- Opowiadanie: Sirin - Jezioro i las

Jezioro i las

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Jezioro i las

– Podobno wrzucał tu ciała tych wszystkich dzieciaków – mówił. – …

Krzysiek siedział na plecaku, bo wygodniej, wciskał brodę między ramiona, bo cieplej, trzymał oburącz wędkę, bo tak pewniej, gdy w końcu spławik zanurzy się pod wodą. I czekał, wpatrzony w nieruchomy kawałek drewienka. Potrafił w ten sposób przesiadywać godzinami bez choćby najmniejszego ruchu, jakby jego dusza wypełzała z niemłodego ciała i spuszczała się po cieniutkiej żyłce aż do haczyka z przynętą, skąd wypatrywała nadpływającej ofiary. Z daleka musiał wyglądać jak zamarznięty bożek, wyciosany na samym środku jeziora i zawleczony tuż nad przeręblę, żeby przeganiać podpływające ryby niczym podwodny strach na wróble. Jeśli taki straszak stoi wśród zbóż wystarczająco długo, to w końcu kruki i wrony obsiądą go całego, po czubek słomianego kapelusza. Tak było tutaj, z Krzyśkiem, który, równie zastygły jak spławik, wpatrywał się w wyrąbany w lodzie otwór.

– Podobno w tym jeziorze topił ciała swoich ofiar. Wabił słodyczami, zapraszał do domku w lesie, gwałcił, a po każdym akcie odcinał dzieciaczkowi palec u ręki. Gdy się palce kończyły, podrzynał ofierze gardło, spuszczając krew do wiadra. Obcięte palce wkładał do karmników w całej leśniczówce, a ciała obciążał kamieniami i wrzucał tu, do wody – powtórzył.

Jezioro nie było zbyt szerokie – gdyby dobrze się zamachnąć, można by przerzucić piłeczkę tenisową z jednego brzegu na drugi – natomiast rozlewało się na taką długość, by z krańca do krańca maszerować nie mniej niż dziesięć minut. Do tego zagłębiało się głęboko w ziemię, tak głęboko, że wierzono w ogromne istoty, które kryły się w jamach na samym dnie.

– Podobno, gdy czwarte dziecko przepadło bez wieści, pewien człowiek odnalazł i rozpoznał dziecięce palce w zwierzęcych odchodach. Zgłosił to na posterunek, gdzie dopasowano kawałki ciał do kodu genetycznego jednego z zaginionych. Znalazcę natomiast wsadzono za kratki, bo udowodniono mu przy okazji kłusownictwo.

– Stul dziób! – warknął Krzysiek przez zaciśnięte zęby, a z jego ust wypłynął obłoczek pary. On… Ostatnio przeszkadzał mu coraz mocniej. Cholera, nie powinien zabierać go na ryby. Nie nadaje się do tego.

Umilkł, speszony.

Krzyśka ta cała gadanina wytrąciła z bezruchu – drgnął. A spławik nie – jakby zamarzł. Cholera, teraz to już nie ma co tu sterczeć, zdenerwował się, bo gdy do głowy zaczynały napływać myśli, to i inne bodźce trafiały do ciała: zimno, odgłosy osuwającego się śniegu z gałązek, ptasie skrzeczenie, burczenie żołądka i wezbrany w pęcherzu mocz.

– Idę się odlać, pilnuj wędki – rzucił, po czym wstał i ruszył w kierunku linii drzew.

– Podobno, gdy schwytali i postawili zarzuty leśniczemu, ten się śmiał tak, że po jeziorze zaczęły rozchodzić się kręgi, jakby woda chichotała wraz z nim.

Krzysiek westchnął. Nie miał najmniejszego wpływu na to, czy tamten zamilknie. Najchętniej schwyciłby go, przywiązał do pnia drzewa, odcinał paluszek po paluszku, a potem wsadziłby mu wszystkie do gardła, aż by się udusił, a dumny wędkarz mógłby go wrzucić do jeziora tak samo, jak wrzuca się zanętę.

Zszedł z lodu i wspiął się po stromiźnie na brzeg. Rozpiął pasek, rozsunął rozporek i oparł się od drzewo. Na śniegu wykwitły żółtawe plamy, wyglądające zupełnie jak w teście Rorschacha, który kilka razy podsuwano mężczyźnie pod nos. Co widzisz na obrazku, drogi Krzysztofie?

– Rybka. – Przekrzywił głowę, wpatrując się w śnieg. – Złota rybka.

Za jego plecami coś się poruszyło, coś plasnęło. To ptak poruszył gałązkami, z których obsunął się śnieg.

– Spełnisz moje trzy życzenia? – Krzysiek zapytał malunek z uryny. Mając problem z załatwieniem się do końca, ukląkł na jedno kolano, zdjął rękawicę, zagarnął kawał żółtawego śniegu i wypełnił nim usta. Po pierwsze, oszuka żołądek. Po drugie, ochłodzi gębę, żeby mu para z niej nie wylatywała. Po trzecie, zachowa rybkę tylko dla siebie. Trzy życzenia.

– Podobno leśniczy przyznał się do wszystkiego, sam opowiedział w najmniejszych szczegółach, co robił dzieciom. I wskazał miejsca, gdzie zatapiał ciała. Wsadzili go, owszem, ale ludzie mówili, że to nie może być prawda. Nikogo, nawet największego drania nie byłoby stać na takie bestialskie czyny. Ludzie po prostu nie mogli w to uwierzyć. Ciał też nigdy nie znaleziono, więc nie chcieli przyjąć do świadomości, że dzieci już nie ma i nie będzie. A rodzice nadal szukali swoich zaginionych pociech.

Krzysiek wstał, otrzepał spodnie z białego puchu. Wciągnął przez nos powietrze do płuc. Raz i drugi.

 – Śnieżyca będzie – powiedział do siebie, zszedł na lodową taflę jeziora i skierował się do przerębli, przy której czekała na niego wędka.

– Podobno jedynymi dowodami w sprawie były paluszki w karmnikach – a karmienie zwierząt to przecież obowiązek leśniczego – i pęto kaszanki, w której odnaleziono ślady krwi ostatniego z zaginionych chłopców. I oczywiście same zeznania leśniczego.

– Żeby cię jezioro pochłonęło, zamknij się!

Krzysiek usiadł na plecaku, chwycił oburącz krótką wędkę i zamarł w oczekiwaniu. Chmury kotłowały się nad nim; zbierały siły przed wypluciem wieloramiennych, mroźnych gwiazdeczek.

Wędkarz zamarł z ostrym jak siekiera wzrokiem wbitym w przeręblę. Brzegi lodu miały grubość położonego poziomo Pisma Świętego. Były barwy dziecięcej trumienki. Woda zaś ciemna jak żałoba, a spławik z balsy przypominał belkę, pod którą Chrystus trzykrotnie padł.

Spławik drgnął. Raz, drugi. Położył się na wodzie.

Krzysiek zaciął. Żyłka się naprężyła. Poczuł opór i odór. Zaczął kręcić minikołowrotkiem, przyciągać zdobycz ku sobie, zapach narastał, jakby wypełzał spod wody i zawijał się wokół kołowrotka. A ryba walczyła – przy powierzchni skrzyły się już srebrne łuski, woda jak wrzątek bulgotała przy samym lodzie.

Wiatr zawył, trzasnęło – to w lesie. Spadły pierwsze płatki śniegu.

Wyciągnął rybę – nierybę. Przeraził się i odrzucił ją na lód razem z wędziskiem. Wiła się i podskakiwała na końcu żyłki, ukazując ości na wierzchu, mięso poszarpane, wnętrzności pulsujące, czerwone. Wokół szarpiącej się istoty sypały się łuski, sypał się naskórek…

Cuchnęło zgnilizną.

Krzysiek zdrętwiały patrzył, jak wodny stwór stopniowo spowalnia ruchy, coraz rzadziej macha ramiennymi wyrostkami i płetwą, zastygając z wolna niczym wędkarz nad przeręblą.

Istota zamarła całkiem, a Krzysiek się ocknął, zbliżył nieco do odrzuconej wędki z nią na końcu żyłki. Nią, nią…

– Myślisz, że to dziewczynka? – zagaił. – Nie wygląda na więcej, niż dwa latka. Patrzaj, gdzie łuski odpadły, o tam, tam, łokcie obdarte widać, jak u urwisa.

Nie była dłuższa niż męskie ramię, szersza niewiele. Z końca jak ryba: płetwa, ogon – cała w łuskach. Dalej korpus ni to ludzki, ni to rybi, ale z niego te niby-ramiona wystają, bezpalczaste, a przede wszystkim głowa od reszty szyją oddzielona. Na niej gęba upiorna, bo uśmiechnięta, choć martwa. Na czubku grzywa z wodorostów.

Śnieg sypał się z nieba, coraz mocniej, intensywniej. Przykrywał truchło warstewką, zasłaniał wystające ości, rozbebeszony brzuch.

– Zupełnie jakby coś ją trzymało, oddać nie chciało – gderał natarczywie, ale nadal niepoważnie, wesołymi tonami wlewał mu się do głowy. – Zabiłeś ją. Porwałeś, wyrwałeś, rozerwałeś, zabiłeś. Krzysiek, jesteś mordercą.

Krzysiek gwałtownie się obrócił, wrzasnął, zaburczał i zajęczał wewnętrznym gniewem, który w nim zabulgotał, i rzucił się głową do przodu na rozmówcę z palcami rozczapierzonymi jak szpony. I tłukł, okładał, uderzał zawzięcie, aż ból do niego dotarł i mężczyzna krew zobaczył na popękanej tafli lodu.

Skóra jeziora zaczęła pękać, otaczać szczelinami leżącego i krwawiącego Krzyśka, a w koło tworzyły się coraz to nowe kręgi zamarzniętej wody. Kręgi lodowego piekła…

– Kazałem ci się zamknąć! – Krzysiek wrzasnął, ile sił miał w płucach, gdy usłyszał bliskie kroki. Leżąc, obrócił się na plecy. Łzy ciekły mu spod zaciśniętych powiek, krew z rozbitych knykci. Z ust unosiła się para. Pachniało świerkami, wodą, rybą i moczem. Słyszał tylko trzaski – to z lewej, to z prawej strony – lecz były odleglejsze, bo z lasu.

Z lasu… Przekręcił głowę, otworzył oczy. Coś mignęło między drzewami, poruszyło gałązkami, trzask i plask. Przez padający śnieg nie widać dokładnie nikogo ani niczego, nie można też dostrzec szczelin na lodzie, bo świeży puch przykrył. A może wcale ich nie było?

Usiadł, podpierając się łokciami. Poprawił czapkę na głowie, ze wstydem stwierdzając, że zmoczył się w spodnie. Nieopodal leżało kilka rybich głów. Tak, teraz sobie przypominał – zaczął oczyszczać swój połów na kłodzie długości męskiego ramienia, gdy tamten przyszedł.

O czym on mówił?

Dzieci, paluszki, stwory na dnie jeziora, leśniczy.

– Boże… – Przeżegnał się Krzysiek, a słowa ugrzęzły mu w gardle. – Ty wiesz…

Krzysztof wstał, zwinął wędkę, zebrał ryby, pomajstrował przy spodniach, starając się śniegiem zetrzeć brzydkie plamy. Pokrzątał się jeszcze trochę, rozglądając nerwowo, jakby w gorączce. Ciemniało, śnieżyca gęstniała, a drzewa uginały się pod świeżym opadem, od czasu do czasu zrzucając z siebie niechciany, lepki płaszcz.

Las obserwował Krzysztofa. Las był niemym świadkiem jeziornych wydarzeń, wnikał mackami swojego zapachu w umysł człowieka.

Ważył człowiecze winy, rozumiejąc, że Krzysztof nie brał leków na swoje szaleństwo, nie brał leków na swoje sumienie.

Las rozważał, czy człowieka ukarać, uwięzić w gęstwinie, przygnieść konarem, otruć jagodą, a może zagnać trzaskami, plaskami i pohukiwaniem w miejsce, gdzie miałby zamarznąć?

Jednak nie mógł się zdecydować na karę, jej wymiar czy złagodzenie ze względu na chorobę. Nie mógł się zdecydować, ponieważ Krzysztof był bratem leśniczego i tak bardzo dbał o drzewa, miał to we krwi.

Mężczyzna maszerował przed siebie, w siatce niosąc połów. Na jego rękawiczkach widniały ślady krwi, policzki zaczerwieniły się od mrozu. Oczy tylko miał spokojne, bo już zszedł z jeziora, daleki od nachalnego głosu, i był w domu, w lesie, który nigdy do niego jeszcze nie przemówił.

Gałęzie szemrały między sobą, sypał śnieg, zapadał zmierzch.

Koniec

Komentarze

Czy to wpływ pory roku? Kolejny zimny, lodowaty tekst. Pełen niepokoju.

Przez chwilę się zastanawiałam, czy mnie ten wyłowiony stworek uwiera, czy nie. I chyba jednak tak – męczy mnie jego tajemniczość i fakt, że ostatecznie nie wiem, czy to była ryba, dziwna nimfa, magiczne połączenie jednego z zaginionych dzieci z rybą. Co to było? I nie odpowiadaj na to pytanie – wbrew pozorom wcale nie chcę wiedzieć, bo wtedy szybko o opowiadaniu zapomnę :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Makabryczny, tajemniczy, niejednoznaczny tekst. Fajnie oddałeś mroczny, niepokojący klimat. Widzę, że ostatnio wena cię nie opuszcza. Oby tak dalej :)

Przewrotnie pisałem ten oraz Terra incognita na przełomie lipca i sierpnia, w czas tych nieznośnych upałów :) O tym tekście w sumie zapomniałem, dziś znalazłem na dysku, prędka autokorekta (szczególnie kłopot był w "gubieniu podmiotu", gdy pojawia się druga postać męska) i wrzuciłem tutaj, bo absolutnie nikt jeszcze opowiadania nie widział.

Ha! Czyli byłam pierwsza! Chociaż raz ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jest niepokojąco i strasznie. I choć nie lubię czytać o tego rodzaju zbrodniach, coś mnie zatrzymało przy tekście. Nie żałuję. Podoba mi się niejednoznaczność (w sumie nie mam pewności, czy dobrze zrozumiałam, co się wydarzyło, ale to nie minus – muszę pogłówkować, bardziej się zaangażować w tekst, więc na dłużej zostawię go w pamięci), podoba mi się narracja, język. Choć kila rzeczy mi zgrzytnęło. Np:

 

Do tego było głębokie, tak głębokie, że wierzono w ogromne istoty, które kryły się w jamach na samym dnie akwenu.

Może to rzecz gustu, ale słowo “akwen” nie pasuje mi do plastycznego, obrazowego opisu, jaki je poprzedza. Co więcej, wiadomo o czym mowa, więc po “dnie” można postawić kropkę, raczej nie będzie wątpliwości o jakie dno chodzi,

Zszedł z lodu i wspiął się po stromiźnie na brzeg. Rozpiął pasek, rozsunął rozporek i oparł się od drzewo, oddając mocz. Na śniegu wykwitły żółtawe plamy,

Tutaj podobnie zgrzyta mi “oddając mocz”. Kropka po drzewie, a żółtawe plamy wystarczająco wyjaśniają co się dzieje ;)

…ukląkł na jedno kolano, zdjął rękawicę, zagarnął kawał żółtawego śniegu i wypełnił nim swoje usta.

Można, a nawet wypadałoby, wywalić “swoje” ;)

Chmury kotłowały się nad nim; zbierały swoje siły przed wypluciem wieloramiennych, mroźnych gwiazdeczek.

Jak wyżej. Poza tym, bardzo, bardzo podoba mi się metafora z wypluciem gwiazdeczek.

Krzysiek zdrętwiały patrzył, jak wodny stwór stopniowo zmniejsza częstotliwość swoich ruchów, coraz rzadziej macha ramiennymi wyrostkami i płetwą, zastygając z wolna niczym wędkarz nad przeręblą.

