- Opowiadanie: Sirin - Terra incognita

Terra incognita

Najbliżej chyba gatunkowo temu szortowi do horroru (a może historii alternatywnej?), jednak pewien nie jestem, więc dodaje jako “inne”. Wrzucam, bo jestem ciekaw opinii fantastów. I dlatego, że klimat zimowy, a w końcu zaczyna się grudzień.

Dziękuję za sierpniową pomoc przy betowaniu tego mroźnego tekstu: belhajDeirdriu oraz Anna Wasińska (z redakcji Sofy). Tekst był publikowany we wspomnianym e-zinie, jednak odbiorca Sofy wydaje mi się całkowicie inny aniżeli tutaj, na portalu.

Im więcej osób czyta, tym bardziej jestem rad :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Terra incognita

Szli. Szur, szur, szur, lewa, prawa. Każdy krok ze skrzypnięciem wdzierał się w podłoże – to śnieg tak dźwięcznie protestował. Wicher podrywał drobiny lodu, przesuwał falami tych drobin po bieli. I wył nieustannie, niemożliwie – niegościnnie przeganiał z miejsca na miejsce, gdy oni szli. Lewa, prawa, prawa, lewa. Nierówny rytm marszu gnał grupkę do przodu, w biel – a ta była na nich obojętna i… zimna.

Szedł i on, Antoni. Miał szczęście, że w środku. Po lewej Leon, po prawej Jan, a on w środku, on, Antoni. W lewą i prawą rękę nieco cieplej, gdy tamci idą obok, bo wszyscy ściśnięci ramionami, człowiek przy człowieku. Lecz wcale nie raźniej, bo głodno. A gdy żołądek ssie, to nie myśli się o kompanach. Tylko o jedzeniu. I cieple.

A wicher dął. Wplatał w warkocze podmuchów śniegowe i lodowe drobiny, zawiewał nimi ludzi, zawiewał nimi cherlawe drzewka, zawiewał też horyzont. I nic nie było widać – tylko jasność, znaczy biel. Zaspa z zaspą jakby tańczyła, tak jedną z drugą zamieć łączyła – bo jak dmuchnie, to śnieg z nieba leci nie pionowo, a poziomo; tak właśnie to wyglądało, jakby zaspy za ręce się chwytały, jedna, druga, trzecia i kolejne… Złudzenie tworzyło taki teatr, w którym zaspy w krąg się splatały. I tańczyły. Nieustanny ruch białych płatków, twardych drobin lodu. Wirująca biel zaciskającego się kręgu. Zamieć. Światło.

 

Światło!

 

Leon wyciągnął dłoń, Jan machnął ręką – nic nie mówili, a jedynie pokazali. Tak już jest w tym mrozie, że lepiej ruszyć kończyną, coś wskazać, bo to zawsze cieplej niż gębę otwierać. Światełko co jakiś czas mrugało na horyzoncie. Jak do zagubionych rozbitków, jak do dusz przechodzących przez ciemny tunel życia.

Ruszyli.

Szur, szur, lewa, prawa. Szli. Wiatr zawiewał, nogi podcinał, ale światełko nadziei wyciągało na powierzchnię i trzymało za ręce. Wszystkie ręce żywych. Bo był z nimi i czwarty, był i piąty. Józef i Stanisław. Byli.

Trzy dni wcześniej – przed nocą jeszcze, a zarazem tego tygodnia, w którym wyrwali się z uwięzionego wśród lodów statku – natknęli się na niedźwiedzia. Była biel. I ryk, straszliwa siła, krzyki, jęki, ujadania, ryk, ryk, strzały, chmury prochu, krew. Dużo czerwieni na bieli. Śmierć przyszła, bo niedźwiedź czuł własny głód. A też terytorium należało do niego. Uciekli jedynie we trzech…

A wcześniej było nawet więcej ludzi. Marynarze i badacze. Cały statek. Przedzierali się przez morze i kry, wspólnie. Aż w końcu utknęli, lód przed nimi rozdzielić się nie chciał, więc rozdzielili się ludzie. Jedni zostali, by porąbać statek, zbudować z niego chatę i, polując na foki, przeczekać do wiosny, inni ruszyli szukać pomocy albo ucieczki z lodowego piekła. Inni – znaczy: Leon, Jan, Józef, Stanisław i Antoni.

Nie chcieli czekać biernie na śmierć, na zimę w pełnej swej krasie. Sądzili, że ludzie, którzy zostali, są skazani na zamarznięcie. Zima tu trwa czasem więcej niż pół roku – teraz wcześniej przyszła, zaskoczyła ich.

Szli. Szur, szur, noga za nogą się wlekła. Rytmu marszu się nie trzymali, ale za to nadziei. Mocno, całym sercem ją chwytali. Ale nie wiedzieli, że nadzieja to mniej niż szansa.

 

Światło!

 

Wiatr zawiewał, a daleki błysk wyrwał Antoniego z rozmyślań. Mrugnął do niego niczym iskierka w żarzącym się węgielku. Ciepłym węgielku… Okrył się szczelniej podbijaną futrem kurtą i przyspieszył kroku. Przyspieszyli i towarzysze.

Amunicji nie zostało im wiele. Ot – strzelba tylko, po garści prochu i kul. Żaden straszak na niedźwiedzia, który broni nie zna i grzmotów strzelb się nie boi.

Dlatego uciekli, a dwóch odeszło.

Teraz szli, szli przed siebie, poprzez wiatr i lodowe mgiełki. A gdzieś tam daleko, na horyzoncie, migało do nich światełko przez chmury zawiei.

Nogi w śnieg się zapadały, lecz pomagali sobie. Bo to cieplej, gdy ktoś obok idzie. I bezpieczniej. Jeść i tak już nie było czego, to i dzielić nie szkoda. Zapasy przepadły, gdy biały miś… Antoni uśmiechnął się do siebie, przewrotnie. Strach mniejszy, gdy tak się wspomnienie nazywa. Będzie myślał i mówił: miś, biały miś. A krew na śniegu to jak daleka ojczyzna. Tak właśnie będzie pamiętał te wydarzenia, jeśli dojdzie, jeśli teraz nie umrze.

Wiatr wiał to z północy, to z południa. Właściwie nie wiedzieli, słońce w swojej krótkiej wędrówce nad horyzontem ukrywało się za wszędobylską lodową mgiełką. Świat był tak biały, tak rozmazany. I niepewny – zupełnie jak światło na horyzoncie.

W przeciwieństwie do Leona i Jana Antoni nie był marynarzem, a głupcem, który zaciągnął się na łajbę, by towarzyszyć wyprawie badawczej do terra incognita. Nowa Ziemia, terra nova – a cóż w niej do odkrycia nowego? Ziemia jak wszędzie, tylko zimno, taka to terra mortis. Lecz płacili sowicie, pieniądz nie patrzy, czy nowe czy stare, ciekawe czy nie. Pieniądz tylko chwyta ludzi za skórę, bo oni sprzedajni.

Ale teraz Antoni nie wiedział, czy jest nadal człowiekiem, dlatego że nie zależało mu na pieniądzach, a na życiu. Bo życie było gdzieś tam w środku, tliło się w nim płomykiem ciepłym – a on tylko ogrzać się chciał. I coś zjeść.

Nie był też pewnym kierunków świata. Gdzie słońce wstawało, gdzie się kryło – nie wiadomo: mglista zawieja. Po prostu szedł przed siebie, tak jak szli Leon i Józef. Nie wiedział, że oni też nie wiedzą. Niczego nie byli pewni, tylko się bali gasnącego płomyka życia.

 

Światło!

