Może anioły tak właśnie wyglądają. Co jakiś czas drzwi się otwierały i wychodził z nich kolejny, zagubiony nieszczęśnik.

Z wielkiej hali, nie zmieniając transportera, wjechałem w szeroki korytarz. Powlekane szkłem ściany sprawiły, że mogłem się nieco przyjrzeć własnemu odbiciu. A raczej panu Kwiatkowskiemu – wysokiemu brunetowi o bujnej czuprynie i szerokiej szczęce. Powinienem tam zobaczyć niskiego, brodatego, łysiejącego osobnika w okularach jak denka od słoików. Pan Bóg dał mi nijaką twarz i rude włosy, które z czasem spierdzieliły z mojej głowy. Dał też wadę wzroku, abym nie nabawił się kompleksów, stojąc przed lustrem. Nie omieszkam mu tego wypomnieć, gdy go spotkam. Z drugiej strony, dał rozum, poczucie humoru, wdzięk, charyzmę… Puściłem oczko do własnych myśli.

Właśnie stanąłem przed drzwiami bez tabliczki informacyjnej, za to wbudowana w moje nowe oczy nawigacja oznajmiała, że dotarłem we właściwe miejsce.

Wewnątrz przywitał mnie rosły mężczyzna w seledynowym garniturze. Jego szeroki uśmiech musiał być przyklejony do twarzy od lat.

– Dzień dobry, panie Tadeuszu.

– Janie Tadeuszu. Albo po prostu – Janie.

– Ach tak? – Uśmiech jedynie na ułamek sekundy ustąpił wyrazowi zakłopotania. – Ja tu mam, że nazywa się pan Tadeusz. – Zerknął szybko w tablet trzymany w ręku. – Proszę, niech pan siada. – Wskazał jeden z dwóch wielkich foteli. Poza nimi w całkiem obszernym pomieszczeniu nie było innych mebli. Nawet donicy z kwiatkiem. Strasznie ascetyczne te zaświaty.

– Nazywam się Polak, a Tadeusz to moje drugie imię. – Zapadłem się w bezgraniczną miękkość. Ten fotel wygrywał wygodą z każdą sofą, która kiedykolwiek stanęła w gabinecie psychologa.

– A Polak to nie pana narodowość? – zapytał, siadając naprzeciwko.

– Też. – No, normalnie mają tu… Archeo. Ta myśl wzbudziła delikatny uśmieszek na twarzy, a mój rozmówca stuprocentowo to wychwycił.

– Przepraszam, panie Janie, ale trafił pan do nas poza planem i recepcjonistka musiała wprowadzić dane ręcznie. Ja nazywam się Scott Milton i jestem psychologiem.

– Nie wiem, czy potrzebuję psychologa. Zazwyczaj dobrze sobie radzę, nawet w bardzo trudnych sytuacjach.

– Oczywiście. – Szeroki, profesjonalny uśmiech wciąż gościł na jego ustach. – To standardowa procedura. Ktoś musi objaśnić nowoprzybyłym, gdzie się znaleźli i jak tu wszystko funkcjonuje, a że często ludzie nie radzą sobie ze śmiercią, lub z tym, co po niej zastają, aby uniknąć załamań nerwowych, powierzono tę rolę psychologom.

– Rozumiem. Więc proszę wyjaśniać, a ja postaram się nie załamać.

– Skoro jest pan, jak widzę, w świetnej formie psychofizycznej, nie będziemy owijać w bawełnę.

– Niech pan nie owija.

– O, proszę! – Mój rozmówca wykrzyknął radośnie po tym, jak jego tablet lekko zawibrował. – W systemie zaktualizowano pana dane. – Zapatrzył się w nie przez chwilę. – Fizyk. Profesor. Świetnie, to nam ułatwi sprawę. – Przeniósł wzrok na mnie. – Najkrócej, jak się da. Poprzez rzekomą śmierć wyszedł pan z symulacji.

– Okeeej… – Mimo że teoria symulacji nie była mi obca, a sam napisałem kilka artykułów w Science na ten temat, potrzebowałem chwili, aby tę informację przyswoić. W sumie nie powinienem być zaskoczony. Planując mój ostatni eksperyment, brałem taką możliwość pod uwagę. Gdyby nie wypadek z kawą, może nawet zyskałbym dowody na jej potwierdzenie. – Czyli…

– Czyli świat, jaki pan zna, był wygenerowany na naszych serwerach. Teraz znajdujemy się w realnym świecie, a pana życie na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Czyż to nie wspaniałe?

