- Opowiadanie: Blade Runner - Blaknący powidok

Blaknący powidok


 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Sethrael

Oceny

Blaknący powidok

 

Nie widział już tego, co wydarzyło się po zapadnięciu zmroku. Zanim słońce na dobre opuściło się za horyzontem, skrywając w ciemności cichą zagładę rodzinnego domu, był już daleko, gnany tęsknotą za tym, co już dawno w sobie utracił, a co powracając w rodzinne strony spodziewał się odnaleźć. Przybył tu pełen nadziei, wiedziony tłumionym już zbyt długo pragnieniem odnalezienia chłopca, który ciągle gdzieś w nim tkwił, żeby móc jego oczami chociaż jeszcze raz spojrzeć na swoją małą ojczyznę. Chciał sobie przypomnieć, ale pamięć okazała się niegodna zaufania. Dom nie był już takim, jakim go zbudował w swojej głowie. Szybko okazało się, że patrzy na blaknący powidok miejsca, które ku jego rozpaczy nie rozciągało się już niestety w czasie z chwili obecnej w jego przeszłość, w niewinność i intensywność przeżywania. Zamiast portalu prowadzącego z błądzenia w tęsknocie do euforycznego lotu ku kolejnym iluminacjom, zastał ruinę cicho i bez sprzeciwu osuwającą się ku zapomnieniu i zobojętnieniu. Przeklął się w duchu za swoją naiwność. Przecież myślał, że tutaj, właśnie teraz, po jednym tylko spojrzeniu na te bliskie mu mury, ten zachwycony chłopiec się przebudzi. Wstanie i na powrót zachłyśnie się światem. Chciał zakosztować tego smaku  znowu, bo życie jakie wiódł obecnie powoli wydrążyło z niego wszystko, co jeszcze miało dla niego jakąś wartość. Pozostały wspomnienia. Przybył tutaj z pustego mieszkania, gdzie swój smutek rozpraszał nałogowo oglądając kiczowate seriale i pornosy w internecie. Zasypiał w chłodnej pościeli – bezsenne nocy uczyły go czym jest samotność i alienacja. Wracał tutaj poprzez labirynty korporacyjnych biur, gdzie codzienne mechaniczne czynności i praca, której nie mógł już znieść oraz ludzie z przyklejonymi do twarzy fałszywymi uśmiechami, których nie chciał już znać, zabierali mu resztki energii. Niemal wyczuwał już tę cieniutką granicę, jaka jeszcze oddzielała go od ujrzenia bezsensownej pustoty rzeczywistości, w jakiej się znalazł i ugrzązł. Wyruszył wczesnym rankiem, do przejechania miał wiele kilometrów, ale gdy już dotarł, samochód pozostawił jednak w centrum rodzinnej wioski i postanowił przejść się poprzez las, skrótem, jak za dawnych czasów, gdy wymykał się nocą z domu, owiany aurą tajemniczości i urokiem zakazanego, spowity w ekscytację i szukający w oświetlonych jarzeniówkami witrynach pozamykanych sklepów czegoś, czego do końca nie pojmował. Teraz już wiedział co to było, dotarło to do niego kiedy szedł przez las w stronę domu rodzinnego, niejako pod prąd czasu. Szukał samotności we wszelkich jej przejawach, tej zastygłej w cieniach starej remizy strażackiej nieobecności, bezruchu i ciszy zwykle gwarnego za dnia placu gminnego, skrytego i nieruchomego braku, który był w nim samym, więc by móc go zrozumieć szukał miejsc opuszczonych, one były jak ilustracje przedstawiające jego wewnętrzne pejzaże. Tylko dom rodzinny tętnił życiem w czasach jego dzieciństwa. Kiedy tu teraz powracał, mijając ostatnie drzewa przesłaniające mu widok na miejsce, gdzie się wychował, z gorzkim uśmiechem stwierdził, że oto wybrał się na wyprawę do miejsca, z którego niegdyś tak chętnie uciekał szukając samotności i wytchnienia od kipiącego obecnością domu po to, by teraz, uciekając przed samotnością, znaleźć niedoceniane wtedy towarzystwo. Szedł tam szukać echa rozmów prowadzonych przez jego matkę oraz liczne, schodzące się często na wieczorne pogaduszki sąsiedztwo, ciasnoty łóżka, które musiał dzielić z ojcem pochrapującym i zawodzącym przez sen, duchoty strychu, gdzie wraz z bratem przeglądali zawilgocone pisemka dla dorosłych. Kiedy już zbliżał się polną ścieżką, ze wzrokiem wbitym w trawę, by jeszcze na chwilę odwlec konfrontację z przeszłością i własnymi oczekiwaniami, które mogły mu uświadomić jakim nędzarzem się stał, zaczął ogarniać go smutek. Nie musiał patrzeć aby wiedzieć. Podnosząc