- Opowiadanie: Sirin - Głód

Głód

Taki tam po­mysł, spro­wo­ko­wa­ny przez Hi­ste­rię, a spi­sa­ny w jeden czerw­co­wy wie­czór. Ra­czej pro­sta hi­sto­ryj­ka, ra­czej uni­ka­łem za­gęsz­cza­nia stylu, po­wtó­rze­nia, jak to u mnie, je­dy­nie dość czę­ste, za­mie­rzo­ne. Py­ta­nie inne – na ile w tym grozy? Bo ja mam o niej nie­wiel­kie po­ję­cie (może tylko Poego i Lśnie­nie czy­ta­łem...), a to pierw­szy tego typu mój tekst.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Nazgul

Oceny

Głód

Na­le­ży się oba­wiać, że re­wo­lu­cja jak Sa­turn może po kolei po­żreć wszyst­kie swoje dzie­ci.

Pier­re Ver­gniaud, Paryż 1793

 

Za­rów­no naj­prost­sze­go chło­pa jak i naj­do­stoj­niej­sze­go bur­żu­ja prze­nik­nął czas zmian, wiel­kich i gwał­tow­nych, nie­usta­ją­cych i wy­wro­to­wych. Za­miesz­ki wy­wo­ła­ne przez masy fran­cu­skie­go ludu przy­nio­sły nie­po­ko­je – nie­po­ko­je roz­cią­gnę­ły się w cza­sie, jak ciała na ma­de­jo­wych ło­żach, trzesz­cząc przy tym z każdą mi­nu­tą do­no­śniej, ła­miąc się na coraz mniej­sze i coraz bar­dziej skłó­co­ne cząst­ki, aż w końcu pę­ka­jąc zbio­ro­wą furią w mo­men­cie, gdy ten czas burz i mor­dów, za­bi­ja­nia i desz­czy, prze­sy­cił lud gło­dem. Bo wła­śnie gło­dem za­skut­ko­wał ten deszcz, te śmier­ci, ten strach i ta od­wa­ga wobec zmian. A owa nie­sy­tość była tak wiel­ka, że dzie­ci z za­pad­nię­ty­mi brzu­cha­mi umie­ra­ło każ­de­go dnia wię­cej, ani­że­li zdraj­ców i nie­zdraj­ców gi­nę­ło na sza­fo­tach.

By uciec od gło­do­wej śmier­ci, miesz­cza­nie od­pły­wa­li z mia­sta, tak jak krew spły­wa­ła Se­kwa­ną. Na wsiach, nie­któ­rzy na­zy­wa­li tę mi­gra­cję mas Wiel­kim Po­st­nym Mar­szem, mar­szem od śmier­ci do śmier­ci, od głodu do świe­że­go jesz­cze stra­chu Wiel­kiej Trwo­gi.

Jed­nak nie każdy szu­kał ra­tun­ku wśród za­mo­kłych pól; ci, któ­rzy zo­sta­li na miej­scu, by wal­czyć o wol­ność, ro­zu­mia­ną jako wła­sny in­te­res (albo z braku od­wa­gi, albo ze stra­chu przed po­rzu­ce­niem do­byt­ku lub chłop­ską za­wi­ścią, albo jesz­cze z po­wo­dów, dla któ­rych nie ma żad­nej lo­gi­ki), sta­ra­li się szu­kać żyw­no­ści we wszyst­kim co żywe. Wśród uli­czek i mo­stów, śmier­dzą­cych prze­peł­nio­ny­mi ka­na­ła­mi i zgni­li­zną wszę­do­byl­skiej wil­go­ci, wy­naj­dy­wa­li myszy, szczu­ry, ro­ba­le, kruki i wrony. A tych ostat­nich nie­ma­ło krą­ży­ło nad ścier­wem Pa­ry­ża.

Ale byli też lu­dzie o ludzi dba­ją­cy. No­si­li oni ha­bi­ty za­kon­ne. Nie znali jesz­cze widma swo­je­go upań­stwo­wie­nia, dla­te­go o pań­stwo­wy mo­tłoch dbali z chrze­ści­jań­skie­go obo­wiąz­ku. Otwo­rzy­li ja­dło­daj­nię, w któ­rej bli­sko setka osób mogła li­czyć na miskę cie­płej zupy – tego gę­ste­go cudu prze­trwa­nia, mru­ga­ją­ce­go do gło­du­ją­cych oczka­mi tłusz­czu.

Ra­tu­nek krył się w tej stra­wie je­dy­nie po­zor­ny, bo miała ona dno dru­gie, nie­wi­docz­ne jesz­cze, mimo ostat­niej na­bra­nej łyżki i wy­li­za­nych do czy­sto­ści na­czyń. Tym dru­gim dnem było pewne zo­bo­wią­za­nie, nad któ­rym nikt się nie po­chy­lał, nie za­sta­na­wiał ni se­kun­dy, bo gdy kisz­ki grały mar­sza w takt nie­od­le­głych wy­strza­łów, o żad­nej re­flek­sji nie mogło być mowy. Gło­du­ją­cy przy­ta­ki­wa­li tylko za­kon­ni­kom, nie bar­dzo wie­dząc, co ci do nich mó­wi­li. A słowa zo­bo­wią­za­nia tak brzmia­ły:

Gdy czas spo­ko­ju na­sta­nie dla two­jej duszy, wtedy oka­żesz nam wdzięcz­ność całym sobą.