– A Ziemia? Nie istnieje?

– Istnieje, choć taką, jaką pan poznał, była kilka tysięcy lat temu. – Służbowy uśmiech teraz zniknął z twarzy Scotta. – Zazwyczaj wprowadzam moich podopiecznych powoli w nasze realia, ale z panem możemy sobie pozwolić na więcej. Poza tym rozmawiamy poza kolejką, więc troszkę mi się spieszy.

– No dobrze. To po co ta symulacja?

– Pod koniec dwudziestego pierwszego wieku udało się przenieść ludzką świadomość z biologicznego ciała do maszyny. Przez dziesięciolecia doskonalono tę technikę, a przez następne stulecia dokonano całkowitej migracji ludzkości do nowych, cybernetycznych powłok. Dzięki nim staliśmy się praktycznie nieśmiertelni, a przestrzeń kosmiczna i wszelkie, dotychczas niedostępne dla nas światy stanęły przed nami otworem.

– To znaczy, że moje ciało też…

– Zasadniczo jest to ciało pana Kwiatkowskiego, którego śmierć musieliśmy nieco odsunąć w czasie, ale tak, to jest ciało cybernetyczne. Zapewne zauważył pan, że nie musi oddychać, nie jest pan głodny, ani spragniony. Nie usłyszy pan też bicia serca.

– Myślałem, że to efekt śmierci.

– Jak pan już pewnie się zorientował, jesteśmy na Tytanie. Może pan po rozmowie ze mną spokojnie wyjść na zewnątrz, bez jakiegokolwiek kombinezonu, popływać w metanowym jeziorze, tu nieopodal. Nie udusi się pan. Nie zamarznie. Nie utopi. Nawet się pan nie zmęczy.

– Dlaczego nie odczuwam skutków mniejszej grawitacji?

– Serwomechanizmy w naszych ciałach dopasowują się automatycznie do warunków. Pozbycie się biologicznej części naszej egzystencji ma swoje zalety, ale też miało jedną poważną wadę. Uniemożliwia prokreację. Droga Mleczna czekała na zasiedlenie, ale wobec jej ogromu ludzi było zbyt mało. Próbowano zaimplementować w cybernetyczne ciała sztuczną inteligencję, lecz z braku ludzkich doświadczeń, kręgosłupa moralnego, jednostki takie nie zyskały aprobaty społeczeństwa. Wtedy powstał projekt Eden i Centrum Symulacji na Tytanie.

Uważałem się za bystrego, ale i tak cała ta wiedza potrzebowała trochę czasu, aby zagnieździć się w moim umyśle. Używano cyfrowej kopii dawnej Ziemi, by trenować sztuczne inteligencje. Wróciły do mnie słowa psychologa o tym, że moje życie dopiero się zaczyna. Profesor? Dobre sobie. Właśnie się czułem jak świeżo upieczony maturzysta przed egzaminami na studia. Zaraz! Przecież ja nawet nie byłem człowiekiem.

– Czyli jestem SI?

– Jak ja i każdy, którego pan tu spotkał – uśmiech, choć tym razem bardziej dobrotliwy, wrócił na usta pana Miltona. – Tym niech pan sobie w najmniejszym stopniu nie zaprząta głowy. Projekt Eden okazał się ogromnym sukcesem. Wielokrotne badania wykazały, że niczym nie różnimy się od Pierwszych, poza pochodzeniem, oczywiście.

– Pierwszych?

– Urodzonych na dawnej Ziemi. – Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę. – Wygląda na to, że wszystko pan zrozumiał, a załamanie nerwowe panu nie grozi, więc ja się powoli będę udawał do sąsiedniego gabinetu na kolejną rozmowę. Pan może tu jeszcze trochę posiedzieć i wszystko przetrawić. – Mężczyzna wstał i ruszył w kierunku wyjścia.

– A co potem?

– Za trzy godziny stawi się pan przed Komisją Rekrutacyjną i dostanie swój przydział, zgodny z predyspozycjami. Jutro powinno być gotowe właściwe ciało, więc będzie można dokonać transferu.

– A nie mógłbym zostać w tym?