wzrok, spoglądając na ruderę, z której dawno już wyciekło wszelkie życie i ruch wypłukane strumieniem czasu płynącego przezeń na wskroś, zaśmiał się śmiechem zrezygnowania i bólu. Jako chłopiec pragnął samotności. Oto miał jej najdoskonalszą ilustrację. Trup miejsca, znad którego unosił się odór zapomnienia, ostatecznego i nieodwołalnego zatracenia się w gruzowisku minionych chwil. Zrozumiał, że jego dom rodzinny musi się rozpaść właśnie w taki sposób. Że nie powinien robić niczego, żeby go ratować. Tak umiera pamięć. I w nim umarło wszystko, jednakże nie teraz, nie na ten widok. To stało się już znacznie wcześniej, każda chwila wydzierała z niego fragment istnienia. Pejzaż rozciągający się przed jego oczami był jak requiem dla jego przegranego życia.  Dotarło do niego, że każde miejsce, które utraciło własną tożsamość, pozostaje jedynie skorupą. A za tym, co przechowywały wewnątrz, co uleciało w dal wraz z przeciągami hulającymi poprzez rozbite szyby i rozpadający się dach, można już tylko podążać, szukając tropów dawnych zachwytów. Był zbyt słaby na rozpacz, zbyt pusty na gniew, zbyt rozdarty na wzięcie się w garść. Co sobie właściwie myślał jadąc tu? Ojciec umarł na raka płuc 12 lat temu, matka wraz z jego bratem zginęli w wypadku samochodowym rok później. Nie bardzo było co wsadzić do trumny. Okoliczni sąsiedzi wyprowadzili się stąd, kiedy była koniunktura na działki budowlane w tej okolicy. Wszyscy sprzedawali jak leci i uciekali z tego zadupia. To po co on tutaj, kurwa, przyjechał? Zapytał sam siebie, a pytanie to odbijało się echem w jego wydrążonym wnętrzu powracając kilkakrotnie. Po co? Po co? Po co? Było już tego za wiele. Odwrócił się i pobiegł z powrotem, bo przecież czas nie mógł unieść daleko tego, po co tutaj przybył. Jeszcze nie oszalał myśląc, że to musi być gdzieś niedaleko, przeniosło się tylko, prawda? Prawda? Prawda? Prawda? Biegł w gęstniejącym mroku, upadał potykając się o wystające pnie, gubił krok w leśnych parowach i choć wiedział, że nie istnieje żadna droga, wierzył że światło gwiazd wydobędzie z upstrzonej zarysami kształtów ciemności kontur tego, za czym poderwał się do biegu. Nie miał poczucia kierunku, świadomości miejsca, wyobrażenia przestrzeni, punktów odniesienia. Poruszał się pod prąd czasu. Jednak w pogoni za utraconym gubił w pośpiechu następne gromadzone całe życie doświadczenia, o których nawet nie wiedział, że jeszcze tam są, znacząc nimi ścieżkę swego losu. Szukając odprysków tej jednej, zapamiętanej przeszłości tracił fragmenty innych, zapomnianych i niechcianych chwil. Nie wszystkie były piękne. Kot leżący martwy w sidłach na lisy za stodołą. Włosy łonowe kobiet kąpiących się nago w pobliskim strumieniu wyglądające zupełnie inaczej niż to, co oglądał w świerszczykach. Arogancja dziewczyny, która spławiła go równie szybko, jak on długo przymierzał się do jej poderwania. Szef czyniący bezustanne aluzje o jego zwolnieniu za brak wyników i entuzjazmu. Zaproszenie na Sylwestra, które odrzucił niemal automatycznie, jakby w przestrachu. Grób rodziców, zarośnięty chwastami, odwiedzony tylko dwa, może trzy razy. Ileż jeszcze było tych lekcji, z których nie potrafił wyciągnąć żadnej mądrości na przyszłość? Nie, interesowała go jedynie przeszłość, w niej widział głębię, przyszłość jawiła mu się płaską, nieważną, zresztą i tak już dawno utraconą. Przeszłość. Przeszłość. Przeszłość. Najtrudniej biegnie się w tył. Tak biegł więc za nią, stopniowo tracąc siły, zwalniając kroku, aż upadł w końcu na kolana, chcąc pełznąc jeszcze chociaż chwilę, tyle że niemal natychmiast położył się na ziemi i wycieńczony pogrążył się w niespokojnym śnie. Czy śnił szczęśliwie o tym czego już nie mógł dogonić? Nie mógł być pewien czy w ogóle się jeszcze zbudzi, choć może wstanie i jak lunatyk będzie krążył po niewidzialnych trasach. Nie mógł też wiedzieć, czy po przebudzeniu ( czy chce się obudzić?) miejsce, jakie go zastanie będzie mu znane i czy przypadkiem nie będzie tak, że nie pozna on już w takim obcym otoczeniu samego siebie.