I lu­dzie jedli, po­chła­nia­li z wdzięcz­no­ścią tę zupę tłu­stą, o bar­wie krwi­stej i smaku słod­ka­wym, przy­po­mi­na­ją­cym roz­łu­pa­ny, nad­gni­ły cze­rep ar­bu­za, w któ­rym chwia­ły się licz­ne czar­ne okru­szy­ny pie­przu, co jak proch wy­glą­dał. Bo soli i pie­przu, w prze­ci­wień­stwie do mąki i mięsa, w tam­tych dniach nie bra­ko­wa­ło. Tak jak i wła­śnie wszę­do­byl­skie­go pro­chu, który wi­siał nad mia­stem ca­ły­mi chmu­ra­mi, za­ta­czał się nad pa­dli­ną me­tro­po­lii wraz ze sta­da­mi kru­ków i wron, czar­niej­szych niż kie­dy­kol­wiek, a potem spa­dał wraz z sza­ra­wym desz­czem na chod­ni­ki i ścież­ki, a dalej spły­wał po bruku, wy­płu­ki­wał kurz, pot i bród re­wo­lu­cjo­ni­stów, ale zmyć nie mógł mia­sta z grze­chu; nie mógł po pro­stu wylać go do ka­na­łów, prze­le­wa­ją­cych się z ob­fi­to­ści opa­dów, krwi i fe­ka­liów; nie mógł zmyć z tego mia­sta smro­du zmian – Paryż śmier­dział jak roz­pła­ta­ny brzuch.

Mimo że nie był to jesz­cze naj­strasz­niej­szy i naj­okrut­niej­szy okres prze­mian, które za­cho­dzi­ły w chwie­ją­cym się pań­stwie, to za­zna­czył się już swo­imi stra­cha­mi, tymi mniej zna­ny­mi (czy wręcz za­gad­ko­wy­mi), jak i ofi­cjal­ny­mi ak­ta­mi ter­ro­ru – sze­re­ga­mi po­wie­szo­ne­go po­spól­stwa i za­stę­pa­mi ścię­tych szlach­ci­ców. Bo pa­no­wał taki oby­czaj, by szla­chet­nie uro­dzo­nych wła­śnie ści­nać; za­pew­ne w celu za­da­nia szyb­kiej i moż­li­wie naj­mniej bo­le­snej śmier­ci.

Nie za­wsze takie ścię­cie do­ko­ny­wa­ło się w spo­sób za­mie­rzo­ny. Nie­raz pierw­szy cios to­po­ra nie dawał efek­tu, drugi też nie odłą­czał głowy od kor­pu­su, a je­dy­nie miaż­dżył kark. Mor­do­wa­ny umie­rał więc w pie­kle, nim udał się na sąd osta­tecz­ny. Skut­kiem tego, już w pierw­szych mie­sią­cach prze­mian, pe­wien chi­rurg za­pro­po­no­wał wpro­wa­dze­nie na­rzę­dzi hu­ma­ni­tar­nych, gwa­ran­tu­ją­cych na­tych­mia­sto­wą de­ka­pi­ta­cję – z po­cząt­ku zwane były Lo­uiset­te, potem wdo­wa­mi, aby w końcu (i na wieki) upo­wszech­nić się w nie­ścię­tych umy­słach ludu okre­śle­niem: gi­lo­ty­ny.

I jesz­cze nim na­sta­ły dni gi­lo­tyn i Wiel­kie­go Ter­ro­ru, eg­ze­ku­cje już były ma­so­we, co­dzien­ne. Przy­cią­ga­ły one tłumy ga­piów, nie wie­dzieć czego spra­gnio­nych – ze­msty wobec nie­ko­niecz­nie zna­nej twa­rzy? Sym­bo­lu zmian, sza­fo­tu, na który sami mogli tra­fić pod byle pre­tek­stem? Roz­ryw­ki z cier­pie­nia są­sia­da? Sil­nych emo­cji i wra­żeń z czy­stej lu­bież­no­ści? Hor­ro­ru, tego nar­ko­ty­ku prze­ni­kli­wych drżeń serca, by mogli po­czuć, że jesz­cze w nich tli się życie? Nie wia­do­mo, co poza gło­dem kie­ro­wa­ło du­sza­mi tych tłu­mów, lecz wia­do­mo, gdzie spo­glą­da­ły ich nie­zli­czo­ne oczy – na sza­fo­ty.

Były wśród nich i dzie­ci, za­stę­py wy­gło­dzo­nych, za­wszo­nych istot, a wśród nich był też mały Pier­re – dzie­się­cio­let­ni chło­piec za duży na opie­kę, za mały na sza­blę, lecz ide­al­ny do włó­czę­go­stwa. I był głod­ny. Bar­dzo głod­ny. Cho­dził więc Pier­re wraz z in­ny­mi dzie­cia­ka­mi pod ka­tow­skie rusz­to­wa­nia. Oglą­dał umie­ra­ją­cych ludzi i wi­dział śmierć czę­ściej niż ja­ki­kol­wiek po­si­łek. Byłby tak samo prze­cięt­ny, jak ty­sią­ce mło­do­cia­nych ob­dar­tu­sów, gdyby nie jeden fakt – nie był w sta­nie prze­ży­wać żad­nych emo­cji. Zu­peł­nie żad­nych.