– Cóż – uśmiechnął się szerzej. – Pewnie da się załatwić. Nasza galaktyka jest tak ogromna, że pan Kwiatkowski ma nikłe szanse spotkać swego sobowtóra. Powodzenia, panie Tadeuszu! – dodał, wychodząc.

– Janie! – krzyknąłem do już zamkniętych drzwi.

 

***

 

Skoro miałem trochę wolnego czasu, stwierdziłem, że wybiorę się na spacer po powierzchni Tytana. Nie mogłem sobie tego odmówić. Postawienie nogi na obcym globie, to przecież marzenie niemal każdego naukowca, przynajmniej jeśli chodzi o nauki ścisłe. Obsługa nawigacji okazała się trywialnie prosta. Wystarczyło pomyśleć o konkretnym miejscu. Szybko znalazłem wyjście z kompleksu kopuł, a następnie ruszyłem nieco krętą, lecz niezmiernie gładką, wypaloną w kamieniu, drogą. Po piętnastu minutach marszu w dół skalistej dolinki znalazłem się nad brzegiem jeziora. Było tu ustawionych kilka sztucznych palm. Widać nie tylko mnie brakowało roślinności. Skoro nie miałem przy sobie kąpielówek, pozostało mi usadowić się na jednym z leżaków, ustawionych w rzędach. Słońce właśnie zaszło, lecz nadal było widno. Ogromny Saturn odbijał wystarczająco dużo światła. Jego tarcza, wyłaniająca się spomiędzy obłoków, zapierała dech w piersi. Dech… Tak łatwo odzwyczaić się od oddychania. Zastanawiałem się, jaki przydział dostanę. W jaki zakątek galaktyki rzuci mnie los? Jakie nowe światy przyjdzie mi zobaczyć? Znów czułem się młody, pełen energii. Nie oddychałem pełną piersią.

Z leżaczka wygonił mnie węglowodorowy deszcz. Może to i lepiej, bo rozmarzony i zapatrzony w niebo mógłbym przegapić kolejną wizytę.

 

– Witaj, Janie Polaku. Usiądź, proszę.

Sala Komisji Rekrutacyjnej była sporych rozmiarów, ale zaskakująco skromnie wyposażona. Zasiadłem w wygodnym fotelu, podobnym do tego z gabinetu psychologa. Naprzeciw mnie, w podobnym fotelu, ale na niewielkim podwyższeniu siedział człowiek w czarnym, zdobionym złotymi wstawkami, mundurze. Wyglądało na to, że stroje tutaj były przypisane do pełnionej funkcji. W pierwszej chwili pomyślałem, że to trochę przesada nazywać pojedynczego osobnika komisją, ale błyski światła w jego oczach uświadomiły mi, że nie był sam.

– Widzisz, Janie, twoje przybycie bardzo nas zaskoczyło. Zazwyczaj na długo przed przybyciem tu nowych adeptów mamy już przygotowane dla nich przydziały. Zdarza się nawet, że drobnymi ingerencjami w symulacji popychamy niektóre jednostki w kierunku rozwoju, jaki jest nam potrzebny. Z tobą jednak mamy pewien kłopot.

Jaki znowu kłopot, psia jego… I co? Mam być pierwszym bezrobotnym na Tytanie?

– Jestem fizykiem kwantowym. Nie potrzebujecie naukowców? Mając cały wszechświat do zbadania? Nie budujecie statków kosmicznych? Nowych napędów? Komputerów kwantowych?

– Twoja wiedza jest bardzo specyficzna.

– Jak to? Jestem fizykiem. Przecież fizyka wszędzie jest taka sama – już wypowiadając to zdanie i widząc przeczący gest rekrutera, uświadomiłem sobie, że jest ono błędne. – Fizyka nie jest taka sama?

– Nie jest – przytaknął. – Będąc wewnątrz symulacji, badałeś jej fizykę z wszelkimi barierami, jakich tutaj nie mamy. Można powiedzieć, że stałeś się wysoce wyspecjalizowanym ekspertem w tej dziedzinie.

Nagle jakby klapki opadły mi z oczu. No tak! Przecież komputery, na których działała symulacja, nawet najpotężniejsze, musiały mieć swoje ograniczenia sprzętowe. Cała nieokreśloność w fizyce kwantowej mogła być mechanizmem oszczędzania cennych zasobów. Nieprzekraczalna bariera prędkości światła. Sama wartość tej prędkości. Dylatacja czasu w jej pobliżu. Wreszcie nieosiągalna energia potrzebna do jej uzyskania dla cząstek o niezerowej masie. Jeśli w realnym świecie te restrykcje nie istniały, to wszechświat faktycznie stawał się dla ludzkości dostępny!

– Przecież czułeś to od dawna – po chwili danej mi na przemyślenia odezwała się postać w czerni. – Musiałeś przeczuwać. Cały czas dążyłeś do zbadania tych zjawisk. Po to przeprowadziłeś ten nieszczęsny eksperyment.

– Nieszczęsny?

– Dobrze, że system operacyjny w porę wyrzucił cię z symulacji.

– Co zrobił?

– Jak smakowała ci kawa?

Kawa? Powróciły wspomnienia sprzed kilku godzin. Zaparzyłem Espresso. Potem rozmawialiśmy ze Stokrotką, popijając chłodnący napój. Tuż przed uruchomieniem systemu pomiarowego wziąłem łyk z filiżanki. Napar był już zimny, a eksperyment się rozpoczął. Chociaż… nie! Był gorący, dlatego go rozlałem!

W fizyce kwantowej mamy pojęcie superpozycji, w której obiekt jest jednocześnie w kilku różnych stanach, zanim dokona się pomiaru, ale to zjawisko występuje w odniesieniu do cząstek subatomowych, jak foton, czy elektron. Schrödinger mówił co prawda o kocie, ale to był jedynie eksperyment myślowy. Jeśli jednak kawa była jednocześnie i zimna, i ciepła, to zgodnie z hipotezą Everetta, rzeczywistość rozpadła się na dwie równoległe ścieżki. W pierwszej doszło do uruchomienia aparatury badawczej, w drugiej poraził mnie prąd.

– Zabiliście mnie kawą! – wykrzyknąłem.

– Nie my. System operacyjny w sytuacji zagrożenia może na moment rozdzielić symulację na dwa wątki, po czym przechodzi na ten, w którym spójność symulacji nie jest zagrożona.

– Przeszedł na tę wersję, w której ja ginę, jak ostatni bęcwał, tuż przed największym osiągnięciem mojego życia!

– Wersję, w której symulacja ocalała, wraz ze wszystkimi ludźmi wewnątrz, nieświadomymi twojego niebezpiecznego eksperymentu.

Buzowały we mnie emocje. Odarto mnie z mojego sukcesu. Odebrano marzenia. Unicestwiono, pozwalając myśleć, że to efekt mojej własnej niezdarności. Z drugiej strony, zapobiegło to ogromnej katastrofie, do której, zgodnie z moją obecną wiedzą, nieuchronnie zmierzałem. Odebrano dziecku zapałki…

– Uspokoiłeś się już? – Przedstawiciel komisji rekrutacyjnej wykazał się cierpliwością i spokojem.

– Tak, choć wciąż nie rozumiem, dlaczego odbyło się to w tak brutalny sposób. Dlaczego musiałem umrzeć.

– Przecież żyjesz.

– Tutaj tak, ale tam, na Ziemii, każda śmierć to tragedia dla bliskich.

– To się zdarzyło pierwszy raz. Automatycznie zareagował układ bezpieczeństwa. Sami na początku nie byliśmy pewni, co się stało.

– Przecież tam wewnątrz fizyka kwantowa rozwija się w najlepsze. Takich, jak ja, będzie coraz więcej. Pozwolicie systemowi operacyjnemu wszystkich mordować?

– A co ty byś zrobił?

– Nie wiem. Ruszył głową! Sabotował eksperymenty, podmieniał wyniki badań, rozpraszał uwagę naukowców, kierował ją na inne zagadnienia… Jest wiele możliwości, tym bardziej mogąc obserwować wszystko z zewnątrz i zawczasu rozpoznając zagrożenia.

Przez oczy mojego dyskutanta przeszła seria rozbłysków.

– Komisja podjęła decyzję. Gratulujemy. Twój przydział został zatwierdzony.

 

***

 

Weekend minął mi na zaaklimatyzowaniu się w moim nowym, małym apartamencie z ogromnym oknem na metanową zatoczkę i na pogodzeniu się z faktem, że skalisty Tytan będzie jedynym obcym światem, który odwiedzę. Marzenia o podróżach przez galaktykę raczej się już nie ziszczą. Może kiedyś uda się wyrwać gdzieś na urlop. Widok Saturna trochę rekompensował tę gorycz.