Tu również niepotrzebne “swoich”. “Zmniejsza częstotliwość” też zaburza literackość opisu, wyrażenie bardzo techniczne.

Śnieg sypie się z nieba, coraz mocniej, intensywniej. Przykrywa truchło warstewką, zasłania wystające ości, rozbebeszony brzuch.

Tutaj zdziwiła mnie nagła zmiana czasu na teraźniejszy.

I tłukł, okładał, uderzał zawzięcie, aż ból do niego dotarł i krew zobaczył na popękanej tafli lodu.

Tu omsknął się podmiot – czy ból zobaczył krew?

 

 

Potrafił w ten sposób przesiedzieć godzinami – siedzieć godzinami albo przesiedzieć całe popołudnie/dobę

Jezioro nie było zbyt szerokie – gdyby dobrze się zamachnąć, można było przerzucić piłeczką tenisową z jednego brzegu na drugi – natomiast było na tyle długie, by z krańca do krańca maszerować nie mniej niż dziesięć minut. Do tego było głębokie, tak głębokie, – nie za dużo tych “byłów”?

strużka pary? – może lepiej obłoczek?

 rozpoznał dziecięce palce w sarnich odchodach. – do tego mam spore wątpliwości. Sarna raczej (nawet przypadkiem) nie zeżre mięsa, może dzik? Ale w odchodach też raczej nie udałoby się niczego rozpoznać.

Ciekawie napisane, jak zwykle doskonały klimacik i interesujące niedopowiedzenia.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Opowiadanie do mnie nie przemawia. Raz, że zbrodnia i opis jej (nie)wykrycia przez organy ścigania wydaje mi się naciągane. Dwa, że nie podoba mi się nierówność tekstu – początek i rozwinięcie jest takie tajemnicze, pełne niedomówień a potem walisz z łopaty o szaleństwie brata leśniczego. Trzy – nie sądzę, że Las jest zdolny do przedstawionych przez Ciebie dylematów moralnych. Jak ja to sobie wyobrażam, w przyrodzie jest prosto: jest wina, jest kara. Obrońca z urzędu nie dany :D

Narracja pierwszoosobowa nie jest łatwa. W większej części opowiadania sobie poradziłeś, ale przejrzałabym jeszcze tekst pod względem gramatycznym – np. miejscami gubisz podmiot.

 

 

Krzysiek siedział na plecaku, bo wygodniej, kulił brodę między ramionami, bo cieplej, trzymał oburącz wędkę, bo tak pewniej, gdy w końcu spławik zanurzy się pod wodą.

Tu chyba powinno być więcej kropek albo jakieś średniki.

rozpoznał dziecięce palce w sarnich odchodach.

To sarny są mięsożerne? Patrz, nie wiedziałam…

Ostatnio przeszkadzał mu coraz mocniej

bardziej?

A spławik nie – jakby zamarzł. Cholera, teraz to już nie ma co tu sterczeć, zdenerwował się

to brzmi, jakby spławik się zdenerwował

Krzyśka ta cała gadanina wytrąciła z bezruchu

Ta cała gadanina wytrąciła Krzyśka z bezruchu

Rozpiął pasek, rozsunął rozporek i oparł się od drzewo, oddając mocz.

Nie za dużo szczegółów? :D

zdjął rękawicę, zagarnął kawał żółtawego śniegu i wypełnił nim swoje usta

Ble! Zdecydowanie za dużo szczegółów!

wzrokiem wbitym w przeręblę

​patrz, człowiek się całe życie uczy! Myślałam, że przerębel to tylko rodzaj męski, a tu okazuje się, że może być i żeński. Dzięki!

Zamarła całkiem

Kto? Przedtem było o stworze (rodzaj męski)

stwierdzając, że zmoczył się w spodnie

czym się zmoczył? Przecież chwilę temu się wysikał. Poza tym – nie powinno być „zmoczył spodnie”?

Hmm... Dlaczego?

Tryma poziom, wywołuje emocje. Całkiem mi się podoba. Ale:

 

Znów Ci się wkradają, Sirinie, takie małe niezręcznostki: 

 

Potrafił w ten sposób przesiedzieć godzinami bez choćby najmniejszego ruchu

Dużo lepiej brzmiałoby przesiadywać lub siedzieć

 

Krzysztof wstał, wędkę zwinął, ryby zebrał, przy spodniach pomajstrował, śniegiem starając się zetrzeć brzydkie plamy.

Znienacka wpada szyk przestawny, nieobecny nigdzie wcześniej.

 

Fabularnie to trochę zbyt chaotyczne. Opowiadanie ma taką strukturę, że domaga się jakiegoś odkrycia* (w sensie reveal) na końcu. I to odkrycie jest tutaj jakoś za słabo zaakcentowane, rozmyte przez kilka ostatnich akapitów. Z  drugiej strony rozumiem (bo sam nie lubię takich rozwiązań), że nie chciałeś tym odkryciem walić w czytelnika zbyt mocno. Więc to chyba kwestia znalezienia złotego środka dla sposobu, w jaki odkrycie podawać. 

 

*Może zamiast odkrycia powinno być wyjawienie. Mam problem z nazwaniem tego elementu narracji.

Widać, że nie było ani śladu bety, a ja może ze dwa razy to przeczytałem przed publikacją :) Ale to i tak nieźle! Powielają się moje grzeszki: powtórzenia, wkradająca się mieszanina stylu. Nie jest łatwo ujarzmić stylizację, dlatego jeszcze więcej takich szortów będę popełniał, nim z całym zaangażowaniem wezmę się za duży, stylizowany tekst.

Bardzo dziękuję za podkreślenie wszelkich grzeszków – znajdę wolną chwilę i poprawię :)

 

Jednak są: przerębla i przerębel. Pamiętam, że sprawdzałem, jak to odmienić, pełny wątpliwości.

Z obsikaniem sobie spodni – nie dosikał się do końca, dosłownie napisane. Cóż, stary dziad, prostata…

Poza tym pierwsze zdanie – i cała postać rozmówcy, często nieujętego osobnym podmiotem (przez to wrażenie, że jest gubiony, a to jakby “druga warstwa” Krzysztofa) – wskazuje już, że jest w bohaterze coś ponad zwyczajnością. Dlatego ciężko mi przytaknąć na twierdzenie, iż walę bez ostrzeżenia kwestią omamów. Prawda, że zapuszczam czytelnika w maliny, ale od początku bohater po prostu słyszał coś więcej, coś więcej sobie wyobrażał, coś więcej sobie dopowiadał, coś powstawało w jego umyśle, w co czytelnik ma bezpośredni wgląd – jest jakby współudziałowcem tych omamów, tak samo jak bohater nie zdaje sobie sprawy z nierealności tych wytworów.

Całe to morderstwo może być równie dobrze wymysłem.

 

Dziękuje za pozytywny odzew. Niezbyt wysoko cenię ten czy poprzedni (Terra incognita) tekst, a jednak w jakimś stopniu trafiły do części z Was. Fajna sprawa :) Z tym szczególnie – bo był pisany po prostu od zdania do zdania, bez jakiegoś zamierzenia (przemyślałem jedynie bohatera, wszelkie wydarzenia płynęły swobodnie), co rzadko praktykuję.

Odniosłam wrażenie, że wszystko o czym przeczytałam to rojenia chorego człowieka. Że nic nie wydarzyło się naprawdę, a złowiona ryba tylko Krzysztofowi jawiła się poczwarą.

Starałeś się stworzyć klimat chłodu i tajemnicy, i poniekąd to Ci się udało. Przeczytałam opowiadanie bez przykrości, ale w pamięci raczej go nie zachowam.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

– Po­dob­no wrzu­cał tu ciała tych wszyst­kich dzie­cia­ków – mówił. – … – Co znaczą półpauza i wielokropek po kropce?

 

Krzy­siek sie­dział na ple­ca­ku, bo wy­god­niej, kulił brodę mię­dzy ra­mio­na­mi, bo cie­plej… – Czy brodę można kulić?

Może: Krzy­siek sie­dział na ple­ca­ku, bo wy­god­niej, wciskał brodę mię­dzy ra­mio­na­, bo cie­plej

 

można było prze­rzu­cić pi­łecz­ką te­ni­so­wą z jed­ne­go brze­gu na drugi… – Raczej: …można było prze­rzu­cić pi­łecz­kę te­ni­so­wą z jed­ne­go brze­gu na drugi… Lub: …można było rzu­cić pi­łecz­ką te­ni­so­wą z jed­ne­go brze­gu na drugi

 

– Żeby cię ję­zio­ro po­chło­nę­ło, za­mknij się! – Literówka.

 

Krzy­siek usiadł na ple­ca­ku, schwy­tał obu­rącz krót­ką wędkę… – Raczej: Krzy­siek usiadł na ple­ca­ku, chwy­cił obu­rącz krót­ką wędkę

 

z pal­ca­mi roz­cza­pie­rzo­ny­mi jak szpo­na­mi. – …z pal­ca­mi roz­cza­pie­rzo­ny­mi jak szpo­ny.

 

w koło two­rzy­ły się coraz to nowe kręgi za­mar­z­nię­tej wody. – …wkoło two­rzy­ły się coraz to nowe kręgi za­mar­z­nię­tej wody.

 

Pach­nia­ło świer­ka­mi, wodą, rybą i mo­czem. – Jedną rybą?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“w koło” można zapisać rozdzielnie, a rybą czy rybami – niezależnie od liczby, co się zmieni: zapach czy  jedynie jego intensywność? Niemniej reszta sugestii pomocna, dziękuję :) Co do interpretacji – jest mi najbliższa. To historia (i punkt widzenia) człowieka, który doświadcza omamów i halucynacji.

Wprowadziłem kilkanaście sugerowanych przez Was poprawek. Uwagi przydadzą mi się na przyszłość, a kolejni czytelnicy będą mieli gładszą lekturę :)

W tym wypadku wkoło. Zapis rozdzielny dotyczy zupełnie innej sytuacji.

Chyba mówił jednak sam do siebie, bo tak to nie wiadomo, kto mówił… Trzech wyrazów zabrakło na zakończenie pierwszego zdania.

Trzeba było zastanowić się nad użytym w pierwszym zdaniu czasem – on potem kontynuuje wypowiedź, więc zdecydowanie “powiedział”. Jeśli bohater jest niemłody, to chyba Krzysztof, a nie Krzysiek.  Krzysiek sytuuje inną postać.  I nie “powtórzył” na koniec długiej partii wypowiedzi bohatera. On niczego przecież nie powtarza – kontynuuje, ciągnie… I ten zwrot raczej w środku zdania.

Jeśli już wiemy, że akcja tocy się nad jeziorem czy na jeziorze, to czemu ”w tym jeziorze”? Już wiemy, że idzie o to, a nie o inne jezioro.

Tekst językowo zdecydowanie do dopracowania. 

Pozdrówka. 

pomysł:

psychopatyczny schizofrenik na rybach i jego gadki– ok

myślący las i jego rozważania, ocena w oparciu o brata leśniczego – słabe

wątki:

ryba, dzieci, palce, mocz – ciekawe, ich opisy słabe

wykonanie całość– słabe

 

Ignorancja to cnota.

Heh, a mnie się podobało i to bardzo. Klimat niesamowity, bardzo dobre oddany słowami. Ciekawa i oryginalna historia. Tam się będę niedoróbkami (są jakieś ?) przejmował…

F.S

Niezły upiorny klimat i ogólnie niezła historia, choć kilka porównań trochę zbyt przeszarżowanych. Zastanowił mnie zadnie “Zszedł z lodu i wspiął się po stromiźnie na brzeg.” Gdzie wspinał się bohater, bo wydaje mi się, że tam gdzie kończy się brzeg, zaczyna się jezioro czyli tutaj lód? A jezioro było opisane jako nieduże, więc nie chyba nie było klifu.

Ten las pojawia się znienacka i nie wiadomo po co, skoro nic nie robi poza stwierdzeniem, że może coś zrobić.

Nowa Fantastyka