Traf chciał, że ma­łe­go Pier­re`a od­na­lazł Pier­re duży – star­szy, za­kon­nik. Czy to ich spo­tka­nie było zrzą­dze­niem losu, nicią prze­zna­cze­nia, sza­tań­skim żar­tem, kom­plet­nym przy­pad­kiem czy siłą przy­cią­ga­nia po­krew­nych dusz – nie wia­do­mo. Ale spo­tka­ło się dwóch Pier­re`ów. Dwóch so­cjo­pa­tów – taką metkę pew­nie by dla nich dziś ukuto. Jeden mały, drugi duży. Jeden głod­ny, drugi po­my­sło­wy. Obaj zde­spe­ro­wa­ni.

Tej gło­do­wej je­sie­ni za­szy­li się w pół­mro­ku ko­ścio­ła. Tam za­kon­nik, wśród swo­ich po­bra­tym­ców, kie­ro­wał sto­łów­ką.

***

Oby­czaj mówił o ści­na­niu głów, lecz wobec ma­so­wo­ści ta­kie­go spo­so­bu eg­ze­ku­cji inne nie­pi­sa­ne prawo, które do­tych­czas sto­so­wa­no, nie mogło być prze­strze­ga­ne wedle do­tych­cza­so­wych norm. Cho­dzi­ło o zwy­czaj za­rzą­dza­nia zwło­ka­mi – bo one, nie tylko licz­ne, ale i po­mno­żo­ne za po­mo­cą sie­kie­ry razy dwa, były nie do zmiesz­cze­nia na tra­dy­cyj­nych cmen­ta­rzach. Ciała te – z roz­pła­ta­nymi kar­kami, z otwo­rami, przez które ucie­ka­ły dusza i toż­sa­mość; przy­naj­mniej jak uwa­ża­li kaci – tra­fia­ły do ma­so­wych gro­bów cał­ko­wi­cie ano­ni­mo­wo. I nikt nie za­da­wał sobie trudu by li­czyć ucię­te głowy i spraw­dzać, czy pa­su­ją do licz­by grze­ba­nych kor­pu­sów, bo i tu eg­ze­ku­to­rzy per­swa­do­wa­li swoje po­glą­dy: że głowa jest jak pod­pis, jak świa­dec­two grze­chu i nie­uczci­wo­ści, dla­te­go dla szan­sy zba­wie­nia duszy nie po­win­no się ich cho­wać razem z cia­łem. A skoro nijak nie można było roz­po­znać ciał bez cze­re­pów, to zwło­ki tra­fia­ły do ob­szer­nych pod­zie­mi Pa­ry­ża, gdzie po dziś dzień zdo­bią ki­lo­me­try ko­ry­ta­rzy.

A głowy… no cóż, cza­sem zni­ka­ły.

Nikt nie zwra­cał uwagi na ma­łe­go Pier­re`a, który wy­chu­dzo­ny i drob­ny krzą­tał się wokół sza­fo­tów, by za­bie­rać ze sobą ucię­te łe­pe­ty­ny, wsa­dzać je do wor­ków i za­no­sić do du­że­go Pier­re`a, który głowy z wań­tu­chów wyj­mo­wał, wrzu­cał do garów i go­to­wał swoją dia­bel­ską po­lew­kę; ostrą od pie­przu i słod­ką od mięsa.

***

Pew­ne­go razu, gdy ostat­nie po­żół­kłe list­ki na drze­wach ob­sy­pał biały puch, a z licz­nych ko­mi­nów uno­si­ło się w niebo jesz­cze wię­cej si­we­go dymu, w za­kon­nej ja­dło­daj­ni zda­rzy­ła się spra­wa nie­przy­jem­na. Pod­czas roz­da­wa­nia po­sił­ku – pa­ru­ją­cej, czer­wo­na­wej brei, zwa­nej po­tocz­nie pier­rów­ką (lub zupą ojca Pier­re`a) – jeden z prze­mar­z­nię­tych bie­da­ków za­czął nie­moż­li­wie wrzesz­czeć. Rzu­cił on z obrzy­dze­niem miską, roz­lał (ku nie­za­do­wo­le­niu in­nych po­trze­bu­ją­cych) swoją lichą por­cję, po czym za­czął z nie­zwy­kłą za­ja­dło­ścią psio­czyć na ojca Pier­re`a. I nim ści­śnię­ty w kupę, chli­pią­cy zupę mo­tłoch po­chwy­cił męż­czy­znę za ku­brak i po­zba­wił go głosu i przy­tom­no­ści, ten sza­le­niec, ten wy­wro­to­wiec zdo­łał do­paść do ojca Pier­re`a, grzmot­nąć go kilka razy pię­ścią i roz­krzy­czeć na całą sto­łów­kę nie­po­spo­li­te plu­ga­stwa, z któ­rych nie­wie­le na­da­je się do cy­to­wa­nia. Jed­nak ich treść można oddać w ta­kiej oto pa­ra­fra­zie:

Na Boga, bez­boż­ni­ku, za­kon­ni­ku prze­klę­ty, z dia­błem uło­żo­ny, mor­der­co, zwy­rod­nial­cu, żebyś się w pie­kle sma­żył i gnił za życia, lu­dzie, lu­dzie, on nas ludź­mi karmi, on wrzu­cił ludz­kie ucho do gara, lu­dzie! Ja cię dorwę ty kle­cho i klnę się na wszyst­kich świę­tych i bo­skie moce, na dusze moją, że…

I tak dalej, i tak dalej. Mało z tych słów o uszach w zupie do­tar­ło do uszu miesz­czan. Jesz­cze mniej osób miało oka­zję wy­słu­chać jego zdań od po­cząt­ku do końca, zło­żyć je w sen­sow­ną ca­łość, a jesz­cze mniej za­da­ło sobie trud, by je zro­zu­mieć. Cały ten krzy­kli­wy beł­kot roz­pły­nął się w po­mru­ku­ją­cym tłu­mie w taki spo­sób, że, gdy do­tarł za po­śred­nic­twem ust­nych prze­ka­zów do ostat­nich po­sta­ci w ko­lej­ce po stra­wę, sta­no­wił już tylko dowód: na jawne pod­bu­rza­nie tłumu, na jawną ob­ra­zę re­wo­lu­cji i ojca Pier­re`a, do­bro­dzie­ja setek miesz­czan. Dowód taki był prze­pust­ką na sza­fot.