W poniedziałek, w moim nowym, brązowym uniformie z beżowymi wstawkami udałem się do pracy. Nie było innych, wolnych kolorów dla nowego działu, którego byłem pierwszym i na tę chwilę jedynym pracownikiem. Brązowy? Taki kawowy raczej. Do biura miałem trzy minuty transporterem. Czekał tam niezmiernie wygodny fotel, wyświetlacz na całą ścianę i biurko z dotykowym interfejsem. Ścienny ekran podzieliłem na kilkanaście części, aby móc na nich obserwować wiele miejsc jednocześnie, jak rasowy, pieprzony ochroniarz. W każdym z okienek krzątał się któryś z moich dawnych kolegów po fachu. Sami naukowcy, autorytety świata fizyki kwantowej, zajęci swoimi wzniosłymi badaniami. A ja miałem ich pilnować… sabotować, łamać kariery i odbierać marzenia. Ja pierdolę. Podobno byłem idealny do tej roboty. Najwyższej próby specjalista. Ekspert jebany.

Skończyłem właśnie kreować awatar do interwencji bezpośrednich. Niski, chudy rudzielec w grubych okularach i białym, laboratoryjnym fartuchu z plamą po kawie na lewej klapie. Przyszła zmora wszelkiej maści jednostek badawczych. Mój strój superbohatera do ratowania symulowanego świata. Pan Tadeusz.

Koniec

Komentarze

Witaj, Anonimie. :)

 

Gratuluję przezorności. :)

Dzięki za oznaczenie wulgaryzmów. :)

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

– … dwie… przepraszam, Stokrotko. – właśnie zostałem przyłapany na tym, że najbardziej błyskotliwej studentce, jaką miałem, opisuję jedno z najprostszych doświadczeń z fizyki. – Natura wykładowcy – dodałem w usprawiedliwieniu. – błędny zapis dialogu?

Nadal słyszałem szum kwantowego komputera, buczenie pompy próżniowej i Annę – …dwadzieścia dziewięć, trzydzieści! – Wdech. Drugi. – jeden, dwa, trzy… – i tu?

– No tak, ale dlaczego tak wcześnie? – blat biurka mojej rozmówczyni okazał się ekranem dotykowym, na którym gorączkowo starała się znaleźć jakieś informacje. – i tutaj?

– Proszę sobie nie żartować, tam się nie wraca – mała blondynka w błękitnym uniformie usilnie wertowała jakieś tabelki na rozświetlonym stole. – No tak! – wykrzyknęła z zadowoleniem. – Miał pan się u nas pojawić za dwie godziny i dwadzieścia trzy minuty. – i tu także?

– Albo zarejestrować (przecinek?) co się da, zanim ten kolaps nastąpi.

Anna potrzebowała kilka minut, aby się uspokoić, więc zrobiłem nam kawę. – gramatyczny/składniowy?

– Okeeej… – Mimo że teoria symulacji nie była mi obca, a sam napisałem kilka artykułów w Science na ten temat, potrzebowałem chwilę, aby tę informację przyswoić. – tu podobnie?

Brakowało jeszcze rogatego diabła, który widłami zapędzi mnie do kotła ze smołą za przekleństwo, które mi się wyrwało… – powtórzenie?

– Ale to pani ma teraz jakieś pretensje do mnie? – cała sytuacja wydawała się coraz bardziej absurdalna. – znowu zły zapis dialogu?

– Widocznie nie dowieźli mnie do szpitala – wyruszyłem ramionami. – i znowu?

 

– Ale to pani ma teraz jakieś pretensje do mnie? – cała sytuacja wydawała się coraz bardziej absurdalna.

– No przecież mam tu jasno napisane. O dwudziestej trzeciej szesnaście, śpiąc w szpitalnym łóżku, miał się pan zadławić językiem. – powtórzenia?

– Pan Marek Kwiatkowski – wycedziła powoli, zerkając na blat biurka. – Wygląd się zgadza – kontynuowała, widząc przeczący ruch mojej głowy. – To, kim pan jest do cholery! – czy ona na końcu nie zadała pytania?

– No (przecinek?) ale przecież nie można tak sobie brać czyjegoś ciała!

– Chciałoby się powiedzieć, niezły macie burdel w tym Archeo – nie wiem dlaczego, ale absurd tej sytuacji zaczął mnie bawić. – kolejny błędny zapis dialogu?