 

Migotało i migotało, co jakiś czas, niezbyt regularnie – to przez zamieć. Halucynacja? Nie dla nich, bo każdy, choć blisko siebie, myślał z osobna. Samolubnie. Ale z innymi iść cieplej, a gdy partner zdechnie, to można…

Szur, szur, nogami przesuwali, a śnieg, jeśli skrzypiał, to słychać tego przez wiatr nie było. A oni prędko lewą za prawą, prawą za lewą kładli. Teraz jeden za drugim szli, wężykiem – w ten sposób tak często się nie zapadali w świeżym puchu. A światełko przed nimi to pojawiało się, to znikało. Coraz rzadziej, bo wiatr się wzmagał i w oczy wiał, lecz blask zdawał się większy, bo bliższy.

Antoni słyszał na statku od marynarzy różne historie, lecz teraz jedna mu z pamięci do myśli wypełzła. Jeden taki, Siergiej, opowiadał o wilkach morskich, którzy, zagubieni i na skraju śmierci, mieli widzieć mgłę, ląd, a na lądzie latarnię. Nieważne, czy pływali po Karaibach czy dalekiej północy – wszyscy, którym udało się przeżyć, relacjonowali to samo: zamglony ląd i migającą latarnię, choć na takich pustkowiach nie powinno być żadnego światełka. Ale cóż, zagubieni, więc wierzyli oczom, nie przyrządom, które wywiodły ich w pole. Sęk w tym, że kiedy latarnia pojawiła się na horyzoncie, strach przeszedł po załodze, a to dlatego, że na morzu pewne historie się zna, są uniwersalne – tak było i w tym przypadku. Bano się, że skończą jak w tych opowiastkach – że z wszystkich ludzi na statku tylko jeden się odnajdzie i pozostanie w świecie żywych.

Szli. We trzech. Niemal już biegli, ścigali w nadludzkim wysiłku, bo zdawało się, że było w nich już tylko zmęczenie. Uciekali przed tym, co mieli za plecami. Niedźwiedziem, towarzyszami i tym wszystkim, co zawsze czai się za człowiekiem: co nienazwane i niewidoczne. Więc był w nich strach. I była nadzieja.

 

Światło!

 

Migotało już tak blisko, tak wyraźnie i obiecująco, zwiastując bezpieczną przystań. Antoni osłabł, Leon i Jan pognali przed nim, opętani widokiem, opętani nadzieją. Wspięli się na wysoką zaspę i zniknęli za nią.

Został Antoni sam na sam z bielą, której kręgi wirowały wokół niego, zaciskały się tak, że było mu coraz ciężej nabierać powietrze. Lecz parł przed siebie, wlókł się, potykał, wdrapał w końcu na zaspę i przetoczył na jej drugą stronę. A tam już nie był sam – było światło za mgłą. Nie, nie mgłą – śniegiem i dymem.

Zbliżył się jeszcze bardziej, niemal na czworakach. Pokonywał ostatnie metry, w których kończyły się ślady Leona i Jana. Oni siedzieli, siedzieli przy świetle, patrzyli w nie otępiali.

Antoni upadł na bok, twarzą do tej niezwykłej latarni.

Statek, który opuścili przed kilkoma dniami, płonął. Wysokie języki ognia wspinały się po sam czubek masztu niczym na szczyt nadmorskiej wieży. Ci, którzy zostali tu wcześniej, leżeli nieruchomo pod warstewką śniegu i popiołu.

Co tutaj się wydarzyło? Nieważne. Ważne, że ciepło i ogrzać się można przy ogniu.

Antoni jęknął, czując żar na policzkach. Obrócił się w kierunku Leona i Jana, marynarzy, którym nieobce były morskie legendy. Wygłodniali, patrzyli na niego.

 

Radom, 1 sierpnia 2015

Koniec

Komentarze

Ciekawe opowiadanie, chociaż zostawia olbrzymi niedosyt. Jestem z tych, którzy chcą wiedzieć wszystko, a czytając zakończenie miałem wrażenie, że zapomniałeś dopisać “to be continued”. Dlaczego statek płonął? Co się stało z załogą?

Dobrze, że nie zdecydowałeś się na tag “horror”, bo szczerze nie wiem, co w tym miało być strasznego. Jest dramat i tyle, albo aż tyle, chociaż osobiście gdybym chciał z tego zrobić horror, to może podkreśliłbym bardziej problem głodu i jak to się odbijało na tej trójce.

Nie mam czasu zagłębiać się w szczegóły, zauważyłem brak przecinków w kilku miejscach i jakieś powtórzenia. Mam też wątpliwości co do poniższego zdania:

Żaden straszak na niedźwiedzia, który broni nie zna i grzmotów strzelb się nie boi.

Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że każde zwierzę zlęknie się nieznanego, potężnego huku. Może nawet jeśli będzie przeraźliwie głodne.

Pozdrawiam

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Początek mi się skojarzył z SZCZ – tak samo szurają na mrozie. Tak samo wloką się śnieżną pustynią. Podobnie też opisujesz ten marsz z punktu widzenia głównej postaci.

Niby nic się nie dzieje, niby bardziej skupiasz się  na zasłaniającej oczy bieli, na wędrówce donikąd, ale mnie i tak wciągnęło, przynajmniej przy tej długości tekstu. 

Nie przepadam za zbyt otwartymi zakończeniami, ale tu zagadka statku nawet mi nie przeszkadzała. 

 

Edycja. 

Tak to jest, jak się w pracy na forum zagląda :) Czasem trzeba urwać w pół zdania, a potem ciężko dokończyć, bo wątek się zgubił. 

Krótko więc – jestem na tak :) 

I gratuluję Sofy. Przyznaję, że ściągnęłam zaraz jak dałeś znać w wątku Pochwal się, ale nie miałam kiedy przeczytać – a tu dyżur przymusił, czego nie żałuję :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobrze, że na zewnątrz nie mrozi bo po przeczytaniu ponownie tego opowiadania mam zimne dreszcze. Skojarzenie z Terrorem Simmonsa jak najbardziej wskazane. Jeszcze raz gratuluję publikacji Sirinie :)

Interesująca scena (bo historią chyba nie bardzo można tekst nazwać), pozostawiająca czytelnika z poczuciem zimna, zagubienia lecz również niedosytu.

 

Trochę mi się dłużył początek, jak tak szli i szli przez tą biel (choć rozumiem, w jakim celu zbudowałeś opowiadanie w ten sposób) no i irytował mnie szyk przestawny.

 

Gratuluję publikacji!

 

 

Hmm... Dlaczego?

Skull – Na dalekiej północy białe niedźwiedzie są największymi drapieżnikami, nic im nie zagraża (w ogóle to jedne z najdoskonalszych drapieżników na Ziemi). Huk pękających gór lodowych jest o wiele większy niż taki ze strzelby (dodatkowo zagłuszany świstem wiatru i zamieci – huk taki się nie niesie). To, że się zlęknie, to w porządku, ale niekoniecznie skojarzy huk z niebezpieczeństwem, skoro nie zna niebezpieczeństw ze strony takiego huku. I racja z tym horrorem, bo właściwie to nie tylko groza, co nadnaturalne wydarzenia. A tu, jeśli takie są, to w domyśle. Bliżej tekstowi jest właściwie do historii alternatywnej albo nawet do fantazjowania na temat prawdziwych wydarzeń. Miejsce określiłem w tekście wyraźnie, wyprawa polarna to około XVI wiek (można nawet kojarzyć z wyprawami podobnymi do tej Barentsa, choć ja inspiruję się tutaj raczej Bladym ogniem).

Terror w końcu przeczytałem i faktycznie widać podobieństwa. Powieść polecam!

Śniąca, właśnie czasem warto wrzucić, bo na dyskach gdzieś to miga i mija; sam mam podobnie z ocenianiem tekstów z Szortala czy antologii. Odkładam, odkładam i nim się obejrzę stopnieje pół roku, tak, że nawet sam autor zapomniał o publikacji, a co dopiero feedbacku :) Skojarzenia z historią o Wani bardzo wskazane – chciałem napisać wprawkę między kolejnymi rozdziałami powieści, żeby nieco poćwiczyć styl, a jednocześnie ugryźć inny temat.

Dzięki za gratulejszon. ISSN zawsze cieszy :)

Podoba mi się, chociaż to taki tekst bardziej na papier niż internet (albo to tylko ja mniej czuję klimat, czytając z ekranu :)). Mnie się z kolei początek skojarzył z Kazikiem i szur szur szur, ale szybko minęło.

Bardzo ciekawe skojarzenie. Dzięki za link – nie znałem.

 

Fajno, że się Wam jakoś podoba.

Czytałam jeszcze w SOFIE – moje zdanie znasz, całkiem mi się tekścik podobał ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Dobre. Jak zwykle :) I ja akurat lubię otwarte zakończenia, pobudzają wyobraźnię.

 

Jednej rzeczy bym się czepnął – ten przestawny szyk zdania stosujesz nie do końca konsekwentnie, więc czasem, niektóre fragmenty brzmią jak potknięcia.

Ciekawy tekst. Akcji niewiele, a wciąga. Jak skończyłem czytać od razu przypomniały mi się książki z lat dzieciństwa na temat wypraw odkrywczo-badawczych, które z różnych przyczyn zakończyły się katastrofą. Takie historie straszne bo prawdziwe.

Bardzo misię, ale nie od razu – dopiero po przerwie na papierosa. Dlaczego dopiero wtedy? Nie wiem. Ważne, że misię.

Nie chce mi się zagłębiać w kalkulacje czasowe, nadmienię tylko krótko, że oś czasowa opowiadania wydaje mi się, hm, zwichniętą. Ale mniejsza z tym.

Szkoda, że to kolejny “spad z cudzego stołu”.

A mnie od razu się spodobało. Klimat jest taki, że aż samemu chce się w dłonie chuchać. Bardzo mi sie też podoba sposób, w jaki wykorzystujesz powtórzenia.

Żeby tu była fantastyka, nominowałbym do piórka, a tak nie mogę :-(

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie czytało mi się łatwo. Może BardzoGrubaLola ma rację, że to taki tekst trudny do przyswojenia z monitora. A może to nie zarzut a walor tekstu – że nie czyta się płynnie, bo oni też nie szli płynnie, tylko brnęli przez te śniegi i wichury…

Świetnie połączyłeś prostotę z poetyckością, dzięki czemu naprawdę można poczuć klimat. Za zakończenie – bardzo duży plus. Ogólnie: misię też :)

Dziękuję bardzo za komentarze. Mobilizuje mnie to tylko do pracy nad powieścią w tym właśnie mroźnym klimacie (choć to o XX wieku i zdecydowanie z pokaźną dawką fantastyki). Zima idzie, będzie dobra atmosfera, by kleić takie zdania :)

Adam, to chyba dobrze, że spodobało się po czasie, a nie tylko w trakcie. Znaczy – że usiadło w głowie, że byłaby ochota na, być może, jeszcze kilka zdań więcej.

O, i dziękuję za biblio wszystkim klikającym, jakieś powiadomienie mi nawet wyskoczyło. Miła rzecz.

Hmm, pisujesz też coś pozytywnego czasami, dla relaksu? ;)

 

Dobry szort. Konsekwentnie kreujesz klimat. Brakuje może trochę napięcia, ale za to ta atmosfera beznadziejnej wędrówki, powolnej utraty świadomości na lodowym pustkowiu – super. Nie rozumiem tylko, dlaczego czasem stosujesz inwersję i dajesz czasownik na końcu zdania. To znaczy: rozumiem, że miała być stylizacja, ale czy potrzebna? Tak czy tak biblioteka w pełni zasłużona, a publikacji szczerze gratuluję.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Pewne, że pisuję :) W 14 numerze Lost&found (z listopada) ukazało się moje opowiadanie "Kupa złota". Jest tam sporo humoru, ale i morał również (może początek nie najlepszy – dość niezgrabnie wyszedł – lecz dalej powinno Ci się, Mirabell, spodobać; może kiedyś wrzucę tu, na portal, to opko). Nie chce zapeszać, ale za jakiś czas na 99% pojawi się kolejne humorystyczne opko w pewnym papierowym czasopiśmie.

Kurczę, naprawdę fajny tekst. Momentami nie grała mi stylizacja, ale równocześnie uważam, że świetnie tu pasuje. Brawo, Sirinie :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Przeczytałam z umiarkowanym zainteresowaniem, bo jakkolwiek tekst jest nieźle napisany, to wydał mi się dość monotonny. Jednakowoż zdaję sobie sprawę, że śledząc losy bohaterów brnących w śniegach arktycznej zimy, raczej nie należy oczekiwać niespodziewanych zwrotów akcji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. A gdzie tu fantastyka?

Też miałam skojarzenia ze “Szcz”.

Zakończenie mnie zaskoczyło, ale i zdenerwowało. Ze statku wyruszyli po pomoc i co, nawet kompasu nie wzięli? Nie lubię tępych bohaterów…

I skąd wzięły się drzewka?

Babska logika rządzi!

Dobrze oddana atmosfera wędrówki przez zimowe pustkowie. Stylem i klimatem kojarzyło się z SZCZ. Miłość do powtórzeń tutaj zwykle dobrze ulokowana i podkreślająca zimową monotonię, chociaż z “drobinami” jednak bym pokombinowała, a tu:

Rytmu marszu się nie trzymali, ale za to nadziei.

imho aż się prosi o celowe powtórzenie “trzymali się” (bo trochę narzuca się “rytmu nadziei”).

Czasem zgrzytał szyk przestawny.

Amunicji nie zostało im wiele. Ot – strzelba tylko, po garści prochu i kul.

To strzelba też się zalicza do amunicji?

Fantastyki nie dostrzegłam, ale miło spędziłam czas.

Pozdrawiam i gratuluję publikacji:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Napiszę krótko i węzłowato: chcę jeszcze :D. 

Bardzo mi się podobały i język i te niedomówienia. 

F.S

Kompas działa na naszej szerokości geograficznej, ale na kołach podbiegunowych nie bardzo. Poza tym opisany tu jest XVI/XVII wiek, w związku z tym nie każdy trzymał taki sprzęt w kieszeni, dobrze jeśli był jeden na okręt (jeden kompas, jeden sekstans), a ten z pewnością przynależał do komandora. Nie można bohaterom zarzucić tępoty, co najwyżej strach. Flora jest zgoda z tym, co wyczytałem na temat Nowej Ziemi, bo to właśnie w tej okolicy Barents i jego kompani musieli zimować (fakty historyczne).

 

Dzięki za kolejne komentarze. Najbardziej właśnie na klimacie mi zależało, fajnie, że wyszło. A więcej napiszę, ale już nie o marynarzach ;) Więcej właśnie w SZCZ, wspominanym tu kilkukrotnie. Ale jeszcze, jeszcze wiele czasu upłynie, nim skończę.

Niezbyt mi się spodobała stylizacja, zwłaszcza że momentami nawet się rymowało -

Zaspa z zaspą jakby tańczyła, tak jedną z drugą zamieć łączyła.

 

Spodobał mi się opis trzech mężczyzn idących przez zimną biel (rozmawialiśmy o tym przy piwie).

 

Najbardziej zaś spodobała mi się puenta i to ona pozostawiła pozytywne wrażenie całości. Ostatni fragment oceniam o klasę wyżej od reszty, a jak wiadomo miło jest dobrze kończyć : ).

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Trochę za dużo drobin na początku tekstu, jednakowoż tekst przyzwoity, chociaż początek do dopracowania.

Na przykład tutaj: “Wicher podrywał drobiny lodu, przesuwał falami tych drobin po bieli. I wył nieustannie, niemożliwie – niegościnnie przeganiał z miejsca na miejsce, gdy oni szli.”

Nieźle zapętlone zdanie.  Co przesuwał? – fale. Co przeganiał albo kogo przeganiał? Nie bardzo wiadomo. Pewnie drobiny, ale trzeba było użyć zaimka. Czemu  tylko “niemożliwie”? Do czego odnosi się ten przysłówek? Brak dalszego ciągu… 

Cała fraza do poprawienia. 

W sumie jednak niezły tekst. 

Pozdrówka.

Tuż obok słów, które się rymują, znajdują się kolejne, ważne: “zaciskający się krąg”. Rymy są wstawione świadomie – i pozostawione po redakcji – by zwrócić uwagę na nawiązanie fragmentu do wiersza Baczyńskiego (”Z głową na karabinie”). Niemniej fajnie, że końcówka przemawia ;)

Co tu dużo mówić – podobało mi się. Klimat idealnie wpasowuje się w aktualną porę roku, to i przyjemniej się czyta ;) Największy plus za zakończenie, otwarte, pozostawiające pewien niedosyt, z nutką niebezpieczeństwa i horroru.

Najpierw dowiadujemy się, że rozbitkowie dostrzegli światło, kiedy wędrowali w trójkę, a potem nagle się okazuje, że dostrzegli je już wtedy, gdy  było ich pięciu. Samo zaś opowiadanie wciągające.

Interesujący tekst i intrygujący. Chciałoby się wiedzieć coś o tej ekspedycji więcej, ale mam wrażenie, że chodziło ci o przekazanie czytelnikowi iż człowiek to zwierzę. A jego instynkt opiera się przede wszystkim na chęci przetrwania. Z drugiej strony ślę ci pokłony, bo to dzieło zainspirowało mnie do stworzenia opowiadania przygodowego w okresie drugiej wojny światowej i poszukiwaniu przez nazistów jakiegoś mitycznego artefaktu.

Barba non facit philosophum

Interesujący tekst i intrygujący. Chciałoby się wiedzieć coś o tej ekspedycji więcej, ale mam wrażenie, że chodziło ci o przekazanie czytelnikowi iż człowiek to zwierzę. A jego instynkt opiera się przede wszystkim na chęci przetrwania. Z drugiej strony ślę ci pokłony, bo to dzieło zainspirowało mnie do stworzenia opowiadania przygodowego w okresie drugiej wojny światowej i poszukiwaniu przez nazistów jakiegoś mitycznego artefaktu.

Barba non facit philosophum

Naziści i artefakty – to prawie jak Indiana Jones! :) Super móc kogoś zainspirować; dzięki za lekturę i dobre słowo.

 

Natomiast Terra incognita powstał jakby na tej samej podstawie, którą wziął sobie Nabokov, pisząc Blady ogień. Jego dzieło polecam przebardzo, bardzo.

Plus:

 

„to śnieg tak dźwięcznie protestował.”

 

Minus:

 

„Szedł i on, Antoni. Miał szczęście, że w środku. Po lewej Leon, po prawej Jan, a on w środku, on, Antoni.” – „a on w środku, on, Antoni.” wydaje się zbędne, bo jest dwa razy o tym samym.

Klimatycznie, budujesz napięcie. W tym całym lodzie, zmęczeniu, nieustannej wędrówce i głodzie było coś takiego, co zakrawało na horror.

Rozumiem, że wszystkie niedopowiedzenia miały budować atmosferę, ale czuję lekki niedosyt :(

Nowa Fantastyka