Mi­ko­ła­ja Po­ula­in`a – męż­czy­znę, który za­ata­ko­wał za­kon­ni­ka – stra­co­no w dwa dni potem, zu­peł­nie ele­ganc­kim cię­ciem. Łe­pe­ty­na od­pa­dła i od­to­czy­ła się po bruku na kil­ka­na­ście me­trów, do­kład­nie pod nogi dzie­się­cio­let­nie­go chłop­ca, ma­łe­go Pier­re`a. Ten chwy­cił głowę za włosy i byłby ją wrzu­cił szyb­ko i nie­po­strze­że­nie do wora, gdyby cze­rep Mi­ko­ła­ja do niego nie mru­gnął: po­wtó­rzył to raz i drugi, po czym zro­bił… zeza. Pier­re nie po­czuł stra­chu, jaki to­wa­rzy­szył­by temu zda­rze­niu każ­de­mu in­ne­mu czło­wie­ko­wi, ale nie­prze­cięt­nie się za­cie­ka­wił dziw­nym zja­wi­skiem. Pod­niósł ucię­tą głowę do lep­sze­go świa­tła, spoj­rzał w za­krwa­wio­ne ob­li­cze, po­dra­pał się po czu­pry­nie, a potem wsa­dził palec w otwar­te oko trupa. Po­wie­ka Mi­ko­ła­ja gwał­tow­nie opa­dła, brew się zsu­nę­ła, a żu­chwa kłap­nę­ła głu­cho. Roz­we­se­lo­ny malec ci­snął zdo­bycz do wora i znik­nął wśród tłumu.

***

Jak zwy­kle nikt nie wi­dział ma­łe­j hieny. Zresz­tą pra­wie nikt nigdy nie zwra­cał uwagi na dzie­ci miast, bo uwa­ża­no, że dzie­ciar­ni, która nie jest za­przę­gnię­ta do cięż­kiej pracy w polu, w gło­wach lęgną się tylko głu­po­ty i psoty, a poza tym jesz­cze trze­ba wy­kar­mić nie­wdzięcz­ni­ków; a pod tym wzglę­dem czasy to były jesz­cze trud­niej­sze niż przez ostat­nie po­ko­le­nia.

Mały Pier­re, drep­cząc po uli­cach fran­cu­skiej sto­li­cy, idąc wzdłuż mo­stów ob­le­pio­nych lo­do­wy­mi so­pla­mi, po­śród trzę­są­cych się z głodu i zimna prze­chod­niów, cią­gnął za sobą płó­cien­ny worek i roz­my­ślał. Szo­ro­wał swoim ekwi­pun­kiem po brud­na­wym śnie­gu, zo­sta­wia­jąc weń długą bruz­dę. Cza­sem pod pu­chem kryła się jakaś więk­sza nie­rów­ność i cze­rep pod­ska­ki­wał w worku jak piłka, a chłop­cu zda­wa­ło się, że sły­szy zza ple­ców klną­ce kłap­nię­cia. Nie prze­ra­ża­ło go to w naj­mniej­szym stop­niu – a nie­zmier­nie ba­wi­ło. Za­sta­na­wiał się, cóż te mru­gnię­cia i wy­bry­ki Mi­ko­ła­ja Po­ula­in`a zna­czą, kiedy, jak się zda­wa­ło, nie po­wi­nien mieć już nic do po­wie­dze­nia. Dwa dni wcze­śniej wi­dział ze swo­je­go kąta, jak nie­wdzięcz­nik rzu­cił się na du­że­go Pier­re`a i okła­dał tłu­ścio­cha po twa­rzy, za­kli­na­jąc się przy tym na Boga. Mały Pier­re nie bar­dzo wie­dział, kim jest ten Bóg, bo jedno sły­szał od braci za­kon­nych, a dru­gie wi­dział na uli­cach i na sza­fo­tach. Bo czy ten ich mi­ło­ści­wy oj­ciec z nieba mógł­by po­zwo­lić na te wszyst­kie wy­da­rze­nia tej je­sie­ni, to zna­czy na to, by mały Pier­re był głod­ny i mu­siał ba­brać się przy tru­pach? Miał dosyć i za­czy­nał my­śleć o wy­nie­sie­niu się z tego plu­ga­we­go mia­sta. Było mu zimno, a pier­rów­ka była pa­skud­na! Pod­czas spa­ce­ru w jego gło­wie uro­sło po­sta­no­wie­nie…

***

Tym­cza­sem mar­z­ną­ca mgła po­ran­ka na dobre się roz­wia­ła, choć mia­sto było nadal skry­te w dy­mach z ko­mi­nów. Lu­dzie w do­mach nie tylko się grza­li przy ogniu, ale też go­to­wa­li wodę, a w wo­dzie buty, paski i wszyst­ko, co wy­da­wa­ło się im w ja­ki­kol­wiek spo­sób moż­li­we do zje­dze­nia; wszyst­ko, co wy­da­wa­ło się im spo­so­bem na oszu­ka­nie brzu­cha i prze­trwa­nie ko­lej­ne­go dnia; bo nie każ­de­mu uda­wa­ło się zdo­być miskę zupy u za­kon­ni­ków.

Ten dzień był szcze­gól­ny, po­nie­waż pod ja­dło­daj­nią ojca Pier­re`a za­trzy­mał się powóz, a z niego wy­siadł do­stoj­ny urzęd­nik, nie­da­le­ki krew­ny pew­ne­go mar­ki­za. Udał się on z za­stę­pem swo­ich słu­żą­cych mię­dzy tłum wy­głod­nia­łych męż­czyzn i ko­biet, przy­siadł do stołu, roz­wi­nął ser­we­tę i po­chy­lił się nad pod­nisz­czo­ną miską, wy­peł­nio­ną śmier­dzą­cą zupą. Chciał za­pew­ne po­ka­zać się wśród po­spól­stwa, przy­rów­nać do niego, uwy­dat­nić ludz­kie cechy i na oczach zwy­kłych oby­wa­te­li po­wie­dzieć im swo­imi ge­sta­mi i sior­ba­niem pier­rów­ki: je­stem taki jak wy i wal­czę o chleb dla was. Po­zy­ski­wa­nie przy­chyl­no­ści ludu udało mu się po­ło­wicz­nie, po­nie­waż pod­czas wstręt­ne­go po­sił­ku po­sta­no­wił wy­chwa­lać cnoty ojca Pier­re`a i za­le­ty re­wo­lu­cji, a nie­szczę­śli­wym tra­fem w jego ta­le­rzu pły­wa­ło oko Mi­ko­ła­ja, które – to za­nu­rza­jąc się, to wy­pły­wa­jąc na po­wierzch­nię – jakby mru­ga­ło. Szlach­cic, nie pa­trząc na to, co miał na łyżce, wło­żył do ust ludz­kie oko, a po chwi­li za­czął się krztu­sić, czer­wie­nieć, rzę­zić, by w końcu udła­wić się i umrzeć.

Z racji sta­tu­su urzęd­ni­ka o spra­wie na­tych­miast do­wie­dzia­no się w od­po­wied­nich or­ga­nach wła­dzy. Oj­ciec Pier­re zo­stał ska­za­ny za mor­der­stwo, tru­cie ludu, sze­rze­nie za­ra­zy i nie­mo­ral­ność. Wyrok wy­ko­na­no jesz­cze tego sa­me­go po­po­łu­dnia, od­ci­na­jąc za­kon­ni­ko­wi głowę na pień­ku jego wła­snym ku­chen­nym nożem tak, by do­świad­czył przed­sion­ka pie­kła, nim jego dusza uda się tam oso­bi­ście.

Wszy­scy oby­wa­te­le, któ­rzy od­wie­dzi­li sto­łów­kę ojca Pier­re`a i wzię­li do ust choć­by łyżkę jego słyn­nej zupy, zo­sta­li w ciągu trzech naj­bliż­szych lat ścię­ci. Nie ucho­wał się nikt i wedle zo­bo­wią­za­nia po­wró­cił we wła­da­nie tego strasz­ne­go miej­sca, bo­wiem to wła­śnie tam, w pod­zie­miach ko­ścio­ła i daw­nej ja­dło­daj­ni, uło­żo­no stosy cza­szek, które nie mogły zmie­ścić się na cmen­ta­rzach.

Ma­łe­go chłop­ca, który był przy za­kon­ni­ku czę­sto­kroć wi­dzia­ny i który mu­siał dzie­lić z nim ten po­twor­ny se­kret, szu­ka­no do wcze­snej wio­sny po całej sto­li­cy. Jed­nak roz­pły­nął się tak samo, jak przed­wio­śnie roz­pu­ści­ło brud­ny śnieg, który po­pły­nął rzeką gdzieś tam, za ho­ry­zont. Kto wie, czy mały Pier­re nie wsiadł na sta­tek i nie po­pły­nął do miej­sca, w któ­rym nikt go nie znał i nikt go nie szu­kał, i czy tam zna­lazł się ktoś, kto zli­to­wał się nad za­bie­dzo­nym dziec­kiem i dał mu miskę go­rą­cej zupy.

Koniec

Komentarze

. A ów niesytość – owa

bo i tu egzekutorzy perswadowali swoje poglądy: – perswazja «namawianie do czegoś lub odradzanie czegoś z przytoczeniem odpowiednich argumentów» 

Mały Pierre, dreptając po ulicach francuskiej stolicy, – drepcząc 

Nie uchował się nikt i wedle zobowiązania powrócił we władanie tego strasznego miejsca – nie rozumiem tego zdania

To było na konkurs “Wolność, równość, histeria”? Tam nasza portalowa koleżanka, Tensza. zajęła drugie miejsce.

Historia dość makabryczna, ale nie wzbudziła we mnie większych emocji. MOże przez zbyt egzaltowany styl, zagmatwane zdania, skomplikowane konstrukcje. Gdzieś pogubiłeś po drodze te emocje, które można by wyciągnąć z tej opowieści.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ta, to było na to, albo raczej przez ten konkurs. Bo nie uważam historyjki za wybitną, ale skoro już napisałem, to czemu nie wysłać. A i w ogóle moja skłonność do niekrótkich zdań raczej kłóci się z konwencją (mam takie wyobrażenie, ale faktem jest, że horrorów niemal nie znam).

Nie uchował się nikt i wedle zobowiązania powrócił we władanie tego strasznego miejsca – nie rozumiem tego zdania

No, jego szczątki zostały pochowane w kryptach.

A reszta uwag trafna, zmieniam, dziękuję.

Nie uchował się nikt i wedle zobowiązania powrócił we władanie tego strasznego miejsca -Nie uchował się nikt i wedle zobowiązania nie powrócił we władanie tego strasznego miejsca – chyba tak powinno być.

przez ten konkurs – ja też tak miewam. Truskawki, które ukażą się w lipcowej histerii powstały na nasz portalowy konkurs.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiem, widziałem, uśmiechnąłem się do truskawek. Brawo :) Ja muszę się nauczyć, w jaki sposób napisać ale taki klasyczny horror. Pomysłów nie brakuje, ale coś nadal nie zgrzyta.

Nie uchował się nikt i wedle zobowiązania powrócił we władanie tego strasznego miejsca

Ja to rozumiem tak, że nie przeżył nikt i wrócił – w postaci zwłok – “całym sobą” – pod mury klasztoru do katakumb – czyli w zasadzie zgodnie z obietnicą, składaną w momencie otrzymania posiłku. Dobrze kombinuję?

 

Nie do końca wiem, jaki miał być zamiar i jak mocny wątek fantastyczny, ale mrugająca głowa to jak na mój gust nieco mało. Bo tak naprawdę całej reszty się spodziewałam, gdy tylko zobaczyłam, że chodzi o czasy Rewolucji w Paryżu. I nabrałam apetytu (wiem, brzmi dziwnie :)) na jakieś ciekawe fantastyczne wątki, a tu lipa.  

Jednak uważam, że jest to bardzo ładnie snuta, w sumie makabryczna, opowieść, ale chyba ten styl nie jest najlepszy dla horroru. Ani strachu, ani grozy nie poczułam. Chyba inaczej by trzeba było napięcie budować – ale też specem w horrorach nie jestem, więc na tym gdybanie skończę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Makabryczne – może, straszne – nie. We wprowadzeniu wszechobecna śmierć i ścinanie głów – to co ma mnie jeszcze przestraszyć jako czytelnika?

Zgadzam się z bemik, że styl zbyt egzaltowany. Nawet Poe nie pisał samymi zdaniami podrzędnie złożonymi:)

Za to in plus tło historyczne, naprawdę ładnie zarysowane.

Jestem trochę rozbita. Z jednej strony, jestem zachwycona stylem i z jaką konsekwencją jest utrzymywany. Z drugiej, nie poczułam zbyt wielu emocji, ale makabra bardzo przypadła mi do gustu. Nie zgadzam się, że takie pisanie nie jest dobre dla horroru – jest i to nawet bardzo. Każdy sposób pisania będzie się nadawał do utkaniu odpowiednio strasznej historii, ale będzie to zależne od tła, np. historycznego jak tutaj. Ten styl idealnie się sprawdza do makabry i po części się udało. Tylko brakuje trudnej do określenia “mocy” lub “tego czegoś” ;)

Moim zdaniem, to dobry krok w stronę makabry. Wydaje mi się, że warto by było to eksplorować dalej i co się urodzi za jakiś czas. 

Jak zwykle nikt nie widział małego szarlatana.

szarlatan m IV, DB. -a, Ms. ~nie; lm M. -i, DB. -ów

1. oszust zwodzący ludzi swymi rzekomymi umiejętnościami, kwalifikacjami, rzekomą wiedzą, ciągnący zyski z ludzkiej łatwowierności

2. daw. kuglarz, magik

…chyba nie za dobrze pasuje…

Ciała te – z rozpłatanym karkiem, z otworem, przez który uciekała dusza i tożsamość; przynajmniej jak uważali kaci – trafiały do masowych grobów całkowicie anonimowo. ---> liczba mnoga winna być stosowana konsekwentnie.

A skoro nijak nie można było rozpoznać ciał bez czerepów, to zwłoki trafiały do obszernych podziemi Paryża, […]. ---> powyżej mowa o masowych grobach, tutaj o podziemiach Paryża…

<><><>

»

Ale byli też ludzie o ludzi dbający. […] Gdy czas spokoju nastanie dla twojej duszy, wtedy okażesz nam wdzięczność całym sobą. «

Od tego miejsca wiedziałem, co będzie dalej. Oczywiście nie w szczegółach, ale wiedziałem.

 

Śniąca – dobrze kombinujesz.

Fantastyki w tym z zamiaru nie miało być dużo, tylko tak właśnie dziwnie, straszno przez coś ohydnego, nieludzkiego. Sam nie jestem do tego “straszno” przekonany wink, ale dopiero zaczynam z horrorem (ano, sprawdźmy się). Bardziej tu chciałem nakreślić motyw tej jakby “zemsty”, ten co odkrył i go za życia nie posłuchano w końcu swoim martwym ciałem zadławił kogoś ważnego i nagłośnił sprawę – czyli mu się jakoś udało. Inna rzecz – wszyscy staną się ofiarami rewolucji, są przeklęci.

 

Mr_D – coś w tym jest. Ale, jak mówię, szukam wskazówek jak pisać horror. To jest w ogóle pierwsza próba (no dobra, druga, ale pierwsza nie wyszła, zbyt wiele rzeczy wsadziłem w ledwie 15 stron – historyjka o negatywnych konsekwencjach sekstingu i nierozsądnym korzystaniu z usług duchów). King pisze swoje “straszno” przez nagromadzenie powtórzeń. Głuchowski, w co straszniejszych elementach Metra, stosuje po prostu niezrozumiałe motywy, gra światłem i cieniem, ciemnością. U Poego to język jest kunsztowny, jego historyjki są tam straszne, gdzie jest właśnie jakaś makabra, coś odbiegającego od normy. Teraz będę się brał za “Tonącą dziewczynę” (nie pamiętam kogo) i za “Terror” Simonsa – żeby podpatrzeć jak to inni robią. Jeśli chodzi o opowiadania – kilkadziesiąt tylko przeczytałem, ale żadne nie było jakimś wykładnikiem sztuki straszenia. Filmów – nie znam, zasadniczo nie lubię.

 

Deirdriu – dzięki :) ale “klasowe” opowiadanie, w prawdziwie porządnym stylu, takie które i mi się samemu podoba, to dopiero wrzucę na portal, jeśli w Pigmalionie Fantastyki mi się nic nie uda ugrać. Zgadzam się, że tu nie ma tego czegoś, a ja nie wiem, może faktycznie jest to kwestia zbyt szybkiego zdradzenia, o co w tym chodzi. W zasadzie nawet nie starałem się stworzyć tu tajemnicy ani zaskoczyć niczym czytelnika. Może to ten błąd?

 

Adam – bardzo zasadnie wyłuskane sprawy. Dwie pierwsze zmieniłem natychmiast, nad trzecią muszę się zastanowić chwilę, bo tam muszę przerobić mały fragment, a akurat nie mam do tego głowy.

W zasadzie nawet nie starałem się stworzyć tu tajemnicy ani zaskoczyć niczym czytelnika. Może to ten błąd?

O, to to! Nie było zaskoczenia, bo jak wyglądała rewolucja wszyscy wiemy. Dlatego napisałam, ze czekałam na to COŚ ponad, co wywoła dreszczyk. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To już wiem, co można zrobić – i to wcale nie jest takie proste laugh

Jakby to było takie proste, to każdy by to robił wink

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

King używa powtórzeń, ale wg mnie kluczową rolą jego “straszno” są dobrze przedstawieni bohaterowie – to że masz do nich jakiś stosunek emocjonalny, zanim “straszno” nadejdzie.

U Poego też doceniam kunsztowny język, ale ten kunszt nie wynika ze stopnia skomplikowania zdań, a bardzo często z ich prostoty. Dla porównania:

Pozyskiwanie przychylności ludu udało mu się połowicznie, ponieważ podczas wstrętnego posiłku postanowił wychwalać cnoty ojca Pierre`a i zalety rewolucji, a nieszczęśliwym trafem w jego talerzu pływało oko Mikołaja, które – to zanurzając się, to wypływając na powierzchnię – jakby mrugało.

I took from my waistcoat-pocket a pen-knife, opened it, grasped the poor beast by the throat, and deliberately cut one of its eyes from the socket! I blush, I burn, I shudder, while I pen the damnable atrocity. (The Black Cat)

Popatrz ile wysiłku potrzeba, żeby skleić w obraz Twoje zdanie. A u Poego same zdania proste, połączone przecinkami. Wiem, dobrałem fragmenty tendencyjnie:) i Twoje opowiadanie oczywiście nie jest całe takie, ale wg mnie proporcjonalnie zawiera za dużo zawiłych zdań w stosunku do “prostej elegancji”.

Czekam na manifest lipcowy, a tu makabreska…

 

Podobnie jak Adam, po wskazanym fragmencie spodziewałem się od razu wolty, w której jedzący staną się jedzonymi. Albo to złam ciekawiej, albo rozegraj to oczekiwanie w jakiś mocno niestandardowy sposób.

 

Chłopiec nie odczuwał emocji, a mrugajaca głowa go bawiła? 

 

Imho, nie budujesz napięcia (np. poprzez skontrastowane zwyczajnosci z czymś niewytłumaczalnym), nie ma żadnej zagadki  odkrywanej stopniowo w fabule, nie dajesz Czytelnikowi bohatera, na barkach którego pojedzie przez fabułę. To taka gawęda, ładna, ale beznamiętna – tak mi się wydaje. Za dużo podajesz na talerzu.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wiesz, Sirinie, mam problem z Twoimi opowiadaniami. Poprzednie czytałam, ale nie komentowałam, bo nie bardzo wiem, jak porządnie ująć to co czuję w słowa. Piszesz ładnym językiem, konsekwentnym stylem, z ciekawymi metaforami, a ja lubię odrobinę poezji w prozie, ale często niestety przedobrzasz. I wtedy czuję się jak pięciolatka, która żuła sobie radośnie kawałek marcepana w czekoladzie, a ktoś nagle wepchnął jej do buzi pączka. I tak zdania takie jak:

Zamieszki wywołane przez masy francuskiego ludu przyniosły niepokoje – niepokoje rozciągnęły się w czasie, jak ciała na madejowych łożach, trzeszcząc przy tym z każdą minutą donośniej, łamiąc się na coraz mniejsze i coraz bardziej skłócone cząstki, aż w końcu pękając zbiorową furią w momencie, gdy ten czas burz i mordów, zabijania i deszczy, przesycił lud głodem.

zamiast spodziewanej przeze mnie samą reakcji “O, rany, że też można ująć to w ten sposób” spowodowały tylko objaw “Że co?”

Napięcia ani grozy nie poczułam, bo przy pierwszej wzmiance o zupie (przy okazji – czemu była czerwona? Nie powinna być brunatna jak czernina? A może mieli zapasy buraków?) sprawa wydawała się jasna. Miałam nadzieję, że to tylko podpucha, ale jednak nie, poszło gładko do końca. Poza tym nie związałam się emocjonalnie na tyle z bohaterami, by przejąć się ich losem. Co gorsza – nawet nie wiem, kim miałabym się przejąć.

A choć chciałabym wreszcie klepnąć na Bibliotekę przy którymś z Twoich opowiadań, to jednak nie. Ale wyczuwam tą zagrzebaną pod nieco zbyt grupa warstwa lukru magię i wiem, że mnie kiedyś oczarujesz. I czekam na kolejną szansę:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki Alex za masę ciepłych słów :) Ja tu na portal nie wrzuciłem jeszcze nic, co by mi się samemu podobało – raczej takie ścinki, bawienie się warsztatem, zapytania: tu, jak z tą grozą się robi? w Robalach, patrzcie – można wygrywać konkursy i takimi tworami, a w tym erotyku to była tylko wprawka.

 

Takie poważne teksty dojrzewają zdecydowanie dłużej niż jedno-dwa popołudnia, ale niechętnie publikuje je w internecie. Może by to zmienić? Kto wie :) Mogę zaprosić Cię do bety, przekonać, że jakiś tam pomysł mam?

Beta? Proszę bardzo. Chętnie zobaczę do czego jesteś zdolny tak na poważnie:)

EDIT: Tylko wiesz, ja poza sceną to wredna świnia jestem – na zasadzie bij w czasie bety, żeby mniej bili potem.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

EDIT: Tylko wiesz, ja poza sceną to wredna świnia jestem – na zasadzie bij w czasie bety, żeby mniej bili potem.

Zuch babka! Moja krew! ;-)

 

Sirin, ja bym na twoim miejscu zebrał komentarze i wyciagnął powtarzające sie uwagi (pogrupował) – powinny ci coś podpowiedzieć. :-) Bo warsztat technicznie jest, bez dwóch zdań.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie no, Tobie, Rybko, do pięt nie dorastam, jeśli chodzi o jednocześnie wredne, zabawne i merytoryczne komentarze w czasie bet. Przez Ciebie np. dalej się głowię, jak zachowując logikę wywalić w kosmos 1/3 “Trawca”:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Eeee… <unika kontaktu wzrokowego> ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wiecie jak wystraszyć biednego, wrażliwego autora :) A ja się ostatnio zastanawiałam, dlaczego nie zaprosiłam do bety PsychoFisha – ale właśnie mi przypomnieliście ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Patrz, a ja myślałem, że to przez odległe terminy ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Świnie zachęcam, wredne i paskudne, mogą być nawet rybki. Ja też nikomu nie szczędzę, nawet na wierzchu :)

Swoją drogą chyba tylko jeden Twój tekst przeczytałem (erotyk), bo raczej unikam czytania tych prac z konkursu “fataści”, bo większości aluzji pewnie nie złapie. A za wcześniejsze to mam jeszcze czas się zabrać.

 

Ja te komentarze mam i stąd, i zewsząd, biorę je w dużej części pod uwagę, jednak bywa tak, że te powtarzane sprawy w jednym miejscu krytykowane są gdzie indziej właśnie bardzo zauważane, oklaskiwane (a przede wszystkim bardzo charakterystyczne, a to jest rzecz pierwszorzędna, zwracać na siebie uwagę). Taka ambiwalencja. Ale nie mam tu na myśli “większości” uwag, ale kilka, tych o słodzeniu przede wszystkim. Staram się rzecz wyśrodkować, trochę styl odtłuszczyć, odchudzić, ale to jest domena tych bardziej dopracowanych tytułów. Klucz jest też jeden: jeśli fabuła jest porywająca, a pomysł niebanalny, to wyszukany styl (nie aż tak, jak w moim erotyku, który dla językowej zabawy, nie treści był napisany) po kilku stronach nikomu nie będzie przeszkadzać (grunt, to haczyk zarzucić we wstępie).

Sirinie, jak na mnie dwa teksty w ciągu niecałych trzech miesięcy to już istna sraczka pisarska;) A z wcześniejszych chyba “Mrokospadanie” mogłoby Ci się spodobać:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dodane do kolejkiwink

Przeczytałam, zupełnie nie mając wrażenia, że to horror, raczej opowieść o mrocznym i makabrycznym  zajściu, które wydarzyło się w makabrycznych i mrocznych czasach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mi się podobało.

Od stylu po fabułę. Tekst ma swój charakter (nie straszny,  ale mroczny). Tempo narracji jest spokojne, a wciąga i intryguje. Finał również był… satysfakcjonujący ;)

 

Nazgul klika bibliotekę!

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dziękuję za ładny komentarz i punkcik do biblio ;)

Tak się składa, że to mój drugi dzisiaj horror zatytułowany “Głód”. W związku z tym pragnę zauważyć, że jednowyrazowe tytuły niekiedy słabo się sprawdzają, gorzej zapadają w pamięć.

Tekst nie wystraszył, ale stanowię mało wdzięczny cel dla takich zabiegów.

Zgadzam się, że zabrakło jakiejś tajemnicy. Wykorzystujesz dość ograny motyw, obawiam się, że sam w sobie już dawno przestał wzbudzać emocje.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za wizytę! Potwierdziło się tylko to, że trzeba ciągle pracować nad horrorami, bo z opinią się zgadzam.

Nowa Fantastyka