– Podwójne nieszczęście. Ja nie wiem, co mam z panem zrobić. Ja muszę to zgłosić. – W tym momencie jej oczy zabłysły, jakby na kontaktowych soczewkach wyświetlił się jakiś obraz. Zaczęła potakiwać, a ja zorientowałem się, że jest uczestnikiem rozmowy, której nie byłem w stanie usłyszeć. – powtórzenia?

Właśnie stanąłem przed drzwiami bez tabliczki informacyjnej, za to wbudowana w moje nowe oczy nawigacja utwierdziła mnie, że dotarłem we właściwe miejsce. Wewnątrz przywitał mnie rosły mężczyzna w seledynowym garniturze. – i tu?

Mijałem dziesiątki, ubranych w neutralne, białe kombinezony, równie jak ja zdezorientowanych umrzyków. – zbędny pierwszy przecinek?

Albo po prostu (myślnik?) Janie.

– Ach tak? – Uśmiech jedynie na ułamek sekundy ustąpił wyrazowi zakłopotania. – Ja tu mam, że nazywa się pan Tadeusz – zerknął szybko w tablet trzymany w reku. – Proszę, niech pan siada – wskazał jeden z dwóch wielkich foteli. Poza nimi w całkiem obszernym pomieszczeniu nie było innych mebli. Nawet donicy z kwiatkiem. Strasznie ascetyczne te zaświaty. – błędny dialog?

– Oczywiście – szeroki, profesjonalny uśmiech wciąż gościł na jego ustach. – To standardowa procedura. Ktoś musi objaśnić nowoprzybyłym, gdzie się znaleźli i jak tu wszystko funkcjonuje, a że często ludzie nie radzą sobie ze śmiercią, lub z tym, co po niej zastają, aby uniknąć załamań nerwowych, powierzono tę rolę psychologom. – tutaj też?

– Ja tu mam, że nazywa się pan Tadeusz – zerknął szybko w tablet trzymany w reku. – literówka?

– O, proszę! – mój rozmówca wykrzyknął radośnie po tym, jak jego tablet lekko zawibrował. – W systemie zaktualizowano pana dane – zapatrzył się w nie przez chwilę. – Fizyk. Profesor. Świetnie, to nam ułatwi sprawę. – Przeniósł wzrok na mnie – Najkrócej jak się da. Poprzez rzekomą śmierć wyszedł pan z symulacji. – błędny zapis dialogu?

Najkrócej (przecinek?) jak się da.

Mimo że teoria symulacji nie była mi obca, a sam napisałem kilka artykułów w Science na ten temat, potrzebowałem chwilę, aby informację przyswoić. W sumie nie powinienem być zaskoczony. Planując mój ostatni eksperyment, brałem i możliwość pod uwagę. – powtórzenia?

– Urodzonych na dawnej Ziemi. – Zawiesił głos na chwilę, oceniając mnie wzrokiem. – tu z kolei mam wątpliwość, czy to nie gębowe?

Stanięcie na obcym globie, to przecież marzenie niemal każdego naukowca, przynajmniej jeśli chodzi o nauki ścisłe. – celowo taka dziwna forma?

Po kilkunastu minutach marszu w dół skalistej dolinki znalazłem się nad brzegiem jeziora. Było tu ustawionych kilka sztucznych palm. Widać nie tylko mnie brakowało roślinności. Skoro nie miałem przy sobie kąpielówek, pozostało mi usadowić się na jednym z leżaków, ustawionych w kilku rzędach. – powtórzenia?

Jego tarcza, wyłaniająca się spomiędzy obłoków (przecinek?) zapierała dech w piersi.

Jaki znowu kłopot, psia jego… I co? Mam być pierwszym bezrobotnym na Tytanie? – inaczej zapis myśli?

– Wersję, w której symulacja ocalała, wrazwszystkimi ludźmi wewnątrz, nieświadomymi twojego niebezpiecznego eksperymentu. – ze?

– Uspokoiłeś się już? – przedstawiciel komisji rekrutacyjnej wykazał się cierpliwością i spokojem. – znowu błędny dialog?

– To się zdarzyło pierwszy raz. Automatycznie zareagował układ bezpieczeństwa. Sami na początku nie byliśmy pewni, co się wydarzyło. – powtórzenie?

Takich (przecinek?) jak ja, będzie coraz więcej.

 

Tego fragmentu i opisanych w nim odczuć bohatera nie pojmuję – przecież sam namawiał szefa Komisji, aby go wykorzystano i pozostawiono (?):

Weekend minął mi na zaaklimatyzowaniu się w moim nowym, małym apartamencie z ogromnym oknem na metanową zatoczkę i na pogodzeniu się z faktem, że skalisty Tytan będzie jedynym obcym światem, który odwiedzę. Marzenia o podróżach przez galaktykę raczej się już nie ziszczą. Może kiedyś uda się wyrwać gdzieś na urlop. Widok Saturna trochę rekompensował tę gorycz.

 

Tego też nie rozumiem, no przecież sam proponował takie działania, żeby ratować innych fizyków:

W każdym z okienek krzątał się któryś z moich dawnych kolegów po fachu. Sami naukowcy, autorytety świata fizyki kwantowej, zajęci swoimi wzniosłymi badaniami. A ja miałem ich pilnować… sabotować, łamać kariery i odbierać marzenia. Ja pierdolę. Podobno byłem idealny do tej roboty. Najwyższej próby specjalista. Ekspert jebany.

 

 

Brakowało jeszcze rogatego diabła, który widłami zapędzi mnie do kotła ze smołą za przekleństwo, które mi się wyrwało… Nie! Nie wyrwało mi się. Przeklinam, jak jestem wkurwiony. Jeśli to powód, aby skazać mnie na wieczne potępienie, to proszę bardzo. Mam gdzieś niebo, jeśli nie można w nim swobodnie okazywać emocji. – ten fragment mnie rozbawił, jak zawsze każdy z wulgaryzmami. :) Przypominam sobie wtedy przeczytaną przed laty w necie mądrość życiową: „Zostaw przekleństwa tym, którzy mają zbyt ograniczony zasób słów”. :)

 

Pomysł na zakończenie, nawiązujące do tytułu, nawiązującego z kolei do znanej epopei, jest ciekawy, sporo tu zabawnych fragmentów i oryginalnych zwrotów akcji, lecz całość wymaga jeszcze wielu poprawek, do tego nie pojmuję niekonsekwencji w rozumowaniu bohatera od czasu rozmowy z Komisją – uczyniono dokładnie to, co sam proponował, a on się nagle miota i złorzeczy. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

@Bruce

 

Bardzo dziękuję za ekspresową korektę. Nie myślałem, że mogę zrobić tyle błędów w zapisie dialogów. Solennie obiecuję poprawę i oczywiście korzystam.

„Zostaw przekleństwa tym, którzy mają zbyt ograniczony zasób słów” – W życiu zazwyczaj stosuję się do tej rady, ale w pisaniu nie lubię dodatkowych ograniczeń, a unikanie pewnej grupy słów to też ograniczenie. Uważam, że wulgaryzmy mogą stanowić dodatkowe narzędzie, szczególnie przy pierwszoosobowym narratorze, mniej pozbawionym ludzkich reakcji i emocji od trzecioosobowego. Jestem przekonany, że niejednemu portalowiczowi, gdyby na nogę upuścić ciężki przedmiot, wyrwałoby się słowo na „k”, zamiast „ajajaj, jak boli”, mimo szerokiego zasobu słów. W pewnych specyficznych warunkach mogłoby się w myślach pojawić „ja pier…” zamiast „ale jestem skonfundowany”, choć to drugie bezsprzecznie lepiej brzmi.

Teraz co do niezrozumiałych fragmentów. Skoro muszę się z nich tłumaczyć, to jest dla mnie sygnał, że coś poszło nie tak, więc to przyjmuję z pokorą. Mimo to spróbuję się trochę wytłumaczyć.

Jeśli stwierdzimy kategorycznie, że przysłowiową stajnię Augiasza należy posprzątać, to czy automatycznie oznacza to, że będziemy szczęśliwi, gdy ktoś wręczy nam miotłę? Albo z drugiej strony – czy ocalonego z pożaru, który doznał ciężkich poparzeń, należy wysyłać do gaszenia kolejnych, bo przecież wie teraz o ogniu więcej od innych? Można robić coś z poczucia obowiązku, ale wcale nie być z tego powodu szczęśliwym.

 

Bardzo dziękuję za pierwszy komentarz i serdecznie pozdrawiam.

Zanim przeczytam i się odniosę, mam jedno zasadnicze pytanie do Anonima – jakim cudem dodałeś opowiadanie w obliczu kataklizmu, związanego z migracją serwisu? wink

@Szafirowy Smok

 

Użyłem kopii roboczej sprzed kataklizmu.

Tego się obawiałem… sad I trochę zazdroszczę wink

 

No nic, w takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przeczytać Twoje opowiadanie, jak tylko czas pozwoli.

Szczególna wizja przyszłości nauki, szczególna wizja istnienia po śmierci. Nie wszystko zrozumiałam, ale czytało się nieźle, choć wykonanie mogłoby być lepsze. :)

 

– Czego spo­dzie­wa się pan po eks­pe­ry­men­cie, pro­fe­so­rze? – usły­sza­łem głos asy­stent­ki. → – Czego spo­dzie­wa się pan po eks­pe­ry­men­cie, pro­fe­so­rze? – Usły­sza­łem głos asy­stent­ki.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

– Tak na­praw­dę, to… nie wiem – uśmiech­ną­łem się. → Brak kropki po wypowiedzi. Didaskalia Wielką literą. Winno być:

– Tak na­praw­dę, to… nie wiem.Uśmiech­ną­łem się.

 

dwie… prze­pra­szam, Sto­krot­ko. → Zbędna spacja po pierwszym wielokropku.  

 

– Za­mie­rza pan… – jej oczy stały się ogrom­ne – za­re­je­stro­wać tra­jek­to­rię elek­tro­nów… → Brak wielokropka po wtrąceniu, przed dokończeniem wypowiedzi. Winno być:

– Za­mie­rza pan… – jej oczy stały się ogrom­ne – za­re­je­stro­wać tra­jek­to­rię elek­tro­nów

 

zgi­ną­łem tuż przed po­ra­żo­ny prą­dem, jak pie­przo­ny fajt­ła­pa! – Kurwa ma­aaaać! – roz­dar­łem się na całe gar­dło. → Wypowiedzi dialogowej nie zapisujemy z narracją, dajemy ją w nowym wierszu. A skoro rozdarł się na całe gardło, przydałyby się trzy wykrzykniki. Winno być:

zgi­ną­łem tuż przed, po­ra­żo­ny prą­dem, jak pie­przo­ny fajt­ła­pa!

– Kurwa ma­aaaać!!! – roz­dar­łem się na całe gar­dło.

 

– Widocznie nie dowieźli mnie do szpitala – wyruszyłem ramionami. → Literówka, bo ramionami nie można donikąd wyruszyć.

 

Witamy na Tytanie i … do widzenia. → Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

że dotarłem we właściwe miejsce. → …że dotarłem do właściwego miejsca. Lub: …że znalazłem się we właściwym miejscu.

 

– Jak ja i każdy, którego pan tu spotkał – uśmiech, choć tym razem bardziej dobrotliwy, wrócił na usta pana Miltona. → – Jak ja i każdy, kogo pan tu spotkał.Uśmiech, choć tym razem bardziej dobrotliwy, wrócił na usta pana Miltona.

 

Mężczyzna wstał i ruszył w kierunku wyjścia. → A może zwyczajnie: Mężczyzna wstał i ruszył do wyjścia.

 

Zsiadłem w wygodnym fotelu, podobnym do tego z gabinetu psychologa. Naprzeciw mnie, w podobnym fotelu, ale na niewielkim podwyższeniu siedział człowiek… → Nie brzmi to najlepiej.

 

twoje przybycie bardzo nas zaskoczyło. Zazwyczaj na długo przed przybyciem tu… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Zaparzyłem Espresso. → Dlaczego wielka litera?

I ja dziękuję, Anonimie. :) 

No tak, po prostu przyjmuję, że bohater postępował niekonsekwentnie. :) 

Co do wulgaryzmów, jak najbardziej, rozumiem, “wyrywają się” one przy rozmaitych okazjach wielu osobom, zdążyłam się już przyzwyczaić; tutaj po prostu, nawiązując do podanego stwierdzenia z netu, nie był to absolutnie zarzut odnośnie samego tekstu, tylko bardziej – żartobliwe przemyślenie odnośnie zasobu słów naukowca. :) 

Natomiast z dialogami zawsze jest ciężko wyczuć, stąd tylko pytania i sugestie. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Nowa Fantastyka