Słońce tego ranka wzeszło raczej niechętnie, skrywając swój blask w porannej mgle. Cisza była niemal absolutna. Ptaki nie wyśpiewywały melodii nowego dnia. Powietrze było ciężkie i lepkie. Jeszcze nie było wiadomo jaki dzień zawładnie przeznaczonym mu czasem. Wszystko jakby oczekiwało na to co zrobi on. Kiedy zerwał się nagle i otworzył oczy widział tylko szarość prześwietlaną tu i ówdzie wątłym światłem. Pnie drzew majaczyły wokół niego wyglądając jak odnóża istot, które gdzieś z wysoka być może się mu przypatrywały. Też były ciekawe. Więc zamarły w bezruchu i nasłuchiwały. Powstał chwiejnie, przemarznięty, głodny, ale zupełnie nie był pewien czy… Czy chce się obudzić? Czy może jeszcze śni? Spojrzał na swoje ubłocone i sine z zimna dłonie. Zadygotał.

– Kim ja jestem!? – wykrzyczał w przestrzeń.

Tym razem żadne echo nie odpowiedziało.

 

Koniec

Komentarze

Ze trzy literówki, brak kilku przecinków, liczby zapisujemy słownie, trochę powtórzeń i… brak akapitów!

Podziel jakoś ten tekst, bo trudno się go czyta.

Całość nawet nieźle napisana, niektóre opisy bardzo plastyczne, opowiadanie pachnie nostalgią i goryczą. Oraz refleksjami. Mógłbyś tekst nieco skrócić – odniosłem wrażenie, że niekiedy powtarzasz te same spostrzeżenia tyle że za pomocą innych określeń. 

Nie żałuję lektury. Cieszę się, że tu zajrzałem.

Sorry, taki mamy klimat.

Hmmmm. Do mnie nie przemówiło. I nie widzę fantastyki.

Ojciec umarł na raka płuc 12 lat temu

Liczby raczej piszemy słownie.

Kto i po co kupił okoliczne działki, skoro teraz nic tam się nie dzieje?

Babska logika rządzi!

A to jest nawet niezłe: korpoludek rozlicza się ze swoim życiem, ze złudą marzeń o karierze w wielkim mieście i z tym, co utracił, odcinając się od korzeni. Tylko wykonanie szwankuje. W szczególności przydałyby się akapity.

No cóż, konfrontacja wspomnień dzieciństwa rzadko wytrzymuje próbę czasu, a kiedy zdarzy nam się wrócić do owych, zdawałoby się, zapamiętanych miejsc, okazuje się, że cała tamta magia zniknęła. I nie zawsze jest to wina teraźniejszości.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka